„Opiekunka do dzieci”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

Opiekunka.do.dzieci_front (1)Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Opiekunka do dzieci

Tytuł oryginalny: Das Kindermädchen

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Tłumaczenie: Bartosz Nowacki

Liczba stron: 544

——–

Do niedawna nazwisko Elisabeth Herrmann większości polskich czytelników było zupełnie obce. Anonimowa autorka, o której nikt nie słyszał. To się jednak zmieniło w kwietniu 2016 roku po publikacji polskiego wydania Wioski morderców – bardzo solidnego thrillera. Po literaturę niemiecką nie sięgam zbyt często, z reguły w kręgu moich zainteresowań znajdują się przede wszystkim książki anglojęzyczne. Gdy jednak chodzi o powieść Elisabeth Herrmann albo Charlotte Link, to ani chwili się nie waham. Nauczyłam się, że ich książki są dobre. Ale czy zawsze?

Wszystko wskazuje na to, że adwokat Joachim Vernau odniesie życiowy sukces i zrobi wspaniałą karierę. Ma poślubić Sigrun Zernikow, a tym samym nie tylko wejść do berlińskich wyższych sfer, lecz także zostać partnerem w renomowanej kancelarii adwokackiej ojca Sigrun, Utza. Podczas planowanego przyjęcia zaręczynowego ma zostać wprowadzony do rodziny. Kiedy jednak niespodziewanie pojawia się Ukrainka, która prosi go o zdobycie podpisu von Zernikowa na spisanym cyrylicą dokumencie, na fasadzie uczciwości nobliwej rodziny pojawia się pierwsza rysa. Utz ma bowiem swoim podpisem poświadczyć, że jego rodzina podczas drugiej wojny światowej zatrudniała jako opiekunkę do dziecka pochodzącą ze Wschodu robotnicę przymusową, dzięki czemu ta mogłaby teraz otrzymać odszkodowanie. Utz wszystkiemu zaprzecza, drze na strzępy i wyrzuca dokument. Zdarzenie to szybko zostałoby zapomniane, jednak ciało Ukrainki niedługo później zostaje wydobyte z Landwehrkanal. Chociaż Vernau przeczuwa, że w ten sposób naraża swoją świetlaną przyszłość w rodzinie, zaczyna zadawać niewygodne pytania. Historia ukraińskiej robotnicy przymusowej wydaje się prawdziwa, a Joachim znajduje jednoznaczne ślady nadzwyczaj lukratywnego handlu dziełami sztuki, które zostały zagrabione przez nazistów w czasie drugiej wojny światowej…

To istny paradoks, że Opiekunkę do dzieci zabrałam na wakacje, myśląc, że będzie idealną lekturą na leniuchowanie na jednej z włoskich plaż. Nie była. Podczas tygodniowego urlopu zdążyłam przebrnąć przez zaledwie 300 stron, co dawało mi nieco ponad połowę tej dość obszernej powieści. Prawdę mówiąc, z ogromną i niekłamaną ulgą odetchnęłam, gdy wreszcie dobrnęłam do ostatniej kropki. Z mozołem pokonując kolejne strony, miałam wrażenie, że historia opowiadana przez Joachima Vernaua nigdy się nie skończy. Dwa poprzednie, a chronologicznie późniejsze, thrillery niemieckiej autorki – osnute wokół losów Saneli Beary, niemieckiej policjantki o chorwackich korzeniach, wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie, tworząc w mojej głowie stereotyp, że Elisabeth Herrmann jest po prostu znakomitą pisarką potrafiącą tworzyć książki, od których nie sposób się oderwać. Jej Wioska morderców okazała się niezwykle klimatycznym thrillerem, który do ostatnich stron trzymał w napięciu, a Śnieżny wędrowiec, choć moim zdaniem znacznie słabszy od pierwszego tomu cyklu, to wciąż był solidną pozycją dla fanów gatunku. Tu jednak czegoś zdecydowanie zabrakło.

20170915_131510

Sięgając po Opiekunkę do dzieci, doskonale wiedziałam, że wśród jej bohaterów nie znajdę Saneli, do której zdążyłam się już przyzwyczaić i którą zdołałam mimo wszystko polubić. Ta powieść wbrew moim oczekiwaniom okazała się lekturą ciężkostrawną i uciążliwą w odbiorze. Mozolnie rozkręcająca się akcja, przeładowanie polityką i przykrymi wspomnieniami wyzysku w czasie drugiej wojny światowej oraz bohaterowie, z którymi trudno się zżyć – tym Herrmann bardzo mnie zmęczyła. Brak nieprzewidzianych zdarzeń i napięcia niepozwalającego ani na chwilę porzucić czytania sprawiały, że co i raz traciłam koncentrację, odpływałam myślami w siną dal, nie mogąc wczuć się w relację z prywatnej krucjaty Joachima Vernaua.  Nie czułam tej książki. Historia opowiedziana przez Herrmann, choć wstrząsająca i prawdziwa, nie zyskała mojego uznania. I zupełnie nie chodzi o to, że to thriller polityczny z wojną w tle, czyli gatunek, po który nie sięgam zbyt często. Chodzi o to, że tu po prostu wiało nudą, a przecież Opiekunka do dzieci liczy sobie blisko 550 stron!

Na plus zdecydowanie zasługuje okładka. Muszę przyznać, że Wioska morderców wpadła mi w oko właśnie z powodu okładki, która z miejsca mnie urzekła. Dopiero potem przeczytałam opis i zaczęłam przeczuwać, że to może być coś naprawdę dobrego. I rzeczywiście było. Okładka drugiej na polskim rynku książki Elisabeth Herrmann była jeszcze ładniejsza. Opiekunka do dzieci również prezentuje się doskonale. Połączenie szarości z czerwienią, wpadające w oko zdjęcie – niby nic wielkiego, a jednak nie każdemu udaje się stworzyć okładkę, która będzie przykuwać uwagę.

Nie mam wątpliwości, że w przyszłości jeszcze nie raz sięgnę po thrillery Elisabeth Herrmann. Wątpię jednak, bym po raz kolejny dała szansę Joachimowi Vernauowi, który tak okrutnie umęczył mnie swą opowieścią w Opiekunce do dzieci, że z przyjemnością i ulgą odłożyłam tę książkę na półkę. Z otwartymi rękoma powitam natomiast kolejny tom przygód Saneli Beary, za którą – czytając Opiekunkę – zdążyłam się już porządnie stęsknić. Elisabeth Herrmann może nie zawsze potrafi zbudować napięcie, ale nie można jej zarzucić, że nie jest dobrą pisarką. I choć jak zapewne każdy pisarz ma wzloty i upadki, to jednak jej proza bez wątpienia zasługuje na uwagę. Jeśli jeszcze nie znacie pisarstwa niemieckiej autorki, to gorąco Was zachęcam do lektury jej powieści, tylko może nie zaczynajcie od Opiekunki do dzieci. Możecie się rozczarować. 

