„Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile”, Katy Colins [recenzja]

biuro-podrozy-samotnych-serc-kierunek-chile_9788327628404Autor: Katy Colins

Tytuł: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile

Tytuł oryginalny: The Lonely Hearts Travel Club. Destination: Chile

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Elżbieta Regulska-Chlebowska

Liczba stron: 320

 

Czasem trzeba przetrwać ponure, ciemne dni, żeby się przekonać, jak piękne może być życie. (s. 161)

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile to już moje trzecie spotkanie z jedyną w swoim rodzaju Georgią Green. Mogę więc spokojnie powiedzieć, że tę bohaterkę zdążyłam już bardzo dobrze poznać i polubić i to polubić na tyle, że z niecierpliwością wyczekuję jej kolejnych przygód. Na tę chwilę mamy trylogię, która – mam nadzieję – przerodzi się w liczącą wiele tomów serię, dzięki której będziemy mogły (tak, to raczej literatura dla pań) odwiedzić jeszcze wiele pięknych i egzotycznych miejsc na całym świecie. Na razie towarzyszyłyśmy Georgii w podróżach do Tajlandii, Indii i Chile i chyba każda z czytelniczek przyzna mi rację, że książki Katy Colins czyta się z ogromną przyjemnością, ponieważ są bardzo zabawnymi i lekkimi opowieściami, które doskonale się sprawdzą jako lektura zarówno na lato, jak i deszczowy, ponury listopad.

Katy Colins jest brytyjską blogerką podróżniczą, która w angielskich mediach zasłynęła jako porzucona przed ołtarzem niedoszła panna młoda, która zamiast rozpaczać po straconej miłości rzuciła pracę, sprzedała dom, spakowała plecak i ruszyła w podróż dookoła świata, a konkretnie do Azji, gdzie rozgrywają się dwa pierwsze tomy jej niezwykle humorystycznego cyklu. Jego bohaterką jest wspomniana już przeze mnie mieszkanka Manchesteru, Georgia Green, swoiste alter ego autorki, dziewczyna, która ma wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty. I ją narzeczony porzucił przed ołtarzem, twierdząc, że nie jest godna miana jego żony. Georgia postanowiła przekuć tę bolesną porażkę w sukces. Dzięki podróży do Azji nie tylko udało jej się zwiedzić interesujące zakątki świata, poznać ciekawych ludzi i odnaleźć siebie, ale też spotkać miłość swojego życia, niesamowicie przystojnego, inteligentnego i czułego Bena, który absolutnie w niczym nie przypomina jej byłego narzeczonego, zarozumiałego i egoistycznego Alexa, o którym wreszcie Georgia może raz na zawsze zapomnieć. A przynajmniej tak jej się wydaje…

 IMG_20170624_150341_027

A co czeka nas w trzeciej części przygód szalonej panny Green? Georgia i Ben z powodzeniem prowadzą założone przez siebie Biuro Podróży Samotnych Serc. Interes przynosi korzyści, klienci są zadowoleni, a Benowi marzy się londyńska filia. Pewnego dnia szczęście się do nich uśmiecha, gdy dobry znajomy z Indii składa Georgii propozycję nie do odrzucenia. Ona i Ben mają szansę wystąpić w reality show, w którym mogą wygrać duże pieniądze i rozreklamować swoje biuro turystyczne. Muszą tylko polecieć do Chile i pokonać kilka par biorących udział w programie. Georgia ma wątpliwości, czy jest gotowa wystawiać związek z Benem na widok publiczny. Z drugiej jednak strony czuje, że mogą potraktować ten wyjazd jako długo wyczekiwany wspólny urlop. Taka szansa może się już przecież nie powtórzyć! Nie wie jednak, że na chilijskich pustkowiach i górskich szlakach ich związek zostanie poddany niejednej próbie. Czy Georgia i Ben zdadzą egzamin i szczęśliwi powrócą z Ameryki Południowej? Czy też uświadomią sobie, że chcą od życia zupełnie czego innego i raczej powinni się rozstać? Aby poznać odpowiedzi na te i inne pytania, koniecznie musicie sięgnąć po Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile! Jestem przekonana, że nie pożałujecie :)

Zapewniam Was, że przy tej powieści nie sposób się nudzić. Jeśli wydawało mi się, że dwie pierwsze części były zabawne, to ta jest jeszcze lepsza! Znów dużo się dzieje, Georgia co krok wpada w tarapaty, a Ben, niczym superbohater, musi ją z nich wyciągać. Po raz kolejny powiem, że na podstawie stworzonego przez Colins cyklu powstałyby naprawdę zabawne filmy, których przesympatyczna bohaterka przyciągnęłaby przed ekrany całe rzesze widzów. Ciekawe przygody, śmieszne i krępujące sytuacje, brak zbędnych opisów, lekki język, bohaterka, którą da się lubić i egzotyczne miejsce akcji to te elementy, które czynią tę powieść lekturą wprost idealną, jeśli szukacie niezbyt wymagającej i niezobowiązującej rozrywki, zwłaszcza na lato. Bardzo polecam i czekam na więcej!

colins

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl

„Zapisane w wodzie”, Paula Hawkins [recenzja]

f277560554(1)Autor: Paula Hawkins

Tytuł: Zapisane w wodzie

Tytuł oryginalny: Into the Water

Wydawnictwo: Świat Książki

Tłumaczenie: Jan Kraśko

Liczba stron: 368

——–

Rozczarowująca. Irytująca. Nieciekawa. Chaotyczna. Nużąca. Taka jest w moim odczuciu najnowsza powieść Pauli Hawkins – Zapisane w wodzie, która swoją głośną premierę miała 10 maja 2017. Hawkins na fali sukcesu słynnej Dziewczyny z pociągu stworzyła thriller, na który – jak sugerował polski wydawca – czekał cały świat. Debiut brytyjskiej pisarki cieszył się ogromną popularnością wśród czytelników, oczywiste więc było, że oczekiwania względem nowej powieści będą niezwykle wysokie. Na podstawie debiutanckiego thrillera Hawkins dość szybko powstała nawet ekranizacja, która była jednym z najnudniejszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Mimo zachwytów nad powieścią Hawkins nigdy nie zdecydowałam się po tę książkę sięgnąć, co oznacza, że filmowa wersja Dziewczyny z pociągu była moim jedynym spotkaniem z fabularnym pomysłem Pauli Hawkins. Nie mogę zatem oceniać książki, dzięki której ten film powstał, od znajomych słyszałam jednak, że ekranizacja jest wiernym odzwierciedleniem powieści i to skutecznie zniechęciło mnie do oddania się lekturze bestsellerowej Dziewczyny z pociągu. Mogłabym nie przebrnąć.

Gdy czytam, że „Zapisane w wodzie to zupełnie odmienny, wyższy i lepszy poziom prozy, wielowymiarowy thriller, który zaskakuje, intryguje i sprowadza czytelnika na manowce”*, a także że „to pochłaniająca lektura na jeden wieczór, którą czyta się błyskawicznie, nie potrafiąc choć na chwilę rozstać się z Beckford i jego mieszkańcami”**, to nawet nie chcę myśleć jak złą książką musi być wychwalana pod niebiosa Dziewczyna z pociągu. Oczywiście, każdy ma inny gust, a o gustach ponoć się nie dyskutuje, ale nie zmienia to faktu, że nie bardzo potrafię zrozumieć fenomen popularności Pauli Hawkins. Kryminałów i thrillerów czytam sporo i to od wielu, wielu lat, a jednak trudno mi znaleźć argumenty na poparcie tezy o mistrzostwie tej autorki. Na tle innych książek reprezentujących ten sam gatunek ani kreacje bohaterów, ani rozstrzygnięcia fabularne, ani nawet styl Hawkins nie wybijają się na pierwszy plan. Palma pierwszeństwa może się należeć pisarce co najwyżej za nowatorstwo w zakresie narracji jej najnowszej powieści – rzadko się bowiem zdarza, by książka miała aż 10 narratorów! Być może chodzi więc o to, że skoro tyle osób rozpływa się w zachwytach nad Dziewczyną z pociągu, to nie wypada stawać w opozycji. Bo tak jest łatwiej. Bezpieczniej. Czytałam gdzieś, że Hawkins jest prawdziwą mistrzynią budowania napięcia. Naprawdę? Tu akcja rozkręca się tak powoli, że czasem mamy wrażenie, że stoi w miejscu. Dyktowane przez autorkę tempo woła o pomstę do nieba, a odkrywane stopniowo sekrety zamiast powodować szybsze bicie serca i wypieki na twarzy zwyczajnie nas usypiają. Całe szczęście, że chociaż rozdziały są niezwykle krótkie, w przeciwnym razie przebrnięcie przez opowieści poszczególnych bohaterów graniczyłoby z cudem.

