„Za zamkniętymi drzwiami”, B.A. Paris [recenzja]

d_3781Autor: B.A. Paris

Tytuł: Za zamkniętymi drzwiami

Tytuł oryginalny: Behind Closed Door

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 304

 

Najbardziej ranią nas ci, których kochamy…

Trudno uwierzyć, że thriller Za zamkniętymi drzwiami to debiut literacki jego autorki. B.A. Paris wykonała bowiem kawał dobrej roboty, tworząc książkę, od której wprost nie sposób się oderwać. Nic więc dziwnego, że jej debiutancki thriller – wywoławszy sensację na międzynarodowym rynku wydawniczym – znalazł się w finale plebiscytu Goodreads Choice Awards aż w dwóch kategoriach (najlepsza powieść sensacyjna i najlepszy debiut).

Jack i Grace. Wszyscy znamy takie pary: miłość od pierwszego wejrzenia, wiecznie w sobie zakochani, nierozłączni. Młodzi małżonkowie, którzy wciąż zachowują się jak nowożeńcy. On jest wykształconym, przystojnym i bogatym prawnikiem, który odnosi sukcesy w sprawach przeciwko mężczyznom fizycznie i psychicznie znęcającym się nad żonami, a ona – czarującą, elegancką i doskonałą w każdym calu panią domu. Inni mogą tylko z zazdrością spoglądać w ich kierunku, marząc o tak idealnym związku, pełnym uczucia, szacunku i zrozumienia. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, bo wydaje się sympatyczną i interesującą kobietą, ale to niełatwe –  ona i Jack są bowiem niczym papużki nierozłączki, które nie mogą bez siebie żyć. Zawsze razem, nigdy osobno. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością. Inni spytaliby, dlaczego Grace nigdy nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, a nawet nie pracuje. I jak to możliwe, że gotując tak wyśmienite potrawy, w ogóle nie tyje? Szczęściara? Może. Czy to możliwe, by małżeństwo Angelów było aż tak do bólu idealne, czy też oboje zdołali stworzyć perfekcyjne kłamstwo, które z powodzeniem udaje rzeczywistość? Co kryje się za zamkniętymi drzwiami ich doskonałego domu?

Na pierwszy rzut oka historia przedstawiona w powieści wydaje się dość banalna. Dlaczego? Bo już po pierwszych kilku stronach wiemy, czego dotyczyć będzie fabuła. Nie wiemy jednak, jak przedstawiona historia się zakończy, choć oczywiście mniej lub bardziej możemy się tego domyślać. B.A. Paris i jej niezwykły dar narracji trzymającej nieustannie w napięciu gwarantują nam absolutnie fantastyczną, choć szalenie przerażającą i mrożącą krew w żyłach rozrywkę. Napięcie to ten element, który przesądza o tym, czy dany thriller jest dobry czy zwyczajnie słaby. Jeden z zagranicznych recenzentów zauważył, że przerażenie, które czuje Grace, udziela się również czytelnikom śledzącym jej opowieść. Bez wątpienia trafił on w punkt, zwracając uwagę na tę niezwykłą umiejętność warsztatu pisarskiego brytyjskiej autorki. Pierwszoosobowa narracja, tak bardzo przeze mnie nielubiana, tu okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przedstawienie historii z punktu widzenia Grace, jej uczuć, przemyśleń, jeszcze w dodatku w dwóch przestrzeniach czasowych (teraz i kiedyś) z pewnością działa na korzyść tej książki. Atmosfera gęstnieje ze strony na stronę, a uczucie przerażenia z minuty na minutę coraz bardziej zaczyna nas ogarniać. Dawno nie miałam okazji czytać thrillera, który sprawiłby, że podczas jego lektury czułabym nieustanny ucisk gdzieś pomiędzy klatką piersiową a żołądkiem. To chyba najlepszy dowód na to, że książka Paris zasługuje na uwagę wszystkich miłośników gatunku. Za zamkniętymi drzwiami to coś więcej niż wiarygodny portret niezwykle przebiegłego socjopaty, to również książka o tym, jak bardzo czasem nasze wyobrażenia potrafią odbiegać od rzeczywistości. B.A. Paris pokazuje, że to wyświechtane powiedzenie, iż pozory mylą, nie powstało przez przypadek.

Mimo moich entuzjastycznych zachwytów nad powieścią Paris muszę przyznać, że było też coś, co nie do końca mi się podobało. Otóż, odnoszę wrażenie, że przedstawiona historia jest nieco przerysowana, a momentami wręcz surrealistyczna. Niemniej nie jest to wada, a zaledwie usterka.

20161222_214554Wydana przez Wydawnictwo Albatros debiutancka powieść B.A. Paris to znakomita pozycja dla tych, którzy lubią literaturę z dreszczykiem. Od razu widać, że autorka doskonale odnajduje się w gatunku, do którego aspiruje jej powieść. Za zamkniętymi drzwiami to niezwykle wciągająca książka, która sprawi, że po jej odłożeniu jeszcze długo nie będziecie mogli zapomnieć o historii idealnego małżeństwa Grace i Jacka. Powieść jest tak dobra, że czyta się ją błyskawicznie, bezskutecznie obiecując sobie: Jeszcze tylko jeden rozdział i na dziś koniec. Nie oderwiecie się, zanim nie dobrniecie do końca, ja Wam to gwarantuję. A po wszystkim nawet nie próbujcie mi wmawiać, że ciarki choć raz nie przeszły Wam po plecach. Nigdy Wam w to nie uwierzę! :)

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Kolekcja „W świetle prawa” Johna Grishama w sprzedaży od 20 lutego!

Miłośnicy kolekcji i dobrej literatury, szykuje się nowa kolekcja do zbierania!

