„Bliźnięta z lodu”, S. K. Tremayne [recenzja]

S. K. Tremayne_Bli?ni?ta z lodu FRONT.inddAutor: S. K. Tremayne

Tytuł: Bliźnięta z lodu

Tytuł oryginalny: The Ice Twins

Wydawnictwo: Czarna Owca

Liczba stron: 336

——————————————————————————————————————————–

Prawda może się okazać nie do zniesienia

Sarah i Angus Moorcroftowie byli najszczęśliwszymi rodzicami na świecie, gdy urodziły im się bliźnięta jednojajowe – dwie identyczne dziewczynki, Kirstie i Lydia; Lydia i Kirstie. Z powodu tak wyjątkowych narodzin w najbliższym otoczeniu Moorcroftów zapanowała prawdziwa euforia. Podobne jak dwie krople wody siostry od samego początku łączyła niespotykana, niezwykle silna, niemal nierozerwalna więź – wybuchały śmiechem w tym samym momencie, porozumiewały się bliźniaczym dialektem, rozumiały się dosłownie bez słów. Były dumne ze swojej wyjątkowości. Gdy trzynaście miesięcy temu jedna z sześcioletnich bliźniaczek, Lydia, zginęła w wypadku, świat zawalił się całej rodzinie Moorcroftów. Angus zaczął przesadzać z alkoholem, stał się agresywny i stracił pracę, a Sarah popadła w depresję. Ze śmiercią siostry nie pogodziła się również Kirstie, której wszystko przypominało zmarłą Lydię.

To jakiś upiorny żart, efekt przejęcia tożsamości zmarłej siostry czy bolesna prawda?

Nie mogąc otrząsnąć się z żałoby, Moorcroftowie decydują się na przeprowadzkę – deszczowy Londyn chcą zamienić na szkocką wysepkę, Eilean Torran, którą Angus odziedziczył w spadku po babce. Pomysł graniczy z szaleństwem, bo w domku przy latarni morskiej po prostu nie da się mieszkać. Zaniedbany przez lata budynek wymaga gruntownego remontu, na który małżeństwa Moorcroftów zwyczajnie nie stać. Czeka ich więc mieszkanie w domu bez ogrzewania, bieżącej wody, sieci telefonicznej i bez łodzi, którą mogliby się przeprawiać w czasie przypływu na stały ląd. Mimo to wierzą, że wszystko się jakoś ułoży i wyjdą na prostą. I nawet zaczyna się układać. Jednak gdy pewnego dnia Kirstie zadaje matce niepokojące pytanie, koszmar minionych miesięcy powraca. Dlaczego ciągle nazywasz mnie Kirstie, mamusiu? Kirstie nie żyje. To Kirstie umarła. Ja jestem Lydia – tymi słowami siedmioletnia Kirstie, a może jednak Lydia, zwraca się do matki, burząc jej spokój. Czy to możliwe, by niewłaściwe zidentyfikowali zmarłą córkę? Czyje prochy rozsypali na plaży: Lydii czy Kirstie? Jak złymi muszą być rodzicami, by nie wiedzieć, które dziecko stracili? Mnożące się przerażające pytania doprowadzają Sarę do szaleństwa. W tajemnicy przed mężem kobieta zamierza dowiedzieć się, czy Kirstie to rzeczywiście Kirstie, czy przed rokiem nie popełnili pomyłki. To jednak nie będzie łatwe. Sarah, by dotrzeć do prawdy, będzie musiała przedrzeć się przez stos z trudnością pogrzebanych złych wspomnień. Wydawało jej się, że raz na zawsze przepracowała żałobę, a teraz znów będzie musiała ją przeżyć.

Mrożący krew w żyłach, wciągający thriller. Akcja rozgrywa się na klaustrofobicznej, zimnej i przerażającej wysepce, napięcie nieustannie narasta, aż do przyprawiającego o dreszcze zakończenia – taki cytat z „The Sunday Mirror” zachęca nas do sięgnięcia po powieść S. K. Tremayne’a. Skusiłam się i cóż? Żałuję, ponieważ książka nie spełniła moich oczekiwań. Nie można wprawdzie odmówić autorowi, że potrafił sprawić, by czytelnik nieustannie się zastanawiał, która z dziewczynek rzeczywiście zginęła, a która przeżyła. Sprzeczne informacje ze strony rodziców oraz niepokojące zachowanie Kirstie-Lydii skutecznie zaciemniają obraz sytuacji, w jakiej znaleźli się Moorcroftowie. Nie bez znaczenia jest również kwestia pamięci i tego, co się z nią dzieje pod wpływem bólu i upływającego czasu. Za swego rodzaju zaskoczenie można uznać zakończenie, choć nie określiłabym go mianem arcydzieła, nawet sceneria, czyli szalejący sztorm, nie potrafiła mnie zainteresować. Dzieje się tu po prostu za mało, by nie móc oderwać się od lektury, a sama książka nie jest, niestety, tak przerażająca, jak możemy przeczytać na okładce. Z kolei pierwszoosobowa narracja, prowadzona z perspektywy matki dziewczynek przytłacza nieco postać Angusa, ukazując go jako bezwzględnego potwora.

Ogółem powieść Bliźnięta z lodu uważam za dość przeciętną. Czyta się ją wprawdzie szybko, ale nie wydaje mi się, by była to książka, którą koniecznie trzeba znać. Bohaterowie nie potrafili zyskać mojej sympatii, a sama opowieść (jak to zwykle bywa) wydaje się ciekawsza w streszczeniu na okładce niż w rzeczywistości. Nie polecam i nie zniechęcam, ponieważ to, że mnie się nie spodobała, nie oznacza przecież, że i Wam ma się nie podobać. Jeśli ktoś lubi tego typu literaturę, to może warto po tę książkę sięgnąć, ja jednak wrócę do seryjnych morderców, bo mroczne, rodzinne tajemnice chyba nieszczególnie odpowiadają moim lekturowym zainteresowaniom.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.czarnaowca.pl