A o czym jest thriller Zapisane w wodzie? O przez lata skrywanych sekretach. O miasteczku, w którym niemal każdy ma coś na sumieniu. O zabobonach, miejscach przeklętych, skażonych zbrodnią, które wywołują w ludziach jednocześnie strach i fascynację. Pewnego dnia dochodzi tu do tragicznego zdarzenia, które sprawi, że na wierzch wypłyną tajemnice sprzed lat.

1497123105247(1)Thriller Hawkins ma w zasadzie tylko dwie zalety, a są nimi krótkie rozdziały i przykuwająca uwagę okładka. Na słowa uznania zasługuje jeszcze jedna rzecz, a mianowicie wykreowane przez brytyjską pisarkę miejsce akcji. Pisząc miejsce akcji, mam na myśli zarówno miasteczko i typową dla tego rodzaju miejsc społeczność, jak i samo Topielisko, miejsce interesujące pod wieloma względami. To właśnie tu przed laty dokonywano egzekucji kobiet oskarżanych o maczanie palców w czarnej magii. To właśnie tu skończyła się historia Libby, Lauren, Katie i Nel. Nel Abbott to nielubiana przez mieszkańców Beckford kobieta, która jako dziecko bawiła się nad słynnym Topieliskiem, a teraz, po latach za punkt honoru wzięła sobie spisanie historii tego budzącego grozę miejsca. Zdaniem lokalnej społeczności Nel popełniła samobójstwo. To proste i mogłoby się wydawać oczywiste wytłumaczenie nie przekonuje jednak młodszej siostry Nel, czyli Jules, która wraca do Beckford, by zaopiekować się osieroconą Leną, piętnastoletnią córką Nel. Wiedziona intuicją Julia rozgrzebuje stare i dawno zapomniane sprawy, chcąc poznać prawdę o śmierci siostry. Czy to możliwe, by Nel, ta Nel, mogła targnąć się na swoje życie? A jeśli tak, to co ją do tego popchnęło? Kto powinien ponieść odpowiedzialność za jej śmierć? Czy sprawiedliwości stanie się zadość?

Po skończeniu tego thrillera muszę stwierdzić, że styl Pauli Hawkins nie jest jak widać dla mnie. Książkę czytałam co najmniej dwa tygodnie, które ciągnęły się dosłownie w nieskończoność. Już nawet straciłam nadzieję, że kiedykolwiek dobrnę do ostatniej kropki, nie wspominając już nawet, że w międzyczasie przeczytałam dwie inne książki. Jednego jestem pewna: nie sięgnę ani po Dziewczynę z pociągu, ani po jakąkolwiek inną powieść tej autorki, a powstanie ich zapewne jeszcze co najmniej kilka, dawno bowiem lektura żadnej książki aż tak bardzo mnie nie zmęczyła jak lektura thrillera Zapisane w wodzie. Do końca dobrnęłam tylko z dwóch powodów: nie lubię porzucać czytania książki w połowie i aby móc swobodnie i z czystym sumieniem wypowiadać się o powieści Hawkins, również krytycznie, musiałam ją przeczytać. Nie wyobrażam sobie, by oceniać coś, czego się nie zna. Bardzo się natomiast cieszę, że znalazłam koleżankę, która mogła mi pożyczyć tę powieść. Gdybym ją kupiła, żałowałabym wydanych pieniędzy. Nie polecam. Sami zdecydujcie, czy to lektura dla Was.

Moja ocena: 4/10

Źródło okładki:
https://www.swiatksiazki.pl

* Fragment recenzji z bloga Wielki Buk:
https://wielkibuk.com/2017/05/10/bezsenne-srody-zapisane-w-wodzie-paula-hawkins-totalna-rehabilitacja/

** Fragment recenzji z bloga Biały Notes:
http://bialynotes.pl/zapisane-w-wodzie-paula-hawkins/

„Najmroczniejszy sekret”, Alex Marwood [recenzja]

d_3834Autor: Alex Marwood

Tytuł: Najmroczniejszy sekret

Tytuł oryginalny: The Darkest Secret

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

 

 

Żyjemy w czasach, gdy każdy ma swoją prawdę.  

Kwiecień stoi u mnie pod znakiem twórczości Alex Marwood. Najpierw przeczytałam świetny thriller Dziewczyny, które zabiły Chloe, potem sięgnęłam po Zabójcę z sąsiedztwa, który również okazał się satysfakcjonującą, choć z racji opisów mniej przyjemną lekturą (jeśli czytaliście, to wiecie, o czym mówię), teraz zaś postanowiłam zapoznać się z Najmroczniejszym sekretem. I co? Jest dobrze, a Marwood naprawdę trzyma poziom!

Swoją sławę Marwood zawdzięcza przede wszystkim powieści Dziewczyny, które zabiły Chloe, choć i jej drugi thriller, znacznie mroczniejszy niż jej debiutancka książka, a mianowicie Zabójca z sąsiedztwa, cieszył się pozytywnymi opiniami miłośników gatunku. I pewnie nie inaczej będzie w przypadku najnowszej powieści autorki, która już 10 maja trafi do polskich księgarń. Premiera Najmroczniejszego sekretu poprzedzi przyjazd Alex Marwood do Polski, która pod koniec maja (25-28.05.2017) w Warszawie i Wrocławiu spotka się z fanami.

Impreza z okazji pięćdziesiątych urodzin Seana Jacksona miała być dla wszystkich niezapomnianym przeżyciem. Wykwintne dania, szampan lejący się strumieniami, głośna muzyka i wytworni goście dodający przyjęciu elegancji. Wieczór nie kończy się jednak tak, jak wszyscy planowali. Uczestnikami imprezy wstrząsa wiadomość o zaginięciu jednej z córek jubilata. Trzyletnia Coco rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie. Prowadzone przez policję dochodzenie ani zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie przynoszą żadnego efektu, a bliscy przestają się łudzić, że dziewczynka kiedyś do nich wróci.

Dwanaście lat później rodziną Jacksonów wstrząsa kolejna tragedia. W tajemniczych okolicznościach umiera Sean, którego pogrzeb stanie się okazją do rodzinnego spotkania. Wśród jego uczestników znajdą się: Mila, córka z pierwszego małżeństwa, i Ruby, nastoletnia siostra bliźniaczka zaginionej przed laty Coco, a także wszyscy goście feralnego przyjęcia urodzinowego. Napięta atmosfera, przemilczane fakty i tłumione poczucie winy sprawią, że na jaw zaczną wychodzić pilnie strzeżone rodzinne sekrety, a wśród nich również ten najmroczniejszy dotyczący zaginięcia Coco.

Co tak naprawdę wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami rezydencji Jacksonów? Jaką przerażającą prawdę skrywa luksusowe wnętrze ich domu?