Na najnowszą kolekcję przygotowaną przez Wydawnictwo Albatros i Ringier Axel Springer Polska, zatytułowaną W świetle prawa, składa się 26 powieści mistrza thrillera prawniczego i jednego z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych współczesnych pisarzy świata, Johna Grishama (tytuły znajdziecie poniżej). Można śmiało powiedzieć, że te znakomite powieści to już klasyka, łącząca wysokie walory literackie z sensacyjną intrygą i wartką akcją – teraz dostępna w wyjątkowej, jednolitej wersji edytorskiej i twardej oprawie. W skład kolekcji wchodzi 30 tomów. Tom pierwszy dostępny będzie od 20 lutego w specjalnej cenie 7,99 zł. Każdy kolejny, w cenie 15,99 zł, będzie trafiał do sprzedaży co dwa tygodnie w czwartki, począwszy od 9 marca. Kolekcja, którą otwiera Raport Pelikana, jest adresowana do wszystkich wielbicieli dobrej prozy, świetnego warsztatu literackiego i porywającej fabuły – niezależnie od płci. Każda powieść to osobna, wciągająca i świetnie napisana historia, z mistrzowsko poprowadzoną akcją i wyrazistymi nieustraszonymi bohaterami – zdeterminowanymi, by walczyć o prawdę i sprawiedliwość, bez względu na konieczny nakład sił i środków.

John Grisham to literacka potęga – do dziś sprzedał ponad 300 mln egzemplarzy książek i zarobił ponad 200 mln dolarów. Z kilku jego powieści sensacyjnych kasowe hity zrobiło Hollywood, niektóre trafiły też na mały ekran. Choć jako dziecko marzył o grze w pierwszej lidze baseballa, po studiach został wziętym prawnikiem, a zaraz potem pochłonęło go bez reszty pisanie książek. Przez trzy lata praktyki adwokackiej zbierał materiały do swojej pierwszej powieści Czas zabijania (tomy 6. i 7. kolekcji W świetle prawa). Książka sprzedała się w skromnym nakładzie 5 000 egzemplarzy, ale jak na debiut zebrała całkiem niezłe recenzje. Sukces drugiej powieści zaskoczył nawet samego autora – Firma (5. tom kolekcji), dzięki wytwórni Paramount Pictures, która kupiła prawa do ekranizacji rok przed jej wydaniem, stała się hitem, jeszcze zanim trafiła do księgarń. Rynek wydawniczy oszalał, a film Sidneya Pollacka z Tomem Cruisem i Genem Hackmanem odniósł spektakularny sukces. Firma zapoczątkowała serię hitów filmowych na podstawie powieści Grishama – zawsze w gwiazdorskiej obsadzie i pierwszorzędnej reżyserii. Powieści Johna Grishama w tak plastyczny i poruszający sposób opisują walkę zwykłych dobrych ludzi z wszechwładnymi, jak się wydaje, siłami zła oraz spektakularne zwycięstwa dobra i prawdy nad fałszem i niesprawiedliwością.

grisham1 (1)

grisham (1)Jak Wam się podoba pomysł przygotowanej przez Wydawnictwo Albatros kolekcji? Ja muszę przyznać, że choć – trudno w to uwierzyć – nie czytałam jeszcze żadnej powieści Grishama (a przecież to same znane tytuły), to jestem do tego przedsięwzięcia nastawiona bardzo entuzjastycznie. Wiem, że Grisham to król thrillera prawniczego, jednak do tej pory sięgałam po książki innych autorów, np. Erle’a Stanleya Gardnera czy Philipa M. Margolina. Mam nadzieję, że dzięki kolekcji W świetle prawa będę miała okazję zapoznać się z powieściami Grishama. Twarda oprawa, przyciągający uwagę, oryginalny layout i interesujące opisy poszczególnych powieści bardzo mnie przekonują. A Was? Będziecie zbierać tę kolekcję? Czytaliście już coś Grishama? Podzielcie się wrażeniami! :)

„Siostrzyczka musi umrzeć”, Freda Wolff [recenzja]

9616_99906339616 (2)Autor: Freda Wolff

Tytuł: Siostrzyczka musi umrzeć

Tytuł oryginalny: Schwesterlein muss sterben

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 352

11 stycznia 2017 roku na półki polskich księgarń trafiła wydana nakładem wydawnictwa Świat Książki powieść autorstwa nikomu w Polsce bliżej nieznanej Fredy Wolff. Freda Wolff to pseudonim pary pisarzy: Ulrike Gerold i Wolframa Hänela, którzy od ponad 20 lat piszą w jednym mieszkaniu i przy jednym stole, nie tocząc przy tym bojów częściej, niż jest to niezbędne. Książka przyciąga uwagę swoją okładką i kusi opisem, sprawiając, że z miejsca chcemy po nią sięgnąć. Na tym jednak zalety się kończą, bo Siostrzyczka musi umrzeć jest książką raczej z gatunku tych mocno przeciętnych.

Norwegia, Bergen. Merette Schulman jest odnoszącym sukcesy zawodowe psychologiem i to psychologiem, który każdego dnia z pasją wykonuje swoją pracę. Wszystko się zmienia, gdy do gabinetu Merette trafia niepokojący pacjent. Chłopak przejawia socjopatyczne zachowania, czym bardzo martwi Merette. Aksel nie tylko wyznaje jej, że już jako czternastolatek zabił swoją przybraną siostrę, ale także nadmiernie interesuje się Julią, dwudziestoczteroletnią córką dr Schulman. Gdy znika bez śladu przyjaciółka Julii, Marie, a Merette dowiaduje się o zagadkowych wypadkach utonięć młodych kobiet, ogarnia ją panika. Kobieta boi się, że jej ukochaną córkę spotka coś złego. Czy Aksel, nowy pacjent Merette, rzeczywiście jest niebezpieczny, czy też Merette jest zwyczajnie przewrażliwiona?