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki: 
http://www.proszynski.pl/

„Ruiny na wybrzeżu ”, Eric Berg [recenzja]

2467Autor: Eric Berg

Tytuł: Ruiny na wybrzeżu

Tytuł oryginalny: Das Küstengrab

Wydawnictwo: Sonia Draga

Tłumaczenie: Łukasz Kuć

Liczba stron: 304

——–

Rzadko wiemy, czym jest szczęście, najczęściej wiemy, czym było. Françoise Sagan

Thriller to obecnie jeden z najpopularniejszych gatunków wśród czytelników, którzy znacznie częściej wolą sięgnąć po dreszczowiec niż po klasyczną powieść detektywistyczną. Naprzeciw ich oczekiwaniom zdają się wychodzić pisarze, którzy wręcz prześcigają się w wymyślaniu coraz to oryginalniejszych fabuł, które będą się wyróżniać na tle setki takich samych thrillerów. Jedni autorzy odnoszą zasłużony sukces, inni giną gdzieś po drodze, bo na przeszkodzie w drodze na pisarski Olimp staje im nieznane nazwisko lub brak odpowiedniej reklamy.

Po powieść zupełnie nieznanego mi Erika Berga sięgnęłam właściwie z dwóch powodów. W pierwszej chwili moją uwagę przykuła jej okładka, na której widnieje latarnia morska, czyli mój absolutnie ulubiony motyw wszystkich zdjęć i pocztówek. Pod wpływem impulsu i dobrych skojarzeń znalazłam w internecie udostępniony przez wydawcę darmowy fragment, który czytało mi się naprawdę przyjemnie. Skuszona dobrym pierwszym wrażeniem zdecydowałam się kupić książkę. I chociaż nie zwaliła mnie z nóg, nie rzuciła mnie na kolana, nie zapadnie mi w pamięć na długie lata, to raczej jestem zadowolona, bo to całkiem niezły thriller.  

Po dwudziestu trzech latach nieobecności Lea Mahler wraca do rodzinnej wioski na położonej na Morzu Bałtyckim wyspie Poel. Niestety wizyta kończy się tragicznie. W tajemniczym wypadku samochodowym ginie jej starsza siostra, a ona sama zostaje ciężko ranna i doznaje amnezji. Cztery miesiące po tym wydarzeniu Lea, wbrew radom lekarzy, ponownie przyjeżdża na wyspę. Chce się dowiedzieć, jak doszło do wypadku i po co w maju pokonała tysiące kilometrów, by spotkać się ze znienawidzoną siostrą. Ponieważ nic nie pamięta, jest zdana na pomoc dawnych przyjaciół – tyle że ci przedstawiają sprzeczne wersje. Mająca mętlik w głowie Lea nie wie, komu może zaufać, skoro ufać nie może już nawet własnym wspomnieniom. Rozmowy z przyjaciółmi z dzieciństwa utwierdzają ją w przekonaniu, że ci najwyraźniej ukrywają przed nią coś, co dotyczy ich wspólnej przeszłości… Czy śmierć Sabiny Mahler rzeczywiście była zwykłym wypadkiem? Jakie tajemnice kryją zlokalizowane na wyspie ruiny dawnego klasztoru? Czy Lea odzyska pamięć?

Ruiny na wybrzeżu to solidny, acz nieco przewidywalny thriller, który na tle innych nie wyróżnia się właściwie niczym szczególnym. Nie oznacza to jednak, że to książka słaba i niewarta uwagi. Wręcz przeciwnie. Dobrze skonstruowana intryga, bohaterka, którą da się lubić (choć czasem jest ona postacią trochę irytującą i naiwną, ale jestem skłonna złożyć to na karb jej bolesnych doświadczeń i stanu, w jakim się obecnie znajduje), śmierć owiana tajemnicą, dwutorowa narracja, dzięki której dowiadujemy się wiele interesujących informacji na temat nie tylko aktualnych wydarzeń, ale i tego, co działo się w przeszłości to mocne strony tej pozycji. Jeśli dodać do tego, że powieść Erika Berga czyta się szybko i z zainteresowaniem, to mamy wszystko, czego potrzeba, by uznać książkę za taką, której lektury nie będziemy postrzegać jako zmarnowanego czasu.

Zastosowana w powieści dwutorowa narracja to zabieg szalenie popularny i często wykorzystywany w thrillerach psychologicznych, w których celem jest odkrycie pilnie strzeżonych przez lata tajemnic. Gdy przeszłość w istotny sposób wpływa na teraźniejszość i przyszłość, ten typ narracji staje się w zasadzie dominujący. Lokatorka, Za zamkniętymi drzwiami, Dziewczyny, które zabiły Chloe – w każdej z tych książek znajdziemy właśnie taką narrację. Można by zatem pokusić się nawet o stwierdzenie, że pierwszoosobowa narracja oraz akcja rozgrywająca się w dwóch płaszczyznach czasowych to niezbędne elementy poprawnie skonstruowanego thrillera. Czymś, co wyróżnia powieść Berga spośród setek innych tego typu książek, może być jej zakończenie. Jego oczywiście nie zdradzę, ale mogę powiedzieć, że całą prawdę będzie dane poznać wyłącznie czytelnikom. Kiedyś wydawało mi się to niezwykle oryginalne, teraz – będąc po lekturze chociażby Najmroczniejszego sekretu Alex Marwood – widzę, że nie jest to aż tak nowatorskie i wyjątkowe, jak początkowo myślałam, nie zmienia to jednak faktu, że takie rozwiązania wciąż są dość rzadko spotykane, dzięki czemu mamy szansę zapamiętać tę książkę na dłużej.

1500129676502

Ruiny na wybrzeżu to powieść, której niejako głównym tematem obok amnezji i usilnych prób odzyskania utraconych pod wpływem tragicznych zdarzeń wspomnień jest przyjaźń i projektowanie w swojej głowie mitów, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Losy Lei Mahler oraz paczki jej przyjaciół z dzieciństwa pokazują, że nic nie trwa wiecznie i zwyczajnie nie warto ciągnąć na siłę czegoś, co nie ma szans przetrwać. Thriller Erika Berga uświadamia nam również, że pewne wydarzenia z przeszłości, podjęte kiedyś niewłaściwe wybory, popełnione błędy potrafią ciągnąć się za człowiekiem latami, nie pozwalając o sobie zapomnieć, nie pozwalając odkupić win i normalnie żyć. W Portrecie Doriana Graya Oscar Wilde ustami jednej z postaci wypowiada bardzo ważne zdanie: W stosunkach z człowiekiem los nigdy nie zamyka swych rachunków, co znaczy, że za popełniony błąd wciąż się musi płacić, płacić i płacić bez końca. Ruiny na wybrzeżu są dowodem na to, że w stwierdzeniu Wilde’a nie ma ani grama przesady.

Jeśli szukacie książki, którą czyta się szybko i przyjemnie, choć ładunek emocjonalny, który ze sobą niesie, nie należy do najlżejszych, to powieść Erika Berga nada się idealnie. Zastanawiam się tylko, czy niektórzy z Was nie będą rozczarowani jej zakończeniem. I to nie dlatego, że jest złe, tylko dlatego, że jest… właśnie takie.

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.soniadraga.pl

„Złudzenie”, Charlotte Link [recenzja]

1860(1)Autor: Charlotte Link

Tytuł: Złudzenie

Tytuł oryginalny: Die Täuschung

Wydawnictwo: Sonia Draga

Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz

Liczba stron: 384

——–

Świat jest taki, jak jego najmniejsza cząstka, a rodzina to najmniejsza komórka społeczna. Kiedy psuje się rodzina, psuje się cały świat.

