J. K. Rowling, „Harry Potter and the Philosopher’s Stone” [recenzja]

bloomsbury-ps-front2Autor: J. K. Rowling

Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Philosopher’s Stone

Wydawnictwo: Bloomsbury Publishing

Język: angielski

Liczba stron: 332

Harry’ego Pottera czytałam wieki temu, czyli wtedy, gdy był modny. Nie od razu podbił moje serce, gdyż bardzo sceptycznie podchodziłam do powieści fantastycznych. Pożyczony od kogoś …kamień filozoficzny porzuciłam chyba jeszcze przed dotarciem do połowy książki. Dopiero film Harry Potter i więzień Azkabanu sprawił, że zapragnęłam poznać dalsze losy bohaterów powieści jeszcze przed nakręceniem kolejnych części. Czara Ognia mnie zachwyciła i to dzięki niej wróciłam do poprzedzających ją książek oraz z niecierpliwością czekałam na jej kontynuacje. Dziś mam za sobą lekturę całej serii, setki razy widziałam również jej ekranizacje, a Hogwart i jego uczniowie zawładnęli moim sercem. Po latach wracam do historii „chłopca, który przeżył”, by towarzyszyć mu w walce z Voldemortem i znów poczuć się dzieckiem, które ze świata mugoli wkracza do świata magii. Aby ta lektura nie tylko była przyjemna, ale i pożyteczna, sięgam po oryginał… i jestem pod wrażeniem, a drugie spotkanie z 11-letnim Harrym pozwala mi wychwycić szczegóły, które za pierwszym razem mi umknęły.

Tym razem dla odmiany nie napiszę ani słowa o fabule książki Harry Potter and the Philosopher’s Stone (pol. Harry Potter i kamień filozoficzny). Myślę, że nawet jeśli nie wszyscy, to zdecydowana większość doskonale się orientuje w losach tytułowego bohatera. Postaram się raczej Was zachęcić do sięgnięcia po oryginał, by nie tylko lepiej wczuć się w realia powieści, ale i podszlifować swój angielski. Zanim zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę, w Internecie natknęłam się na komentarze innych czytelników, którzy twierdzili, że język oryginału nie jest trudny (z wyjątkiem idiolektu Hagrida i słów, które w normalnym języku nie istnieją) i spokojnie można lekturę pierwszego tomu serii zakończyć sukcesem. Mieli rację. Z perspektywy kogoś, kto zna tę historię, przebrnięcie przez tę książkę to bułka z masłem. Komuś, kto z Harrym spotyka się po raz pierwszy, może być trudniej, ale i on powinien podołać.

Lektura oryginału ma w zasadzie same zalety. Dopiero teraz dostrzegłam, jak bardzo momentami film różni się od powieści. Część rzeczy pominięto, co oczywiście zrozumiałe, ale część również zmieniono. Niektóre pominięte w ekranizacji sceny i w książce nie są moim zdaniem konieczne, ale wracając do sedna, muszę przyznać, że trudno mi powiedzieć, dla jakiego poziomu językowego jest ta książka. B1, B2? Doprawdy nie wiem. To seria dla dzieci i młodzieży (choć i dorośli czerpią z jej lektury przyjemność), więc język chyba nie może być zbyt wyszukany. Jedno wiem na pewno: ta książka to doskonałe źródło nowych słów i synonimów. Wizyta u Ollivandera uświadomiła mi, na jak wiele sposobów można powiedzieć, że różdżka jest giętka. Nie wszystko rzecz jasna zrozumiałam (serio, nie jestem aż tak dobra z zielarstwa czy eliksirów, by znać polskie odpowiedniki rzucanych przez Snape’a nazw), trochę musiałam wywnioskować z kontekstu, sporym ułatwieniem była również znajomość filmu i polskiej wersji powieści. Film sprawił również, że do każdej sceny miałam przed oczami zwizualizowane postaci, a moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Warto to przeżyć po raz drugi czy nawet któryś z kolei.