IMG_20170413_212545_130 (1)

Recenzując Dziewczyny, które zabiły Chloe, pisałam, że Alex Marwood ma talent do tworzenia historii łączących przeszłość z teraźniejszością, a w jej książkach dominuje motyw zaginięcia, zerwania z dotychczasowym życiem i zmiany tożsamości. To niewątpliwie prawda. Obie kolejne jej powieści tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Akcja Najmroczniejszego sekretu, podobnie zresztą jak i Dziewczyn, które zabiły Chloe, rozgrywa się współcześnie, a jednak przeszłość nieustannie dochodzi do głosu w regularnie powracających retrospekcjach, które Marwood zgrabnie wplata między obecnie rozgrywające się wydarzenia. We wszystkich swoich trzech thrillerach brytyjska pisarka przedstawia akcję dwutorowo, choć w Zabójcy z sąsiedztwa ten zabieg fabularno-kompozycyjny ma zdecydowanie najmniejsze znaczenie. Tam przede wszystkim liczy się tło społeczno-obyczajowe. Ważne są również postaci mieszkańców kamienicy przy Beulah Grove 23, z których każdy ma coś do ukrycia. W Najmroczniejszym sekrecie, książce szalenie mrocznej, ponurej, z przytłaczającą atmosferą, wydarzenia aktualnie się rozgrywające przedstawione są z perspektywy Camilli, która razem z Ruby jedzie na pogrzeb ojca. Z kolei wydarzenia z 2004 roku, rozgrywające się na kilka dni przed zniknięciem Coco, ukazywane są z punktu widzenia różnych bohaterów: Seana, Claire, Marii, Simone i innych. Dzięki temu zabiegowi mamy szansę bliżej poznać wszystkich bohaterów powieści, którzy – bądźmy szczerzy – nie należą do gatunku ludzi, których łatwo polubić. Co więcej, powiedziałabym, że są wręcz okropnie nieznośni i swoim zachowaniem budzą w nas najgorsze instynkty. Samolubni hedoniści o narcystycznych osobowościach, nieodpowiedzialni egoiści, którzy nie widzą nic, co wykracza poza czubek ich własnego nosa. Bardzo lubię czytać książki, w których występuje choć jedna postać zasługująca na moją sympatię. W przypadku Najmroczniejszego sekretu trzeba się nieźle nagimnastykować, by znaleźć kogoś, kogo jesteśmy w stanie polubić. A jednak to dobry thriller, w którym nic nie jest tym, na co pierwotnie wyglądało. Przez całą powieść głowimy się nad rozwiązaniem zagadki dotyczącej zaginięcia Coco, a kiedy już nam się wydaje, że wszystko wiemy, autorka znów nas zaskakuje. Choć to thriller, to nie oczekujcie od tej książki jakichś niesamowitych zwrotów akcji. Tutaj tego nie ma. Jest za to solidnie skrojona intryga, mnóstwo stopniowo ujawnianych sekretów, kłamstw i półprawd. Najnowsza powieść Alex Marwood nie rozczarowuje, wręcz przeciwnie jest dobrym thrillerem psychologicznym, który powinien sprostać wymaganiom miłośników gatunku. Polecam. 

Moja ocena: 7/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Zabójca z sąsiedztwa”, Alex Marwood [recenzja]

d_3638Autor: Alex Marwood

Tytuł: Zabójca z sąsiedztwa

Tytuł oryginalny: The Killer Next Door

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

 

 

Anonimowość, którą tak sobie cenimy, to pewna droga do zapomnienia. (s. 372)

Zabójca z sąsiedztwa to moje drugie spotkanie z twórczością Alex Marwood. Autorka wkrótce odwiedzi nasz kraj, do sprzedaży zaś trafi jej najnowsza powieść – Najmroczniejszy sekret – więc chciałam nadrobić lekturowe braki, sięgając po jej wcześniejsze thrillery. Po udanym spotkaniu z Dziewczynami, które zabiły Chloe postanowiłam pójść za ciosem i przeczytać książkę wydaną w październiku 2016 roku.

Zabójca z sąsiedztwa nie jest kryminałem sensu stricto. To raczej powieść obyczajowa, w której wyeksponowany został wątek kryminalny. Duszna atmosfera, mroczny klimat okolicy, od której wolelibyśmy trzymać się z dala, oraz epatowanie brzydotą i niezwykle dosadnymi opisami składają się na wybitnie naturalistyczny thriller, po który sięgać powinni wyłącznie czytelnicy o mocnych nerwach. Książka Marwood bardzo silnie oddziałuje na wyobraźnię, tworząc w głowie czytelnika makabryczne wizje, które co wrażliwszych mogą przyprawić o mdłości. Nie chciałabym widzieć swojej miny, gdy czytałam rozdziały opisujące działania tajemniczego mieszkańca kamienicy. Trzeba jednak pamiętać, że zniesmaczenie to nie jedyne uczucie, które będzie nam towarzyszyć podczas lektury. Na uznanie zasługuje również właściwy Brytyjczykom czarny humor, który musi się udzielić także czytającym.

zabójca

Fabuła powieści skupia się na losach mieszkańców zaniedbanej londyńskiej kamienicy, których łączy w zasadzie jedno: wszyscy z sobie tylko znanych powodów uciekają przed światem. Chcąc pozostać niezauważeni dla otoczenia, wybierają na swoje lokum kamienicę, gdzie nikt nie wtrąca się w ich życie, nie zadaje niewygodnych pytań, a czynsz płaci się gotówką. Szóstka lokatorów zwykle unika siebie nawzajem jak ognia, ale pewnej nieznośnie gorącej nocy w ich domu rozegrają się tragiczne wydarzenia, które zmuszą ich do zawarcia niewygodnego sojuszu. Nie wiedzą jednak, że jest wśród nich morderca, który wybrał już następną ofiarę. Teraz tylko czeka na odpowiedni moment, by ponownie uderzyć.

Zabójca z sąsiedztwa to powieść, która na plan pierwszy wysuwa pytanie o to, dlaczego tak wielu ludziom zależy na tym, by zerwać z przeszłością, stać się kimś zupełnie innym, zmienić imię, nazwisko, wygląd. To również książka o samotności, która dotyka niemal wszystkich, każdego z nas, choć w różnym stopniu. I nie ma znaczenia, czy mieszkamy w jakiejś oderwanej od świata podupadłej mieścinie, czy w ogromnej, tętniącej życiem metropolii – Marwood na przykładzie wielomilionowego i wielokulturowego Londynu pokazuje, że wśród ludzi jest się także samotnym, a zło może czaić się tuż za rogiem, tam, gdzie się go najmniej spodziewamy. Skoro jest tak blisko, to dlaczego go nie widzimy? Odpowiedź Marwood jest prosta. Aby nie zwariować, staramy się trzymać z dala od cudzych spraw. Żyjąc w takim zatłoczeniu, pragniemy tylko jednego: odrobiny prywatności. Nic więc dziwnego, że często wolimy siedzieć cicho, nie zaglądając innym w okna, niż wiedzieć wszystko o wszystkich.

Oba thrillery Alex Marwood – a więc i Dziewczyny, które zabiły, i Zabójca z sąsiedztwa – dość jasno dają do zrozumienia, że w książkach brytyjskiej pisarki tożsamość mordercy nie jest sprawą kluczową. W Zabójcy z sąsiedztwa przede wszystkim liczą się: tło społeczno-obyczajowe oraz postaci mieszkańców kamienicy przy Beulah Grove 23, z których każdy ma coś do ukrycia. Cher, Collette, Thomas, Hossein, Vesta, Gerard – wszyscy oni mają swoje bardziej lub mniej mroczne tajemnice, których pilnie strzegą przed światem.