Przesłanie tych dwóch krótkich zdań jest tak oczywiste, jak stwierdzenie, że wystarczy przeczytać jedną książkę Charlotte Link, by znać twórczość tej autorki w zasadzie na wylot. Złudzenie to powieść, która tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, bo choć za sobą mam lekturę zaledwie dwóch książek Charlotte Link, to już widzę, że ogólny schemat fabularno-kompozycyjny jest stosunkowo podobny. Nie twierdzę jednak, że pewne podobieństwo pomiędzy thrillerami Link działa na ich niekorzyść, choć trudno się nie zgodzić z tym, że każda kolejna książka staje się dla czytelnika coraz bardziej przewidywalna, a zagadka coraz łatwiejsza do rozwiązania.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Charlotte Link miało miejsce nieco ponad rok temu, w kwietniu 2016 roku, kiedy to zdecydowałam się sięgnąć po Wielbiciela. O Charlotte Link słyszałam wiele dobrego, a jednak jej książki z niewiadomych przyczyn omijałam szerokim łukiem. Nie żałuję jednak, że ostatecznie jedna z jej powieści trafiła w moje ręce, bo Wielbiciel okazał się naprawdę świetnym i trzymającym w napięciu thrillerem, od którego po prostu nie sposób było się oderwać. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzali mi nieco irytujący bohaterowie (a co najmniej kilku można by tu wymienić), problemem nie była również znajomość tożsamości prześladowcy. Bo powieść Link jest właśnie tak skonstruowana, że dość szybko poznajemy nazwisko tego, kto jest czarnym charakterem, czyli krótko mówiąc brutalnym mordercą. Chodzi tu bowiem nie o to, kto jest winny, ale jak daleko się posunie. Nie inaczej jest w przypadku Złudzenia, które w moim zamiarze miało się stać swoistym preludium do lektury Oszukanej, a zatem powieści, która do sprzedaży trafiła 10 maja 2017. Po cichu liczyłam, że tegoroczne Warszawskie Targi Książki, impreza, na której miała się pojawić Charlotte Link, będą okazją do zobaczenia autorki na żywo i zdobycia jej autografu. Rzeczywistość okazała się jednak daleka od ideału, bo choć na targach byłam, to jednak nie miałam czasu, by pojawić się na stoisku wydawnictwa Sonia Draga, nie mówiąc już nawet o staniu w kolejce.

Peter Simon, zawodowo odnoszący sukcesy niemiecki przedsiębiorca, a prywatnie opiekuńczy mąż i ojciec, znika bez śladu podczas podróży do Prowansji. Zrozpaczona żona udaje się w ślad za ukochanym, by na własną rękę prowadzić jego poszukiwania. Kobieta przeczuwa, że coś złego mogło spotkać Petera, choć ich wspólni znajomi lekceważą jej obawy. We Francji okazuje się jednak, że mąż Laury skrywał przed nią wiele tajemnic, o których niczego nieświadoma kobieta nie miała zielonego pojęcia. Rozmowa z przyjacielem Petera otwiera Laurze oczy, uświadamiając jej, że Peter, jakiego znała, tak naprawdę nigdy nie istniał. Odkrycie prawdy na temat własnej rodziny nie tylko będzie ją kosztować wiele nerwów, ale i będzie się wiązać ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, które już wkrótce zapuka do jej drzwi.

 20170528_114049

Z moich obserwacji bezsprzecznie wynika, że Charlotte Link ma talent do tworzenia fabuł, które całkowicie pochłaniają czytelnika. Nie wiem, jak ona to robi, skoro od połowy książki znamy nazwisko mordercy, ale jednak wychodzi jej to doprawdy doskonale. Kluczem do sukcesu musi być zatem chyba napięcie, które w mniejszym lub większym stopniu, ale nieustannie towarzyszy nam podczas czytania. Na plus zaliczyć trzeba również stosunkowo krótkie rozdziały oraz brak zbędnych opisów, które pozwalają nam sprawnie pokonywać kolejne strony bez uczucia znużenia.

Nie wszystko jednak zasługuje na pochwałę. Dużym minusem jest moim zdaniem liczba bohaterów występujących w powieści. Z tego, co pamiętam, ten problem nie pojawiał się w przypadku Wielbiciela. W Złudzeniu mamy jednak do czynienia z bardzo wieloma bohaterami lub parami bohaterów, których imiona i nazwiska wprowadzają nas czasem w zakłopotanie, gdy po kilku rozdziałach przerwy autorka nagle przypomina nam postaci z początku książki. Długo nie mogłam się połapać, kto jest kim i kto jest z kim. Laura, Peter, Christopher, Pauline, Stephane, Nadine, Henri, Catherine czy Monique to tylko niektórzy bohaterowie, a każdy z nich ma przecież swoje życie. Myślałam, że moja dezorientacja wynika z tego, że nie skupiam się wystarczająco na fabule czytanej książki. Niby wszystko robiłam jak zawsze, a jednak co kilka rozdziałów powracały te same wątpliwości i pytania: „A właściwie to kim ona jest?” albo „A co ją łączy z pozostałymi bohaterami?”. Po skończeniu Złudzenia mogę powiedzieć, że dostajemy wielowątkową historię, która na pierwszy rzut oka jest nieuporządkowanym chaosem. Jak się później okazuje, różne, na pozór niezwiązane ze sobą wątki stanowią elementy tej samej układanki, które w finale powieści zaczynają tworzyć logiczną i w pełni zrozumiałą całość. Musimy jednak do owego finału najpierw dotrzeć.

Złudzenie to solidny, choć niewybitny thriller psychologiczny z rozbudowanym tłem obyczajowym, który doskonale wpisuje się w schemat thrillerów pisywanych przez niemiecką autorkę. Nie znajdziecie tu wartkiej akcji czy opisów krwawych zbrodni, akcja toczy się dość wolnym tempem i koncentruje się przede wszystkim na skomplikowanych związkach pomiędzy bohaterami. Książka jest nieco przewidywalna i zbyt szybko pozwala nam rozwikłać zagadkę, ale nie wpływa to na przyjemność czerpaną z jej lektury. W przyszłości jeszcze nie raz sięgnę po thrillery Charlotte Link, a już niebawem zamierzam przeczytać Oszukaną. Nie spodziewam się fajerwerków. Liczę raczej na trzymający w napięciu thriller, który będzie mi się dobrze czytać. Jeśli lubicie mroczne, pilnie strzeżone przez lata rodzinne tajemnice, to ta książka – podobnie jak i cała twórczość Charlotte Link – zdecydowanie jest dla Was!

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki:
http://www.soniadraga.pl

„Siostrzyczka musi umrzeć”, Freda Wolff [recenzja]

9616_99906339616 (2)Autor: Freda Wolff

Tytuł: Siostrzyczka musi umrzeć

Tytuł oryginalny: Schwesterlein muss sterben

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 352

11 stycznia 2017 roku na półki polskich księgarń trafiła wydana nakładem wydawnictwa Świat Książki powieść autorstwa nikomu w Polsce bliżej nieznanej Fredy Wolff. Freda Wolff to pseudonim pary pisarzy: Ulrike Gerold i Wolframa Hänela, którzy od ponad 20 lat piszą w jednym mieszkaniu i przy jednym stole, nie tocząc przy tym bojów częściej, niż jest to niezbędne. Książka przyciąga uwagę swoją okładką i kusi opisem, sprawiając, że z miejsca chcemy po nią sięgnąć. Na tym jednak zalety się kończą, bo Siostrzyczka musi umrzeć jest książką raczej z gatunku tych mocno przeciętnych.

