„Szum”, Magdalena Tulli [recenzja]

302047-352x50

Autor: Magdalena Tulli

Tytuł: Szum

Wydawnictwo: Znak Literanova

Liczba stron: 192

——————————————————————————————————————————–

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni z własnej woli czytałam książkę jednego z naszych rodzimych autorów. Polskich książek z reguły nie czytam, choć filologia polska to ten kierunek studiów, któremu poświęciłam pięć lat swojego życia i który z dumą skończyłam. Nie czytam, bo wolę literaturę zagraniczną. Nie wynika to jednak z uprzedzeń i jakiejś naiwnej wiary, że to, co obce jest lepsze. Nie tu należy szukać przyczyny moich lekturowych wyborów. Skąd więc pomysł, by przeczytać Szum? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Po powieść Magdaleny Tulli, książkę powstałą w 2014 roku, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze: dostałam ją w prezencie od dobrej koleżanki, a po drugie: wciąż mam w pamięci czytane przeze mnie w 2016 roku doskonałe Włoskie szpilki, książkę, która absolutnie skradła moje serce, choć nie była lekturą wyłącznie przyjemną, lecz także niosącą w sobie gorzką i szalenie bolesną prawdę. Stanowiące zbiór 7 krótkich opowiadań Włoskie szpilki to ujmująca historia opowiedziana w sposób, który zachwyca. Tulli swą opowieścią wciąga, momentami wzbudza śmiech, choć to raczej śmiech przez łzy. Autorka skupiła się w swojej książce na problemie wyobcowania, niedopasowania, odstawania od ogółu, osamotnienia i totalnej bezradności dorastającego dziecka w starciu z nieprzychylnym mu światem. Doświadczenia narratorki to coś na kształt walki Dawida z Goliatem, w której z góry wiadomo, kto w tym starciu skazany jest na porażkę. Upokorzenia, pokorne kajania, próby wytłumaczenia się z niedostosowania się do ogólnie przyjętych reguł i obowiązujących standardów. To również sprawozdanie z trudnych relacji łączących matkę i córkę, niekochającą kobietę i niekochaną dziewczynkę, które nie potrafią znaleźć płaszczyzny porozumienia, bo i znaleźć jej nie mogą, nie szukając. Gdyby narratorka, dziś dorosła kobieta, a niegdyś wiecznie spóźniająca się uczennica, znała termin monachopsis, to pewnie właśnie tym słowem określiłaby nieprzerwanie towarzyszący jej stan. Poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu i że wszystko jest nie tak, jak być powinno. Strzał w dziesiątkę. Nic dodać, nic ująć. I chociaż może się Wam wydawać, że opisuję Włoskie szpilki, to w rzeczywistości to podsumowanie doskonale oddaje również atmosferę i problematykę wydanego trzy lata po Włoskich szpilkach Szumu. W najnowszej powieści Tulli powracają tematy poruszane w jej wcześniejszych utworach. Szum w moim odczuciu to niejako kontynuacja opowieści podjętej przed laty. To jej przypomnienie i uzupełnienie o nowych bohaterów, nowe fakty i nowe szczegóły. Ta powieść to – jak informuje wydawca – najodważniejsza, najbardziej osobista książka Magdaleny Tulli, w której pisarka odkrywa uniwersalną prawdę o kondycji ludzkiej i o tym, co jest w nią wpisane, a zatem o pierwiastku obcości, niedostosowania, a także dojmującej potrzebie wzajemnego zrozumienia i wybaczenia.

15875607_682328921940804_6235628Mimo swych podobieństw do opowiadań z 2011 roku Szum nie spodobał mi się tak bardzo jak Włoskie szpilki. Ładunek emocjonalny tej opowieści przytłoczył mnie o wiele bardziej, a pojawiające się co i rusz postaci ludzkie i zwierzęce sprawiały, że momentami się gubiłam. On, jego matka, moja matka, lis, esesman z dziurą na skroni, nauczycielka, łyżwiarz i wielu, wielu innych… Żywi i umarli, wszyscy obok siebie. Ci, którzy są i ci, których nigdy nie było. Te postaci odgrywają ważną rolę w życiu narratorki, ale powodują też niemały mętlik w głowie czytelnika. Moje skołowanie wynikało może z niewystarczająco uważnego śledzenia opowiadanej historii, nie będę się spierać. A może ta historia nie wciągnęła i nie zainteresowała mnie aż tak bardzo, bo wydawała mi się wtórna w stosunku do nie tak dawno czytanych przeze mnie Włoskich szpilek? Nie można jednak zaprzeczyć, że autorka porusza w swojej prozie bardzo ważną problematykę, której warto poświęcić dłuższą chwilę. Warto się z nią zmierzyć, warto ją spróbować zrozumieć, na spokojnie przetrawić. Nie wiem tylko, czy wspomniany tu Szum jest dobrą pozycją na pierwsze spotkanie z książkami Magdaleny Tulli.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.znak.com.pl

Dorota Masłowska, „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” [recenzja]

235036-352x500Autor: Dorota Masłowska

Tytuł: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną

Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża

Liczba stron: 206

Nigdy nie przyznałam żadnej książce zaledwie 1 na 10 gwiazdek. Nigdy nie miałam takiej potrzeby ani odwagi, by czyjeś dzieło aż tak mocno skrytykować. W tym wypadku jest zupełnie inaczej. Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną z chęcią przyznałabym zero, gdyby tylko było to możliwe.