1492881574432 (1)

Ogromnym atutem Zabójcy z sąsiedztwa jest, podobnie jak w przypadku debiutanckiego thrillera Alex Marwood, nawiązanie do realnie żyjącej postaci, czyli Dennisa Nilsena, jednego z najbardziej znanych londyńskich seryjnych morderców. Historia tego brutalnego psychopaty jest przerażająca i budzi tyleż odrazę, co zainteresowanie. Nie chcę jednak przywoływać niechlubnych „dokonań” Nilsena, bo opowiadając jego historię, zdradziłabym zbyt wiele na temat fabuły powieści Marwood. Byłoby to wprost nieuniknione, a jak wiadomo w kryminałach najbardziej nie lubimy spojlerów. Proponuję zatem z historią Nilsena zapoznać się dopiero po przeczytaniu thrillera Marwood – nie martwcie się, będzie tak samo mrożąca krew w żyłach i odstręczająca!

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to chyba do portretu psychologicznego mordercy. Mógłby być bardziej rozbudowany. To jednak w żaden sposób nie wpływa na ogólną ocenę książki.

Zabójca z sąsiedztwa to kolejny dowód na to, że Alex Marwood potrafi pisać bardzo dobre thrillery, wobec których nie sposób pozostać obojętnym. Pierwszorzędne kreacje bohaterów, intrygująca fabuła, doskonale zarysowane tło społeczno-obyczajowe oraz świetnie poprowadzona narracja to największe zalety jej powieści. Jeśli lubicie ten typ literatury, nie powinniście ich przegapić.

Moja ocena: 7/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Dziewczyny, które zabiły Chloe”, Alex Marwood [recenzja]

d_2278Autor: Alex Marwood

Tytuł: Dziewczyny, które zabiły Chloe

Tytuł oryginalny: The Wicked Girls

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 448

 

 

Niektórzy ludzie po prostu rodzą się źli. (s. 445)

Inni źli się stają. Pod wpływem otoczenia, okoliczności, problemów. Albo zupełnie przypadkiem, bo znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Łatwo ferować wyroki na podstawie stereotypów, domysłów i plotek. Ocena jednak nie zawsze może i powinna być tak jednoznaczna. Świat nie jest zero-jedynkowy, biały albo czarny. Ma również odcienie szarości, o czym niektórzy z nas zbyt często zapominają.

Dziewczyny, które zabiły Chloe to historia dwóch nastolatek, które los stawia sobie na drodze pewnego wiosennego dnia. Obie będą żałować, że kiedykolwiek się spotkały, bo jeszcze tego samego wieczoru zostaną oskarżone o zabicie czteroletniej Chloe. Po dwudziestu pięciu latach dziennikarka Kirsty Lindsay podczas zbierania materiałów do artykułów o serii morderstw w podupadającym nadmorskim kurorcie spotyka sprzątaczkę Amber Gordon. Po raz pierwszy od dnia, który na zawsze odmienił ich życie. Muszą zrobić wszystko, by nie odkryto ich dawnej tożsamości i nie zrujnowano tego, co każda z nich z takim trudem budowała na kłamstwie. Ale przeszłość upomni się o swoje, a ich trop zwietrzą nie tylko żądne sensacji brukowce, lecz także psychopatyczny zabójca.

1491658226619Dziewczyny, które zabiły Chloe to międzynarodowy bestseller autorstwa wschodzącej gwiazdy brytyjskiego kryminału, Alex Marwood. Marwood, zdobywczyni prestiżowych nagród, to autorka zyskująca nie tylko na świecie, ale i w naszym kraju coraz większą popularność. Na polskim rynku dostępne są dwie jej powieści (wspomniane Dziewczyny, które zabiły Chloe oraz Zabójca z sąsiedztwa), a już niebawem, a konkretnie w maju, ukaże się jej kolejna książka zatytułowana Najmroczniejszy sekret. Autorka ewidentnie się rozwija i wszystko wskazuje na to, że jej ewolucja zmierza w dobrym kierunku. Pisząc o twórczości Marwood, a właściwie Sereny Mackesy, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko autorki, trzeba pamiętać, że na początku swojej kariery pracowała jako dziennikarka. Współpraca z wieloma pismami, w tym m.in. z „The Independent”, dała jej szeroki wachlarz możliwości fabularnych, które już jako pisarka mogła wykorzystywać w swoich thrillerach. Marwood nie ukrywa zresztą, że to właśnie z prasy i raportów sądowych czerpała inspiracje do powieści Dziewczyny, które zabiły Chloe. Okazuje się, że za inspirację do historii Jade Walker i Annabel Oldacre, nastoletnich morderczyń Chloe, posłużyło kilka postaci młodocianych przestępców. Na plan pierwszy wysuwają się: jedenastoletnia Mary Flora Bell, która zamordowała dwóch kilkuletnich chłopców, oraz Robert Thompson i Jon Venables, dwaj dziesięciolatkowie odpowiedzialni za śmierć dwuletniego Jamesa Bulgera. Te liczne nawiązania do powszechnie znanych spraw są bez wątpienia ogromnym atutem tej intrygującej powieści. A jeśli dodać do tego niezwykłą umiejętność Marwood do budowania napięcia oraz kreowania wiarygodnych, pełnokrwistych bohaterów i przekonującego tła społeczno-obyczajowego, stanowiącego istotny element kompozycji, trudno nie przyznać racji krytykom i milionom czytelników, którzy zachwycili się tym thrillerem. Marwood ma bowiem talent do tworzenia historii łączących przeszłość z teraźniejszością. Chociaż akcja Dziewczyn, które zabiły Chloe rozgrywa się współcześnie, to wiele dowiadujemy się również na temat wydarzeń sprzed lat. Te powracające co i raz retrospekcje, zgrabnie wplatane przez autorkę między obecnie rozgrywające się wydarzenia, nie tylko nie nudzą, ale wręcz budzą zainteresowanie czytelnika, który równie chętnie śledzi to, co dzieje się dziś, i to, co działo się przed laty.

marwoodWażnym wątkiem w powieści jest również status i znaczenie mediów: prasy, telewizji, internetu. Marwood, która opisywane zjawisko zna pewnie z autopsji, przedstawia brutalny, ale niestety prawdziwy mechanizm współczesnego dziennikarstwa. Na przykładzie sprawy grasującego po Whitmouth Nadmorskiego Dusiciela autorka zauważa, że w pogoni za sensacją, popularnością i wielomilionową sprzedażą w tym największym na świecie wyścigu szczurów bardzo często zapomina się o tym, co najważniejsze, czyli o człowieku, który w tym wszystkim staje się niezauważony.

Alex Marwood w swoim doskonałym thrillerze pokazuje, że błędy dzieciństwa i młodości potrafią ciągnąć się za człowiekiem całymi latami, nie dając o sobie zapomnieć. Możesz ich żałować lub się wstydzić, ale nigdy tak do końca, raz na zawsze, się ich nie pozbędziesz, bo nie pozwolą ci na to: świat i otaczający ludzie. To smutne, ale taka już jest natura ludzka, że często bardziej cieszą nas porażki niż sukcesy innych. Świetna powieść świetnej autorki. Debiut godny zapamiętania i doskonały prognostyk na przyszłość. Warto po tę książkę sięgnąć. Szczerze polecam!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Co kryją jej oczy”, Sarah Pinborough [recenzja]

co.kryja.jej.oczyAutor: Sarah Pinborough

Tytuł: Co kryją jej oczy

Tytuł oryginalny: Behind Her Eyes

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 400

 

 

Czasem miłość jest tak potężna, że zmiata wszystko, co staje jej na drodze. (s.394)

Adele i David Martinowie to małżeństwo na pozór idealne. On jest odnoszącym sukcesy zawodowe specjalistą z dziedziny psychiatrii; ona – doskonale zorganizowaną panią domu, perfekcyjną w każdym calu, a do tego zjawiskowo piękną kobietą, która zwykła wzbudzać zachwyt nie tylko w mężczyznach, ale i w kobietach. Jak im nie zazdrościć, skoro mają wszystko? Miłość od pierwszego wejrzenia, fantastyczny dom, pieniądze i żadnych zmartwień. Bajka, w którą trudno uwierzyć. Marzenie, które w innych ludziach może wzbudzać wyłącznie zazdrość. Rodzina jak z obrazka, choć w domu Martinów nie słychać ani śmiechu dzieci, ani głosów przyjaciół, ani nawet szczekania psa. To jednak wydaje im się do szczęścia zupełnie niepotrzebne. Mają siebie i to im wystarcza. Ale czy na pewno? Czy to, co widzimy, nie jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe? Mamy szansę przekroczyć próg ich domu, by to sprawdzić.

