„Pudełko z guzikami Gwendy”, Stephen King, Richard Chizmar [recenzja]

d_3961Autor: Stephen King, Richard Chizmar

Tytuł: Pudełko z guzikami Gwendy

Tytuł oryginalny: Gwendy’s Button Box

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Danuta Górska

Liczba stron: 176

——–

Pudełko z guzikami Gwendy to moje pierwsze spotkanie z prozą Stephena Kinga. Trudno w to uwierzyć? Pewnie tak, ale do Kinga nigdy jakoś mnie nie ciągnęło, choć słyszałam o nim tyle dobrego, że już dawno powinnam sięgnąć po którąś z jego książek. Mam jednak wrażenie, że mogłoby między nami nie zaiskrzyć, bo nie lubię horrorów i powieści grozy, w których pojawia się pierwiastek nadprzyrodzony. Fantastykę trawię tylko w postaci serii o Harrym Potterze, pozostałe twory fantasy lub science fiction zupełnie mnie nie przekonują, wolę więc trzymać się od nich z dala. Dlaczego więc sięgnęłam po Pudełko? Odpowiedź jest prosta. Miałam łatwy dostęp do książki. Nie przeraziła mnie też jej objętość, jak było w przypadku To czy Bastionu. 176 stron? Kurczę, dam radę nawet, jak opowiadanie Kinga i Chizmara nie będzie mi się podobać. I przeczytałam.

Na początek powiem może kilka słów na temat treści Pudełka z guzikami Gwendy.

Istnieją trzy drogi prowadzące do Castle View z miasteczka Castle Rock: Trasa 117, Pleasant Road i Schody Samobójców. Każdego dnia latem 1974 roku dwunastoletnia Gwendy Peterson wybierała schody podtrzymywane na mocnych, żelaznych śrubach nad klifem. Na szczycie schodów łapała oddech, słyszała krzyki bawiących się dzieciaków.

Pewnego dnia ktoś obcy woła do Gwendy: „Hej dziewczynko. Podejdź tu, pogadamy sobie”. Na ławce siedzi mężczyzna w czarnych dżinsach, czarnym płaszczu i białej koszuli rozpiętej pod szyją. Na głowie ma mały czarny kapelusz. Nadejdzie czas gdy kapelusz ten zacznie pojawiać się w koszmarach Gwendy.

Magiczne pudełko, w którego posiadanie wchodzi nastoletnia Gwendy, to niewielkich rozmiarów przedmiot, który po dostaniu się w niepowołane ręce może wyrządzić bardzo wiele szkód. Dość wspomnieć, że ten, kto je posiada, może wpływać na losy świata, doprowadzać do zbrojnych konfliktów po drugiej stronie globu, a nawet – co najbardziej przerażające – usuwać kontynenty z powierzchni ziemi. Wystarczy nacisnąć odpowiedni przycisk. Tylko tyle i aż tyle. Gwendy cieszy moc, jaką nabyła, ma jednak również świadomość, że przyjmując pudełko, wzięła na swoje barki ogromną odpowiedzialność. Konsekwencje jednej nieprzemyślanej decyzji mogą okazać się tragiczne w skutkach. Teraz wielokrotnie wyśmiewana z powodu swojej wagi, odrzucana przez środowisko szkolne dziewczynka ma wreszcie okazję na wszystkich się odegrać. I naprawdę to robi.

Stephen King i Richard Chizmar stworzyli prostą historię, która niesie w sobie określone przesłanie natury moralnej. Obaj autorzy udowodnili też, że dobrze rozumieją psychikę dorastającej dziewczynki, jej potrzeby, obawy, pragnienia. Muszę przyznać, że to dla mnie nawet dość zaskakujące, że główna bohaterka jest osobą tak młodą. Nie ma tu oczywiście jakiejś wyjątkowo pogłębionej psychologizacji postaci Gwendy, bo i być nie może – opowiadanie liczy są przecież zaledwie 176 stron! Jest ona jednak na tyle dokładnie przedstawiona, że właściwie każdy z nas może się z nią utożsamiać.