W moim odczuciu ta powieść to jakiś koszmar, a jej lektura to droga przez mękę. Gdyby nie fakt, że miałam ją na liście lektur z literatury najnowszej, z pewnością rzuciłabym ją w kąt po kilku stronach. Cudem dotrwałam do końca i wiem, że w przyszłości nie chcę czytać takich książek. Nie chcę czytać książek, które gwałcą język polski. Nie chcę czytać książek, z których stron wylewają się wodospady błędów językowych i wulgaryzmów. Mam tego powyżej uszu w codziennym życiu. Od literatury oczekuję czegoś zupełnie innego. Wydana w 2002 r., debiutancka powieść Doroty Masłowskiej pt. Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną jest znakomitym przykładem tego typu literatury. Jedni się nią zachwycają, doceniając nowatorstwo, nieszablonowość i odwagę Masłowskiej, inni mieszają tę powieść z błotem, nie potrafiąc dostrzec jej zalet. Może i to jest „oryginalne spojrzenie na polską rzeczywistość oraz twórcze wykorzystanie języka pospolitego”[1], ale prymitywizm, wulgarność i stereotypowy ogląd świata głównego bohatera oraz pojawiających się w jego opowieści znajomych wołają o pomstę do nieba.

Pozwólcie, że nie będę się rozpisywać na temat fabuły. Podstawowe informacje możecie znaleźć w Internecie i to powinno Wam w zupełności wystarczyć, aby się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi. Wolę się raczej skupić na swoich wrażeniach z lektury, ponieważ sądzę, że będą one dla Was bardzo przydatną wskazówką, gdy będziecie stać przed wyborem: przeczytać czy nawet nie zawracać sobie tą książką głowy.

Wojnę polsko-ruską… czyta się bardzo mozolnie. Niemal niekończący się monolog Silnego, co i raz urozmaicany przytaczanymi przez narratora-bohatera wypowiedziami jego znajomych, to prawdziwe wyzwanie dla czytelnika. Pochłanianie kolejnych stron, a w końcu dobrnięcie do ostatniej kropki wymaga wiele samozaparcia, determinacji i cierpliwości. Wymaga jednak również jakiejś niezrozumiałej, naiwnej wiary w to, że warto tę książkę przeczytać, że warto ją poznać.

Jeśli nie jest tak, że za wszelką cenę chcecie poznać tę powieść, by wyrobić sobie na jej temat jakąś opinię, by zabrać w jej sprawie głos i opowiedzieć się po którejś ze stron, to stanowczo odradzam jej lekturę. Wszystkim i każdemu z osobna. Przestrzegam przed tą książką i przed tym, co w niej znajdziecie. Nie warto jej czytać. Szkoda czasu i oczu. Są o wiele lepsze pozycje, które zasługują na uwagę. Przemyślcie to. A tym, którzy zdecydują się dać powieści Masłowskiej szansę, życzę powodzenia i wytrwałości! Będziecie tego potrzebować :)

Moja ocena: 1/10

Źródło fotografii:
http://lubimyczytac.pl


[1] Paszporty Polityki 2002. Culture.pl. [dostęp 2012-10-29].

Ryszard Kapuściński, „Cesarz” [recenzja]

Cesarz.jpgAutor: Ryszard Kapuściński

Tytuł: Cesarz

Wydawnictwo: Czytelnik

Liczba stron: 151

Trudno o Kapuścińskim powiedzieć coś nowego, coś, czego nie zauważono by wcześniej. Kilka lat temu, za czasów mojej bytności w liceum, miałam do przeczytania fragmenty Cesarza. Styl Kapuścińskiego i przedstawiona przez niego historia Hajle Sellasje od razu mnie urzekły. Obiecałam sobie, że sięgnę po całość. I sięgnęłam, ale dopiero na IV roku studiów polonistycznych, gdy ta książka znalazła się na liście lektur wymaganych do egzaminu. Żałuję, że tak długo zwlekałam, ale jednocześnie cieszę się, że dotrzymałam słowa. Wszak lepiej późno niż wcale. Po lekturze całości z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że było warto.

Cesarz to utwór będący reportażem, czyli gatunkiem z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej, ale reportażem nietypowym, bo silnie zbeletryzowanym. Styl Kapuścińskiego jest jedyny w swoim rodzaju, absolutnie niepowtarzalny, a prosty i zarazem plastyczny język utworu czyni lekturę wydanego po raz pierwszy w 1978 roku Cesarza niezwykle przyjemną, mimo że tematyka tego dzieła nie jest ani trochę zabawna, a książka służy raczej wywołaniu głębszej refleksji niż rozrywce. Dyktatura, a właściwie reżim etiopskiego cesarza Hajle Sellasje to historia, wokół której skupia się uwaga autora. Kapuściński, zapalony podróżnik, który zwiedził co najmniej pół świata, przy pomocy etiopskiego przewodnika dociera do ludzi, którzy w przeszłości tworzyli wspaniałą świtę wielkiego dostojnika, a jednocześnie człowieka bezwzględnego, nieznoszącego sprzeciwu i stworzonego, by rządzić: wszystkim i wszystkimi. Autor Cesarza przedstawia historię upadku Hajle Sellasje, koncentrując się na momentach kluczowych w procesie detronizacji tyrana, który niemal w mgnieniu oka z człowieka kochanego przez tłumy i wielbionego niczym Bóg przemienił się w człowieka upadłego, pozbawionego wszystkiego prócz niesłusznej wiary w siebie i w swoją niezachwianą pozycję w cesarstwie. Bo tej wiary Hajle Sellasje nie utracił nigdy, do samego końca był przekonany, że nadal jest władcą, naiwnie wierzył, że ktokolwiek w państwie i na świecie wciąż będzie się liczył z jego zdaniem.