Norwegia, Bergen. Merette Schulman jest odnoszącym sukcesy zawodowe psychologiem i to psychologiem, który każdego dnia z pasją wykonuje swoją pracę. Wszystko się zmienia, gdy do gabinetu Merette trafia niepokojący pacjent. Chłopak przejawia socjopatyczne zachowania, czym bardzo martwi Merette. Aksel nie tylko wyznaje jej, że już jako czternastolatek zabił swoją przybraną siostrę, ale także nadmiernie interesuje się Julią, dwudziestoczteroletnią córką dr Schulman. Gdy znika bez śladu przyjaciółka Julii, Marie, a Merette dowiaduje się o zagadkowych wypadkach utonięć młodych kobiet, ogarnia ją panika. Kobieta boi się, że jej ukochaną córkę spotka coś złego. Czy Aksel, nowy pacjent Merette, rzeczywiście jest niebezpieczny, czy też Merette jest zwyczajnie przewrażliwiona?

1486229806106Powieść Fredy Wolff to zgodnie z opisem na okładce „dreszczowiec, który sprawi, że każda matka zacznie się lękać o swoją córkę – i każda córka o swoją matkę”. W rzeczywistości Siostrzyczka musi umrzeć to książka, która bardzo chciałaby być thrillerem, ale dużo jej do tego brakuje. Akcja toczy się niezwykle mozolnie i przerażające jest, że po przeszło dwustu stronach wciąż niewiele się dzieje. A gdzie napięcie i nieprzewidywalne zwroty akcji, które są wizytówką każdego dobrego thrillera? Owszem, jest nieco tajemniczo, bo długo nie wiemy, czy pacjent Merette, nowy chłopak Julii i porywacz Marie to ten sam człowiek, co zdają się sugerować Merette i jej były mąż, ale napięcia to tu nie ma w zasadzie żadnego. Z racji profesji głównej bohaterki oczekiwalibyśmy od pary autorów thrillera psychologicznego, w którym główny nacisk będzie położony na aspekty psychologiczne, w tym przede wszystkim na emocje bohaterów i motywy ich postępowania. Tego jednak również tu nie ma. Gdy Siostrzyczka musi umrzeć trafiła w moje ręce, byłam podekscytowana jej lekturą. Ogromne wrażenie zrobił na mnie front okładki, który działa na mnie wręcz hipnotyzująco. Opis też wskazywał na trzymający w napięciu thriller, od którego nie będę mogła się oderwać. Jak bardzo się pomyliłam! Powinnam uwierzyć w opinie zamieszczone na portalu Lubimy Czytać, gdzie ci będący już po lekturze, krytykowali tę powieść. Chciałam jednak dać jej szansę, mając nadzieję, że jej lektura mimo wszystko sprawi mi przyjemność. Po wszystkim mogę z ulgą odetchnąć, że książka nie należy do obszernych, dzięki czemu w miarę szybko udało mi się przez nią przebrnąć. Prócz bardzo mozolnie rozkręcającej się akcji, która ostatecznie nie dociera do punktu kulminacyjnego, wadą powieści są również bohaterowie. Naprawdę trzeba się bardzo mocno postarać, by polubić Merette, jej córkę czy Jana-Ole. Z doświadczenia wiem, że nawet jeśli książka fabularnie jest słaba, ale występują w niej postaci, które wzbudzają naszą sympatię, to łatwiej nam się ją czyta. Czy zatem skłonna byłabym polecić thriller Fredy Wolff? Wątpię. Myślę, że to pozycja, którą spokojnie można sobie odpuścić, nie tracąc na jej lekturę czasu. Jest wiele innych książek, którym warto go poświęcić.

Moja ocena: 4/10

A może Wam powieść Fredy Wolff się podobała? Może jestem zbyt surowa w swej ocenie, tak bardzo ją krytykując? A może dopiero planujecie jej lekturę? Podzielcie się wrażeniami!

Źródło fotografii:
http://wydawnictwoswiatksiazki.pl/

„Smak śmierci”, Michael Tsokos [recenzja]

505781-352x500Autor: Michael Tsokos

Tytuł: Smak śmierci

Tytuł oryginalny: Zerschunden

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

W określonych okolicznościach prawie każdy człowiek może stać się mordercą (s. 98)

Smak śmierci to książka, która wyszła spod pióra wybitnego eksperta medycyny sądowej. Michael Tsokos, od lat kierujący Instytutem Medycyny Sądowej w berlińskiej klinice Charité i Krajowym Instytutem Medycyny Sądowej i Społecznej w Berlinie, jest najbardziej renomowanym, i to nie tylko w Niemczech, badaczem nadzwyczajnych przypadków kryminalnych. Gdy prowadzący śledztwo funkcjonariusze są bezsilni wobec najbardziej niepojętych zbrodni, bez wahania proszą o pomoc profesora Tsokosa.

Doktor Fred Abel doskonale zna smak śmierci… Były żołnierz, wybitny ekspert medycyny sądowej, nie zliczyłby ofiar i scen zbrodni, jakie widział w swoim życiu. Nawet najbardziej zmasakrowane, rozczłonkowane, nieistniejące już prawie ciała zmarłych prowadzą go do nieuchwytnych morderców. Niewiele da się skryć przed jego genialną intuicją. Niewiele może go zaszokować. Ale teraz jest inaczej.

Berlinem wstrząsa brutalne morderstwo Iriny Pietrowej. Na jej ciele morderca zostawił niezrozumiałe przesłanie: Respectez Asia – błędnie zapisane drżącą ręką słowa wzywają do szacunku wobec Azji. Czy to oznacza, że morderca jest Azjatą, który wypowiada walkę rasistom dyskryminującym azjatycką ludność? Dlaczego więc morduje bezbronne starsze kobiety, które nie mają szans, by stawić mu czoła? Policja jest bezradna, nie wiedząc, gdzie szukać szaleńca. Aż wreszcie następuje przełom. Dzięki specjalistycznej analizie DNA przeprowadzonej przez doktora Abla podejrzewany o popełnienie tej bestialskiej zbrodni mężczyzna zostaje ujęty. Fred doznaje szoku, gdy okazuje się, że policja zgarnęła Larsa Moewiga, jego dawnego kolegę, z którym służył w wojsku. Lars zawsze sprawiał problemy i dopuszczał się rzeczy, których nie powinien robić. Nigdy jednak nie zabiłby człowieka, Abel jest o tym przekonany. Ale DNA mówi coś innego. Położenie Moewiga pogarsza dodatkowo fakt, że nie ma on alibi. Fred jest rozdarty pomiędzy wiarą w niewinność dawnego kolegi a przekonaniem, że DNA nigdy nie kłamie. To jednak nie koniec komplikacji.