1486229806106Powieść Fredy Wolff to zgodnie z opisem na okładce „dreszczowiec, który sprawi, że każda matka zacznie się lękać o swoją córkę – i każda córka o swoją matkę”. W rzeczywistości Siostrzyczka musi umrzeć to książka, która bardzo chciałaby być thrillerem, ale dużo jej do tego brakuje. Akcja toczy się niezwykle mozolnie i przerażające jest, że po przeszło dwustu stronach wciąż niewiele się dzieje. A gdzie napięcie i nieprzewidywalne zwroty akcji, które są wizytówką każdego dobrego thrillera? Owszem, jest nieco tajemniczo, bo długo nie wiemy, czy pacjent Merette, nowy chłopak Julii i porywacz Marie to ten sam człowiek, co zdają się sugerować Merette i jej były mąż, ale napięcia to tu nie ma w zasadzie żadnego. Z racji profesji głównej bohaterki oczekiwalibyśmy od pary autorów thrillera psychologicznego, w którym główny nacisk będzie położony na aspekty psychologiczne, w tym przede wszystkim na emocje bohaterów i motywy ich postępowania. Tego jednak również tu nie ma. Gdy Siostrzyczka musi umrzeć trafiła w moje ręce, byłam podekscytowana jej lekturą. Ogromne wrażenie zrobił na mnie front okładki, który działa na mnie wręcz hipnotyzująco. Opis też wskazywał na trzymający w napięciu thriller, od którego nie będę mogła się oderwać. Jak bardzo się pomyliłam! Powinnam uwierzyć w opinie zamieszczone na portalu Lubimy Czytać, gdzie ci będący już po lekturze, krytykowali tę powieść. Chciałam jednak dać jej szansę, mając nadzieję, że jej lektura mimo wszystko sprawi mi przyjemność. Po wszystkim mogę z ulgą odetchnąć, że książka nie należy do obszernych, dzięki czemu w miarę szybko udało mi się przez nią przebrnąć. Prócz bardzo mozolnie rozkręcającej się akcji, która ostatecznie nie dociera do punktu kulminacyjnego, wadą powieści są również bohaterowie. Naprawdę trzeba się bardzo mocno postarać, by polubić Merette, jej córkę czy Jana-Ole. Z doświadczenia wiem, że nawet jeśli książka fabularnie jest słaba, ale występują w niej postaci, które wzbudzają naszą sympatię, to łatwiej nam się ją czyta. Czy zatem skłonna byłabym polecić thriller Fredy Wolff? Wątpię. Myślę, że to pozycja, którą spokojnie można sobie odpuścić, nie tracąc na jej lekturę czasu. Jest wiele innych książek, którym warto go poświęcić.

Moja ocena: 4/10

A może Wam powieść Fredy Wolff się podobała? Może jestem zbyt surowa w swej ocenie, tak bardzo ją krytykując? A może dopiero planujecie jej lekturę? Podzielcie się wrażeniami!

Źródło fotografii:
http://wydawnictwoswiatksiazki.pl/

¿Hablas español? Czyli słów kilka o nauce języka hiszpańskiego :)

Język hiszpański interesuje mnie od bardzo dawna, choć tak porządnie uczyłam się go tylko przez trzy lata w gimnazjum. Pamiętam, jak ogromną radość czerpałam z nauki tego języka; z jak wielką chęcią rozwiązywałam zadania, czytałam dialogi, uczyłam się nowych słówek i słuchałam piosenek. Większość uczniów prócz obowiązkowego angielskiego wybierała niemiecki, nieliczni decydowali się na inny z języków romańskich, czyli francuski. Rosyjskiego – choć miał być – ostatecznie nie było. Nie chcąc uczyć się niezbyt przyjemnie brzmiącego niemieckiego i z braku języka naszych wschodnich sąsiadów (którego w końcu doczekałam się w liceum), postanowiłam rozpocząć naukę hiszpańskiego, a że szło mi bardzo dobrze, zakochałam się w tym pięknym języku, licząc, że kiedyś będę miała okazję pojechać do Hiszpanii i w praktyce sprawdzić swoje umiejętności. Bardzo żałowałam, że na studiach nie mogłam uczyć się hiszpańskiego i angielskiego jednocześnie. W dzisiejszych czasach niemal każdy zna po 2-3 języki obce, znajomość angielskiego, choćby nie wiem jak świetna, przestała już robić wrażenie i na pracodawcach, i na zwykłych ludziach. To jednak ta umiejętność, która przydaje się zarówno w pracy, jak i w codziennym życiu. Kto z nas co jakiś czas nie wybiera się na zagraniczne wakacje, gdzie znajomość języka obcego jest jak znalazł? Trzeba jednak pamiętać, że znajomość języka obcego nie jest umiejętnością pokroju tych w stylu jazdy na rowerze. Pewnie doskonale wiecie, że jeśli nie będziecie powtarzać gramatyki i słówek, których się nauczyliście, to z czasem wylecą Wam one z głowy i cała nauka pójdzie na marne. Świetnym rozwiązaniem jest zapisanie się na kurs językowy, który zobowiąże nas do regularnego uczęszczania na zajęcia, a co za tym idzie do systematycznej nauki. To jednak atrakcja dość kosztowna, na którą niestety nie każdy może sobie pozwolić. Ja wielokrotnie przymierzałam się do zapisania się na hiszpański, ale zawsze trudno było mi wpasować się w terminy, a tak prawdę mówiąc, chyba trochę mi się nie chciało. Zdecydowałam się więc na naukę we własnym zakresie, nakupowałam książek z nagraniami i uwierzyłam, że mając podstawy, dam sobie radę. Samodzielna nauka to prawdziwe wyzwanie, bo wymaga ogromnej samodyscypliny. Warto obiecać sobie, że codziennie poświęcimy na nią np. godzinę i koniecznie się tego trzymać, bo jak raz odpuścicie, to wrócić będzie bardzo trudno!

Zanim jednak siądziecie do nauki, musicie zaopatrzyć się w odpowiednie podręczniki. Dobra książka to skarbnica wiedzy z dziedziny gramatyki, przykładowe zdania, uporządkowane tematycznie słownictwo i ćwiczenia, w których możemy się sprawdzić. Tak, wiem, podręczniki do nauki języków są czasem bardzo drogie, ale inwestowanie we własny rozwój, we własną edukację naprawdę się opłaca i może kiedyś zwrócić się nam z nawiązką. Poza tym warto buszować na wyprzedażach, gdzie za grosze można kupić świetne książki, albo skorzystać z osiedlowej biblioteki. Znajdziecie tam nawet wydania z płytą :) Postanowiłam stworzyć ten post z myślą o osobach, które lubią inwestować w siebie. Mam nadzieję, że znajdą się wśród Was miłośnicy języka hiszpańskiego, hiszpańskiej muzyki, hiszpańskiej literatury, hiszpańskiej kuchni, hiszpańskich krajobrazów, a może nawet hiszpańskiej piłki. Jeśli nie uczyliście się w szkole języka hiszpańskiego, to bardzo Was zachęcam do jego poznania. A gdybyście się zdecydowali, to polecam 3 publikacje, na które nie szkoda pieniędzy.