Książka ma postać rozmów reportera, czyli w tym wypadku samego Kapuścińskiego, z byłymi dworzanami cesarza Etiopii. Autor niemal całkowicie oddaje głos swoim rozmówcom, których wypowiedzi silnie poetyzuje. Co jakiś czas pojawiają się wstawki autorstwa Kapuścińskiego, w których autor wyjaśnia i komentuje sytuację w kraju, dopełnia wypowiedzi członków świty Hajle Sellasje i dzieli się z czytelnikiem własnymi spostrzeżeniami. Zebrane i uporządkowane przez autora fragmenty rozmów z dworzanami przedstawiają mechanizmy sprawowania władzy przez etiopskiego dyktatora, ilustrują hierarchię panującą na dworze Hajle Sellasje oraz zarysowują panoramę stosunków społecznych w kraju.

Cesarz to pozycja, która z pewnością zasługuje na uwagę. Ci, którzy lekturę reportażu Kapuścińskiego mają już za sobą, prawdopodobnie się ze mną zgodzą, a ci, którzy dopiero się zastanawiają, czy sięgnąć po tę książkę, powinni zrobić to jak najszybciej. Bardzo polecam każdemu i zawsze!

Moja ocena: 9/10

Źródło fotografii:
źródło własne

Helena Boguszewska, „Całe życie Sabiny” [recenzja]

całe życie sabiny_1.jpg

Autor: Helena Boguszewska

Tytuł: Całe życie Sabiny

Wydawnictwo: Czytelnik

Liczba stron: 212

Jesteśmy ludźmi, a więc naturalne jest, że interesuje nas to, co ludzi dotyczy. Każdy z nas ma w życiu chwile, kiedy nie radzi sobie z własnymi emocjami; wspomina dawne czasy; zamiast żyć tym co tu i teraz wraca do przeszłości i dogłębnie analizuje: dzień po dniu, słowo po słowie, gest po geście, zastanawiając się, co by było gdyby. Widmo zbliżającej się wielkimi krokami śmierci jest zapewne dobrą pobudką do rozważań, do podsumowań i rozrachunku ze sobą, z przeszłością, z własnymi sukcesami i porażkami. Całe życie Sabiny Heleny Boguszewskiej to właśnie taki typ literatury. Rozrachunkowa, introspekcyjna, słowem psychologiczna. Powstające w dwudziestoleciu międzywojennym liczne powieści należące do nurtu psychologicznego choć skonstruowane są podobnie i podejmują nieraz te same problemy, to jednak zawsze potrafią czymś zaskoczyć – to refleksjami głównego bohatera, to nieszablonową kompozycją utworu.

Całe życie Sabiny na pierwszy rzut oka może nam przypominać Cudzoziemkę Marii Kuncewiczowej, a właściwie powinnam napisać, że Cudzoziemka może nam przypominać powieść Boguszewskiej, bo to historia Sabiny powstała wcześniej. W obu utworach głównymi bohaterkami są kobiety, które z perspektywy czasu przyglądają się całemu swojemu życiu i dokonują bilansu zysków i strat. Ich wnioski nie są zbyt optymistyczne. Nieudana kariera zawodowa, nieudane małżeństwo, nieudane macierzyństwo. To wszystko łączy wykreowane przez obie autorki postaci. Zarówno losy Sabiny, jak i Róży poznajemy dzięki licznym retrospekcjom. Koniec obu powieści też jest podobny, a jednak ich lektura nie tylko daje przyjemność, lecz także owocuje w odmienne, ale jakże istotne wnioski. Można by się więc zastanawiać, co różni wspomniane utwory i dlaczego tylko Cudzoziemka trafiła do kanonu lektur szkolnych. Czy powieść Boguszewskiej jest aż tak słaba, że z czystym sumieniem można o niej zapomnieć? Na ostatnie pytanie trudno dać jednoznaczną odpowiedź, ponieważ ilu ludzi, tyle opinii. Jedno nie pozostawia wątpliwości: Całe życie Sabiny to powieść niesłusznie zepchnięta na dalszy plan, bo nawet jeśli nie jest rewelacyjna, to z pewnością jest dobra.