Ludzie bez przerwy zdradzają. Zawsze z egoistycznych i prymitywnych przyczyn. Tylko nasze uzasadnienia są skomplikowane. (s. 121)

Gdy życie Martinów wydaje się najpiękniejszym snem, życie Louise zaczyna przypominać najgorszy koszmar. Nieudane małżeństwo zakończone rozwodem, samotne wychowywanie dziecka i wieczne problemy ze snem nadszarpnęły nerwy Lou, która nie mogąc poradzić sobie z położeniem, w jakim się znalazła, faszeruje się papierosami i alkoholem, licząc, że te łatwo dostępne używki ukoją jej ból. Najbardziej jednak doskwiera jej brak bratniej duszy, kogoś, przy kim czułaby się bezpieczna i kochana. Gdy więc w barze poznaje mężczyznę, który od razu wpada jej w oko, Louise wierzy, że najlepsze lata wciąż ma przed sobą. To, co miało być jednorazową znajomością, będzie się za Lou ciągnęło w nieskończoność. Okazuje się bowiem, że szalenie przystojny znajomy z baru to nikt inny jak nowy szef Louise. A nowy szef Louise to nikt inny jak… David Martin, mąż Adele. Co z tego wyniknie? Na pewno nic dobrego.

Spragniona bliskości Louise popełnia jeden bardzo poważny błąd, gdy – trochę z ciekawości, a trochę z zazdrości – zaprzyjaźnia się z żoną mężczyzny, do którego potajemnie wzdycha. Spędzając czas z obojgiem, może obserwować ich zachowanie. I choć moralny kompas Louise nie zawsze wskazuje północ, to kobieta szybko zorientuje się, że w związku tych dwojga dzieje się coś bardzo złego. Jakie tajemnice odkryje Louise, której intencje wbrew pozorom wcale nie są złe? Czy David i Adele to para idealna czy też przykład patologii społecznej?

1490018311780Czy opis fabuły czegoś Wam nie przypomina? Oczywiście na pierwszy rzut oka, bez zagłębiania się w szczegóły. Mnie przypominał, a jakże! Książka Co kryją jej oczy od razu skojarzyła mi się z czytaną przeze mnie nie tak dawno debiutancką powieścią B.A. Paris Za zamkniętymi drzwiami. Podobny opis, podobni bohaterowie i podobny motyw przewodni. I choć thriller autorstwa Paris bardzo mi się podobał, powodując u mnie szybsze bicie serca i wywołując napięcie, to jednak czytanie dwa razy tej samej historii wydawało mi się zupełnie niepotrzebne. Ostatecznie zachęcona pozytywnymi recenzjami czytelników, którzy byli pod wrażeniem zakończenia książki, postanowiłam się skusić. Zakupiłam powieść Pinborough i zasiadłam do czytania. Na okładce możemy przeczytać, że: „Co kryją jej oczy” to mroczny thriller, w którym napięcie rośnie powoli i nieubłaganie, aż do niespodziewanego zwrotu akcji, który stawia na głowie tę historię miłosnego trójkąta – a także sposób, w jaki patrzysz na świat. Pomyślałam, że taki opis musi do czegoś zobowiązywać. Po dobrnięciu do ostatniej strony powieści wiem, że taki opis to przede wszystkich chwyt reklamowy mający skłonić czytelników do kupna książki. Część czytelników – tych, którym powieść się podobała – pewnie się ze mną nie zgodzi, ale ci pozostali, którzy podczas lektury w ogóle nie odczuwali napięcia, mogą przyznać mi rację Pierwsze rozdziały rzeczywiście przypominają thriller Paris, na tym jednak podobieństwa się kończą. B.A. Paris i jej niezwykły dar narracji trzymającej nieustannie w napięciu gwarantowały nam absolutnie fantastyczną, choć szalenie przerażającą i mrożącą krew w żyłach rozrywkę. Napięcie to ten element, który przesądza o tym, czy dany thriller jest dobry czy słaby. Bo thriller z założenia powinien wywoływać u czytelnika dreszcze. Jeden z zagranicznych recenzentów Za zamkniętymi drzwiami zauważył, że przerażenie, które czuje Grace, udziela się również czytelnikom śledzącym jej opowieść. Tu długo możemy się zastanawiać, kto jest katem, a kto ofiarą i jaką rolę w przedstawionej historii odgrywa Louise, ale wątpię, byście czytając Co kryją jej oczy, czuli ucisk gdzieś w okolicach klatki piersiowej, nie mówiąc już o wypiekach na twarzy. Powieść do pewnego momentu czyta się jednak dość przyjemnie – szybko i z zainteresowaniem. Zmienia się to wtedy, gdy autorka zaczyna odchodzić od realizmu na rzecz sfery metafizycznej. Trzeba dodać, że oba te plany – realistyczny i metafizyczny – mają równorzędne znaczenie, co znaczy, że wzajemnie się dopełniają. Jawa i sen nieustannie się przenikają. Nocne wizje, których zdarza się nam doświadczać, albo nas zachwycają, albo przerażają, nie ulega jednak wątpliwości, że sen to zjawisko szalenie fascynujące. Od zwykłego snu czymś jeszcze bardziej niezwykłym jest tzw. świadomy sen, będący rodzajem snu, w którym można robić to, o czym się zawsze marzyło. Śniący kontroluje nocne wizje, dzięki czemu jest w stanie poradzić sobie z nawracającymi koszmarami sennymi. Niestety nie mogę powiedzieć więcej, by nie zepsuć Wam przyjemności z lektury. Zakładam, że część z Was zamierza po tę książkę sięgnąć. Mnie jednak – osobę twardo stąpającą po ziemi, która wierzy tylko w to, co widzi i czego może dotknąć – zakończenie thrillera Pinborough zupełnie nie przekonało. Co więcej, nawet mnie nie zachwyciło. Końcówkę – czytaną przeze mnie w istnych męczarniach i stopniowo narastającym rozczarowaniu – uważam za element najmniej udany  i to, co przesądziło o tak niskiej ocenie książki. Ale to, że książka nie przypadła mi do gustu, nie znaczy, że i Wam ma się nie podobać. Wszystkiemu pewnie winien jest mój sceptycyzm i to, że od literatury z elementami niesamowitości stronię jak od ognia. A zatem nie zachęcam i nie zniechęcam. Sami musicie zdecydować, czy chcecie poznać historię tego miłosnego trójkąta.

 Moja ocena: 4/10

Źródło okładki:
http://www.proszynski.pl

„Baśnie barda Beedle’a”, J.K. Rowling [recenzja]

Baśnie_Barda_Bedlea_okładka_RGB01Autor: J.K. Rowling

Tytuł: Baśnie barda Beedle’a

Tytuł oryginalny: The Tales of Beedle the Bard

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 144

 

Ludzie mają dziwną skłonność do wybierania tego, co prowadzi ich do zguby. Albus Dumbledore

Harry Potter i jego magiczny świat to chyba jedyny temat, który nigdy mi się nie znudzi. Do historii Pottera i jego przyjaciół z Hogwartu lubię co jakiś czas wracać, czy to czytając powieści, czy to oglądając ich doskonałe ekranizacje. Przeżywanie na nowo przygód „chłopca, który przeżył” nieustannie sprawia mi ogromną frajdę, a każdy taki powrót przywodzi na myśl cudowne wspomnienia. I nie ma znaczenia, że z roku na rok jestem coraz starsza. Harry Potter to fenomen na skalę światową i coś, co wielu z nas kształtowało, trudno więc o nim zapomnieć. Tych powrotów jest już jednak coraz mniej, bo niemal wszystko już przerobiliśmy. Dlatego też każda, choćby najmniejsza, okazja cieszy. Taką okazją do powrotu do świata magii i czarodziejstwa było nowe wydanie Baśni barda Beedle’a, które 15 marca 2017 roku miało swoją premierę.