Doktor Abel wkrótce dowiaduje się, że chorującej na białaczkę córce Larsa zostało zaledwie kilka dni życia. Była żona Moewiga błaga Freda, by udowodnił niewinność Larsa, zanim Lilly umrze. Wbrew przełożonym Fred podejmuje wyścig z czasem, nie wiedząc, czy jego kolega rzeczywiście jest niewinny. Tymczasem kolejne zbrodnie paraliżują strachem Europę: Berlin, Londyn, Bari, Orly. Wydaje się, że psychopatyczny seryjny morderca wybiera miasta i ofiary na chybił trafił. Gdzie teraz uderzy? Doktor Abel musi ująć mordercę, nawet jeśli miałby przyznać, że nieomylna nauka może się mylić…

Smak śmierci Michaela Tsokosa stał się ponoć międzynarodowym bestsellerem, tygodniami utrzymującym się na „topce”. Autor dysponował w zasadzie wszystkimi potrzebnymi elementami, by stworzyć świetną powieść kryminalną: oparta na faktach historia, doświadczenie związane z wykonywanym zawodem, warsztat pisarski. Mnie jednak mimo to nie porwał. Dlaczego? Z kilku powodów.

Muszę przyznać, że ucieszyłam się, gdy okazało się, że w powieści występuje pierwszej klasy profiler z Federalnego Urzędu Kryminalnego, niejaki Timo Jankowski. Profilerzy, czyli ludzie zajmujący się opracowywaniem profili psychologicznych niebezpiecznych przestępców, to ci bohaterowie, którzy najbardziej interesują mnie w powieściach kryminalnych. Ich praca oparta na uważnej obserwacji, dedukcji i odrobinie spekulacji wydaje się nieraz nieocenioną pomocą w chwytaniu seryjnych morderców. I choć Jankowski kilkakrotnie służy Ablowi swoimi radami, to jednak nie jestem do końca usatysfakcjonowana jego udziałem w śledztwie. Być może, gdyby to on był głównym bohaterem, moje odczucia byłyby zupełnie inne, bo autor inaczej rozłożyłby akcenty. Pewne zastrzeżenia mam również do postaci Freda Abla. Otóż, zdecydowanie brakuje mi scen w sali sekcyjnej. Abel to lekarz medycyny sądowej, który tu bawi się raczej w prywatnego detektywa albo detektywa-amatora na własną rękę prowadzącego toczące się w zawrotnym tempie poszukiwania szalenie niebezpiecznego człowieka.

Niekwestionowaną zaletą tego thrillera i tym, co czyni go tak przerażającym, jest to, że opowiedziana przez Michaela Tsokosa historia nie jest zmyślona. To mrożąca krew w żyłach historia, która naprawdę się wydarzyła. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wiele autor zaczerpnął z prawdziwego życia, z doświadczeń własnych i kolegów po fachu.

6978937_20161226_000705Podsumowując, muszę przyznać, że książkę dzięki krótkim rozdziałom i wartkiej akcji czyta się bardzo szybko. Nie jest to jednak pozycja, od której nie sposób się oderwać. Wiele razy odkładałam ją na bardzo długo (co zdarza mi się niezwykle rzadko) i wcale nie ciągnęło mnie, by do niej wrócić i dowiedzieć się, czy Lars w końcu jest winny czy też po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Na mój brak entuzjazmu wpływa również to, że trudno któregokolwiek z bohaterów naprawdę polubić. W podziękowaniach autora możemy się dowiedzieć, że Smak śmierci to pierwsza część trylogii. Ja jednak już wiem, że po kolejne tomy serii nie sięgnę, bo książka wydała mi się tak samo szara jak jej okładka. Decyzję, czy dać jej szansę, pozostawiam Wam.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoamber.pl

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber

logo

„Śnieżny wędrowiec”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

503593-352x500

Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Śnieżny wędrowiec

Tytuł oryginalny: Der Schneegänger

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 512

——————————————————————————————————————————–

Powieść Śnieżny wędrowiec autorstwa Elisabeth Herrmann to książka, na którą czekałam z niecierpliwością. Po niezwykle wciągającej lekturze Wioski morderców ostrzyłam sobie apetyt na kolejną świetną historię z udziałem Saneli Beary, młodej, niesfornej niemieckiej policjantki o chorwackich korzeniach. Intrygujący opis z tyłu okładki oraz hipnotyzujący front sprawiły, że od razu uwierzyłam, iż najnowszy thriller Herrmann jest doskonałym przykładem świetnej literatury z dreszczykiem. Lektura Śnieżnego wędrowca zrewidowała moje pierwotne przekonania i przeczucia, bo choć nie jest to książka słaba, to jednak nie tylko mnie nie zachwyciła, ale i chyba trochę rozczarowała.

W lesie zostaje odnaleziony szkielet dziecka. Wszystko wskazuje na to, że to ciało porwanego przed czterema laty Darija Tudora. Policja prowadziła zakrojone na szeroką skalę śledztwo, a mimo to nie udało się odnaleźć rzekomych porywaczy syna Lidy i Darka Tudorów, chorwackich imigrantów, którzy do Niemiec przeprowadzili się w celach zarobkowych. Komisarzem prowadzącym wówczas śledztwo był Lutz Gehring, biorący pod uwagę różne teorie. Zdaniem Gehringa porywacze mogli uprowadzić Darija przez pomyłkę, w rzeczywistości chcąc porwać jednego z synów pracodawcy Lidy Tudor, milionera Güntera Reinartza. Gdy patolog potwierdza tożsamość ofiary, zgodnie z oczekiwaniami okazuje się, że to Darijo. Lekarz sądowy stwierdza coś jeszcze: chłopiec został zamordowany, a zanim do tego doszło ktoś brutalnie się nad nim znęcał. Do sprawy – o ironio! – znów zostaje przydzielony Gehring, który ma szansę naprawić to, co zepsuł cztery lata wcześniej. Zadufany i zbyt pewny siebie komisarz nie mając pomysłu, jak ruszyć śledztwo do przodu, postanawia zwrócić się o pomoc do Saneli Beary, która obecnie z buntowniczej, niestosującej się do poleceń przełożonych policjantki przemieniła się w pilną studentkę. W końcu tonący brzytwy się chwyta! Sanela początkowo nastawiona niechętnie ostatecznie włącza się w śledztwo. Kobieta nie spocznie, dopóki nie pozna tożsamości człowieka odpowiedzialnego za śmierć niewinnego dziecka. Kto zabił Darija? Nieznany porywacz, któryś z członków rodziny Reinartzów czy może jego własny ojciec? Pytań zawsze jest więcej niż odpowiedzi. Podobnie jak podejrzanych. I przed nami, i przed policją długa droga do rozwiązania mrocznej zagadki śmierci chłopca.

20161022_154622y

Najnowsza powieść wschodzącej gwiazdy niemieckiego thrillera jest niemal tak samo obszerna jak tom pierwszy przygód policjantki Beary. Dostajemy więc przeszło 500 stron, ale na szczęście książkę czyta się szybko i przyjemnie, podobnie zresztą jak wspominaną już Wioskę morderców. Pod względem konstrukcyjnym przypomina ona nawet swoją poprzedniczkę. Po raz kolejny mamy do czynienia z mroczną tajemnicą z przeszłości, która kładzie się cieniem na życiu wielu osób. W pierwszej części główna bohaterka musiała przeniknąć do zamkniętej społeczności zabitej deskami, podupadającej brandenburskiej wsi Wendisch Bruch, by wbrew woli przełożonego, Lutza Gehringa, poprowadzić śledztwo na własną rękę. Tym razem spotykamy się z analogiczną sytuacją: Sanela znów kierując się intuicją, dochodzi do wniosku, że największe korzyści i jakiś przełom w śledztwie może przynieść dochodzenie prowadzone od wewnątrz. W tym właśnie celu zatrudnia się jako sprzątaczka w willi Reinartzów. Nie trzeba chyba dodawać, że robi to bez zgody komisarza Gehringa. Co tam odkryje? Czy morderca Darija rzeczywiście tam mieszka?