Ogółem jestem zachwycona i szczerze Wam polecam lekturę Harry’ego Pottera w wydaniu brytyjskim (Harry Potter and the Philosopher’s Stone) lub amerykańskim (Harry Potter and the Sorcerer’s Stone). Zdecydowanie warto!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.hp-lexicon.org

Tess Gerritsen, „John Doe” [recenzja]

Tess-Gerritsen-John-Doe1-300x400Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: John Doe (brak polskiego tłumaczenia)

Wydawnictwo: Ballantine Books

Format: epub

Język: angielski

Liczba stron: 48

 „Sprawiedliwość. Czasami trzeba dać jej kuksańca”

Tess Gerritsen jest znakomitą powieściopisarką. Miłośnicy książek, w których fabuła osnuta jest wokół morderstwa, a częściej nawet całej serii morderstw, chyba przyznają mi rację. Mistrzyni thrillera medycznego od lat zachwyca swoich czytelników niekończącymi się pomysłami, doskonale skonstruowaną intrygą, wiedzą z zakresu medycyny (co, oczywiście, nie powinno nas dziwić) oraz znakomitym i cieszącym się sympatią czytelników duetem w składzie: Jane Rizzoli, detektyw bostońskiej policji, i Maura Isles, lekarz sądowy. Powieść od opowiadania odróżnia wiele elementów. Oba gatunki mają swoje wady i zalety i oba gatunki wymagają pewnej umiejętności pisania, nie mówiąc już o talencie. Są pisarze, którzy specjalizują się wyłącznie w krótkich formach prozatorskich; są również tacy, którzy preferują tworzenie kilkusetstronicowych, wielowątkowych powieści, pozwalających im rozwinąć skrzydła, są jednak i tacy, którzy łączą obie postawy – piszą zarówno opowiadania, jak i powieści i oba gatunki wychodzą im znakomicie. Choć Gerritsen należy do drugiej kategorii, to jednak kilka lat temu, przed wydaniem Milczącej dziewczyny zdecydowała się przeprowadzić eksperyment i opublikować w Internecie darmowe opowiadanie. Eksperyment nie wypalił, a sama autorka otwarcie przyznała, że spodziewała się większego zainteresowania ze strony czytelników. Można by pomyśleć, że w tej sytuacji wspomniane Freaks będzie ostatnim opowiadaniem w dorobku Gerritsen, a tymczasem w 2012 roku, przed opublikowaniem Ostatniego, który umrze kolejny krótki tekst ujrzał światło dzienne. I dobrze się stało, bo z pewnością jest to pozycja warta uwagi.

Po lekturze Freaks obawiałam się, że Gerritsen po raz kolejny nie sprosta zadaniu. Miałam wrażenie, że to, co znakomicie wychodzi jej na 300 stronach powieści, nie do końca udaje się w tekście liczącym 10 razy mniej stron. Sięgając po Johna Doe, podświadomie spodziewałam się rozczarowania. Okazało się jednak, że nie doceniłam talentu autorki, bo John Doe to Tess Gerritsen w najlepszym wydaniu. Wciągająca, trzymająca w napięciu historia z zaskakującym zakończeniem, czyli wszystko to, czego dobremu thrillerowi najbardziej potrzeba.

W Olmsted Park zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Kilkanaście pchnięć nożem, na oślep wymierzanych w klatkę piersiową denata, świadczy o tym, że morderca musiał działać pod wpływem silnych emocji. Policja nie zna tożsamości zabitego, dlatego zgodnie z procedurami nadaje mu tymczasowe nazwisko „John Doe”, czyli odpowiednik naszego N.N. Wkrótce udaje się ustalić, że zamordowany to Christopher Scanlon, bardzo zamożny, wzorowy obywatel, który w opinii sąsiadów był aniołem, w żadnym wypadku niezasługującym na śmierć. A jednak ktoś go zabił i tym kimś najprawdopodobniej jest Maura, która dzień wcześniej spędziła w jego towarzystwie miły wieczór. Dr Isles, niestety, niewiele z tego wieczoru pamięta. Po raz pierwszy w życiu naprawdę urwał jej się film, a przelatujące przez jej głowę strzępki wspomnień nijak nie chcą ułożyć się w jakąś sensowną całość. Bankiet w muzeum, flirt z przystojnym mężczyzną, szampan i pobudka następnego ranka na kanapie i to w dodatku w wieczorowej sukni. To wszystko, co Maura pamięta – zbyt mało, by nie stać się główną podejrzaną w sprawie o morderstwo. Sytuacja dr Isles jest beznadziejna, a prowadzone przez policję śledztwo i odkrywane co krok dowody czynią ją jeszcze trudniejszą. Nawet bezgranicznie ufająca Maurze Jane zaczyna wątpić w niewinność koleżanki.

Czy można zamordować i niczego, absolutnie niczego, nie pamiętać? Czy w genach Maury, podobnie jak w genach jej matki, drzemią mordercze instynkty, które pod wpływem środków odurzających dały o sobie znać? Czy reguła „jaka matka, taka córka” po raz kolejny znajdzie potwierdzenie w rzeczywistości?