Baśnie barda Beedle’a to zbiór poruszających opowieści, które uczą i bawią jednocześnie. W jego skład wchodzi pięć opowiadań, a każde z nich niesie za sobą morał, który warto zapamiętać.

  • Czarodziej i skaczący garnek, czyli nie należy odwracać się od potrzebujących;
  • Fontanna Szczęśliwego Losu, czyli nasze szczęście zależy wyłącznie od nas samych;
  • Włochate serce czarodzieja, czyli cierpienie to nieodłączony element życia ludzkiego;
  • Czara Mara i jej gdaczący pieniek, czyli utraconego życia nic nie przywróci;
  • Opowieść o trzech braciach, czyli przed śmiercią nie ma ucieczki.

Baśnie Beedle’a mają wiele wspólnego z naszymi bajkami. I nie chodzi tu bynajmniej wyłącznie o obecność magii. Podobnie jak w doskonale znanych polskim dzieciom bajkach, chociażby tych disnejowskich, i tu dobrzy ludzie są zwykle wynagradzani za swoje postępowanie, a źli karani. Uniwersalizm opowieści to kolejny element, który łączy bajki czarodziejów z bajkami osób spoza magicznego świata. Zdarzenia rozgrywają się w nieokreślonym miejscu i czasie, a fantastyczny świat baśni zaludniony jest niezwykłymi postaciami, wśród których znajdziemy: krasnoludki, skrzaty, czarownice, wróżki, dobre i złe duchy, a także księżniczki czy rycerzy (nie zawsze na białym koniu).

14892609hTrzeba przyznać, że nowe wydanie baśni prezentuje się bardzo dobrze. Twarda oprawa, piękne ilustracje znakomitego chorwackiego artysty Tomislava Tomicia i duża, ułatwiająca czytanie czcionka – wszystko to działa na korzyść tej pozycji. A jednak mimo to nie sposób nie zwrócić uwagi na objętość tej książki, która – nie oszukujmy się – jest naprawdę cieniutka. Gdyby tych pięć krótkich opowieści było pozbawionych obszernego i momentami niezwykle nużącego komentarza Albusa Dumbledore’a oraz licznych ilustracji, to z całości zostałoby bardzo niewiele. Uważam, że zawartych w zbiorze baśni powinno być co najmniej dziesięć, aby dłużej móc cieszyć się lekturą i powrotem do świata magii. Bojąc się, że książkę przeczytam w ciągu godziny, postanowiłam codziennie serwować sobie przed snem jedną opowieść, skupiając się tylko na niej i na występujących w niej postaciach. Miałam nadzieję, że przyswojona w ten sposób nauka na dłużej pozostanie w mojej pamięci.

Gdybym miała podsumować morał całego zbioru, to powiedziałabym, że chowająca się za postacią legendarnego barda Beedle’a J.K. Rowling chce przekazać swoim czytelnikom, że w pewnych sytuacjach nawet znajomość magii okazuje się niewystarczająca. Zdają się to potwierdzać bohaterowie baśni, którzy choć posługują się czarami, z życiowymi przeszkodami radzą sobie nie lepiej od mugoli.

1489854353649Podsumowując, muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowana, bo ten zbiór, a właściwie zbiorek, nie spełnił moich oczekiwań, chociaż cieszę się, że dzięki niemu mogłam przypomnieć sobie doskonałą opowieść o trzech braciach, którzy byli posiadaczami znanych z siódmej części serii o Harrym Potterze Insygniów Śmierci. Nie zmienia to faktu, że Baśnie barda Beedle’a, podobnie jak Quidditch przez wieki oraz leksykon Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, to pozycja, która powinna znaleźć się w domowej biblioteczce każdego potteromaniaka.

Na koniec warto dodać, że wpływy z niniejszego wydania zostaną przekazane organizacjom charytatywnym wspierającym dzieci i młodzież w trudnej sytuacji życiowej.

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki:
https://mediarodzina.pl

„Konklawe”, Robert Harris [recenzja]

d_3785Autor: Robert Harris

Tytuł: Konklawe

Tytuł oryginalny: Conclave

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

 

 

POTĘGA BOGA KONTRA AMBICJA CZŁOWIEKA, czyli o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami Kaplicy Sykstyńskiej

Konklawe to moje pierwsze spotkanie z twórczością Roberta Harrisa, ale jakże udane. Nie miałam do tej pory okazji czytać żadnej książki tego angielskiego autora, choć o jego prozie słyszałam wiele dobrego. Dlaczego więc nie sięgałam po jego książki? Wydawało mi się, że powieści aspirujące do miana prozy historycznej (jak np. Trylogia rzymska, w której skład wchodzą Cycero, Spisek oraz Dyktator, albo Oficer i szpieg, którego akcja osnuta jest wokół słynnej na cały świat afery Alfreda Dreyfusa) nie są dla mnie i zwyczajnie mnie nie zainteresują. Konklawe, najnowszy thriller Harrisa (tak, to pełen napięcia i zaskakujących zwrotów akcji thriller), sprawiło, że w przyszłości sięgnę po niejedną powieść tego autora, nie obawiając się rozczarowania.

W Watykanie umiera propagujący ideę Kościoła ubogiego, znienawidzony przez Kurię papież. Misja przeprowadzenia konklawe przypada w udziale kardynałowi Lomelemu, mającemu za sobą kryzys wiary dziekanowi Kolegium Kardynalskiego. Do Stolicy Apostolskiej zjeżdżają się kardynałowie z całego świata, by w zgodzie z własnym sumieniem wybrać nowego zwierzchnika Kościoła katolickiego. Zamknięci we wnętrzu Kaplicy Sykstyńskiej elektorzy modlą się o to, by Duch Święty oświecił ich i pomógł dokonać właściwego wyboru. Bardzo szybko jednak obok toczącego się od dziesięcioleci sporu tradycjonalistów i liberałów zaczynają się między nimi całkiem ziemskie intrygi i knowania. Chętnych do objęcia nieobsadzonego tronu Stolicy Apostolskiej jest oczywiście wielu. Tremblay, Tedesco, Bellini, Adeyemi – to tylko niektórzy z kandydatów. Lomeli musi rozstrzygnąć w swoim sumieniu, czy jako dziekan Kolegium ma się ograniczać wyłącznie do spraw organizacyjnych, czy też ujawnić mroczną przeszłość głównych pretendentów. Ostateczny wynik konklawe okaże się jednak i tak nie całkiem zgodny z jego intencjami. Jak długo będziemy musieli czekać, by ujrzeć biały dym nad Kaplicą Sykstyńską? Kto zostanie nowym papieżem?