20170131_190651(1)Najpierw chciałabym Wam przedstawić publikację Wydawnictwa Edgard. Hiszpański krok po kroku. Kurs do kompleksowej i skutecznej nauki języka hiszpańskiego dla początkujących. W pudełku znajdziecie 2 książki oraz aż 6 płyt CD + program multimedialny, a całość pozwoli Wam dotrzeć do poziomu B1. Chyba nie muszę nikomu przedstawiać tego wydawnictwa; doskonale wiemy, że specjalizuje się ono w wydawaniu książek do nauki języków obcych i chyba nie powinniśmy się temu dziwić, bo książki wydawane przez Wydawnictwo Edgard są naprawdę świetne. Znajdziecie tu dosłownie wszystko, czego potrzebujecie, a książki mają format idealnie pasujący do damskiej torebki. Warto mieć je zawsze przy sobie!

20170131_190129(1)Druga pozycja, którą chciałabym Wam polecić, to Hiszpański. Szybki kurs mówienia wydany przez specjalizujące się w przewodnikach Wydawnictwo Berlitz. To książka nastawiona na doskonalenie umiejętności posługiwania się językiem hiszpańskim w mowie i rozumienia ze słuchu. Książeczka jest bardzo cienka, ale to wcale nie znaczy, że nie jest warta uwagi. Wydawca przekonuje, że to idealna propozycja dla tych, którzy wszystko robią w biegu. Po zapoznaniu się z tą publikacją muszę uprzedzić, że choć jest ona przeznaczona dla początkujących i średnio zaawansowanych, to trzeba mieć świadomość, że nie nauczycie się z niej gramatyki. Tu znajdziecie przede wszystkim przykładowe dialogi i zdania, które mogą Wam się przydać podczas rozmowy w języku hiszpańskim. Dzięki 220 minutom nagrań możecie się osłuchać z językiem, a wykonując ćwiczenia, możecie doskonalić własną wymowę. Szybki kurs mówienia to książka, którą spokojnie możecie wziąć ze sobą w podróż, nagrania w formacie mp3 nadają się do zgrania na telefon :)

20170131_190514(2)Ostatnia z polecanych przeze mnie pozycji to książka Wydawnictwa BuchmannCzasowniki hiszpańskie z odmianami. Ta pozycja to w zasadzie sama gramatyka. Nazwa podręcznika mówi wszystko. Książka jest podzielona na dwie części: w pierwszej znajdziecie komentarz gramatyczny przedstawiający tryby i czasy w języku hiszpańskim; w drugiej – odmianę około 100 czasowników. To bardzo przydatne, jeśli macie wątpliwość, jak odmienić dany czasownik we wszystkich czasach. Wada? Na własnej skórze przekonałam się, że wielu potrzebnych czasowników tu jednak nie znajdę. Mimo to polecam.

Jaki z tego wniosek? Po pierwsze: warto się uczyć języków obcych. Nieważne, na jaki język się zdecydujecie: angielski, hiszpański, włoski, francuski, rosyjski, a może fiński… Po drugie: potrzebujecie dobrych podręczników, które spełnią swoje zadanie. Warto zaopatrzyć się w kilka pozycji, które pozwolą Wam doskonalić różne umiejętności. Możecie też wspomóc się np. aplikacją w telefonie, który z pewnością zawsze macie przy sobie. A może dobrym rozwiązaniem będą fiszki albo nawiązanie przyjaźni z rodowitym Anglikiem, Hiszpanem, Niemcem czy Włochem? Z własnego doświadczenia wiem, że korespondowanie z ludźmi z całego świata to doskonała zabawa, która jest nie tylko przyjemna, ale i pożyteczna.

A Wy, znacie jakieś warte uwagi podręczniki do nauki języków? Albo jakieś inne skuteczne metody samodzielnej nauki, które byście polecili? Piszcie, chętnie skorzystam! :)

„Małe eksperymenty ze szczęściem” oraz „Dopóki życie trwa”, Hendrik Groen [recenzja]

d_3622Autor: Hendrik Groen

Tytuł: Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼

Tytuł oryginalny: Pogingen iets van het leven te maken

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

 

 ———————————————————————————

d_3768Autor: Hendrik Groen

Tytuł: Dopóki życie trwa. Nowy sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 85

Tytuł oryginalny: Zolang er leven is

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 432

 

Szczęście nie jest ani dziełem przypadku, ani darem bogów. Szczęście to coś, co każdy z nas musi wypracować dla samego siebie. Erich Fromm

Z okazji dzisiejszego i jutrzejszego święta, a zatem Dnia Babci i Dnia Dziadka, na portalach poświęconych literaturze i blogach książkowych możemy przeczytać o książkach, które warto sprezentować naszym seniorom. I chociaż każdy czytelnik ma własne upodobania, to jednak są takie publikacje, które spodobać się mogą szerszemu gronu odbiorców. Wiek, płeć czy zainteresowania nie odgrywają wówczas tak wielkiej roli. Jakich książek to dotyczy? Uniwersalnych i z przesłaniem, które pozostaje w głowie na dłużej. Nie wyparowuje, nie daje o sobie zapomnieć. Takich, które – choć są fikcją literacką (nie biorę tu pod uwagę literatury faktu) – potrafią wnieść coś do naszego życia, czegoś nas nauczyć i pokazać, że wybór tego, co łatwe nie zawsze jest najlepszy.

A zatem zainspirowana licznymi wpisami innych blogerów postanowiłam wrócić do książki, a właściwie dwóch książek, które przeczytałam już jakiś czas temu, a jednak aż do dzisiaj nie siadłam do ich zrecenzowania. Dlaczego? Bez konkretnego powodu. Mowa oczywiście o dwóch dziennikach Hendrika Groena, holenderskich bestsellerach, które szybko zyskały popularność także w pozostałych częściach Europy. Mam na myśli Małe eksperymenty ze szczęściem, w Polsce wydane w maju 2016 roku, oraz Dopóki życie trwa, kontynuację Małych eksperymentów, która do polskich księgarń trafiła w listopadzie tego samego roku. I choć każda z tych książek stanowi zamkniętą, autonomiczną całość, to jednak warto recenzować je razem, ponieważ dotyczą tej samej problematyki i tego samego bohatera.

