„Sekret, którego nie zdradzę”, Tess Gerritsen [recenzja]

d_3952Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Sekret, którego nie zdradzę

Tytuł oryginalny: I Know A Secret

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Andrzej Szulc

Liczba stron: 384

——–

Prawda nie zawsze jest tym, co wydaje się oczywiste

Tess Gerritsen od dawna należy do moich ulubionych pisarek. Do dziś z rozrzewnieniem wspominam dzień, w którym przyniosłam z biblioteki Chirurga, zaczynając jednocześnie swą długoletnią przygodę z amerykańską autorką. Gerritsen przez lata zdążyła nas już przyzwyczaić, że nie schodzi poniżej pewnego poziomu, mimo że w jej dorobku od czasu do czasu obok prawdziwych perełek trafiają się powieści przeciętne, o których szybko zapominamy. I chociaż obok wzlotów zdarzają się też upadki, kariera pisarska autorki Grzesznika to w zasadzie pasmo sukcesów. Stworzona przez nią seria thrillerów medycznych z duetem śledczym Rizzoli & Isles w rolach głównych na całym świecie cieszy się ogromną popularnością, co tylko potwierdza talent autorki do tworzenia historii, które naprawdę potrafią wciągnąć. Jej powieści z wypiekami na twarzy czytają miliony czytelników, dla których Gerritsen jest niekwestionowaną mistrzynią gatunku.

W 12. powieści z serii opowiadającej o detektyw Jane Rizzoli i lekarce sądowej Maurze Isles, prowadzący śledztwo kobiecy duet będzie musiał zmierzyć się z bestialskim morderstwem Cassandry Coyle, 26-letniej producentki popularnych horrorów. Znów do głosu dojdą chore ambicje, paraliżujący strach oraz wielkie namiętności, które trudno okiełznać.

Każde zwłoki opowiadają jakąś historię…

Jane Rizzoli i Maura Isles w swoim życiu widziały niemal wszystko. Można by się spodziewać, że nic ich nie zaskoczy, a jednak tym razem miejsce zbrodni nie przypomina niczego, z czym kiedykolwiek miały do czynienia. Bez wątpienia leżąca na łóżku młoda kobieta jest martwa, choć na pierwszy rzut oka wygląda tak, jakby właśnie drzemała. Jest jednak drobny szczegół… Zabójca pokusił się o makabryczny żart, umieszczając gałki oczne ofiary na jej dłoni, co niepokojąco przypomina kadr rodem z produkowanych przez nią horrorów. Bardziej przerażające od samego widoku jest jednak to, że zapytana o przyczynę śmierci Maura nie potrafi znaleźć właściwej odpowiedzi. Czy to możliwe, by jakiś obsesyjny fan odgrywał sceny z filmów grozy?

Kiedy kilka dni później zostają odnalezione zwłoki mężczyzny, Jane i Maura zyskują pewność, że poszukiwany szaleniec morduje według pewnego klucza. Jego odkrycie pozwala policji przewidzieć, kiedy dojdzie do kolejnego zabójstwa i jaka śmierć spotka ofiarę. Okazuje się, że morderca wybrał już nawet swój następny cel. Ta kobieta jest jedyną osobą, która może pomóc Jane i Maurze go złapać. Ukrywa jednak mroczną tajemnicę, której nawet w obliczu zagrożenia nie zamierza zdradzić…

Na nową powieść wchodzącą w skład uwielbianej przez nas serii czytelnicy musieli trochę poczekać. Thriller Umrzeć po raz drugi, 11. tom cyklu, miał swoją premierę w 2015 roku, co oznacza, że w ciągu tych dwóch długich lat mieliśmy prawo stęsknić się za naszymi ulubionymi bohaterkami. Opublikowana w zeszłym roku powieść Igrając z ogniem była w sumie niezłą książką, choć do najlepszych w dorobku Gerritsen sporo jej brakowało. To jednak zupełnie inna historia, która pod pewnymi względami również zasługuje na uwagę. Potwierdza bowiem, że amerykańska pisarka jest autorką bardzo wszechstronną, która nie boi się podejmować ryzyka. W końcu jednak przyszedł czas na Sekret, którego nie zdradzę. I nawet jeśli miałam pewne zarzuty pod adresem Umrzeć po raz drugi, książki, która nie do końca przypadła mi do gustu, to najnowszy thriller Gerritsen wynagrodził mój niedosyt z nawiązką.

1508590417831(1)Tess Gerritsen przyzwyczaiła nas, że akcja jej powieści toczy się dwutorowo. Oznacza to, że zazwyczaj w jej książkach mamy nie tylko dwa miejsca akcji, nie tylko dwie przestrzenie czasowe, ale i dwóch narratorów. Jeden z nich, ten relacjonujący wydarzenia związane z prowadzonym przez bostońską policję śledztwem, jest trzecioosobowy, drugi zaś przedstawia wydarzenia z punktu widzenia konkretnej postaci, a więc jest narratorem pierwszoosobowym, a zatem subiektywnym. Narracji pierwszoosobowej w thrillerach bardzo nie lubię (pewnym wyjątkiem mogą być thrillery psychologiczne), ponieważ przedstawiane wydarzenia są niejako skażone punktem widzenia opowiadającego, a jednak u Gerritsen to połączenie dwóch typów narracji zdaje się doskonale sprawdzać.

Sekret, którego nie zdradzę jest książką niesamowicie przyjemną w odbiorze. Czyta się ją szybko i z rosnącym zainteresowaniem. Odkrycie klucza, według którego mordowani są kolejni ludzie, i cała związana z nim symbolika naprawdę fascynują, dodając fabule niezwykłego klimatu. Cieszy również, że Tess Gerritsen wraca do wątków i postaci pojawiających się w poprzednich tomach. Pojawiają się więc nie tylko matka Maury, Amalthea Lank, czy duchowny Daniel Brophy, będący obiektem pożądania dr Isles, ale także przeżywający kryzys małżeński rodzice Jane. To właśnie w cyklach lubię najbardziej – nowi czytelnicy mogą czuć się nieco zagubieni, ale ci, którzy systematycznie śledzą losy bohaterów, będą usatysfakcjonowani wrażeniem, że oto spotkali dawno niewidzianych znajomych, z którymi łączy ich tak wiele wspólnych wspomnień.