1489252851635Conclave, sede vacante, in pectore, symonia…

Konklawe wciąga czytelnika już od pierwszej strony. Niezwykle wiarygodnie przedstawione realia odbywającego się w Kaplicy Sykstyńskiej konklawe w połączeniu z nieprzewidywalną fabułą i finałem, po którym rozemocjonowany czytelnik aż krzyknie: O, kurczę, niemożliwe!, czynią tę książkę naprawdę świetną lekturą. Nie znając powieści, można by pomyśleć, że historia mozolnie przebiegających kolejnych głosowań oraz jeżdżący tam i z powrotem kardynałowie to właściwie nic ciekawego. Nic bardziej mylnego! Napięcie towarzyszy nam przez całą lekturę, od pierwszej do ostatniej strony. Skrywane przez głównych pretendentów do objęcia stanowiska  tajemnice, a także chęć poznania ostatecznego wyniku konklawe nie pozwalają nam choć na chwilę oderwać się od czytania. Harris ma też tę niezwykłą umiejętność całkowitego angażowania czytelnika w czytaną przez niego książkę. Nie od dziś wiadomo, że najbardziej fascynuje nas to, co jest dla nas niedostępne. Wielu z nas pewnie nie raz zastanawiało się, co też dzieje się za zamkniętymi drzwiami Kaplicy Sykstyńskiej, gdy trwa konklawe. Jak przebiegają głosowania? Czy kardynałowie rzeczywiście powstrzymują się od handlowania godnościami i urzędami kościelnymi, czy też dla władzy gotowi są zrobić wszystko? Jakie mroczne tajemnice skrywają ci, którzy choć służą ideałowi, nie zawsze są idealni? Robert Harris potrafi zainteresować czytelnika do tego stopnia, że ten na własną rękę będzie szukał informacji na temat opisywanych praktyk, przepisów i zwyczajów. Nie wyobrażam sobie, by mniej biegłych w terminologii kościelnej czytelników nie kusiło, aby poszukać w internecie szczegółowego objaśnienia, kim jest kardynał in pectore i w jakich okolicznościach papież go mianuje albo co oznacza termin symonia.

Wydane nakładem Wydawnictwa Albatros Konklawe to kolejna powieść, w której Robert Harris porusza problem władzy. Pragnienie wpływów, potęgi, krwawa i pełna intryg walka o władzę to tematyka aktualna niemal od zarania dziejów. Starożytny Rzym, osmańska Turcja, świat w czasie dwóch wojen… – przykłady można by mnożyć, zawsze jednak chodziło o to, kto podporządkuje sobie innych, kto okaże się silniejszy i bardziej przebiegły. Kto zyska władzę, a kto będzie musiał się poddać. Tym razem nie jest inaczej. Bardzo polecam! Wszystkim bez wyjątku. Konklawe Roberta Harrisa to niezwykła powieść, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Nie będziecie się nudzić!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie”, Katy Colins [recenzja]

biuro-podrozy-samotnych-cerc-kierunek-indie-b-iext47877257Autor: Katy Colins

Tytuł: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie

Tytuł oryginalny: The Lonely Hearts Travel Club: Destination India

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 320

 

Indie to kraj naprawdę skrajnych doświadczeń… ale właśnie to sprawia, że jest tak zachwycający. Nie sposób się tam nudzić. (s. 117)

Nie sposób się również nudzić podczas lektury drugiego tomu przygód Georgii Green, bohaterki powieści Katy Colins. Książka Biuro Podroży Samotnych Serc. Kierunek: Indie trafiła do sprzedaży 15 lutego, a ja od razu po jej zakupie chciałam zabrać się do czytania. W sierpniu 2016 roku dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperCollins Polska miałam okazję poznać twórczość brytyjskiej blogerki podróżniczej, która powołała do życia niezwykle sympatyczną i zabawną bohaterkę. W pierwszej części porzucona przez narzeczonego Georgii wybiera się w egzotyczną podróż do Tajlandii. Tam zamierza otrząsnąć się po rozstaniu, które rozbiło ją na tysiąc kawałków i podkopało jej pewność siebie. Chce zapomnieć o niewiernym niedoszłym małżonku, zrelaksować się wśród palm, nacieszyć oczy pięknymi widokami, naładować akumulatory i zawalczyć o własne szczęście. Ile punktów z tej listy udało jej się zrealizować, zdradzić Wam nie mogę. Liczę bowiem, że jeśli jeszcze nie poznaliście, a właściwie nie poznałyście, bo to raczej książka dla pań, Georgii, to szybko to zmienicie.

Wszystko, co ma początek, ma też swój koniec. Nie warto się tego bać. Lepiej się tym delektować. Macie przed sobą na tyle krótkie życie, że powinniście wykorzystać każdą daną wam sekundę. Nie marnujcie cennego czasu i energii na rozpamiętywanie przeszłości i zadręczanie się wyrzutami sumienia. (s. 188)

W drugiej odsłonie przygód „Bridget Jones z plecakiem” Georgia Green prowadzi Biuro Podróży Samotnych Serc, które powoli buduje swoją markę. Miała nadzieję, że ten biznes okaże się cudowną przygodą, ale rzeczywistość jest bardziej prozaiczna. Praca w branży turystycznej ma niewiele wspólnego z wylegiwaniem się na egzotycznych plażach, które teraz Georgia może oglądać tylko w folderach reklamowych, mających za zadanie zachęcić potencjalnych klientów do wykupienia wycieczki. Natłok obowiązków, niebezpieczne popadanie w pracoholizm i dążenie do perfekcji pod każdym względem sprawiają, że Georgia nie znajduje czasu nie tylko dla Bena, w którym jest zakochana, przyjaciół i rodziców, lecz nawet dla samej siebie. Praca, która miała dać jej stabilizację, satysfakcję i spełnienie marzeń o samodzielnym biznesie, staje się jej obsesją, nad którą trudno zapanować.

(Nie)szczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że kobieta niespodziewanie musi wyjechać służbowo do Indii i incognito wziąć udział w wycieczce singli ze złamanym sercem. Georgia wierzy, że w ten sposób połączy przyjemne z pożytecznym, rozwiąże problemy zawodowe i przypomni sobie, jak cudownie jest podróżować. Pierwsze trudności i nieprzewidziane zdarzenia pojawią się jednak już przed wyjazdem. Magia Tadż Mahal, chaos Bombaju, barwne, pełne przepychu Bollywood, złote plaże Goa – może dzięki tej podróży coś w jej życiu się zmieni. Indie to liczne niespodzianki i nie zawsze można mieć wszystko pod kontrolą. Ruszamy w niezwykłą podróż, która na długo pozostanie w naszej pamięci. Jesteście gotowe?

Nie powinnaś zmieniać siebie tylko po to, żeby uszczęśliwić innych. (s. 264)

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie to powieść szalenie lekka i przyjemna. Znajdziecie w niej elementy typowe dla powieści obyczajowej, przygodowej i romansu. O jej wartości decyduje zapewne to, że jej autorka, dziennikarka i blogerka, na własnej skórze przekonała się, co znaczy odciąć się od przeszłości, zapomnieć o bolesnych porażkach i  znaleźć w sobie siłę i odwagę, by zawalczyć o siebie i swoje, nawet najśmielsze, marzenia. Gwarantuję Wam, że z miejsca polubicie Georgię, będziecie wspólnie z nią podbijać świat, cieszyć się drobnostkami i zamartwiać jej kolejnymi upokorzeniami. Ta bohaterka ma w sobie coś, co przyciąga pecha. Nigdy jednak nie traci nadziei i pogody ducha, pokazując nam, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Trzeba go tylko dobrze poszukać. To doskonała książka zarówno na lato i wakacyjne leniuchowanie na plaży, jak i mroźną zimę, gdy szczególnie mocno doskwiera nam brak słońca. To także świetna pozycja, jeśli na co dzień czytacie dużo mrocznych thrillerów i kryminałów, czasem warto się od nich oderwać i dać się porwać lekkiej, na pozór błahej opowieści, z której można jednak wynieść też coś mądrego. Na marginesie dodam, że ubóstwiam okładki książek z tej serii. Przywodzą na myśl same dobre skojarzenia.

Na koniec warto wspomnieć, że ukazane przez Katy Colins Indie to nie tylko zapierający dech w piersiach Tadż Mahal, pachnące, kolorowe przyprawy i cudowne plaże. Autorka pokazuje również ich drugie, bardzo smutne oblicze. Żebrzące na ulicach dzieci, zatłoczone lotniska pełne kieszonkowców, ulice pełne rozwścieczonych, niekulturalnych kierowców, brudne chodniki oraz popadające w ruinę budynki, o które nikt nie dba. Cienie i blaski. Piękne wyobrażenie i brutalna rzeczywistość.