Sabinę, tytułową bohaterkę powieści Boguszewskiej, poznajemy podczas jej wizyty u lekarza, który wiedząc, że nie jest już w stanie pomóc swojej pacjentce, zaleca jej leżenie w łóżku i wypoczywanie. Po powrocie do mieszkania, które Sabina dzieli z siostrą, jej mężem, Karolem, oraz z dziećmi Heleny, kobieta posłusznie stosuje się do zaleceń doktora i kładzie się do przyszykowanego przez siostrę łóżka, łóżka, z którego notabene już nigdy nie wstanie. Kobieta ma świadomość, że właśnie znalazła się na ostatniej prostej swojego życia, dlatego, nie mając zbyt wiele czasu, postanawia je dogłębnie przeanalizować. Swoje rozmyślania, co ciekawe, rozpoczyna od wszystkich sukien, jakie kiedykolwiek miała. Wspomnienie każdej z nich przywołuje kolejne skojarzenia, dzięki którym Sabina bez trudu może wracać myślami do przeszłości i swobodnie się po niej poruszać. Po sukniach przychodzi czas na mieszkania, służące, książki, zabawy i zajęcia oraz poranki. Chronologia wspomnień jest nieco zaburzona, a przywoływane zdarzenia nie zawsze tworzą ciąg przyczynowo-skutkowy, co w pewnym stopniu utrudnia rekonstrukcję losów bohaterki. Dokonywane na łożu śmierci tak nietypowe podsumowanie czyni tę książkę wyjątkową i sprawia, że nie jest ona jedną z wielu.

O fabule więcej nie powiem, bo pewnie zepsułabym Wam przyjemność czytania. Mogę jednak zapewnić, że powieść Boguszewskiej jest gratką dla miłośników prozy psychologicznej. Jeśli lubicie książki, których lektura skłania do autorefleksji i analizy własnego życia, to bez wahania możecie sięgnąć po Całe życie Sabiny, które czyta się niemal tak samo dobrze jak powstałą dwa lata później Cudzoziemkę. Polecam, bo warto!

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
zdjęcie autorskie

Recenzja książki pt. „Cudzoziemka” autorstwa Marii Kuncewiczowej

cudzoziemka-b-iext2992258

Autor: Maria Kuncewiczowa

Tytuł: Cudzoziemka

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 224

Powieści psychologiczne w prozie dwudziestolecia międzywojennego były zjawiskiem bardzo powszechnym. Zazdrość i medycyna Choromańskiego, Całe życie Sabiny Boguszewskiej, Granica Nałkowskiej, Adam Grywałd Brezy czy w końcu Cudzoziemka Kuncewiczowej to tylko niektóre z utworów reprezentujących popularny wówczas nurt psychologiczny. Wszystkie te powieści zawierają w sobie powtarzalne i często wykorzystywane w prozie psychologicznej schematy – inwersja czasowa, struktura powieści oparta na retrospekcjach i wspomnieniach głównego bohatera, mowa pozornie zależna oraz liczne introspekcje pozwalają czytelnikom wniknąć w głąb psychiki postaci i dotrzeć do rzeczywistych motywów ich postępowania. Tematem powieści psychologicznych są więc emocje bohaterów, stosunek do świata i otaczających ich ludzi, a także wnikliwa analiza własnej psychiki. Cudzoziemka założenia psychologizmu doskonale realizuje, a przy tym jest nie tylko wartościową, ale i bardzo przyjemną lekturą.

Powieść Marii Kuncewiczowej to portret niespełnionej artystki, kobiety, na której życiu kilka zdarzeń z młodości, a w szczególności jedno, odcisnęło palące piętno, którego bohaterka powieści mimo upływu lat nijak nie potrafiła i nadal nie potrafi się pozbyć. Stało się ono powodem jej głębokiego i niemal bezgranicznego nieszczęścia, które odbija się zarówno na niej samej, jak i na osobach z jej bliskiego otoczenia. Róża Żabczyńska to kobieta, obok której nie sposób przejść obojętnie. Fascynująca, odpychająca, wciąż budząca skrajne odczucia. Podczas lektury czytelnik miota się między sprzecznymi postawami: w jednej chwili współczuje bohaterce, próbując zrozumieć i usprawiedliwić jej zgorzknienie spowodowane różnymi czynnikami, by za moment szczerze Róży nienawidzić za jej wyniosłość, bezwzględność w stosunku do fajtłapowatego i przytłoczonego ogromem nieszczęścia żony Adama oraz Bogu ducha winnych dzieci. Czytelnika razi także niewysłowiona przyjemność, jaką Róża czerpie z psychicznego znęcania się nad otaczającymi ją ludźmi, którzy mimo usilnych starań nie potrafią znaleźć w jej na pozór zlodowaciałym sercu choć odrobiny ciepła.

Cudzoziemskość Róży-Eweliny, dwie nieprzystające do siebie tożsamości, niemożność znalezienie swojego miejsca w świecie i związane z nią poczucie wyobcowania, a także nieustanne „narkotyzowanie się wspomnieniami z młodości” odbijają się na negatywnym stosunku Róży do świata i ludzi.

Akcja utworu obejmuje zaledwie jeden dzień, jednak wspomnienia bohaterki rozciągają ją na kilkadziesiąt lat. Przez niemal całą powieść widzimy Różę praktycznie tylko z jednej strony – jako kobietę bezwzględną, perwersyjnie okrutną wobec najbliższych i czerpiącą z tego dziką satysfakcję. Mamy oczywiście świadomość, że Żabczyńska jest poniekąd ofiarą źle ulokowanych uczuć, że skrzywdził ją ten, którego tak bardzo kochała. Poznajemy źródła jej nieszczęścia i motywy tak nieludzkiego postępowania. Na końcu powieści dostajemy od Kuncewiczowej niespodziankę w postaci sceny, w którą po lekturze 200 stron powieści trudno nam uwierzyć. Autorka chciała chyba zakończyć swe dzieło optymistycznym akcentem, który okazał się raczej mało wiarygodnym huraoptymizmem. Nie zmienia to jednak faktu, że historia Róży Żabczyńskiej potwierdza, iż na pogodzenie się z losem, z rodziną i wybaczenie sobie wzajemnych win nigdy nie jest za późno. Pokazuje jednak jeszcze jedno – to mianowicie, jak wydarzenia z przeszłości i niezdrowe pielęgnowanie wspomnień mogą rzutować na całe życie człowieka. Trzeba znać granice, by nie pogrążyć się w niepotrzebnych i zatruwających naszą codzienną egzystencję negatywnych emocjach; by przez chorobliwą pamięć o przeszłości nie stracić z oczu tego, co tu i teraz; by przestać żyć tym, co było, i zacząć żyć tym, co jest.