Gdyby ktoś mnie poprosił o polecenie dobrego thrillera, bez wahania wskazałabym na twórczość Gerritsen. Tu dobrych, trzymających w napięciu i zaskakujących thrillerów jest tak dużo, że trudno wybrać tylko jeden tytuł. Najnowsza powieść autorki doskonałej Autopsji odpowiada na potrzeby nawet najbardziej wymagających fanów gatunku. Nie ma tu może fajerwerków, koniec też raczej nie jest spektakularny, ale nie sądzę, byście się rozczarowali! Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać książek autorstwa Gerritsen, to jak najszybciej musicie to zmienić :)

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Igrając z ogniem”, Tess Gerritsen [recenzja]

466930-352x500Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Igrając z ogniem

Tytuł oryginalny: Playing with Fire

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 320

——————————————————————————————————————————–

Igrając z ogniem to książka unikatowa w dorobku Tess Gerritsen, trudno ją bowiem porównać do jakiejkolwiek innej powieści autorki Chirurga. Pewnym – w miarę uzasadnionym – skojarzeniem może być Ogród kości, gdzie również mogliśmy śledzić dwie historie: jedną z przeszłości i jedną współczesną. Co ciekawe, bohaterka Igrając z ogniem ma na imię tak samo jak protagonistka Ogrodu kości. To jednak, jak sądzę, zwykły zbieg okoliczności, Julia Ansdell poza imieniem i uporem, by rozwiązać zagadkę z przeszłości, ma bowiem niewiele wspólnego z Julią Hamill.

ztessgerritsenChociaż książkę Igrając z ogniem zakupiłam 3 czerwca 2016 roku podczas zorganizowanego przez Wydawnictwo Albatros i Empik spotkania z Tess Gerritsen, to jednak dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na jej lekturę. Fakt, że na pierwszej stronie widnieje dedykacja wpisana przez autorkę, nie tylko napawał mnie dumą i zadowoleniem, lecz także sprawił, że z jeszcze większą chęcią sięgnęłam po tę powieść, znając już z wypowiedzi samej Gerritsen genezę Incendio i historii opowiedzianej w Igrając z ogniem.

Julia Ansdell, amerykańska skrzypaczka, podczas pobytu w Rzymie w jednym z antykwariatów kupuje sobie na pamiątkę książkę z cygańskimi melodiami. Wewnątrz zbioru kobieta odnajduje zapis nutowy utworu pt. Incendio, którego kompozytorem był tajemniczy mieszkaniec Wenecji, L. Todesco. Zafascynowana niezwykłym znaleziskiem Julia po powrocie do domu nie może się doczekać momentu, w którym zagra ten bardzo trudny utwór. Gdy to wreszcie następuje, z jej trzyletnią córką zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dziewczynka wpada w szał i morduje kota. Po tym mrożącym krew w żyłach zdarzeniu następują jednak kolejne tak samo niepokojące. Czy to możliwe, by Incendio, zwykły utwór muzyczny, był w stanie wywołać w trzylatce aż tak wielką agresję? Przerażona zachowaniem Lily Julia szuka pomocy u lekarzy, którzy twierdzą, że z jej córką wszystko jest w porządku. Kobieta nie tylko coraz bardziej boi się trzylatki, lecz także sądzi, że dziwne zachowanie Lily ma związek z tajemniczym utworem, czym zaczyna przerażać męża i bliskich, którzy sugerują, by poddała się leczeniu psychiatrycznemu. Julia nie chcąc trafić do domu wariatów, postanawia wybrać się do Wenecji, gdzie przed laty mieszkał Lorenzo Todesco. Kobieta wierzy, że tylko poznając historię Incendio, zdoła przekonać bliskich, że nie zwariowała. Co takiego ma w sobie ta melodia, że wyzwala w ludziach ogień? Kim był jej kompozytor i co się z nim stało? Odpowiedzi na te pytania szukajcie na kartach powieści.

Muszę przyznać, że podczas lektury marzyło mi się, by usłyszeć ogniste dźwięki Incendio. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę żałowałam, że nie znam się na muzyce, nie rozumiem fachowej terminologii i nie potrafię sobie wyobrazić diabelskiej mocy tego walca. Na szczęście możemy wysłuchać skomponowanego przez Gerritsen na potrzeby książki Incendio w wersji fortepianowej: tu utwór gra sama autorka

lub skrzypcowej:

Dzięki temu bez znajomości nut, tonacji i wszystkiego, co z muzyką związane, jesteśmy w stanie zachwycić się tym utworem.

Ogromnym atutem Igrając z ogniem są informacje, które dzięki lekturze książki możemy nabyć na temat mającego miejsce w okresie II wojny światowej Holokaustu. Na przykładzie Włoch Gerritsen ukazała mechanizm przymusowych deportacji Żydów przez władze faszystowskie do niemieckich obozów zagłady zlokalizowanych m.in. w naszym kraju, w których miliony niewinnych ludzi czekała śmierć. Prześladowania europejskich Żydów to temat trudny, choć nieraz powracający w twórczości różnych pisarzy. Zamieszczona na końcu książki nota historyczna porządkuje fakty i dopowiada to, czego czytelnicy mogli nie wychwycić podczas lektury powieści. Dzięki temu książka, podobnie jak wspomniany na początku Ogród kości, w którym Gerritsen dostarczyła nam wielu ciekawych informacji z dziedziny medycyny i praktyk stosowanych w 1. połowie XIX wieku, pełni funkcję nie tylko ludyczną, lecz także poznawczą.

Podsumowując, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że najnowsza powieść Tess Gerritsen to książka znacznie różniąca się od poprzednich dzieł autorki. Igrając z ogniem trudno nazwać thrillerem w ścisłym tego słowa znaczeniu, to raczej mieszanka romansu, powieści historycznej i thrillera (mamy wszak tajemnicę, napięcie i niepewność). Intryga przedstawiona na początku powieści rozbudziła moje zainteresowanie i nadzieje na jakiś spektakularny koniec. I choć zakończenie jest zaskakujące, to jednak czuję pewien niedosyt, ponieważ jest bardziej racjonalne, niż się spodziewałam. Niemniej jednak warto tej książce poświęcić trochę uwagi, chociażby po to, by przekonać się, jak wszechstronną pisarką jest Tess Gerritsen, potrafiąca również tworzyć historie inne niż te, które znamy z jej thrillerów medycznych. Jeśli jednak wolicie coś bardziej w stylu cyklu Rizzoli & Isles, tę powieść raczej sobie odpuśćcie, by niepotrzebnie nie uprzedzić się do twórczości Gerritsen.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Tess Gerritsen, „Umrzeć po raz drugi” [recenzja]

d_3479Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Umrzeć po raz drugi

Tytuł oryginalny: Die Again

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

W końcu doczekaliśmy się premiery polskiego wydania najnowszej powieści Tess Gerritsen pt. Umrzeć po raz drugi. Trochę to trwało, ale po miesiącach czekania wreszcie na własnej skórze możemy się przekonać, czy 11. część cyklu Rizzoli & Isles zasługuje na te wszystkie pochwały, którymi obdarzano wydanie anglojęzyczne.