Na początku recenzji wspomniałam, że powieść Śnieżny wędrowiec nie do końca spełniła moje oczekiwania. Wypadałoby więc powiedzieć, co wpłynęło na moje lekturowe wrażenia. Pierwszą rzeczą, która mnie rozczarowała, jest zakończenie. Nie zdradzając szczegółów, mogę tylko powiedzieć, że oczekiwałam czegoś innego. Prowadzone przez Bearę pod przykrywką śledztwo w willi Reinartzów też nie jest tak wciągające, jak miało to miejsce w przypadku wyjazdu Saneli do Wendisch Bruch, gdzie Elisabeth Herrmann prawdopodobnie wzniosła się na wyżyny swoich pisarskich umiejętności. W Wiosce morderców niemal nieustannie czuć było napięcie, którego tu niestety nie ma. Niemniej jednak myślę, że część czytelników może być usatysfakcjonowana, bo Śnieżny wędrowiec jest w sumie niezłą powieścią. Ja sama mogę przyznać, że jeśli powstaną kolejne tomy, a pewnie prędzej czy później do tego dojdzie, to bez wahania po nie sięgnę. I zrobię to zarówno z sympatii do głównej bohaterki, jak i wiary, że Elisabeth Herrmann jest w stanie stworzyć coś naprawdę dobrego.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.proszynski.pl

„Wioska morderców”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

459215-352x500Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Wioska morderców

Tytuł oryginalny: Das Dorf der Mörder

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 548

——————————————————————————————————————————–

Analiza moich ostatnich lekturowych wyborów wyraźnie potwierdza, że literatura niemiecka coraz częściej zaczyna gościć w kręgu moich zainteresowań. Po bardzo rozczarowującej lekturze Kołyski Judasza Bena Berkeleya w 2014 roku zrobiłam sobie przerwę od niemieckiej literatury kryminalnej, by po dwóch latach znów do niej powrócić, do czego m.in. przyczyniła się twórczość Charlotte Link i znakomity thriller pt. Wielbiciel. W międzyczasie przeczytałam też powieść Hanny Winter pt. Giń. Nie była to pozycja wybitna w swoim gatunku, jednak jej lekturę wspominam z przyjemnością. Teraz natomiast przyszła kolej na Elisabeth Herrmann i jej Wioskę morderców.

Akcja powieści z początku rozgrywa się w berlińskim ogrodzie zoologicznym, gdzie dochodzi do mrożącego krew w żyłach zdarzenia. Na wybiegu dla pekari dwie sześcioletnie dziewczynki dostrzegają ludzką rękę. Na miejscu szybko zjawia się radiowóz, a policjantka Sanela Beara wbrew woli przedszkolanki opiekującej się grupą dzieci próbuje uzyskać od sześciolatek potrzebne informacje. Pracująca w niemieckiej policji Chorwatka nie jest przekonana, czy śmierć nieznanego mężczyzny to nieszczęśliwy wypadek spowodowany lekkomyślnością zwiedzającego czy zaplanowana z zimną krwią brutalna zbrodnia. Funkcjonariusze Wydziału Zabójstw zakładają tę drugą możliwość i pod naciskiem mediów szybko znajdują podejrzaną, którą jest Charlie Rubin, pracownica zoo, zajmująca się hodowlą zwierząt przeznaczonych na pokarm dla osobników innych gatunków. Kobieta przyznaje się co prawda do popełnienia morderstwa, ale nie chce wyjaśnić okoliczności zbrodni, w tym wyboru ofiary i motywu. Sprawa wydaje się prosta: Rubin czeka proces, który musi się skończyć wyrokiem skazującym. Kobietę czeka więzienie lub szpital psychiatryczny, jeśli okaże się, że jest niepoczytalna i nie może odpowiadać za swoje czyny. Opinię na jej temat mają wydać dwaj psycholodzy: profesor Gabriel Brock oraz jego pomocnik, Jeremy Saaler, którzy przyczyn niepokojącego zachowania pacjentki zamierzają poszukać w jej przeszłości. Nie będzie to jednak łatwe, ponieważ przebywająca w areszcie śledczym Rubin nie chce ich dopuścić do swoich wspomnień z okresu dzieciństwa spędzonego w brandenburskiej wiosce Wendisch Bruch. Kobieta zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret, który popchnął ją na drogę zbrodni. W winę Charlie nie chce wierzyć policjantka Beara, która na wszelkie sposoby stara się nakłonić przełożonego, by jeszcze raz przyjrzał się niektórym faktom. Gdy Lutz Gehring po raz kolejny zbywa ją, Sanela postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę. W tym celu udaje się do rodzinnej wioski podejrzanej, gdzie nie ma już ani jednego mężczyzny. Czy ta podróż pomoże jej w odkryciu prawdy, czy też złamie jej karierę? Czy nieustraszona, zawzięta policjantka rozwikła zagadkę znikających mieszkańców Wendisch Bruch oraz wyjącej niczym stado wilków sfory psów? I co najważniejsze: czy Charlie rzeczywiście jest winna zbrodni w berlińskim zoo?

Powieść Elisabeth Herrmann to naprawdę solidny thriller, który potrafi wciągnąć czytelnika do tego stopnia, że bezskutecznie będzie on sobie obiecywał: Jeszcze tylko jeden rozdział i na dziś koniec. Wioskę morderców mimo sporej objętości czyta się bardzo szybko i z niekłamaną przyjemnością, choć niemal od samego początku wiemy, że chodzi o jakąś mroczną, rodzinną tajemnicę z przeszłości. Patrząc na fabułę, można stwierdzić, że w powieści Herrmann mamy do czynienia z dwiema parami bohaterów: Sanelą i Gehringiem oraz Jeremym i Brockiem. Mniej więcej na przemian towarzyszymy prowadzącej śledztwo Saneli, jej irytującemu przełożonemu lub dwóm psychologom. Gdy akcja przenosi się do zabitej deskami podupadłej wsi zaczynamy odczuwać nieustanne napięcie połączone z przeczuciem, że za chwilę wydarzy się coś złego, a szczegółowe opisy przestrzeni sugestywnie działają na naszą wyobraźnię, co czyni lekturę tej książki jeszcze przyjemniejszą. Z całej powieści jedynie rozdziały końcowe trochę mnie męczyły oraz rozchwiana emocjonalnie Cara Spornitz, którą jako bohaterkę chyba trudno polubić.