GwendyCzym Pudełko z guzikami Gwendy wyróżnia się na tle innych książek? Przede wszystkim pięknym wydaniem. Twarda oprawa z obwolutą, a nawet z etui, gdy ktoś zdecyduje się na jeszcze bardziej ekskluzywną wersję, robią na czytelniku doskonałe pierwsze wrażenie. Pewną konsternację może natomiast wywoływać objętość Pudełka. Skoro mamy do czynienia z duetem i to duetem nie byle jakim, to moglibyśmy oczekiwać, że i pod względem liczby stron książka zrobi na nas wrażenie. Ten tytuł liczy sobie jednak niecałe dwieście stron i chociaż bardzo byśmy chcieli, by historia Gwendy Peterson ciągnęła się jeszcze przez kilkadziesiąt czy może nawet kilkaset stron, to w gruncie rzeczy forma dość dobrze dopasowuje się do treści. Wciągająca historia, która przykuwa naszą uwagę, twarda oprawa, duża czcionka, krótkie rozdziały, ilustracje i uniwersalne przesłanie to największe zalety Pudełka. Wystarczą 2-3 godzinki wolnego czasu, wygodna kanapa oraz gorąca herbata i w zasadzie już jesteśmy po lekturze. Nie łudźmy się, że zostanie ona w naszej pamięci na dłużej, to jednak satysfakcjonująca dawka rozrywki, na którą warto sobie pozwolić.

Wiem, że nie tylko dla mnie, ale i dla wielu czytelników ta książka była pierwszym zetknięciem się z twórczością Stephena Kinga. Nie wiem natomiast, jak wielu z nich w przyszłości sięgnie po inne książki autora uznawanego za mistrza grozy. Nie wiem też, czy sama kiedykolwiek to zrobię. Możliwe, choć Pudełko wcale mnie nie zachwyciło. Niby wszystko było poprawne, a jednak czegoś mi zabrakło. Może to po prostu literatura nie dla mnie. Istnieje też prawdopodobieństwo, że Pudełko nie oddaje w pełni tego, co w Kingu najlepsze. Ale to mogłabym ocenić dopiero po lekturze innych jego książek.

Pudełko z guzikami Gwendy to niezwykła opowieść o zwykłej dziewczynce, w której ręce trafia magiczne pudełko. Pudełko, które wielu z nas chciałoby posiadać. Połączenie fantastyki, uniwersalności i łatwo przyswajalnego moralizatorstwa tworzy przyjemną w odbiorze opowieść, której chyba warto poświęcić kilka godzin. Nie wiem jednak, czy powinni po nią sięgać ci, którzy prozę Kinga znają tylko ze słyszenia.  

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com/

Tess Gerritsen, „John Doe” [recenzja]

Tess-Gerritsen-John-Doe1-300x400Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: John Doe (brak polskiego tłumaczenia)

Wydawnictwo: Ballantine Books

Format: epub

Język: angielski

Liczba stron: 48

 „Sprawiedliwość. Czasami trzeba dać jej kuksańca”

Tess Gerritsen jest znakomitą powieściopisarką. Miłośnicy książek, w których fabuła osnuta jest wokół morderstwa, a częściej nawet całej serii morderstw, chyba przyznają mi rację. Mistrzyni thrillera medycznego od lat zachwyca swoich czytelników niekończącymi się pomysłami, doskonale skonstruowaną intrygą, wiedzą z zakresu medycyny (co, oczywiście, nie powinno nas dziwić) oraz znakomitym i cieszącym się sympatią czytelników duetem w składzie: Jane Rizzoli, detektyw bostońskiej policji, i Maura Isles, lekarz sądowy. Powieść od opowiadania odróżnia wiele elementów. Oba gatunki mają swoje wady i zalety i oba gatunki wymagają pewnej umiejętności pisania, nie mówiąc już o talencie. Są pisarze, którzy specjalizują się wyłącznie w krótkich formach prozatorskich; są również tacy, którzy preferują tworzenie kilkusetstronicowych, wielowątkowych powieści, pozwalających im rozwinąć skrzydła, są jednak i tacy, którzy łączą obie postawy – piszą zarówno opowiadania, jak i powieści i oba gatunki wychodzą im znakomicie. Choć Gerritsen należy do drugiej kategorii, to jednak kilka lat temu, przed wydaniem Milczącej dziewczyny zdecydowała się przeprowadzić eksperyment i opublikować w Internecie darmowe opowiadanie. Eksperyment nie wypalił, a sama autorka otwarcie przyznała, że spodziewała się większego zainteresowania ze strony czytelników. Można by pomyśleć, że w tej sytuacji wspomniane Freaks będzie ostatnim opowiadaniem w dorobku Gerritsen, a tymczasem w 2012 roku, przed opublikowaniem Ostatniego, który umrze kolejny krótki tekst ujrzał światło dzienne. I dobrze się stało, bo z pewnością jest to pozycja warta uwagi.