Cudzoziemkę czytałam dwa razy w odstępie trzech lat. Druga lektura była doskonałym uzupełnieniem pierwszej i pozwoliła mi zwrócić baczniejszą uwagę na szczegóły, które pominęłam podczas pierwszego spotkania z bohaterką Kuncewiczowej. Nadal jestem zafascynowana tą powieścią i kreacją Róży – tak irytującej, tak nieznośnej i tak niezwykłej. Gorąco polecam każdemu, a miłośnikom psychologizmu w literaturze szczególnie.

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com

Recenzja „Listów” autorstwa Marii Komornickiej

komornicka

Autor: Maria Komornicka

Tytuł: Listy

Wydawnictwo: Biblioteka Warszawska

Liczba stron: 592

Listów Marii Komornickiej zachowało się niewiele, a szkoda, gdyż są one znakomitym źródłem wiedzy o poetce oraz idealnym wręcz punktem wyjścia do zgłębiania jej owianego tajemnicą i budzącego skrajne emocje życia.

Wydane w 2011 roku Listy są dziełem nietuzinkowym. Rzadko bowiem zdarza się nam czytać intymne, prywatne zapiski kobiety i mężczyzny w jednej osobie. Maria Komornicka, bo o niej mowa, to młodopolska poetka, prozaiczka i krytyk literacki, która swoją popularność zawdzięcza raczej niestandardowej, intrygującej i łamiącej wszelkie schematy biografii niż swojej niezbyt obszernej twórczości. Liczne studia o życiu autorki Biesów koncentrują się na jej domniemanej chorobie psychicznej i związanej z nią przemianie w mężczyznę. Badacze natomiast konsekwentnie przypinają Komornickiej etykietkę transseksualistki, mężczyzny uwięzionego w ciele kobiety, który w wieku 31 lat, nie mogąc dłużej siebie akceptować, odkrył swoją prawdziwą płeć i postanowił uwolnić się z pętających go więzów kobiecej fizjonomii. I tak publikująca na łamach Miriamowskiej „Chimery” Komornicka stopniowo, krok po kroku przeistaczała się w Piotra Odmieńca Własta, rycerza Bolesława Krzywoustego i legendarnego protoplastę rodu Dunin-Wąsowiczów, z którego pochodziła matka poetki. Paradoksem jest, że to właśnie Anna Komornicka, naoczny świadek diametralnej metamorfozy Marii oraz adresatka zdecydowanej większości jej listów, zaproponowała chcącej ukryć swą tożsamość córce, by podpisywała publikowane w „Chimerze” recenzje pseudonimem Włast. Nie przypuszczała zapewne, jak wielką rolę w późniejszym życiu jej córki odegra słynny Piotr Włostowic.

Zebrane i opracowane przez Bonieckiego listy ukazują nam w zasadzie dwie odrębne osoby: kobietę – Marię Komornicką, córkę, oraz mężczyznę – Piotra Własta, syna. Studiując epistolarne zapiski Komornickiej niemal nie jesteśmy w stanie oddzielić zapisków wychodzących spod pióra Marii od zapisków autorstwa Piotra (zwłaszcza w późniejszej fazie życia poetki). Nigdy bowiem w życiu Komornickiej nie zdarzyło się tak, że mające miejsce w 1907 roku narodziny Piotra Odmieńca Własta były równoznaczne ze śmiercią Marii Komornickiej. W kolejnych, przepełnionych żalem w stosunku do najbliższych, listach, pisanych wprost zza murów licznych zakładów dla obłąkanych, w których poetka spędziła przeszło 10 lat, ujawniają się jednocześnie dwa wcielenia Marii i oba te oblicza mają rację bytu. Czytane zgodnie z chronologią powstania listy są wędrówką przez ewoluujące stany psychiki Komornickiej. Swoją podróż zaczynamy więc od listów pisanych przez kobietę podpisującą się kobiecym imieniem, następnie zgłębiamy listy pisane przez kobietę, ale przybierającą już imię męskie, w kolejnej fazie ewolucji dochodzimy do listów autorstwa mężczyzny podpisującego się imieniem męskim, aż w końcu docieramy do zapisków mężczyzny podpisującego swe listy imieniem kobiecym. Niemal cały czas przeplatają się dwie osobowości, które prowadzą wewnętrzną walkę o dominację. Momentami do głosu dochodzi Piotr, jednak chwilę później to Maria zyskuje autonomię. I na odwrót.