Na końcu Wioski morderców możemy znaleźć zapowiedź kolejnej książki Elisabeth Herrmann, która już we wrześniu ma trafić do księgarń. Ciekawa jestem, czy Śnieżny wędrowiec będzie równie udaną powieścią co Wioska morderców. Z przyjemnością po niego sięgnę, by zobaczyć, co tym razem przygotowała dla nas autorka, a tymczasem zachęcam Was do zapoznania się z pierwszą książką Herrmann o policjantce Bearze. Może i Wam przypadnie ona do gustu. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.proszynski.pl

„Giń”, Hanna Winter [recenzja]

352x500kkhAutor: Hanna Winter

Tytuł: Giń

Tytuł oryginalny: Stirb

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 400

——————————————————————————————————————————–

Kuba Rozpruwacz zmartwychwstał i przeprowadził się do stolicy Niemiec. To właśnie tu poluje na swoje ofiary, których życie najpierw zamienia w piekło, by ostatecznie jednym pchnięciem noża na zawsze je zakończyć.

Berlinem wstrząsa fala brutalnych morderstw. Giną kolejne kobiety, a policja jest bezradna. Na swoje ofiary grasujący po mieście szaleniec wybiera drobne kobiety o długich, sięgających ramion włosach. Oprócz podobnego wyglądu nic ich właściwie nie łączy, co znacznie zmniejsza szanse policji na schwytanie mordercy. Schemat postępowania Wypruwacza, bo taki przydomek nadała mordercy policja, zawsze jest taki sam: mężczyzna zbliża się do kobiety, którą planuje zabić, śledzi ją, poznaje plan jej dnia, po czym niespodziewanie uderza. Spędzający policji sen z powiek Wypruwacz odznacza się niesamowitą precyzją, ponieważ wie, że pomyłka nie wchodzi w grę. Do tej pory zawsze mu się udawało, wreszcie jednak trafiła kosa na kamień…

Lara Simons właśnie rozpoczyna nowy etap swojego życia. Wychowująca samotnie sześcioletnią córkę kobieta po nieudanym małżeństwie postanawia w końcu zawalczyć o szczęście. Gdy ją poznajemy, otwiera właśnie swoją nową kawiarnię. Po uroczystości otwarcia lokalu podekscytowana swym sukcesem Lara wraca do domu. Szybko się jednak okazuje, że tego wieczoru czeka ją jeszcze sporo atrakcji… Na pustej drodze kobieta łapie gumę i zupełnie nie wie, co robić. Kiedy widzi nadjeżdżającą taksówkę, myśli, że właśnie szczęście się do niej uśmiechnęło. Po chwili już wie, że wsiadając do samochodu nieznajomego, popełniła największy błąd w swoim życiu. Mężczyzna rzuca się na Larę, próbując ją zabić, a ona tylko dzięki przezorności przyjaciela jest w stanie powstrzymać napastnika i uciec. I zostawić wspomnienie tej koszmarnej nocy za sobą. Już nigdy do niego nie wracać.

To jednak nie koniec koszmaru. Wkrótce ktoś demoluje kawiarnię Simons. Pogróżki na ścianach nie pozostawiają wątpliwości, że to sprawka spotkanego szaleńca, który odgraża się, że dopadnie Larę. Gdy policja stwierdza, że kobieta jest niedoszłą ofiarą Wypruwacza, proponuje jej przystąpienie do programu ochrony świadków. Nie mając innego wyjścia, Lara decyduje się pożegnać z dawnym życiem – zamyka kawiarnię, zmienia tożsamość i przenosi się na Rugię. Ma nadzieję, że w ten sposób uwolni się od przeszłości i zapewni Emmie bezpieczeństwo.

Po sześciu latach koszmar powraca, bo Larze wydaje się, że Wypruwacz ją odnalazł i znów poluje na jej życie. Czy to możliwe, by rzeczywiście znalazł jej kryjówkę? A może Lara zwyczajnie popada w paranoję? Co kieruje mordercą? Czy chodzi tylko o to, że kobieta mu umknęła, czy może o coś więcej?

Powieść Hanny Winter to całkiem niezły kryminał, choć nie jest tak przerażający, jak przedstawiono go na okładce. Osobiście jestem nieco zawiedziona, ponieważ lubię książki, od których nie sposób się oderwać. Opowieść jest prowadzona dwutorowo, dzięki czemu możemy poznać uczucia mordercy oraz motywy jego działania. Książkę czyta się dość szybko (to również zasługa dużej czcionki), a zakończenie może stanowić pewne zaskoczenie. Autorka dość umiejętnie zwodzi czytelnika, podsuwając mu fałszywe tropy i sugestie. Plusem Giń jest bardzo ładne wydanie ze sznureczkiem pełniącym funkcję zakładki (bardzo praktyczne rozwiązanie).

Podsumowując, powiedziałabym, że Giń Hanny Winter to książka przyzwoita, choć nie należy od niej wymagać zbyt wiele. Opis na okładce nie do końca odpowiada jej rzeczywistej wartości – książka jest słabsza niż wynika to z opisu. Można się z nią zapoznać, ale jeśli tego nie zrobicie, nie stracicie zbyt wiele. Decyzja należy do Was.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
https://merlin.pl/

„Wielbiciel”, Charlotte Link [recenzja]

136902-352x500Autor: Charlotte Link

Tytuł: Wielbiciel

Tytuł oryginalny: Der Verehrer

Wydawnictwo: Sonia Draga

Liczba stron: 424

——————————————————————————————————————————–

Klasyczny przykład zabawy w kotka i myszkę

Wielbiciel to moje pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością Charlotte Link. Jeśli ta książka jest jedną ze słabszych w dorobku Link, jak twierdzą niektórzy czytelnicy, to zastanawiam się, jak świetne muszą być jej pozostałe powieści. Trzeba przyznać, że to bardzo wciągająca lektura, o której można powiedzieć wiele dobrego.

Powieść pt. Wielbiciel to przykład literatury, po którą stosunkowo rzadko sięgam. Czytuję mnóstwo thrillerów i kryminałów, ale wyłącznie takich, w których do samego końca nie wiadomo, kto jest mordercą. Bohaterami takich książek są zazwyczaj detektywi, agenci FBI, policjanci lub prawnicy, którzy próbują rozwiązać zagadkę serii brutalnych zbrodni i tym samym zapobiec kolejnym morderstwom. W powieści Charlotte Link mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją, gdyż niemal od początku wiemy, kto jest winny i kogo szukamy. Znajomość nazwiska zabójcy czy raczej prześladowcy, co ważne, wcale nie zmniejsza przyjemności płynącej z lektury, która trzyma w napięciu właściwie do samego końca.

Trudno o fabule Wielbiciela napisać coś więcej ponad to, co znajdujemy na ostatniej stronie okładki i to nie dlatego, że w powieści nic się nie dzieje, lecz ze względu na obawę, by nieopatrznie nie zdradzić zbyt wiele.

Wieś w okolicach Augsburga. W pobliskim lesie małżeństwo podczas spaceru odnajduje zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Nie ma wątpliwości, że kobieta padła ofiarą psychopaty, który zgotował jej prawdziwe piekło. Mimo licznych obrażeń udaje się rozpoznać zamordowaną, którą okazuje się córka jednego z mieszkańców wioski. Kilka lat temu kobieta w poszukiwaniu szczęścia wyjechała z kraju i ślad po niej zaginął. Od tamtej pory nie kontaktowała się z rodziną. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowała się powrócić do wsi, w której się wychowywała. Po co? Nie wiadomo, wiadomo jednak, że brutalny morderca dopadł ją, zanim zdążyła dotrzeć do domu. Policja jest bezradna, ponieważ nie ma żadnego punktu zaczepienia. Dopiero rozmowa ze znajomą ofiary dostarcza informacji, które mogą pomóc w rozwiązaniu tej mrożącej krew w żyłach zagadki.