Tess Gerritsen przez lata zdążyła przyzwyczaić swoich czytelników, że jej znakomite thrillery medyczne niemal zawsze trzymają w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, co oczywiście przekłada się na tempo czytania oraz płynącą z lektury przyjemność. Jednak to nie wszystko. Książki Gerritsen charakteryzuje coś jeszcze – są niewyczerpanym źródłem informacji, które uczą i fascynują zarazem. W przypadku powieści Umrzeć po raz drugi nie jest inaczej. Tym razem nie tylko zgłębiamy tajniki pracy taksydermistów, lecz także dowiadujemy się sporo na temat zwyczajów łowieckich największych i najniebezpieczniejszych z kotowatych, a nawet podróżujemy po Afryce i uczestniczymy w mrożącym krew w żyłach safari w delcie rzeki Okawango w północnej Botswanie.

Tradycyjnie akcja powieści rozgrywa się na dwóch płaszczyznach – w Bostonie, gdzie detektyw Jane Rizzoli i dr Maura Isles polują na seryjnego mordercę, oraz w afrykańskiej Botswanie. Co ciekawe, mamy nie tylko dwa miejsca akcji, ale i dwóch narratorów – w części bostońskiej zdarzenia relacjonuje trzecioosobowy, wszechwiedzący narrator, podczas gdy w części botswańskiej pojawia się narrator, a właściwie narratorka pierwszoosobowa, a więc subiektywna. Z reguły narracja pierwszoosobowa bardzo mnie irytuje (tak było np. w przypadku Milczącej dziewczyny, 9. tomu serii), ale tym razem byłam jakoś wyjątkowo tolerancyjna i cierpliwie znosiłam opowieść Millie, a opowieść jest dość obszerna.

Zabić to dla niego za mało

Boston. Gdy Jane Rizzoli i Maura Isles zostają wezwane na miejsce kolejnego morderstwa, nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co za chwilę zobaczą. A wydawało się, że widziały już wszystko. Mieszkanie, którego ściany zdobią trofea myśliwskie, a wśród nich wypatroszone zwłoki Leona Gotta, doświadczonego myśliwego i wykwalifikowanego taksydermisty. Nikt nie ma wątpliwości, że ten, kto to zrobił, musi być szaleńcem. Gdy detektywi Rizzoli i Frost szukają jakichkolwiek śladów mordercy, Maura na ciele ofiary zauważa coś bardzo niepokojącego – trzy równoległe zadrapania, do złudzenia przypominające pazury, jednak zbyt duże jak na pazury domowego kota.

Kilka kolejnych odkryć sprawia, że Maura zaczyna dostrzegać pewne zbieżności, a dokładniejsze śledztwo pozwala przypuszczać, że brutalne zabójstwo Gotta nie jest pierwszą tego typu zbrodnią. Okazuje się bowiem, że w ostatnich latach w całym kraju śmierć w podobnych okolicznościach poniosło wielu biwakowiczów i amatorów spędzania czasu na świeżym powietrzu. Na jaw wychodzi jednak coś jeszcze – przed sześciu laty na odbywającym się w Botswanie safari ofiarą zabójcy padła grupa turystów. Ludzie, którzy bali się pożarcia przez drapieżniki, zginęli z ręki człowieka. Czy te zgony to zwykły zbieg okoliczności? Chyba niekoniecznie. Co łączy odnotowywane na terenie Stanów Zjednoczonych śmierci z tragedią w afrykańskim buszu? Czy Jane i Maura rozwikłają zagadkę brutalnego łowcy, zanim ten zdecyduje się dodać je do swojej kolekcji?

Podsumowując

Czy najnowsza powieść Gerritsen jest dobra? Owszem, choć muszę przyznać, że mając za sobą lekturę wszystkich poprzedzających ją tomów, odczuwam pewien niedosyt. Pochłonęłam tę książkę w dwa dni, a jej zakończenie oczywiście mnie zaskoczyło, a jednak temat i rozwiązanie jakoś mnie nie przekonały. Brakowało mi napięcia i gęsiej skórki, które w przeszłości często mi towarzyszyły. Mimo to uważam, że lektura Umrzeć po raz drugi jest bardzo wartościowa, zważywszy na to, czego możemy się dowiedzieć.

Dla miłośników Gerritsen i serii Rizzoli & Isles to pozycja obowiązkowa – poznacie dalsze losy swoich ulubionych bohaterek, dla reszty może niekoniecznie, chociaż nikogo nie zniechęcam. Każda okazja jest dobra, by poznać mistrzostwo Gerritsen i dowiedzieć się czegoś nowego!

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Tess Gerritsen, „Infekcja” [recenzja]

d_3320Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Infekcja

Tytuł oryginalny: Life Support

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 408

W oczekiwaniu na premierę polskiego wydania najnowszej powieści Tess Gerritsen (Umrzeć po raz drugi – premiera 23.09.2015) zdecydowałam się sięgnąć po pomijaną przeze mnie dotychczas, choć wydaną wiele lat temu, Infekcję. Bardzo lubię czytywać thrillery medyczne Gerritsen, które są zdecydowanie lepsze niż powstające na początku jej kariery pisarskiej romanse kryminalne. Zgodnie z przewidywaniami i tym razem się nie zawiodłam. Tess Gerritsen znów pokazała kunszt, tworząc interesującą i trzymającą w napięciu intrygę, a ja przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo polubiłam tę autorkę.