Od razu uprzedzę, że nie jest to lektura lekka i przyjemna, po którą możemy sięgnąć dla zabicia nudy. Każda z tych książek to zetknięcie z tematami, o których głośno zwykło się nie mówić. Ze strachu? Ze wstydu? Z upokorzenia? Ze świadomości, że kolejnym etapem po starości jest śmierć? Przyczyn takiego stanu rzeczy jest zapewne wiele. Starość, choroby osamotnienie, nieubłaganie upływający czas – o tym przeczytacie w zapiskach ponadosiemdziesięcioletniego Hendrika Groena. Trudno uwierzyć, że książka poruszająca tak niepopularny i spychany w odmęty ludzkiej świadomości temat stała się międzynarodowym bestsellerem. Nic nie dawało jej do tego prawa, a jednak o przygodach pensjonariusza jednego z amsterdamskich domów opieki mogą przeczytać mieszkańcy aż 34 krajów. Spokojnie można by stwierdzić, że Europa Hendrikiem stoi! Charyzmatycznego staruszka znają mieszkańcy niemal każdego zakątka Starego Kontynentu, a kilka dni temu holenderski wydawca książki pochwalił się, że „Małe eksperymenty” zostaną przetłumaczone na język japoński. A zatem sukces na skalę światową. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Pewnie część z Was zastanawia się, skąd to wzmożone zainteresowanie opowieściami osiemdziesięciopięcioletniego starca, który opowiada przecież o swej szarej codzienności. Dzień po dniu przez cały rok. Kluczem do sukcesu jest więc może zjadliwe poczucie humoru ich narratora albo unikanie owijania w bawełnę, gdy mówi się o blaskach i cieniach starości. Zarówno Małe eksperymenty ze szczęściem, jak i Dopóki życie trwa są próbą – chyba dość udaną, sądząc po recenzjach – oswajania starości, pokazywania, że nie musimy się biernie godzić na bezczynne siedzenie w domu, bez rodziny, przyjaciół i chęci do życia. W jednym z fragmentów Hendrik cytuje swoją żonę, która zawsze mówiła, że żałujemy przede wszystkim tego, czego nie zrobiliśmy. I pewnie coś w tym jest, ale widmo porażki i strach przed upadkiem, po którym nie będziemy umieli się podnieść, skutecznie podcinają nam skrzydła. Zbyt często, niestety. Tego rodzaju mądrości pojawiają się w książce częściej. Warto podczas lektury zwrócić na nie uwagę, a może nawet wynotować, by w dowolnej chwili móc do nich powrócić.

Groenx2

Oba dzienniki Groena należy traktować jako przykład literatury, która oddziałuje na nasze podejście do życia i wyznawane zasady. Jeśli jeszcze nie uświadomiliście sobie, że czas biegnie tylko w jedną stronę i zamiast młodnieć stajemy się coraz starsi, to codzienne zapiski Hendrika z  pewnością Wam to uświadomią. Nie doszukujmy się tu jednak przesadnego pesymizmu, bo choć życie staruszków wbrew popularnej piosence nie zawsze jest wesołe, to mimo wszystko warto walczyć o to, by w pełni z niego korzystać, by robić to, co się kocha, i by otaczać się ludźmi, w których towarzystwie po prostu dobrze się czujemy. Starość prędzej czy później dotknie każdego z nas, my jednak możemy zdecydować, jak ona będzie wyglądać :)

Źródło okładek:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Zapowiedzi wiodących tytułów Wydawnictwa Albatros [rok 2017]

Koniec roku to zawsze czas wszelkiego rodzaju podsumowań. Początek zaś to czas zmian, określania planów na najbliższą przyszłość i składania obietnic. W przypadku rynku wydawniczego to również czas zapowiedzi, czyli stopniowego odkrywania kart i dzielenia się z czytelnikami tym, co poszczególne wydawnictwa dla nich przygotowały. Zapowiedziami tegorocznych tytułów podzieliło się również Wydawnictwo Albatros, które w 2017 roku znów będzie rozpieszczać swoich wiernych czytelników. Lista wiodących tytułów jest długa i niezwykle intrygująca, nie sposób wymienić wszystkich znajdujących się na niej tytułów. Już na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że wiele z Albatrosowych propozycji to absolutne hity, które zadowolą nawet najbardziej wymagających miłośników literatury. Kontynuacje znanych serii i zupełnie nowe cykle. Głośne nazwiska i dopiero debiutujący autorzy. Trzymające w napięciu, mrożące krew w żyłach kryminały oraz zmuszające do refleksji opowieści o miłości, stracie i poszukiwaniu własnej tożsamości. Nagrodzone na rynku międzynarodowym książki, o których warto dyskutować i które warto poznać. Coben, Hill, Hurwitz, Martel, Riley, Carrisi, Sparks, Musso, French, Marwood, Follett i wielu, wielu innych! Bez wątpienia szykuje się wspaniały, obfitujący w świetne lektury rok. Szkoda byłoby to przegapić! Jestem przekonana, że każdy z nas znajdzie w repertuarze tego wydawnictwa coś dla siebie. Trzeba jednak pamiętać, że przedstawione przez Wydawnictwo Albatros tytuły to nie wszystkie znakomite i długo wyczekiwane książki, które ukażą się w tym roku. Pamiętamy przecież o powieści I Have A Secret autorstwa Tess Gerritsen, czyli zapowiadanym przez autorkę na czerwcowym spotkaniu w Warszawie 12. tomie cyklu Rizzoli & Isles. Kontynuacji doczekają się pewnie również fani Grahama Mastertona i jego serii o irlandzkiej policjantce, Katie Maguire. 6. część przygód tej bohaterki (tytuł oryginalny: Buried) powinna wkrótce trafić w ręce polskich czytelników. Premiery nowych książek to jednak nie wszystko! Nie możemy zapominać, że w ciągu roku czeka nas wiele wydarzeń literackich, a zatem należy się spodziewać, że nasz kraj odwiedzi jakiś znany pisarz. W przygotowanym przez wydawnictwo materiale możemy przeczytać, że Polskę odwiedzi m.in. Alex Marwood.

albatros_2017Warto również zwrócić uwagę na wznowienia wybranych książek w nowym layoucie. Na stronie internetowej wydawnictwa możemy przeczytać o Lustrzanym odbiciu Tany French z okładką pasującą do serii, w której ukazały się poprzednie powieści królowej irlandzkiego kryminału, czyli Ściana sekretów oraz Zdążyć przed zmrokiem, a także thrillery Alex Marwood i debiut B. A. Paris (premiera 15.02.2017). Nowej okładki doczeka się również Klub Julietty autorstwa Sashy Grey.