Po lekturze Freaks obawiałam się, że Gerritsen po raz kolejny nie sprosta zadaniu. Miałam wrażenie, że to, co znakomicie wychodzi jej na 300 stronach powieści, nie do końca udaje się w tekście liczącym 10 razy mniej stron. Sięgając po Johna Doe, podświadomie spodziewałam się rozczarowania. Okazało się jednak, że nie doceniłam talentu autorki, bo John Doe to Tess Gerritsen w najlepszym wydaniu. Wciągająca, trzymająca w napięciu historia z zaskakującym zakończeniem, czyli wszystko to, czego dobremu thrillerowi najbardziej potrzeba.

W Olmsted Park zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Kilkanaście pchnięć nożem, na oślep wymierzanych w klatkę piersiową denata, świadczy o tym, że morderca musiał działać pod wpływem silnych emocji. Policja nie zna tożsamości zabitego, dlatego zgodnie z procedurami nadaje mu tymczasowe nazwisko „John Doe”, czyli odpowiednik naszego N.N. Wkrótce udaje się ustalić, że zamordowany to Christopher Scanlon, bardzo zamożny, wzorowy obywatel, który w opinii sąsiadów był aniołem, w żadnym wypadku niezasługującym na śmierć. A jednak ktoś go zabił i tym kimś najprawdopodobniej jest Maura, która dzień wcześniej spędziła w jego towarzystwie miły wieczór. Dr Isles, niestety, niewiele z tego wieczoru pamięta. Po raz pierwszy w życiu naprawdę urwał jej się film, a przelatujące przez jej głowę strzępki wspomnień nijak nie chcą ułożyć się w jakąś sensowną całość. Bankiet w muzeum, flirt z przystojnym mężczyzną, szampan i pobudka następnego ranka na kanapie i to w dodatku w wieczorowej sukni. To wszystko, co Maura pamięta – zbyt mało, by nie stać się główną podejrzaną w sprawie o morderstwo. Sytuacja dr Isles jest beznadziejna, a prowadzone przez policję śledztwo i odkrywane co krok dowody czynią ją jeszcze trudniejszą. Nawet bezgranicznie ufająca Maurze Jane zaczyna wątpić w niewinność koleżanki.

Czy można zamordować i niczego, absolutnie niczego, nie pamiętać? Czy w genach Maury, podobnie jak w genach jej matki, drzemią mordercze instynkty, które pod wpływem środków odurzających dały o sobie znać? Czy reguła „jaka matka, taka córka” po raz kolejny znajdzie potwierdzenie w rzeczywistości?

Kiedy policja odkrywa, że ten nieskazitelny Scanlon był nie tylko ofiarą, ale i łowczym polującym na własne ofiary, w kręgu podejrzanych pojawiają się także inne postaci. Problem w tym, że one – w przeciwieństwie do Maury – mają alibi. Dr Isles musi zrobić wszystko, by zapełnić czarną dziurę, jaka powstała w jej pamięci między sobotnim wieczorem a niedzielnym rankiem. Czy jej się to uda? Czy Jane pozostanie lojalna wobec przekonanych o winie Maury współpracowników, czy też zdecyduje się uwierzyć w mało prawdopodobną historię dr Isles, która sama nie jest do końca pewna, czy nie ma na sumieniu śmierci człowieka?

John Doe to znakomite opowiadanie, które podczas lektury dostarcza czytelnikowi mnóstwo przyjemności. Wartka akcja, niezły pomysł na fabułę oraz skoncentrowanie się na losach jednej z głównych bohaterek – w tym przypadku na losach Maury – to zalety tej niezbyt obszernej pozycji. Opowiadanie czyta się bardzo szybko, pojawiają się nawiązania do poprzednich części cyklu, co doskonale wplata Johna Doe między pozostałe tomy. Język oryginału, formalny lub potoczny w zależności od sytuacji, czyni tę lekturę jeszcze przyjemniejszą. Gerritsen do tej pory napisała dwa opowiadania: przeciętne Freaks mnie nie zachwyciło, John Doe wynagrodził mi niedosyt powstały po poprzedniej lekturze. Bardzo polecam!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.barnesandnoble.com

Tess Gerritsen, „Freaks” [recenzja]

11407573Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Freaks (brak polskiego tłumaczenia)

Wydawnictwo: Ballantine Books

Format: epub

Język: angielski

Liczba stron: 46

Niełatwo napisać dobre opowiadanie, które – mimo niewielkiej objętości i jednowątkowej fabuły – pochłonie czytelnika bez reszty i pozostawi po sobie jakiś ślad w jego pamięci. Freaks, czyli nietłumaczone na język polski, liczące zaledwie kilkadziesiąt stron opowiadanie autorstwa Tess Gerritsen potwierdza tezę, że nawet tak znakomita pisarka jak Gerritsen, której thrillery od lat są światowymi bestsellerami, może mieć z tym problem.