W opracowaniu Bonieckiego obok zapisków czysto praktycznych, odnoszących się m.in. do licznych podróży Komornickiej z mężem Janem Lemańskim, do kwestii podziału majątku po śmierci ojca oraz do spraw związanych z twórczością Marii, a także życiem jej najbliższej rodziny, pojawiają się listy przepełnione ekstatycznymi wizjami misji Piotra, które – choć trudne w odbiorze i jakże odmienne od listów sprzed przemiany oraz z czasu, gdy Komornicka-Włast stopniowo odzyskiwała psychiczną równowagę, są interesującym świadectwem emocjonalnego rozchwiania, a nawet potwierdzonych przez psychiatrów zaburzeń schizofrenicznych autorki Biesów. Stawiane niemal co krok pytania o rzeczywisty stan duszy poetki, gdybania związane z chorobą i prawdziwą płcią Komornickiej oraz atmosfera niepewności nieustannie towarzysząca lekturze listów czynią ją jeszcze bardziej zajmującą i skłaniającą do zgłębiania biografii poetki na własną rękę. Wpisujące się w nurt intymistyki zapiski Komornickiej są doskonałą furtką, umożliwiającą przeróżne interpretacje wydarzeń z życia jednego z najwybitniejszych i najbardziej tajemniczych umysłów epoki Młodej Polski. Bardzo polecam!

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://sklep.muzeumwarszawy.pl

Recenzja książki pt. „Medaliony” autorstwa Zofii Nałkowskiej

Medaliony_lome

Autor: Zofia Nałkowska

Tytuł: Medaliony

Wydawnictwo: Greg

Liczba stron: 64

Istnieją książki, które cieszą się wśród czytelników popularnością oraz ich niesłabnącym szacunkiem i zainteresowaniem. Lektura tych pozycji wbrew pozorom nie dostarcza jednak przyjemności, ale przepełnia czytającego bólem, niedowierzaniem i uczuciem buntu wobec opisywanej rzeczywistości. Wydane w 1946 roku Medaliony reprezentują właśnie tę kategorię. Książka jest zbiorem ośmiu opowiadań, w których Nałkowska przybliża czytelnikom relacje ofiar i naocznych świadków hitlerowskich prześladowań, które miały miejsce podczas II wojny światowej i skierowane były przede wszystkim przeciwko społeczności żydowskiej. Medaliony są przerażającym zapisem eksterminacji, świadectwem upadku człowieczeństwa oraz próbą poradzenia sobie z piętnem bolesnej historii. To także dążenie do ukazania zarówno zwykłych ludzi w roli bohaterów, jak i zepchniętych na samo dno więźniów obozów koncentracyjnych, którzy – walcząc o życie swoje i swoich bliskich – utracili resztki ludzkiej godności, wyzbywając się przy tym wszelkich zasad moralnych. Dość wspomnieć, że wszystko to czynili po to, by w nieludzkich warunkach, bez chleba, wody i ciepłego ubrania przeżyć kolejny pełen bólu dzień.

Dzieło Nałkowskiej to wiarygodna relacja osób odczuwających jednocześnie sprzeczne pragnienia: pragnienie życia i tak samo silne pragnienie śmierci, która położy kres niewyobrażalnemu cierpieniu oraz uchroni przed szerzącym się wśród ludzi zezwierzęceniem. Zamieszczone w tomie opowiadania zostały skonstruowane na zasadzie rozmów, a częściej nawet monologów uczestników tamtych wydarzeń, którzy dzielą się ze słuchaczami swoimi doświadczeniami oraz przywołują bolesne wspomnienia z przeszłości. Dzięki ich opowieściom poznajemy życie codzienne więzionych, nieludzkie warunki, w jakich przychodziło im egzystować, pracować czy odbywać kary za najmniejsze przewinienia, a także wielokrotnie podejmowane przez nich rozpaczliwe próby wydostania się na wolność. Nieco powściągliwie, ale jednocześnie w sposób zdecydowany i odważny Nałkowska opowiada ustami ofiar hitleryzmu, naocznych świadków krwawych zbrodni, pokrzywdzonych i ocalonych o historii, która niestety się wydarzyła. Warto zauważyć, że autorka uczestniczyła w pracach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i to właśnie zebrane przez tę organizację materiały stanowią kanwę Medalionów, co czyni książkę Nałkowskiej jeszcze bardziej autentyczną. Z kart Medalionów wyłania się przygnębiająca i wywołująca wstręt refleksja odnośnie tego, czym jest człowiek po śmierci. Jak się okazuje, ludzkie ciało można przerobić niemal na wszystko, a mianowicie na: nawóz, mydło, materac czy wyrób skórzany. Dowiadujemy się również, kto jest odpowiedzialny za rozgrywające się na ziemiach Polski piekło. Istotę zbrodni wojennych oraz całej działalności hitlerowców doskonale ilustruje następujący cytat:

„Utylizowanie spalonych kości na nawóz, tłuszczu na mydło, skóry na wyroby skórzane, włosów na materace – to był już tylko produkt uboczny tego olbrzymiego przedsiębiorstwa państwowego, przynoszącego w ciągu lat nieobliczalne dochody. Ta stała dywidenda płynęła z ludzkiej męczarni i z ludzkiego przerażenia, a także z ludzkiego upodlenia i zbrodni, i stanowiła istotną ekonomiczną rację całej imprezy obozów. (…) Tak zamyślona i zrealizowana impreza była dziełem ludzi. Oni byli jej wykonawcami i jej przedmiotem. Ludzie ludziom zgotowali ten los”.