Kiedy policja odkrywa, że ten nieskazitelny Scanlon był nie tylko ofiarą, ale i łowczym polującym na własne ofiary, w kręgu podejrzanych pojawiają się także inne postaci. Problem w tym, że one – w przeciwieństwie do Maury – mają alibi. Dr Isles musi zrobić wszystko, by zapełnić czarną dziurę, jaka powstała w jej pamięci między sobotnim wieczorem a niedzielnym rankiem. Czy jej się to uda? Czy Jane pozostanie lojalna wobec przekonanych o winie Maury współpracowników, czy też zdecyduje się uwierzyć w mało prawdopodobną historię dr Isles, która sama nie jest do końca pewna, czy nie ma na sumieniu śmierci człowieka?

John Doe to znakomite opowiadanie, które podczas lektury dostarcza czytelnikowi mnóstwo przyjemności. Wartka akcja, niezły pomysł na fabułę oraz skoncentrowanie się na losach jednej z głównych bohaterek – w tym przypadku na losach Maury – to zalety tej niezbyt obszernej pozycji. Opowiadanie czyta się bardzo szybko, pojawiają się nawiązania do poprzednich części cyklu, co doskonale wplata Johna Doe między pozostałe tomy. Język oryginału, formalny lub potoczny w zależności od sytuacji, czyni tę lekturę jeszcze przyjemniejszą. Gerritsen do tej pory napisała dwa opowiadania: przeciętne Freaks mnie nie zachwyciło, John Doe wynagrodził mi niedosyt powstały po poprzedniej lekturze. Bardzo polecam!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.barnesandnoble.com

Tess Gerritsen, „Freaks” [recenzja]

11407573Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Freaks (brak polskiego tłumaczenia)

Wydawnictwo: Ballantine Books

Format: epub

Język: angielski

Liczba stron: 46

Niełatwo napisać dobre opowiadanie, które – mimo niewielkiej objętości i jednowątkowej fabuły – pochłonie czytelnika bez reszty i pozostawi po sobie jakiś ślad w jego pamięci. Freaks, czyli nietłumaczone na język polski, liczące zaledwie kilkadziesiąt stron opowiadanie autorstwa Tess Gerritsen potwierdza tezę, że nawet tak znakomita pisarka jak Gerritsen, której thrillery od lat są światowymi bestsellerami, może mieć z tym problem.

Opowiadania, czyli krótkie formy prozatorskie, nigdy nie należały do moich ulubionych. Powodów tej niechęci jest co najmniej kilka, ale na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim osnucie fabuły wokół jednego wątku. Niewielkie rozmiary utworów należących do tego gatunku uniemożliwiają autorowi dopracowanie historii w szczegółach, co niejednokrotnie przekłada się na wartość opowiadania. Kilkusetstronicowa powieść pozwala pisarzowi rozwinąć skrzydła, a w konsekwencji stworzyć wielowątkowy, rozbudowany układ zdarzeń, który co i raz będzie zaskakiwał czytelnika swoją nieprzewidywalnością. Autor opowiadania ma zadanie zgoła trudniejsze. Na zachwycenie czytelnika oraz zyskanie jego sympatii i zainteresowania ma stosunkowo mniej czasu niż autor powieści. W tak krótkim utworze, jakim jest opowiadanie, niełatwo zmazać złe pierwsze wrażenie, ponieważ zwyczajnie brakuje na to czasu. Przedstawiona historia musi więc być krótka, zwięzła, pozbawiona zbędnych opisów, a jednocześnie dobrze zarysowana, a nie zaledwie naszkicowana, dokładnie przemyślana i wciągająca, co w przypadku opowiadania należącego do kategorii kryminału lub thrillera nie jest przecież bez znaczenia.

W opuszczonym Kościele św. Antoniego zostają odnalezione zwłoki Kimberly Rayner. Siedemnastolatka jak na swój wiek jest bardzo wychudzona. Ślady na jej szyi, zdaniem policji, jednoznacznie wskazują, że przyczyną śmierci było uduszenie. Wezwana na miejsce zdarzenia dr Maura Isles bez zbadania ofiary nie chce ferować wyroków. Wkrótce okazuje się, że tajemniczy osobnik śledzi każdy ruch badającego miejsce zbrodni zespołu techników. Nieustraszona Rizzoli rusza w szaleńczy pościg za przypominającym chodzący szkielet nastolatkiem, który staje się głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo. Na przesłuchaniu chłopak przyznaje się tylko do jednego – twierdzi mianowicie, że jest żywiącym się krwią i powietrzem wampirem. Przekonana o winie Lucasa Jane z miejsca go wyśmiewa i najchętniej od razu wsadziłaby go za kratki, podobnie zresztą jak szukający pomsty za śmierć dziecka Tony Rayner. Problem w tym, że nie ma żadnych dowodów winy nastolatka. Znana z racjonalnego podejścia Maura odrzuca teorię z wampirem i próbuje odkryć to, czego na pozór nie widać. Kto stoi za śmiercią Kimberly: czerpiący przyjemność i siłę ze spożywania krwi chłopak, który pragnąc zaspokoić swój głód, posunął się o krok za daleko, czy może jakiś inny nieznany sprawca?