Mniej więcej w tym samym czasie we Frankfurcie Leona Dorn, pozostająca w szczęśliwym związku i spełniona zawodowo redaktorka, staje się przypadkowym świadkiem tragedii, która będzie miała ogromny wpływ na całe jej życie. Pech chciał, że znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Na jej oczach wyskakuje z okna młoda kobieta, która, zdoławszy wydusić z siebie jedno zdanie, wydaje ostatnie tchnienie. Leona nie może się otrząsnąć ze złych wspomnień, w nocy dręczą ją koszmary, a w ciągu dnia towarzyszą jej ponure myśli i jedno powtarzane do znudzenia pytanie: dlaczego? Dlaczego młoda, atrakcyjna kobieta zdecydowała się zabić? Jakby tego było mało, Wolfgang, mąż Leony, oświadcza jej, że ich wieloletni związek właśnie dobiegł końca. Zrozpaczona i wściekła zarazem Leona nie może uwierzyć, że człowiek, z którym spędziła przeszło 25 lat, w tym 13 lat małżeństwa, zamienił ją na lepszy model. Tego się nie spodziewała. W jej życiu następuje istny efekt domina: bolący ząb, od którego wszystko się zaczęło, samobójstwo nieznajomej kobiety, zdrada męża i rozstanie, a to zaledwie początek całego szeregu następujących po sobie dramatów, które wstrząsną życiem bohaterki i sprawią, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Wkrótce jednak szczęście się do Leony uśmiechnie i pozna kogoś, u czyjego boku będzie chciała zapomnieć o wszystkim, co złe. Uwierzy, że jest dla niej jeszcze jakaś szansa i spróbuje o nią zawalczyć. Szybko dojdzie jednak do wniosku, że w zasadzie to wpadła z deszczu pod rynnę.

Wielbiciel to świetny, trzymający w napięciu thriller, od którego po prostu nie sposób się oderwać, choć muszę przyznać, że pod koniec moje zainteresowanie nieco osłabło. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzają ani nieco irytujący bohaterowie (a kilku można by tu wymienić), ani znajomość tożsamości prześladowcy. Powieść Link to książka pełna brutalnych zbrodni i mrocznych tajemnic, w której każda odpowiedź zamiast dawać wyjaśnienie mnoży kolejne pytania. Wielbiciela polecam przede wszystkim wielbicielom gatunku!

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.soniadraga.pl

Recenzja książki pt. „Kołyska Judasza” autorstwa Bena Berkeleya

245249-352x500Autor: Ben Berkeley

Tytuł: Kołyska Judasza

Wydawnictwo: OLE

Liczba stron:  468

Kołyska Judasza to thriller, którego nie poleciłabym komuś, kto szuka dobrej książki. Debiutancka powieść Berkeleya to lektura, o której bardzo szybko się zapomina i wątpię, by wytrawny czytelnik kryminałów kiedykolwiek chciał do niej wracać. Pozycja ta na tle innych reprezentantów gatunku wypada dosyć blado, ponieważ zawodzi niemal w każdym elemencie i mimo najszczerszych chęci doprawdy trudno dopatrzyć się w dziele niemieckiego autora jakichś plusów.

Tajemniczy mężczyzna podkłada w samochodach upatrzonych przez siebie kobiet ładunki wybuchowe, po czym pod groźbą ich zdetonowania zmusza swoje ofiary do jazdy na bezludzie. Kiedy już uda mu się je uprowadzić, poddaje je torturom, aby następnie z zimną krwią je zamordować za pomocą wykonanego z drewna ostrosłupa, którego górny wierzchołek okuty jest metalem. W średniowieczu sprawiającą niewyobrażalny ból kołyskę Judasza wykorzystywano w przesłuchaniach kobiet oskarżonych o uprawianie magii. Nieuchwytny psychopata nagrywa swoje chore zabawy kamerą, po czym w postaci krótkich filmików rozpowszechnia je w Internecie na stronach propagujących techniki sadomasochistyczne.

Sprawa okazuje się nie lada wyzwaniem dla oddelegowanego do jej rozwiązania Sama Burke’a, psychologa i głównego śledczego FBI. Kiedy Sam błąka się niczym dziecko we mgle, nie mogąc zrozumieć, co łączy ofiary, niespodziewanie z pomocą przychodzi mu jego była zawodowa i życiowa partnerka, Klara „Sissi” Swell. Znana z niezwykłej zwinności przypominającej kobietę-kota była agentka specjalna właśnie odbywa karę za stosowanie nielegalnych metod śledczych. Gdy szanowany w środowisku adwokackim prawnik doprowadza do jej uniewinnienia, Klara znów może dołączyć do zespołu Sama. Wkrótce oboje odkrywają nowe fakty, które zbliżają ich do nieuchwytnego psychopaty. Nie spodziewają się jednak, że w zastawianą na bestialskiego szaleńca pułapkę mogą wpaść sami.

Opis na okładce, który, oczywiście, ma na celu zachęcenie do sięgnięcia po książkę, realizuje swoje zadanie znakomicie. Łudzi czytelników, że dostaną mroczną i wciągającą historię pełną mrożących krew w żyłach momentów. Choć niemal w każdym kryminale pojawia się postać seryjnego zabójcy, to jednak wykorzystanie średniowiecznego narzędzia tortur zwanego kołyską Judasza nadaje tej historii smaku. Przeczytawszy opis na odwrocie okładki, potencjalny czytelnik na próżno wyobraża sobie, że trafił na rewelacyjną książkę. Niestety, już pierwsze strony weryfikują jego wyobrażenia i boleśnie sprowadzają go ze sfery marzeń na ziemię, bo książkę z tak mozolnie rozwijającą się akcją czyta się niezwykle trudno. Temat powieści wydaje się interesujący i dla kogoś, kto lubi śledzić zmagania przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości próbujących wytropić seryjnego mordercę o psychopatycznych skłonnościach tak ponura tematyka może zaciekawić. Po skończonej lekturze okazuje się jednak, że umieszczona na okładce informacja kompletnie mija się z prawdą, gdyż w „Kołysce Judasza” nie ma ani subtelnych psychologicznych gierek, ani szybkiego tempa, ani tym bardziej zaskakujących zwrotów akcji. Jest za to dużo niedopowiedzeń i wątków pobocznych, a momentami wręcz wieje nudą. Zakończenie natomiast, a konkretnie rozwiązanie zagadki i unieszkodliwienie mordercy chyba nie mogłoby być słabsze. Z żalem muszę przyznać, że dawno nie czytałam czegoś również przeciętnego. Końcowe wyjaśnienie, co łączyło ofiary, w moim odczuciu, zakrawa na śmieszność.

Jedynym interesującym wątkiem są nowe i jakże innowacyjne techniki wykorzystywane przez amerykańskich śledczych. Eskadra wyszkolonych sępników żółtogłowych, których zadaniem jest odnajdywanie zwłok, naprawdę robi wrażenie. Podobnie zresztą jak, na razie mało popularna, teoria potrójnej tożsamości, którą Sam Burke ze szczegółami nam objaśnia. Wszystko to nie zmienia faktu, że mocno się rozczarowałam.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://lubimyczytac.pl