Doktor Toby Harper pracuje na nocnej zmianie w izbie przyjęć bostońskiego Springer Hospital. Zachowanie starszego mężczyzny, który właśnie trafił na jej oddział, wskazuje, iż cierpi on na chorobę Alzheimera. Wstępne badanie nie potwierdza jednak diagnozy dr Harper, która zleca przeprowadzenie tomografii głowy pacjenta. W międzyczasie na ostry dyżur trafia kobieta, której reanimacja pochłania uwagę całego zespołu. Wkrótce okazuje się, że pozostawiony bez opieki Harry Slotkin zapadł się pod ziemię. Syn pacjenta żąda wyjaśnień, ale nikt nie wie, gdzie starszy mężczyzna się podziewa. Daniel Slotkin grozi Toby pozwem, a szefostwo szpitala w obawie przed skandalem naciska na dr Harper, by wykorzystała swój zaległy urlop i na kilka tygodni zniknęła ze szpitalnych korytarzy. Kobieta nawet nie chce o tym słyszeć. Jakiś czas później na jej oddział trafia kolejny pacjent, którego zachowanie do złudzenia przypomina zachowanie zaginionego Slotkina. Jak się okazuje, obu mężczyzn leczy dr Carl Wallenberg, który nie dość, że odmawia Toby współpracy, to jeszcze stanowczo zaprzecza jakoby któryś z mężczyzn cierpiał na jakąkolwiek chorobę. Jego zdaniem obaj cieszą się świetnym zdrowiem. Gdy mimo starań nie udaje się uratować pacjenta, Toby wbrew opinii Wallenberga zleca wykonanie sekcji zwłok, której wyniki przerażają nie tylko dr Harper, ale i niezależnego anatomopatologa. Ich diagnoza jest jednoznaczna: choroba Creutzfeldta-Jakoba. W obawie przed rozwojem epidemii dr Harper za wszelką cenę chce się dowiedzieć, co jest źródłem choroby. W tym celu prosi o pomoc lekarza z luksusowego domu opieki, do którego bram prowadzą wszystkie tropy. Szokująca prawda, którą dr Harper odkryje, mocno nią wstrząśnie. Co ukrywa Wallenberg, który robi wszystko, by uprzykrzyć Toby życie? Jak daleko posuną się ci, którzy będą chcieli uciszyć wścibską lekarkę? No i najważniejsze: co jest przyczyną tej śmiertelnej choroby?

Infekcja to chyba jeden z najbardziej medycznych thrillerów w dorobku Gerritsen. Podczas lektury tej powieści nieustannie towarzyszyło mi uczucie, że na jej końcu powinien być zamieszczony słowniczek terminów medycznych, który ułatwiłby zrozumienie niektórych rzeczy. Książkę, co dla Gerritsen typowe, czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Niektóre opisy sprawiają, że włos jeży się na głowie. Przedstawiona przez autorkę historia wciąga, ale nie jest tak, że nie sposób się od niej oderwać. Wątek Molly Picker i jej znajomej prostytutki czyni ją jeszcze ciekawszą (zrozumiecie, co mam na myśli, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po Infekcję). Powieść polecam fanom Gerritsen oraz tym czytelnikom, których nie zraża nie do końca zrozumiały medyczny bełkot. Infekcja to bez wątpienia dobry wybór. Warto się z nią zapoznać.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Tess Gerritsen, „Bez odwrotu” [recenzja]

bez-odwrotu-1Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Bez odwrotu

Tytuł oryginalny: Whistleblower

Wydawnictwo: Mira, Harlequin Enterprises

Liczba stron: 288

Ta deszczowa noc na zawsze zostanie w pamięci Catherine Weaver. Wielogodzinna jazda w trudnych warunkach nieźle dała jej w kość. Zmęczona wracała właśnie do domu przyjaciółki, gdy nagle na drogę wyskoczył mężczyzna. Zanim Catherine zdążyła zareagować i wcisnąć hamulec, było już za późno. Otrząsnąwszy się z wrażenia, że omal nie zabiła człowieka, z trudem zdołała umieścić rannego w samochodzie, by jak najszybciej zawieźć go do szpitala. Na miejscu okazało się, że nieznajomy stracił dużo krwi, z tym że nie w wyniku potrącenia, lecz w wyniku postrzelenia. Kilka dni później Victor Holland ucieka ze szpitala i zjawia się pod drzwiami Catherine. Chce odzyskać coś, co zostawił w jej samochodzie. Ostrzega Catherine, że grozi jej niebezpieczeństwo. Gdy kobieta nie chce mu uwierzyć, twierdząc, że jest paranoikiem, pokazuje jej wycinek z gazety informujący o zabójstwie młodej kobiety o nazwisku… Catherine Weaver. Chwilę później jej mieszkanie zostaje ostrzelane, a Cathy przekonuje się, że Victor mówi prawdę. Rozpoczyna się szaleńczy pościg, którego stawką jest przeżycie. Kto próbuje ich zabić i dlaczego? Komu naraził się Victor i czy rzeczywiście nie jest wariatem?

Bez odwrotu to jedna z pierwszych powieści w dorobku Tess Gerritsen. Ze względu na tematykę i obecność wątków: sensacyjno-kryminalnego oraz miłosnego należy ją uznać za romans kryminalny. Pozycja ta w zasadzie nie różni się od utrzymanych w tej konwencji książek ją poprzedzających, a także tych, które po niej następują. Bohater, będący w posiadaniu cennych informacji, mogących zniszczyć karierę wielu wysoko postawionym obywatelom, znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Na jego życie polują płatni zabójcy, którzy zrobią wszystko, by raz na zawsze go uciszyć, zanim ten zdoła upublicznić zebrane dowody świadczące o przestępstwach i nieprawidłowościach w funkcjonowaniu rządu, CIA czy FBI. Oczywiste jest, że ścigany, chcąc pozostać przy życiu, musi uciekać, by znaleźć jakąś bezpieczną kryjówkę. W tym wszystkim nie może również zabraknąć kobiety, której życie ze względu na różne okoliczności także jest zagrożone. Wraz z rozwojem akcji ścigani, jeśli chcą przetrwać i dotrzeć do prawdy, muszą połączyć siły, w końcu i tak walczą z tym samym wrogiem. Sytuacja zagrożenia, jak można się domyślać, bardzo ich do siebie zbliża. W ten sposób powieść wpisuje się we wszelkie schematy, w których pojawia się cukierkowy wątek miłości od pierwszego wejrzenia, postać rycerza na białym koniu, pięknej niewiasty i tego, kogo trzeba unicestwić, by dobro zwyciężyło. Historia w stylu: „my dwoje kontra cały świat”. Niestety, strasznie to banalne.