Każdy z nas pewnie czeka na coś innego, ja ze swojej strony wybrałam kilka tytułów, które zwróciły moją uwagę.

harris

Paris

dugoni

Te thrillery to trzej moi faworyci. Już nie mogę się doczekać ich lektury! :) A na co jeszcze zwrócić uwagę? Kolejne propozycje poniżej:

marwood

coben

McEwan carrisi

RZENIKDwie ostatnie pozycje, czyli Carrisi i Parsons, bardzo mnie kuszą. Z opisów wynika, że będą to świetne thrillery. Obawiam się jednak, że najpierw powinnam zacząć od książek je poprzedzających i wcale niewykluczone, że tak właśnie zrobię.

A Wy, na co najbardziej czekacie? Który tytuł przykuł Waszą uwagę?

„Szum”, Magdalena Tulli [recenzja]

302047-352x50

Autor: Magdalena Tulli

Tytuł: Szum

Wydawnictwo: Znak Literanova

Liczba stron: 192

——————————————————————————————————————————–

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni z własnej woli czytałam książkę jednego z naszych rodzimych autorów. Polskich książek z reguły nie czytam, choć filologia polska to ten kierunek studiów, któremu poświęciłam pięć lat swojego życia i który z dumą skończyłam. Nie czytam, bo wolę literaturę zagraniczną. Nie wynika to jednak z uprzedzeń i jakiejś naiwnej wiary, że to, co obce jest lepsze. Nie tu należy szukać przyczyny moich lekturowych wyborów. Skąd więc pomysł, by przeczytać Szum? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Po powieść Magdaleny Tulli, książkę powstałą w 2014 roku, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze: dostałam ją w prezencie od dobrej koleżanki, a po drugie: wciąż mam w pamięci czytane przeze mnie w 2016 roku doskonałe Włoskie szpilki, książkę, która absolutnie skradła moje serce, choć nie była lekturą wyłącznie przyjemną, lecz także niosącą w sobie gorzką i szalenie bolesną prawdę. Stanowiące zbiór 7 krótkich opowiadań Włoskie szpilki to ujmująca historia opowiedziana w sposób, który zachwyca. Tulli swą opowieścią wciąga, momentami wzbudza śmiech, choć to raczej śmiech przez łzy. Autorka skupiła się w swojej książce na problemie wyobcowania, niedopasowania, odstawania od ogółu, osamotnienia i totalnej bezradności dorastającego dziecka w starciu z nieprzychylnym mu światem. Doświadczenia narratorki to coś na kształt walki Dawida z Goliatem, w której z góry wiadomo, kto w tym starciu skazany jest na porażkę. Upokorzenia, pokorne kajania, próby wytłumaczenia się z niedostosowania się do ogólnie przyjętych reguł i obowiązujących standardów. To również sprawozdanie z trudnych relacji łączących matkę i córkę, niekochającą kobietę i niekochaną dziewczynkę, które nie potrafią znaleźć płaszczyzny porozumienia, bo i znaleźć jej nie mogą, nie szukając. Gdyby narratorka, dziś dorosła kobieta, a niegdyś wiecznie spóźniająca się uczennica, znała termin monachopsis, to pewnie właśnie tym słowem określiłaby nieprzerwanie towarzyszący jej stan. Poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu i że wszystko jest nie tak, jak być powinno. Strzał w dziesiątkę. Nic dodać, nic ująć. I chociaż może się Wam wydawać, że opisuję Włoskie szpilki, to w rzeczywistości to podsumowanie doskonale oddaje również atmosferę i problematykę wydanego trzy lata po Włoskich szpilkach Szumu. W najnowszej powieści Tulli powracają tematy poruszane w jej wcześniejszych utworach. Szum w moim odczuciu to niejako kontynuacja opowieści podjętej przed laty. To jej przypomnienie i uzupełnienie o nowych bohaterów, nowe fakty i nowe szczegóły. Ta powieść to – jak informuje wydawca – najodważniejsza, najbardziej osobista książka Magdaleny Tulli, w której pisarka odkrywa uniwersalną prawdę o kondycji ludzkiej i o tym, co jest w nią wpisane, a zatem o pierwiastku obcości, niedostosowania, a także dojmującej potrzebie wzajemnego zrozumienia i wybaczenia.

15875607_682328921940804_6235628Mimo swych podobieństw do opowiadań z 2011 roku Szum nie spodobał mi się tak bardzo jak Włoskie szpilki. Ładunek emocjonalny tej opowieści przytłoczył mnie o wiele bardziej, a pojawiające się co i rusz postaci ludzkie i zwierzęce sprawiały, że momentami się gubiłam. On, jego matka, moja matka, lis, esesman z dziurą na skroni, nauczycielka, łyżwiarz i wielu, wielu innych… Żywi i umarli, wszyscy obok siebie. Ci, którzy są i ci, których nigdy nie było. Te postaci odgrywają ważną rolę w życiu narratorki, ale powodują też niemały mętlik w głowie czytelnika. Moje skołowanie wynikało może z niewystarczająco uważnego śledzenia opowiadanej historii, nie będę się spierać. A może ta historia nie wciągnęła i nie zainteresowała mnie aż tak bardzo, bo wydawała mi się wtórna w stosunku do nie tak dawno czytanych przeze mnie Włoskich szpilek? Nie można jednak zaprzeczyć, że autorka porusza w swojej prozie bardzo ważną problematykę, której warto poświęcić dłuższą chwilę. Warto się z nią zmierzyć, warto ją spróbować zrozumieć, na spokojnie przetrawić. Nie wiem tylko, czy wspomniany tu Szum jest dobrą pozycją na pierwsze spotkanie z książkami Magdaleny Tulli.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.znak.com.pl

„Zagadki kryminalne panny Fisher. Morderstwo w pociągu”, Kerry Greenwood [recenzja]

220547-352x500Autor: Kerry Greenwood

Tytuł: Zagadki kryminalne panny Fisher. Morderstwo w pociągu

Tytuł oryginalny: Murder on the Ballarat Train: A Phryne Fisher Mystery #3

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 224

——————————————————————————————————————————–

Morderstwo w pociągu, wchodzące w skład serii Kryminalne zagadki panny Fisher, to moje pierwsze spotkanie zarówno z nieustraszoną i niezwykle bystrą Phryne, jak i z twórczością australijskiej pisarki, Kerry Greenwood. Sięgnęłam po tę powieść, ponieważ skojarzyła mi się ona z jednym z najsłynniejszych kryminałów Agathy Christie, a więc z Morderstwem w Orient Expressie, w którym w czasie podróży pociągiem jeden z pasażerów zostaje zamordowany. Śledztwo prowadzi oczywiście pedantyczny Belg, czyli Herkules Poirot. To jednak nie jedyne skojarzenie z twórczością Christie. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się również, że bohaterka serii Greenwood, detektyw-amator panna Phryne Fisher, uzbrojona w niezawodną berettę, przypominać będzie pannę Jane Marple, znaną z książek królowej kryminału. Po skończonej lekturze muszę przyznać, że książka Greenwood nie spełniła moich oczekiwań. Dlaczego tak się stało? O tym poniżej.