Tess Gerritsen stworzyła utwór, który czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Dodam, że pierwszy raz czytałam jakąś jej książkę w oryginale i, szczerze mówiąc, żałuję, że był to dopiero pierwszy raz. Historia wydaje się dosyć ciekawa, ale niestety czegoś w niej brakuje. Zakończenie niby zaskakuje, tajemnicze okoliczności zbrodni też wpływają na korzyść opowiadania, ale jednocześnie po skończonej lekturze czuć pewien niedosyt. Może mój sceptycyzm wynika z wykorzystania przez Gerritsen tak oklepanego i przereklamowanego w dzisiejszych czasach motywu wampira, motywu, który nawet w najmniejszym stopniu nigdy nie wzbudzał mojego zainteresowania. Sama Gerritsen przyznała kiedyś, że spodziewała się lepszej recepcji swojego opowiadania, co znaczyłoby, że nie jestem wyjątkiem, jeśli chodzi o ocenę tego krótkiego utworu. Z drugiej strony dawno nie czytałam opowiadania, którego fabuła byłaby osnuta wokół morderstwa, dlatego trudno mi jednoznacznie potępić bądź pochwalić dzieło autorki Chirurga. Na tle innych reprezentantów gatunku Freaks może być arcydziełem albo zwykłą szmirą, choć ani o jedno, ani o drugie tego utworu raczej bym nie posądzała.

Wielbiciele przygód Rizzoli i Isles mogą potraktować Freaks jako dopełnienie cyklu i tekst, w którym można wychwycić kilka ciekawostek. Nie jest to jednak pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.goodreads.com

Recenzja książki pt. „Vanished” autorstwa Kate Brian

352x5ui00Autor: Kate Brian

Tytuł: Vanished (brak polskiego wydania)

Format: E-book

Język oryginału: angielski

Vanished Kate Brian to 12. część serii Private opowiadająca o losach pochodzącej z ubogiej rodziny Reed Brennan, której udało się wejść do grona najpopularniejszych i najbardziej wpływowych uczniów w kampusie. Poza tym to jedna z moich ulubionych pozycji. Co prawda czytałam ją już jakiś czas temu, ale zostało w mojej pamięci niezatarte wrażenie, że była ona czymś absolutnie niesamowitym.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że Wydawnictwo Znak zaprzestało tłumaczenia serii Private. To wielka szkoda, biorąc pod uwagę prawdziwy geniusz Kate Brian. Nastolatki uwielbiają jej książki i ja zawsze byłam jedną z nich. Dziś nie mam już 15 czy 16 lat, a nadal zachwycam się jej powieściami. Nie czekając dłużej na polskie wydanie, sięgnęłam po e-book, oczywiście w oryginale, i tak od książki do książki w kilka dni dotarłam do Vengeance, kończącej całą serię. Przyznam, że było warto! Co za historia, co za emocje! Aż trudno się oderwać od czytania, zarywałam noce, czytałam do drugiej czy trzeciej nad ranem, byle tylko dowiedzieć się, co jeszcze spotka Reed, a każdy z tomów kończył się prawdziwą bombą, dramatem, który przeżywałam razem z bohaterką.

Vanished jednak ze wszystkich 14 części oceniam najwyżej. Pomysł z porwaniem Noelle, którą – muszę przyznać, uwielbiam – oraz z listą naprawdę okropnych żądań był znakomity. Czułam się dosłownie tak, jakbym to ja miała do wykonania 4 zadania, których stawką było życie mojej najbliższej przyjaciółki. Nie wiem tylko, czy bym im sprostała.

Całkowicie zaskoczyło mnie zakończenie i to, czego dowiedzieliśmy się na temat koligacji rodzinnych Reed. Zanim to jednak nastąpiło, poczułam się oszukana, gdy wyszło na jaw, kto stoi za porwaniem Noelle. Tego nie przewidziałam, nikt zresztą chyba by się tego nie domyślił!

Co tu więcej mówić, książka absolutnie fantastyczna, zdecydowanie warta przeczytania. Bardzo gorąco polecam, zwłaszcza w oryginale.

Moja ocena: 10/10

Źródło fotografii:
http://lubimyczytac.pl