Medaliony nie są książką, po którą sięga się dla przyjemności czy zabicia nudy. Nie gwarantują dobrej rozrywki, a wręcz przeciwnie możemy być pewni, że po skończonej lekturze ogarnie nas przemożny smutek. Opowiadania te są zapisem bólu, niewiarygodnego hartu ducha, odwagi i walki o własną godność. Uczą historii i pielęgnują pamięć o tych, którzy polegli, bo byli inni, bo mieli odwagę się postawić, bo chcieli pomóc bliźnim, a także dlatego, że kochali swój kraj i byli gotowi stanąć w jego obronie.

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.greg.pl

Recenzja dwóch dramatów Włodzimierza Perzyńskiego: „Lekkomyślna siostra” oraz „Szczęście Frania”

Autor: Włodzimierz Perzyński

Tytuł: Lekkomyślna siostra, Szczęście Frania

Tym razem zamieszczam dwie krótkie opinie, bo nie śmiałabym nazwać ich recenzjami, dramatów naturalistycznych Włodzimierza Perzyńskiego, które z przyjemnością analizowałam w swojej pracy licencjackiej. Oba utwory są zaliczane do trzech najpopularniejszych i najlepszych komedii Perzyńskiego. Trzecim dramatem jest Aszantka. Bardzo polecam lekturę wszystkich trzech sztuk!

Lekkomyślna siostra

Włodzimierz Perzyński za pomocą dialogów, zdradzających podszyte fałszem pozornie dobre intencje członków „szanującej się i dbałej o opinię rodziny” demaskuje smutną prawdę na temat stosunków wewnątrz familii Topolskich. Bliscy Marii okazują się stowarzyszeniem finansowym, realizującym maksymę: „Rodzina to pieniądz”, a autor za cel swojej sztuki stawia sobie ukazanie „bajorka codziennego życia” typowej mieszczańskiej rodziny, której światem rządzą dobra materialne. Stroniąc od tworzenia złośliwych karykatur i nie wpadając w przesadę, co miała w zwyczaju Zapolska, wrażliwy na krzywdę drugiego człowieka Perzyński bezwzględnie krytykuje Topolskich, przedstawiając ich jako sprzedajnych ludzi, którzy dla pieniędzy są w stanie zdradzić wszystkie ideały i wyznawane zasady. Czyni to jednak w sposób ukazujący całe mistrzostwo niespełna trzydziestoletniego autora jako posiadającego umiejętność obiektywnej obserwacji dramaturga-naturalisty, któremu zgłębianie tajemnic ludzkiej psychiki i piętnowanie przywar środowiska zamożnej burżuazji zdaje się sprawiać prawdziwą satysfakcję.

Moja ocena: 7/10

Szczęście Frania

Szczęście Frania to utwór, niosący w sobie gorzką prawdę, wynikającą z refleksji nad rozdźwiękiem między marzeniem a rzeczywistością, w którym wyraźnie pobrzmiewają tony liryczne. Nie jest to, jak w przypadku utworów Gabrieli Zapolskiej, typowy dramat naturalistyczny, chociaż tematyką nie odbiega od innych utworów utrzymanych w tej konwencji. Autor, który od początku do końca jest ironistą, czyni swoje dzieło narzędziem służącym demaskowaniu prawdziwych stosunków międzyludzkich, w dużej mierze opierających się na kłamstwie i egoizmie. Tytułowy Franio swoją dziecinną naiwnością, marzeniami o wielkiej miłości oraz dobrocią ponad wszystko wielokrotnie wzbudza współczucie i sympatię czytelnika.

Moja ocena: 9/10

Recenzja książki pt. „Marta” autorstwa Elizy Orzeszkowej

Marta_Eliza-Orzeszkowa,images_product,26,83-7389-885-9Autor: Eliza Orzeszkowa

Tytuł: Marta

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron:  192

Książka piękna, naprawdę, ale smutna do tego stopnia, że nie wiem, czy można by tę historię przedstawić w bardziej przygnębiający sposób niż zrobiła to Eliza Orzeszkowa. Człowiek pochłaniając kolejne strony, pragnie, a wręcz żąda, by w końcu Marcie się udało, by tym razem było inaczej niż zawsze, by znalazła pracę, dzięki której mogłaby zarobić pieniądze na utrzymanie siebie i swojej córeczki. To z pozoru banalne marzenie nigdy się jednak nie spełnia…