Nie zdradzę zbyt wiele, stwierdzając, że tak mniej więcej wygląda schemat fabularny kryminalnych romansów Gerritsen. Mimo powtarzalności i przewidywalności pewnych motywów nie można narzekać na brak napięcia i zaskakujących zwrotów akcji, które czynią lekturę utrzymanych w tej konwencji powieści niezwykle przyjemną i odprężającą. Nie inaczej jest w przypadku Bez odwrotu. Nie należy się spodziewać cudów, jeśli nie chce się być rozczarowanym. Aby przebrnąć przez całość, trzeba się nastawić, że jest to nieco naiwna i przesłodzona historia, która jednak wciąga i sprawia, że po prostu nie sposób się od niej oderwać zanim nie dobrnie się do końca. Jeżeli chcecie choć na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości, to powinniście, a raczej powinnyście, bo to lektura typowo kobieca, po tę książkę sięgnąć. Barwna historia i wartka akcja pozwolą Wam miło spędzić kilka godzin.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.harlequin.pl

 

PS. Powieść Bez odwrotu można również znaleźć w tomie pt. Labirynt kłamstw, w którym znajduje się również powieść Telefon o północy.

Tess Gerritsen, „Telefon o północy” [recenzja]

100291366Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Telefon o północy

Tytuł oryginalny: Call After Midnight

Wydawnictwo: Mira, Harlequin Enterprises

Liczba stron: 256

Sarah Fontaine nie może uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Jej mąż nie żyje, a przecież pobrali się zaledwie dwa miesiące temu… Jeszcze nie zdążyli się sobą nacieszyć, a Geoffreya już nie ma. Zniknął na zawsze. Bez uprzedzenia i bez żadnego pożegnania. Zdaniem policji zginął w pożarze w jednym z berlińskich hoteli. Jak to możliwe? Przecież powinien być w tej chwili w Londynie. Dla Sarah jasne jest, że musiała zajść pomyłka. Mimo przekonań ze strony policji kobieta nie chce uwierzyć, że to jej mąż leży martwy w hotelu. Szybko okazuje się, że ta smutna wiadomość to dopiero początek koszmaru Amerykanki. Nick O’Hara, pracownik Departamentu Stanu, który poinformował ją o tragicznej śmierci Fontaine’a, przekazuje Sarah zebrane przez policję niepokojące informacje na temat jej męża. Wynika z nich, że Geoffrey Fontaine nie był tym, za kogo się podawał, a jego małżeństwo z Sarah było starannie zaplanowaną strategią. Zrozpaczona i zszokowana kobieta, chcąc odkryć prawdziwą tożsamość ukochanego, leci do Londynu, gdzie zamierza rozpocząć prywatne śledztwo. Nie zdaje sobie sprawy, że przez swoją ciekawość wydaje na siebie wyrok…

Czy wymyślona przez Gerritsen historia w stylu „zabili go i uciekł” jest do bólu przewidywalna i mocno schematyczna? Owszem. A czy wątek miłosny jest przesłodzony i wyjęty wprost z marnego harlequina? Oczywiście, bo takie właśnie były pierwociny autorki, której szczególną sławę przyniosła seria z Rizzoli i Isles w roli głównej. Czytelnicy przyzwyczaili się do mrożących krew w żyłach thrillerów medycznych Gerritsen, które nawet w najmniejszym stopniu nie przypominają pisanych w latach 90. romansów kryminalnych, co jakiś czas wznawianych w naszym kraju przez Wydawnictwo Harlequin. Już sama nazwa Wydawnictwa wskazuje na gatunek tych powieści. Nie rozumiem więc tych wszystkich negatywnych komentarzy pod adresem Telefonu o północy, czyli debiutanckiej książki w dorobku Gerritsen. Oczywiście, też wolę Gerritsen jako autorkę Chirurga, a nie tanich romansideł z wątkiem kryminalnym w tle, ale ze względu na swoją sympatię wobec tej pisarki sięgam również po jej wcześniejsze dzieła, nigdy jednak nie oczekując zbyt wiele. Talent Gerritsen nie ujawnił się od razu, to raczej efekt wyrobienia, nabywania doświadczenia. Nie na darmo mówi się, że trening czyni mistrza. Te pierwsze powieści były zaledwie przetarciem szlaku dla jej późniejszych thrillerów, którym Gerritsen zawdzięcza popularność i sympatię czytelników. Przykro to mówić, ale są to zazwyczaj powieści nie najwyższych lotów, by nie rzec słabe, pisane na jedną modłę. Zawsze jednak trzymają w napięciu.

Mimo wielu zarzutów pod adresem wymyślonej historii i wykreowanych przez Gerritsen bohaterów nie można zaprzeczyć, że książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. To w zasadzie reguła w przypadku powieści wychodzących spod pióra tej autorki. Wartka akcja, obfitująca w zaskakujące wydarzenia, świetnie skonstruowana intryga, niezbyt długie rozdziały i stale piętrzące się tajemnice – wszystko to działa na korzyść tej powieści, czyniąc ją lekturą lekką i przyjemną w odbiorze. Z pewnością nie jest to książka dla mężczyzn czy kobiet szukających mocnych wrażeń, to pozycja raczej dla kogoś, kto szuka niezbyt ambitnej, ale wciągającej lektury, która na kilka godzin pozwoli oderwać się od problemów i zapomnieć o całym świecie.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.harlequin.pl

PS. Powieść Telefon o północy można również znaleźć w tomie pt. Labirynt kłamstw, w którym znajduje się również powieść Bez odwrotu.

Tess Gerritsen, „Prawo krwi” [recenzja]

352x500yAutor: Tess Gerritsen

Tytuł: Prawo krwi

Tytuł oryginalny: Never Say Die

Wydawnictwo: Mira, Harlequin Enterprises

Liczba stron: 304

Willy Maitland zrobi wszystko, by spełnić ostatnie życzenie umierającej matki. Kobieta na prośbę matki ma za zadanie dowiedzieć się, czy jej ojciec, pilot Air America, rzeczywiście zginął w katastrofie lotniczej. Choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują najgorszy scenariusz, Willy liczy na cud. Nie spocznie, dopóki nie odnajdzie ciała zmarłego ojca. Zmowa milczenia, panująca wokół feralnego lotu 5078, tylko mobilizuje Willy do dalszych poszukiwań. Aby wyjaśnić sprawę z przeszłości, leci do Wietnamu i puka do kolejnych drzwi, zadając przy tym niewygodne pytania, na które nikt nie chce udzielić odpowiedzi. To, co wydarzyło się przed dwudziestu laty, stanowi tajemnicę państwową, a każdy, kto próbuje ją odkryć, ściąga na siebie niebezpieczeństwo. Willy jest jednak zbyt zdeterminowana, by przestraszyć się i wycofać. Jedynym sprzymierzeńcem nieustępliwej i dociekliwej bohaterki staje się antropolog i były żołnierz amerykańskiej armii, któremu Willy boi się zaufać. Wydaje się jednak, że Guy Barnard to jej jedyna przepustka nie tylko do azjatyckiej dżungli, lecz także do chronionej przez wysoko postawionych obywateli prawdy. Czy kobieta przełamie swój opór i zdecyduje się skorzystać z pomocy doświadczonego i znającego wietnamskie realia Barnarda?