1487888458303Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie to powieść pełna nie tylko zabawnych przygód, ale i dobrych rad :) Cudownie znów móc towarzyszyć Georgii w jej egzotycznej podróży. Cieszę się tym i czekam na więcej! Następny cel? Chile! Już nie mogę się doczekać! Bardzo polecam obie części. Będziecie mile zaskoczone :)

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl

„Rzeźnik”, Tony Parsons [recenzja]

d_3780Autor: Tony Parsons

Tytuł: Rzeźnik

Tytuł oryginalny: The Slaughter Man (Max Wolfe, #2)

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 320

 

Ludzie na tym świecie zawsze będą próbowali cię zranić. Nie pozwól im na to. Nigdy nie pozwól im cię ranić. (s. 316)

15 lutego 2017 roku był szczęśliwym dniem dla wielu czytelników. To właśnie wtedy do sprzedaży trafiło wiele świetnych książek, na które część z nas od dłuższego czasu z niecierpliwością czekała. Nowa powieść Harlana Cobena, autora przez wielu czytelników okrzykniętego mianem króla thrillera (Już mnie nie oszukasz), trzymający w napięciu debiut brytyjskiej pisarki B.A. Paris (Za zamkniętymi drzwiami), kolejna książka Mai Banks (Z każdym oddechem), drugi tom przygód „Bridget Jones z plecakiem”, przebojowej Georgii Green pióra blogerki Katy Colins (Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie), nowy thriller psychologiczny Mary Kubicy, amerykańskiej autorki bestsellerów, której sławę przyniosła powieść Grzeczna dziewczynka (Kobieta znikąd). Wśród znakomitych premier tego dnia znalazło się również miejsce dla Rzeźnika Tony’ego Parsonsa, drugiej część trylogii z detektywem Maxem Wolfe’em w roli głównej.

Sława przychodzi i odchodzi. Niesława pozostaje na zawsze. (s. 293)

W sylwestrową noc w północnym Londynie na jednym ze strzeżonych osiedli zostają znalezione zwłoki zamożnej rodziny. Bestialsko zamordowani zostali wszyscy jej członkowie z wyjątkiem najmłodszego dziecka, które zniknęło. Narzędzie zbrodni – pistolet do ogłuszania bydła przed ubojem – prowadzi detektywa Wolfe’a do zlokalizowanego w Scotland Yardzie Czarnego Muzeum – przerażającego miejsca, które kryje w sobie tajemnice największych zbrodni; miejsca, które pielęgnuje pamięć o niewinnych ofiarach, nie pozwalając jednocześnie zapomnieć o psychopatycznych szaleńcach, którzy z różnych powodów dopuścili się rozlewu krwi. Wydaje się, że mordercą Woodów musi być człowiek, którego przed trzydziestu laty policja nazwała Rzeźnikiem. Ale Rzeźnik odsiedział już swoje w więzieniu, a dziś jest stary i umierający. Czy to możliwe, by znów zaczął zabijać? Czy morderstwo tej szczęśliwej rodziny było bezmyślną masakrą ze strony szalonego psychopaty, groteskowym hołdem naśladowcy dla swego mistrza czy próbą wrobienia w morderstwo umierającego mężczyzny? Kto stoi za egzekucją Woodów i porwaniem ich czteroletniego syna? Czy Londyn, ta wielokulturowa metropolia, już nigdy nie będzie bezpieczny? Prowadzący śledztwo policjanci nie mają ani chwili do stracenia. Z doświadczenia wiedzą, że każda kolejna godzina, każdy kolejny dzień zmniejszają szanse na odnalezienie dziecka żywego. Ale morderca nie zamierza bezczynnie czekać, aż po niego przyjdą… Rozpoczyna się krwawy wyścig, z którego nie wszyscy wyjdą bez szwanku.

IMG_20170218_212146_237Cykle literackie są tym, co w książkach kocham najbardziej. Jeśli jakaś seria raz mi się spodoba – przepadłam! Będę czytać wszystkie części bez wyjątku, bez względu na opinie innych czytelników, nawet jeśli będą one negatywne. Tak było z powieściami mojej mistrzyni Alex Kavy, z thrillerami Tess Gerritsen, J.T. Ellison, Elisabeth Herrmann czy Grahama Mastertona. Jestem bardzo lojalną czytelniczką, która trzyma się swoich ulubionych pisarzy i bohaterów. Rzadko kiedy sięgam po tomy środkowe, zawsze staram się zaczynać wszystkie historie od początku (chyba tylko Harry’ego Pottera czytałam w dość zaskakującej kolejności: 4-5-2-3-1-6-7). Dlatego właśnie Rzeźnika miałam sobie odpuścić. Sądziłam, że powinnam zacząć od Krwawej wyliczanki, która jeszcze przed swoją premierą zwróciła moją uwagę. Dlaczego ostatecznie po nią nie sięgnęłam? Bo jest pisana w pierwszej osobie, a mnie nic tak nie denerwuje jak kryminał z narracją pierwszoosobową, od początku skażony czyimś punktem widzenia. Rzeźnik skusił mnie swoim opisem, uznałam, że spróbuję dać mu szansę. Nie uwierzycie, jak bardzo się cieszę, że poznałam prozę Parsonsa! Jego Rzeźnik, wcale nie tak krwawy i brutalny, jakby to sugerował tytuł, to kawał świetnego, nieprzewidywalnego kryminału, który czyta się niezwykle szybko i przyjemnie, próbując odgadnąć, czy tytułowy Rzeźnik rzeczywiście jest poszukiwanym mordercą, czy też za bestialskie zabójstwo Woodów odpowiedzialny jest ktoś inny. Książka nie jest zbyt obszerna (niektórzy powiedzieliby pewnie, że jest wręcz cieniutka), dzięki czemu opowiadana historia się nie dłuży. Pierwszoosobowa narracja nie stanowi żadnej przeszkody, a główny bohater da się lubić. Dlaczego? Bo jest przeciętnym, nieco poturbowanym przez los facetem, któremu nie wszystko w życiu się udało. Jest jednym z nas. Człowiekiem z tymi samymi troskami, problemami i pragnieniami, z którymi i my musimy się mierzyć. Kimś, kto wielokrotnie dostawał po głowie, i to zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Nie żadnym superbohaterem, z opresji zawsze wychodzącym obronną ręką, a przez to mało wiarygodnym. Parsons jest daleki od przesady, choć momentami miałam wrażenie, że Max i jego koledzy, wyszkoleni policjanci, trochę za często obrywają. Odchylenie w którąkolwiek ze stron nigdy nie jest wskazane, a umiar jest tym, czego nieraz w książkach brakuje.

Muszę przyznać, że z mojej perspektywy dużym atutem Rzeźnika było to, że jego akcja rozgrywa się w Londynie, w Londynie, który znam i uwielbiam; w Londynie, który zawsze przywodzi mi na myśl najpiękniejsze wspomnienia. To niezwykłe miasto, mieszanina różnych kultur, języków, religii, połączenie nowoczesności z klasyką nie raz pojawiało się w czytanych przeze mnie książkach. W stolicy Anglii toczy się akcja Jedwabnika Roberta Galbraitha, Stalkerów Paula Fincha czy powieści Sharon Bolton. W Londynie akcję swoich powieści osadził też Parsons. U boku jego bohaterów wędrujemy przez luksusowe osiedla i dzielnice, w których lepiej nie pokazywać się po zmroku.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że Rzeźnik Tony’ego Parsonsa to bardzo dobra książka, po którą warto sięgnąć. Nie wiem, czy pierwszy tom trylogii jest równie dobry (przekonam się o tym wkrótce, bo zamierzam go przeczytać), jeśli tak, to pewnie nie muszę Was zachęcać do lektury nowej powieści Parsonsa. A jeśli obawiacie się tej książki, bo nie czytaliście Krwawej wyliczanki, to zapewniam, że śmiało możecie siadać do Rzeźnika – nieznajomość pierwszego tomu to żaden problem. Szczerze polecam i czekam na polskie wydanie The Hanging Club.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com