Eliza Orzeszkowa, prekursorka polskiej powieści tendencyjnej, swoim wczesnym dziełem przybliża nam realia życia w drugiej połowie XIX wieku oraz zakorzenione wówczas w myśleniu Polaków stereotypy określające różnice w postrzeganiu kobiet i mężczyzn, a także wskazujące na miejsce tych pierwszych w społeczeństwie, ich znaczenie i możliwości. Epoka kształtującego się wówczas pozytywizmu dopiero popularyzowała zawarte w swoim programie hasła. I to właśnie emancypacja kobiet była jednym z postulatów polskich pozytywistów. Orzeszkowa odważyła się zwrócić uwagę na kwestię kobiecą, skierować wzrok swych czytelników na problemy, z którymi przychodziło się zmagać kobietom każdego dnia, a losy bohaterki Marty są idealnym przykładem i potwierdzeniem smutnej prawdy, że w tamtych czasach bez mężczyzny kobieta znaczyła tyle co nic; była zerem, któremu brakowało dopełnienia z przodu, przedmiotem pozbawionym zdolności ruchu i samostanowienia. Nie trzeba być zagorzałą feministką, aby mieć trudność z zaakceptowaniem takiego stanu rzeczy. Ludziom – kobietom i mężczyznom – przysługuje identyczne prawo do godnego życia, do zapewniania sobie i swoim najbliższym jedzenia, leków czy dachu nad głową. Tak jest w teorii. Zderzenie z rzeczywistością uświadamia nam, jak daleko od siebie znajdują się teoria i praktyka. Jak trudno założenia teoretyczne zamienić w autentyczne działania. Jak niełatwo wygrać ze stereotypowym myśleniem, z ubóstwem i niesprawiedliwością, zachowując przy tym choć odrobinę własnej godności. Uświadamia ono jednak coś jeszcze: wagę edukacji i pracy, wskazując na to, jak niewiele człowiek jest w stanie bez nich zrobić.

Tytułowa bohaterka, Marta Świcka, to dwudziestopięcioletnia wdowa, a zarazem matka czteroletniej Janci. Los rzucił Marcie pod nogi ogromną kłodę. Miała wszystko, czego jej było potrzeba. Kochający mąż zarabiał wystarczająco dużo, aby utrzymać trzyosobową rodzinę. Bogaczami Świccy nigdy nie byli, ale żyć mogli godnie. Śmierć Jana uderzyła w Martę zupełnie niespodziewanie. Strata bliskiej osoby mocno zabolała młodą kobietę, która na taki rozwój wypadków nie była przygotowana. Człowiek w sile wieku nagle zachorował i zmarł, nie zostawiając Marcie praktycznie żadnego majątku. Kobieta znalazła się w wyjątkowo trudnym położeniu. Utrzymać siebie to jedno, ale sprostać potrzebom dziecka to naprawdę niełatwe zadanie. Bezradna bohaterka, nie mogąc pozwolić sobie na zachowanie wartościowych sprzętów i wszelkich kosztowności, sprzedaje wszystko, na co udaje jej się znaleźć kupców, a i tak pieniędzy starcza jedynie na wynajęcie marnej izby na poddaszu na ul. Piwnej. Gdy zaczyna jej brakować środków do życia, decyduje się poszukać pracy w zawodzie nauczycielki języka francuskiego. Bardzo szybko okazuje się, że jej znajomość tego języka nie jest wystarczająca, by móc go uczyć lub zajmować się przekładem dzieł zagranicznych autorów. Świadoma swej porażki Marta chcąc być uczciwą wobec rodziny Rudzińskich, rezygnuje z lekcji dawanych dwunastoletniej Jadwisi. Ale jeśli ta próba była ponad możliwości biednej kobiety, to czym były kolejne? Na ogół Marcie zwyczajnie brakuje umiejętności, które są pożądane w danym zawodzie; potrafi rysować, jednak w stopniu niewystarczającym, by zostać ilustratorką; dziewięć lat uczyła się gry na fortepianie, ale prawie wszystko wyleciało jej z głowy, ponieważ w dorosłym życiu nie ćwiczyła systematycznie; szyje, lecz wyłącznie ręcznie, a wszyscy na gwałt szukają szwaczek potrafiących posługiwać się maszyną. Jeśli nawet ktoś byłby skłonny zatrudnić ją, chociażby z litości, to na przeszkodzie staje płeć. W XIX-wiecznej Polsce większość zawodów, dziś postrzeganych jako typowo kobiece, była wykonywana przez mężczyzn. Wówczas rola kobiet sprowadzała się do bycia ozdobą swych mężów i kochanków, niczego więcej od nich nie wymagano, jak tylko siedzenia w domu, opiekowania się dziećmi, gotowania i czekania na powrót z pracy ukochanego małżonka. Żyć, nie umierać, chciałoby się rzec. No cóż, niezupełnie. I Marta gorzko się o tym przekona.

Nie chcę zdradzać zakończenia tej smutnej historii. Nietrudno jednak domyślić się, czy przeciętna, kiedyś średnio zamożna, a dziś bez grosza przy duszy, młoda, zdrowa, ale nie dość wykształcona kobieta, która chwyta się absolutnie wszystkiego, by zarobić na chleb i mleko dla swojej córki, będzie w stanie wygrać z krzywdzącymi przekonaniami, pokonując panujące w społeczeństwie polskim zwyczaje i nie tracąc przy tym własnej godności. Bardzo polecam wszystkim tym, którzy chcą poczuć klimat XIX-wiecznej Warszawy, przejść się Nowym Światem lub zajrzeć do domów na Krakowskim Przedmieściu. Książka jest naprawdę genialna, wzrusza, a zarazem skłania do zastanowienia się nad podziałem ról w społeczeństwie, nad miejscem poszczególnych jego członków, zmusza w końcu do postawienia sobie wielu pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi. Nie zrażajcie się tym, że to lektura i to jeszcze z epoki pozytywizmu ani nawet tym, że Marta jest powieścią autorstwa Elizy Orzeszkowej. Naprawdę, nie trzeba być fanem Nad Niemnem, by zachwycić się tą piękną książką, która na słowa uznania z pewnością zasługuje.

Moja ocena: 9/10

Źródło fotografii:
http://merlin.pl