Szybko okaże się, że niektórzy ludzie zrobią wszystko, co w ich mocy, by prawda nigdy nie wyszła na jaw, a Willy już wkrótce boleśnie się o tym przekona. Czy w Wietnamie znajdzie kogoś, kto odważy się opowiedzieć o tragicznych wydarzeniach z 1970 roku? Czy ktoś zaryzykuje własne życie, by pomóc Willy w ustaleniu okoliczności domniemanej śmierci ojca? Kim był tajemniczy laotański pasażer, którego istnieniu wszyscy zaprzeczają? Kto próbuje uciszyć nieustępliwą Amerykankę? Kolejne pytania mnożą się, ale trudno znaleźć na nie odpowiedzi.

Prawo krwi autorstwa Tess Gerritsen to powieść z początku pisarskiej działalności późniejszej autorki Chirurga. Nie powinna więc dziwić obecność wątku romansowego, który rozwija się równolegle do wątku sensacyjno-kryminalnego. Wątek miłosny, jak w każdej powstałej we wspomnianym okresie powieści Gerritsen, nie jest najwyższych lotów. Kłótnie, niedomówienia, chwile uniesienia, rozstania i powroty, a po wszystkim happy end. Historia rodem z ckliwego harlequina nie wnosi wiele emocji, ale nie jest też szczególnie irytująca. O wiele ciekawszy okazuje się wątek sensacyjny, który trzyma w napięciu, praktycznie nie pozwalając oderwać się od lektury. W powieści dużo się dzieje, życie wielu ludzi jest zagrożone, a Gerritsen – w swoim stylu – bardzo umiejętnie dawkuje napięcie. Zakończenie wprawdzie nie powala, ale sprawia, że po raz kolejny wszyscy czujemy się oszukani, bo Gerritsen znów udało się nas zwieść.

Prawo krwi to solidna dawka emocji, choć, mając w pamięci inne utrzymane w konwencji romansu kryminalnego powieści tej autorki, powiedziałabym, że ta trochę od nich odstaje. Mimo to warto ją polecić, ponieważ pozwala zabić nudę i przyjemnie spędzić czas, a to czasem w zupełności wystarcza.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.harlequin.pl

Tess Gerritsen, „Śladem zbrodni” [recenzja]

352x500rtAutor: Tess Gerritsen

Tytuł: Śladem zbrodni

Tytuł oryginalny: In Their Footsteps

Wydawnictwo: Mira, Harlequin Enterprises

Liczba stron: 304

Śladem zbrodni to powieść wydana w 1994 roku, a więc wtedy, gdy w twórczości Gerritsen dominującym gatunkiem był romans kryminalny, czyli gatunek, w którym wątek romansowy zdaje się nieco przesłaniać wątek kryminalny, który jednak również odgrywa ważną rolę w fabule powieści. Lektura tej powieści nie była moim pierwszym spotkaniem z utrzymanymi w tej konwencji książkami Gerritsen. Wcześniej czytałam m.in.: Osaczoną, Z zimną krwią czy Czarną loterię. Lektura tamtych powieści sprawiła mi więcej przyjemności, ale nie zmienia to faktu, że i ta książka jest doskonałym wyborem na leniwe popołudnie czy spokojny wieczór, kiedy chcemy miło spędzić czas przy niezbyt wymagającej, acz wciągającej lekturze.

Beryl i Jordan Tavistockowie przez dwadzieścia lat żyli w przekonaniu, że ich rodzice zginęli na służbie. Na takie okoliczności ich śmierci wskazał im wuj Hugh, który przygarnął do siebie osierocone rodzeństwo. Zorganizowane przez niego przyjęcie w Chetwynd – tak podobne do wielu innych – na zawsze odmienia życie młodych Tavistocków. Spożyty w nadmiarze przez jednego z gości alkohol rozwiązuje język współpracownikom i przyjaciołom Madeline i Bernarda, którzy informują Beryl i Jordana, że to ich ojciec z zimną krwią zamordował ich matkę, a następnie, obawiając się konsekwencji wynikających z bycia podwójnym agentem, popełnił samobójstwo. Dziewczyna nie dopuszcza do siebie takiej wersji wydarzeń. Jej zdaniem to wierutne kłamstwo i zwykłe pomówienia. Chcąc bronić honoru zmarłych rodziców, postanawia udać się tam, gdzie ta tragedia miała miejsce, czyli do Paryża. W dotarciu do prawdy pomagają jej brat i były agent CIA, który ma chronić Tavistocków i któremu Beryl nie potrafi zaufać. Szybko okazuje się, że pobyt w stolicy Francji nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Zewsząd Beryl i Jordanowi grozi niebezpieczeństwo. Zbyt wiele osób czyha na ich śmierć, by w Paryżu mogli spać spokojnie. Co wydarzyło się 20 lat temu i kto rzeczywiście odpowiada za śmierć ich rodziców? Dlaczego teraz ktoś chce zabić młodych Tavistocków, skoro to Bernard Tavistock był ponoć mordercą swej małżonki? Jakie tajemnice skrywają przedmieścia uznawanego za miasto zakochanych Paryża?

Wątek miłosny, jak zwykle bywa w tego typu powieściach, jest do bólu przewidywalny, a więc nie należy się spodziewać jakichś cudów ze strony Gerritsen. Już po pierwszym rozdziale wiemy, jak to się skończy. Co innego, jeśli chodzi o wątek kryminalny. Konia z rzędem temu, kto bezbłędnie rozwikła zagadkę śmierci Madeline i Bernarda Tavistocków, mając wśród podejrzanych samych byłych szpiegów, agentów CIA i pracowników brytyjskich służb specjalnych, czyli ludzi, których szkolono, jak zabijać i kłamać w żywe oczy. A potencjalnych podejrzanych jest dosyć wielu, zwłaszcza że niemal każda z postaci ma coś do ukrycia. Bohaterowie Śladem zbrodni są w moim odczuciu dosyć sztuczni, nieco ekscentryczni i raczej mało zabawni, dlatego naprawdę trudno ich polubić. O swojej przeszłości i pracy w wywiadzie zapewne ze strachu starają się w ogóle nie mówić. Dla wielu z nich to zamknięty rozdział, choć sprawa śmierci ich przyjaciół przed dwudziestu laty i oskarżenie zmarłego Bernarda Tavistocka o to, że był podwójnym agentem kładzie się cieniem na ich obecnych relacjach.