Panna Phryne Fisher podróżuje pociągiem do Ballarat. Towarzyszy jej Dot, lojalna pokojówka i powiernica. Podróż koleją w latach 20. XX w. nie należy do  przyjemności. Można się nieźle poobijać, zmęczyć i nadenerwować. Trzeba być ponadto przygotowanym na całkiem nieeleganckie  zachowania i nudne rozmowy ze współpasażerami. Ta podróż obfituje jednak w nieprzewidziane wydarzenia, które sprawią, że Phryne będzie musiała wkroczyć do akcji. Jedna z jadących pociągiem osób nie jest tym, za kogo się podaje. Ten tajemniczy pasażer postanawia uśpić chloroformem cały wagon, by spokojnie móc zabić jedną z podróżujących kobiet. Pech chciał, że użyta ilość chloroformu okazała się niewystarczająca, by uśpić czujną Phryne. Panna Fisher zrobi wszystko, by zabójca poniósł zasłużoną karę.

20161218_14125

Morderstwo w pociągu nie porwało mnie, choć pod pewnymi względami rzeczywiście przypomina ono powieści Christie. Christie jednak dawno nie czytałam i może dlatego tak trudno było mi się wczuć w klimat książki. Kiedyś uwielbiałam kryminały Christie, później jednak przerzuciłam się na powieści, których akcja rozgrywa się współcześnie. Na mój odbiór wpłynęła też pewnie postać głównej bohaterki. Phryne, kiedy się ją bliżej pozna, nie przypomina już panny Marple i, choć jest dobrą i inteligentną kobietą, nie wzbudza mojej sympatii. Nie oznacza to, że książka jest słaba i nie warto po nią sięgnąć. Nic z tych rzeczy. To niezły kryminał, który czyta się szybko i dość przyjemnie. Mój niedosyt wynika pewnie ze zbyt wygórowanych oczekiwań i tego, że odzwyczaiłam się od książek, których akcja rozgrywa się na początku XX stulecia. Sądzę ponadto, że fabuła mogłaby być zdecydowanie bardziej rozbudowana, a tak intryga wydaje się dość banalna i – co istotne – przewidywalna. Fankom (tak, fankom, bo to raczej seria dla kobiet) serialu i nieustraszonej panny Fisher powieść polecam. Reszcie niekoniecznie.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Podsumowanie roku :)

Ostatni dzień roku wydaje się idealnym momentem na wszelkiego rodzaju podsumowania. Zastanawiamy się, co w mijającym roku osiągnęliśmy, czego nie udało nam się zrealizować, co dobrego nam się przytrafiło i o czym chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. To również czas postanowień, nowych planów na przyszłość i obietnic. Nie inaczej będzie w moim przypadku. Jak niemal każdy książkowy bloger podsumuję oczywiście swoje lekturowe dokonania, choć mam pewne wątpliwości, czy wyraz „dokonania” jest stosowny do sytuacji. Zanim jednak zdradzę liczbę przeczytanych w tym roku książek (niezbyt imponującą, niestety), to może tytułem wstępu i pewnego usprawiedliwienia wspomnę, że pierwsza połowa roku 2016 w moim przypadku stała pod znakiem studiów polonistycznych i wymaganych przez ich program lektur. Tak więc prócz książek reprezentujących naszą rodzimą literaturę najnowszą miałam również okazję czytać publikacje na temat Gabrieli Zapolskiej i jej twórczości, a zatem pisarki, której dziełom poświęcona była moja praca magisterska. Lipiec przyniósł jednak upragnione ukończenie studiów wyższych i więcej czasu na czytanie dowolnych lektur bez konieczności radzenia sobie z wyrzutami sumienia. Od teraz mogłam czytać wyłącznie to, na co mam ochotę, a więc przede wszystkim kryminały i thrillery, które od lat są moją wielką miłością.

Książek ogółem, nie licząc tych związanych ze studiami, przeczytałam 35. O wielu z nich pisałam na swoim blogu, a zatem albo ich recenzje już czytaliście, albo możecie do nich zajrzeć w przyszłości. Do czego oczywiście bardzo serdecznie zachęcam! Nie zamierzam wypisywać tytułów wszystkich przeczytanych w tym roku przeze mnie książek (choć ich zestawienie znajdziecie na dołączonych do postu kolażach), ale pragnę zwrócić uwagę na kilka z nich. Dla ułatwienia i większej przejrzystości określę pewne kategorie. A zatem:

  1. książka, która okazała się dla mnie najbardziej inspirującą lekturą: Droga, którą jadę;
  2. książka, której lektura sprawiła mi największą przyjemność: Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn oraz Wioska morderców;
  3. książka, która okazała się największym zawodem: Śnieżny wędrowiec;
  4. książka wyjątkowa ze względu na okoliczności (mam na myśli lekturę egzemplarza podpisanego przez autora): Igrając z ogniem oraz Upadłe anioły.

podsumowanie_1

podsumowanie_2

Na nadchodzący rok spoglądam z entuzjazmem. Oznacza on bowiem kolejne fantastyczne lektury i okazje do podzielenia się z Wami swoimi wrażeniami. Jestem pewna, że wydawcy przygotują dla nas mnóstwo niesamowitych i godnych uwagi książek. Dlatego też zarówno Wam, jak i sobie samej w 2017 roku życzę dużo czasu na czytanie. Wszystkiego najlepszego i zaczytanego roku! Pozdrawiam :)

kieliszki_szampan

„Smak śmierci”, Michael Tsokos [recenzja]

505781-352x500Autor: Michael Tsokos

Tytuł: Smak śmierci

Tytuł oryginalny: Zerschunden

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

W określonych okolicznościach prawie każdy człowiek może stać się mordercą (s. 98)

Smak śmierci to książka, która wyszła spod pióra wybitnego eksperta medycyny sądowej. Michael Tsokos, od lat kierujący Instytutem Medycyny Sądowej w berlińskiej klinice Charité i Krajowym Instytutem Medycyny Sądowej i Społecznej w Berlinie, jest najbardziej renomowanym, i to nie tylko w Niemczech, badaczem nadzwyczajnych przypadków kryminalnych. Gdy prowadzący śledztwo funkcjonariusze są bezsilni wobec najbardziej niepojętych zbrodni, bez wahania proszą o pomoc profesora Tsokosa.