Opowiadania, czyli krótkie formy prozatorskie, nigdy nie należały do moich ulubionych. Powodów tej niechęci jest co najmniej kilka, ale na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim osnucie fabuły wokół jednego wątku. Niewielkie rozmiary utworów należących do tego gatunku uniemożliwiają autorowi dopracowanie historii w szczegółach, co niejednokrotnie przekłada się na wartość opowiadania. Kilkusetstronicowa powieść pozwala pisarzowi rozwinąć skrzydła, a w konsekwencji stworzyć wielowątkowy, rozbudowany układ zdarzeń, który co i raz będzie zaskakiwał czytelnika swoją nieprzewidywalnością. Autor opowiadania ma zadanie zgoła trudniejsze. Na zachwycenie czytelnika oraz zyskanie jego sympatii i zainteresowania ma stosunkowo mniej czasu niż autor powieści. W tak krótkim utworze, jakim jest opowiadanie, niełatwo zmazać złe pierwsze wrażenie, ponieważ zwyczajnie brakuje na to czasu. Przedstawiona historia musi więc być krótka, zwięzła, pozbawiona zbędnych opisów, a jednocześnie dobrze zarysowana, a nie zaledwie naszkicowana, dokładnie przemyślana i wciągająca, co w przypadku opowiadania należącego do kategorii kryminału lub thrillera nie jest przecież bez znaczenia.

W opuszczonym Kościele św. Antoniego zostają odnalezione zwłoki Kimberly Rayner. Siedemnastolatka jak na swój wiek jest bardzo wychudzona. Ślady na jej szyi, zdaniem policji, jednoznacznie wskazują, że przyczyną śmierci było uduszenie. Wezwana na miejsce zdarzenia dr Maura Isles bez zbadania ofiary nie chce ferować wyroków. Wkrótce okazuje się, że tajemniczy osobnik śledzi każdy ruch badającego miejsce zbrodni zespołu techników. Nieustraszona Rizzoli rusza w szaleńczy pościg za przypominającym chodzący szkielet nastolatkiem, który staje się głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo. Na przesłuchaniu chłopak przyznaje się tylko do jednego – twierdzi mianowicie, że jest żywiącym się krwią i powietrzem wampirem. Przekonana o winie Lucasa Jane z miejsca go wyśmiewa i najchętniej od razu wsadziłaby go za kratki, podobnie zresztą jak szukający pomsty za śmierć dziecka Tony Rayner. Problem w tym, że nie ma żadnych dowodów winy nastolatka. Znana z racjonalnego podejścia Maura odrzuca teorię z wampirem i próbuje odkryć to, czego na pozór nie widać. Kto stoi za śmiercią Kimberly: czerpiący przyjemność i siłę ze spożywania krwi chłopak, który pragnąc zaspokoić swój głód, posunął się o krok za daleko, czy może jakiś inny nieznany sprawca?

Tess Gerritsen stworzyła utwór, który czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Dodam, że pierwszy raz czytałam jakąś jej książkę w oryginale i, szczerze mówiąc, żałuję, że był to dopiero pierwszy raz. Historia wydaje się dosyć ciekawa, ale niestety czegoś w niej brakuje. Zakończenie niby zaskakuje, tajemnicze okoliczności zbrodni też wpływają na korzyść opowiadania, ale jednocześnie po skończonej lekturze czuć pewien niedosyt. Może mój sceptycyzm wynika z wykorzystania przez Gerritsen tak oklepanego i przereklamowanego w dzisiejszych czasach motywu wampira, motywu, który nawet w najmniejszym stopniu nigdy nie wzbudzał mojego zainteresowania. Sama Gerritsen przyznała kiedyś, że spodziewała się lepszej recepcji swojego opowiadania, co znaczyłoby, że nie jestem wyjątkiem, jeśli chodzi o ocenę tego krótkiego utworu. Z drugiej strony dawno nie czytałam opowiadania, którego fabuła byłaby osnuta wokół morderstwa, dlatego trudno mi jednoznacznie potępić bądź pochwalić dzieło autorki Chirurga. Na tle innych reprezentantów gatunku Freaks może być arcydziełem albo zwykłą szmirą, choć ani o jedno, ani o drugie tego utworu raczej bym nie posądzała.

Wielbiciele przygód Rizzoli i Isles mogą potraktować Freaks jako dopełnienie cyklu i tekst, w którym można wychwycić kilka ciekawostek. Nie jest to jednak pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.goodreads.com