Chociaż jestem fanką powieści, w których równorzędnie rozwijają się wątki romansowe i sensacyjno-kryminalne, to jednak muszę przyznać, że Śladem zbrodni, podobnie jak skupiająca się na losach Jordana Ścigana, stanowiąca kontynuację dylogii o rodzeństwie Tavistocków, nie jest najlepszą tego typu kombinacją w dorobku Tess Gerritsen. Nie można zaprzeczyć, że książkę tradycyjnie czyta się bardzo szybko, co nie powinno nas dziwić w przypadku tej autorki, ale odbiega ona nieco poziomem od innych powieści pochodzących z wczesnego okresu twórczości Gerritsen. Największym atutem tej pozycji jest dynamicznie rozwijająca się akcja oraz zaskakujące zwroty akcji, które czynią tę książkę momentami nieprzewidywalną, co oczywiście wpływa na jej korzyść. Śladem zbrodni to niezbyt wymagająca lektura, po którą warto sięgnąć, by zabić nudę. Do tego nadaje się idealnie.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.harlequin.pl

Tess Gerritsen, „John Doe” [recenzja]

Tess-Gerritsen-John-Doe1-300x400Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: John Doe (brak polskiego tłumaczenia)

Wydawnictwo: Ballantine Books

Format: epub

Język: angielski

Liczba stron: 48

 „Sprawiedliwość. Czasami trzeba dać jej kuksańca”

Tess Gerritsen jest znakomitą powieściopisarką. Miłośnicy książek, w których fabuła osnuta jest wokół morderstwa, a częściej nawet całej serii morderstw, chyba przyznają mi rację. Mistrzyni thrillera medycznego od lat zachwyca swoich czytelników niekończącymi się pomysłami, doskonale skonstruowaną intrygą, wiedzą z zakresu medycyny (co, oczywiście, nie powinno nas dziwić) oraz znakomitym i cieszącym się sympatią czytelników duetem w składzie: Jane Rizzoli, detektyw bostońskiej policji, i Maura Isles, lekarz sądowy. Powieść od opowiadania odróżnia wiele elementów. Oba gatunki mają swoje wady i zalety i oba gatunki wymagają pewnej umiejętności pisania, nie mówiąc już o talencie. Są pisarze, którzy specjalizują się wyłącznie w krótkich formach prozatorskich; są również tacy, którzy preferują tworzenie kilkusetstronicowych, wielowątkowych powieści, pozwalających im rozwinąć skrzydła, są jednak i tacy, którzy łączą obie postawy – piszą zarówno opowiadania, jak i powieści i oba gatunki wychodzą im znakomicie. Choć Gerritsen należy do drugiej kategorii, to jednak kilka lat temu, przed wydaniem Milczącej dziewczyny zdecydowała się przeprowadzić eksperyment i opublikować w Internecie darmowe opowiadanie. Eksperyment nie wypalił, a sama autorka otwarcie przyznała, że spodziewała się większego zainteresowania ze strony czytelników. Można by pomyśleć, że w tej sytuacji wspomniane Freaks będzie ostatnim opowiadaniem w dorobku Gerritsen, a tymczasem w 2012 roku, przed opublikowaniem Ostatniego, który umrze kolejny krótki tekst ujrzał światło dzienne. I dobrze się stało, bo z pewnością jest to pozycja warta uwagi.

Po lekturze Freaks obawiałam się, że Gerritsen po raz kolejny nie sprosta zadaniu. Miałam wrażenie, że to, co znakomicie wychodzi jej na 300 stronach powieści, nie do końca udaje się w tekście liczącym 10 razy mniej stron. Sięgając po Johna Doe, podświadomie spodziewałam się rozczarowania. Okazało się jednak, że nie doceniłam talentu autorki, bo John Doe to Tess Gerritsen w najlepszym wydaniu. Wciągająca, trzymająca w napięciu historia z zaskakującym zakończeniem, czyli wszystko to, czego dobremu thrillerowi najbardziej potrzeba.

W Olmsted Park zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Kilkanaście pchnięć nożem, na oślep wymierzanych w klatkę piersiową denata, świadczy o tym, że morderca musiał działać pod wpływem silnych emocji. Policja nie zna tożsamości zabitego, dlatego zgodnie z procedurami nadaje mu tymczasowe nazwisko „John Doe”, czyli odpowiednik naszego N.N. Wkrótce udaje się ustalić, że zamordowany to Christopher Scanlon, bardzo zamożny, wzorowy obywatel, który w opinii sąsiadów był aniołem, w żadnym wypadku niezasługującym na śmierć. A jednak ktoś go zabił i tym kimś najprawdopodobniej jest Maura, która dzień wcześniej spędziła w jego towarzystwie miły wieczór. Dr Isles, niestety, niewiele z tego wieczoru pamięta. Po raz pierwszy w życiu naprawdę urwał jej się film, a przelatujące przez jej głowę strzępki wspomnień nijak nie chcą ułożyć się w jakąś sensowną całość. Bankiet w muzeum, flirt z przystojnym mężczyzną, szampan i pobudka następnego ranka na kanapie i to w dodatku w wieczorowej sukni. To wszystko, co Maura pamięta – zbyt mało, by nie stać się główną podejrzaną w sprawie o morderstwo. Sytuacja dr Isles jest beznadziejna, a prowadzone przez policję śledztwo i odkrywane co krok dowody czynią ją jeszcze trudniejszą. Nawet bezgranicznie ufająca Maurze Jane zaczyna wątpić w niewinność koleżanki.

Czy można zamordować i niczego, absolutnie niczego, nie pamiętać? Czy w genach Maury, podobnie jak w genach jej matki, drzemią mordercze instynkty, które pod wpływem środków odurzających dały o sobie znać? Czy reguła „jaka matka, taka córka” po raz kolejny znajdzie potwierdzenie w rzeczywistości?