Doktor Fred Abel doskonale zna smak śmierci… Były żołnierz, wybitny ekspert medycyny sądowej, nie zliczyłby ofiar i scen zbrodni, jakie widział w swoim życiu. Nawet najbardziej zmasakrowane, rozczłonkowane, nieistniejące już prawie ciała zmarłych prowadzą go do nieuchwytnych morderców. Niewiele da się skryć przed jego genialną intuicją. Niewiele może go zaszokować. Ale teraz jest inaczej.

Berlinem wstrząsa brutalne morderstwo Iriny Pietrowej. Na jej ciele morderca zostawił niezrozumiałe przesłanie: Respectez Asia – błędnie zapisane drżącą ręką słowa wzywają do szacunku wobec Azji. Czy to oznacza, że morderca jest Azjatą, który wypowiada walkę rasistom dyskryminującym azjatycką ludność? Dlaczego więc morduje bezbronne starsze kobiety, które nie mają szans, by stawić mu czoła? Policja jest bezradna, nie wiedząc, gdzie szukać szaleńca. Aż wreszcie następuje przełom. Dzięki specjalistycznej analizie DNA przeprowadzonej przez doktora Abla podejrzewany o popełnienie tej bestialskiej zbrodni mężczyzna zostaje ujęty. Fred doznaje szoku, gdy okazuje się, że policja zgarnęła Larsa Moewiga, jego dawnego kolegę, z którym służył w wojsku. Lars zawsze sprawiał problemy i dopuszczał się rzeczy, których nie powinien robić. Nigdy jednak nie zabiłby człowieka, Abel jest o tym przekonany. Ale DNA mówi coś innego. Położenie Moewiga pogarsza dodatkowo fakt, że nie ma on alibi. Fred jest rozdarty pomiędzy wiarą w niewinność dawnego kolegi a przekonaniem, że DNA nigdy nie kłamie. To jednak nie koniec komplikacji.

Doktor Abel wkrótce dowiaduje się, że chorującej na białaczkę córce Larsa zostało zaledwie kilka dni życia. Była żona Moewiga błaga Freda, by udowodnił niewinność Larsa, zanim Lilly umrze. Wbrew przełożonym Fred podejmuje wyścig z czasem, nie wiedząc, czy jego kolega rzeczywiście jest niewinny. Tymczasem kolejne zbrodnie paraliżują strachem Europę: Berlin, Londyn, Bari, Orly. Wydaje się, że psychopatyczny seryjny morderca wybiera miasta i ofiary na chybił trafił. Gdzie teraz uderzy? Doktor Abel musi ująć mordercę, nawet jeśli miałby przyznać, że nieomylna nauka może się mylić…

Smak śmierci Michaela Tsokosa stał się ponoć międzynarodowym bestsellerem, tygodniami utrzymującym się na „topce”. Autor dysponował w zasadzie wszystkimi potrzebnymi elementami, by stworzyć świetną powieść kryminalną: oparta na faktach historia, doświadczenie związane z wykonywanym zawodem, warsztat pisarski. Mnie jednak mimo to nie porwał. Dlaczego? Z kilku powodów.

Muszę przyznać, że ucieszyłam się, gdy okazało się, że w powieści występuje pierwszej klasy profiler z Federalnego Urzędu Kryminalnego, niejaki Timo Jankowski. Profilerzy, czyli ludzie zajmujący się opracowywaniem profili psychologicznych niebezpiecznych przestępców, to ci bohaterowie, którzy najbardziej interesują mnie w powieściach kryminalnych. Ich praca oparta na uważnej obserwacji, dedukcji i odrobinie spekulacji wydaje się nieraz nieocenioną pomocą w chwytaniu seryjnych morderców. I choć Jankowski kilkakrotnie służy Ablowi swoimi radami, to jednak nie jestem do końca usatysfakcjonowana jego udziałem w śledztwie. Być może, gdyby to on był głównym bohaterem, moje odczucia byłyby zupełnie inne, bo autor inaczej rozłożyłby akcenty. Pewne zastrzeżenia mam również do postaci Freda Abla. Otóż, zdecydowanie brakuje mi scen w sali sekcyjnej. Abel to lekarz medycyny sądowej, który tu bawi się raczej w prywatnego detektywa albo detektywa-amatora na własną rękę prowadzącego toczące się w zawrotnym tempie poszukiwania szalenie niebezpiecznego człowieka.

Niekwestionowaną zaletą tego thrillera i tym, co czyni go tak przerażającym, jest to, że opowiedziana przez Michaela Tsokosa historia nie jest zmyślona. To mrożąca krew w żyłach historia, która naprawdę się wydarzyła. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wiele autor zaczerpnął z prawdziwego życia, z doświadczeń własnych i kolegów po fachu.

6978937_20161226_000705Podsumowując, muszę przyznać, że książkę dzięki krótkim rozdziałom i wartkiej akcji czyta się bardzo szybko. Nie jest to jednak pozycja, od której nie sposób się oderwać. Wiele razy odkładałam ją na bardzo długo (co zdarza mi się niezwykle rzadko) i wcale nie ciągnęło mnie, by do niej wrócić i dowiedzieć się, czy Lars w końcu jest winny czy też po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Na mój brak entuzjazmu wpływa również to, że trudno któregokolwiek z bohaterów naprawdę polubić. W podziękowaniach autora możemy się dowiedzieć, że Smak śmierci to pierwsza część trylogii. Ja jednak już wiem, że po kolejne tomy serii nie sięgnę, bo książka wydała mi się tak samo szara jak jej okładka. Decyzję, czy dać jej szansę, pozostawiam Wam.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoamber.pl

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber

logo