Kiedy policja odkrywa, że ten nieskazitelny Scanlon był nie tylko ofiarą, ale i łowczym polującym na własne ofiary, w kręgu podejrzanych pojawiają się także inne postaci. Problem w tym, że one – w przeciwieństwie do Maury – mają alibi. Dr Isles musi zrobić wszystko, by zapełnić czarną dziurę, jaka powstała w jej pamięci między sobotnim wieczorem a niedzielnym rankiem. Czy jej się to uda? Czy Jane pozostanie lojalna wobec przekonanych o winie Maury współpracowników, czy też zdecyduje się uwierzyć w mało prawdopodobną historię dr Isles, która sama nie jest do końca pewna, czy nie ma na sumieniu śmierci człowieka?

John Doe to znakomite opowiadanie, które podczas lektury dostarcza czytelnikowi mnóstwo przyjemności. Wartka akcja, niezły pomysł na fabułę oraz skoncentrowanie się na losach jednej z głównych bohaterek – w tym przypadku na losach Maury – to zalety tej niezbyt obszernej pozycji. Opowiadanie czyta się bardzo szybko, pojawiają się nawiązania do poprzednich części cyklu, co doskonale wplata Johna Doe między pozostałe tomy. Język oryginału, formalny lub potoczny w zależności od sytuacji, czyni tę lekturę jeszcze przyjemniejszą. Gerritsen do tej pory napisała dwa opowiadania: przeciętne Freaks mnie nie zachwyciło, John Doe wynagrodził mi niedosyt powstały po poprzedniej lekturze. Bardzo polecam!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.barnesandnoble.com

Tess Gerritsen, „Freaks” [recenzja]

11407573Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Freaks (brak polskiego tłumaczenia)

Wydawnictwo: Ballantine Books

Format: epub

Język: angielski

Liczba stron: 46

Niełatwo napisać dobre opowiadanie, które – mimo niewielkiej objętości i jednowątkowej fabuły – pochłonie czytelnika bez reszty i pozostawi po sobie jakiś ślad w jego pamięci. Freaks, czyli nietłumaczone na język polski, liczące zaledwie kilkadziesiąt stron opowiadanie autorstwa Tess Gerritsen potwierdza tezę, że nawet tak znakomita pisarka jak Gerritsen, której thrillery od lat są światowymi bestsellerami, może mieć z tym problem.

Opowiadania, czyli krótkie formy prozatorskie, nigdy nie należały do moich ulubionych. Powodów tej niechęci jest co najmniej kilka, ale na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim osnucie fabuły wokół jednego wątku. Niewielkie rozmiary utworów należących do tego gatunku uniemożliwiają autorowi dopracowanie historii w szczegółach, co niejednokrotnie przekłada się na wartość opowiadania. Kilkusetstronicowa powieść pozwala pisarzowi rozwinąć skrzydła, a w konsekwencji stworzyć wielowątkowy, rozbudowany układ zdarzeń, który co i raz będzie zaskakiwał czytelnika swoją nieprzewidywalnością. Autor opowiadania ma zadanie zgoła trudniejsze. Na zachwycenie czytelnika oraz zyskanie jego sympatii i zainteresowania ma stosunkowo mniej czasu niż autor powieści. W tak krótkim utworze, jakim jest opowiadanie, niełatwo zmazać złe pierwsze wrażenie, ponieważ zwyczajnie brakuje na to czasu. Przedstawiona historia musi więc być krótka, zwięzła, pozbawiona zbędnych opisów, a jednocześnie dobrze zarysowana, a nie zaledwie naszkicowana, dokładnie przemyślana i wciągająca, co w przypadku opowiadania należącego do kategorii kryminału lub thrillera nie jest przecież bez znaczenia.

W opuszczonym Kościele św. Antoniego zostają odnalezione zwłoki Kimberly Rayner. Siedemnastolatka jak na swój wiek jest bardzo wychudzona. Ślady na jej szyi, zdaniem policji, jednoznacznie wskazują, że przyczyną śmierci było uduszenie. Wezwana na miejsce zdarzenia dr Maura Isles bez zbadania ofiary nie chce ferować wyroków. Wkrótce okazuje się, że tajemniczy osobnik śledzi każdy ruch badającego miejsce zbrodni zespołu techników. Nieustraszona Rizzoli rusza w szaleńczy pościg za przypominającym chodzący szkielet nastolatkiem, który staje się głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo. Na przesłuchaniu chłopak przyznaje się tylko do jednego – twierdzi mianowicie, że jest żywiącym się krwią i powietrzem wampirem. Przekonana o winie Lucasa Jane z miejsca go wyśmiewa i najchętniej od razu wsadziłaby go za kratki, podobnie zresztą jak szukający pomsty za śmierć dziecka Tony Rayner. Problem w tym, że nie ma żadnych dowodów winy nastolatka. Znana z racjonalnego podejścia Maura odrzuca teorię z wampirem i próbuje odkryć to, czego na pozór nie widać. Kto stoi za śmiercią Kimberly: czerpiący przyjemność i siłę ze spożywania krwi chłopak, który pragnąc zaspokoić swój głód, posunął się o krok za daleko, czy może jakiś inny nieznany sprawca?

Tess Gerritsen stworzyła utwór, który czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Dodam, że pierwszy raz czytałam jakąś jej książkę w oryginale i, szczerze mówiąc, żałuję, że był to dopiero pierwszy raz. Historia wydaje się dosyć ciekawa, ale niestety czegoś w niej brakuje. Zakończenie niby zaskakuje, tajemnicze okoliczności zbrodni też wpływają na korzyść opowiadania, ale jednocześnie po skończonej lekturze czuć pewien niedosyt. Może mój sceptycyzm wynika z wykorzystania przez Gerritsen tak oklepanego i przereklamowanego w dzisiejszych czasach motywu wampira, motywu, który nawet w najmniejszym stopniu nigdy nie wzbudzał mojego zainteresowania. Sama Gerritsen przyznała kiedyś, że spodziewała się lepszej recepcji swojego opowiadania, co znaczyłoby, że nie jestem wyjątkiem, jeśli chodzi o ocenę tego krótkiego utworu. Z drugiej strony dawno nie czytałam opowiadania, którego fabuła byłaby osnuta wokół morderstwa, dlatego trudno mi jednoznacznie potępić bądź pochwalić dzieło autorki Chirurga. Na tle innych reprezentantów gatunku Freaks może być arcydziełem albo zwykłą szmirą, choć ani o jedno, ani o drugie tego utworu raczej bym nie posądzała.

Wielbiciele przygód Rizzoli i Isles mogą potraktować Freaks jako dopełnienie cyklu i tekst, w którym można wychwycić kilka ciekawostek. Nie jest to jednak pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.goodreads.com