„Dotyk zła”, Alex Kava [recenzja]

144768_dotyk-zla_2012_300Autor: Alex Kava

Tytuł: Dotyk zła

Tytuł oryginalny: A Perfect Evil

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska

Liczba stron: 512

——–

Gdy kilka dni temu stałam przed wyborem kolejnej lektury, rozważałam sięgnięcie po Nocny film Marishy Pessl, książkę Nie mój jedyny Melissy Pimentel, Ogród małych kroków Abbi Waxman lub Oszukaną Charlotte Link. Do żadnej z tych powieści nie byłam w stu procentach przekonana, przeczuwając, że mogę się zawieść, a szukałam czegoś naprawdę super, czegoś naprawdę ekscytującego. Zamiast ryzykować, poszukałam w pamięci i trafiłam na tytuł, którego byłam pewna. Wiedziałam, że nie będę rozczarowana. Wybór tym razem padł na powieść Alex Kavy pt. Dotyk zła, książkę wydaną w Polsce po raz pierwszy blisko 15 lat temu. Trzeba dodać, że już tę książkę oczywiście czytałam, w 2011 roku, gdy poleciła mi ją koleżanka. 

Uznany za seryjnego mordercę i skazany na śmierć za trzy potworne zbrodnie Ronald Jeffreys został stracony. Mieszkańcy Platte City w stanie Nebraska odetchnęli z ulgą, bo wszystko wskazuje na to, że ich koszmar wreszcie się skończył. Jednak trzy miesiące później zostaje znalezione ciało kolejnego chłopca. Ślady na ciele zamordowanego wskazują, że zginął on w taki sam sposób jak ofiary Jeffreysa. Koszmar powrócił ze zdwojoną siłą. Okazuje się bowiem, że albo stracono nie tego człowieka, co trzeba, albo w Platte City grasuje naśladowca wzorujący się na Jeffreysie. Śledztwo w tej sprawie prowadzi szeryf Nick Morelli. Pomaga mu przysłana z Quantico młoda agentka FBI Maggie O’Dell, która już zyskała opinię wybitnej specjalistki od tworzenia profili psychologicznych seryjnych morderców. Rozpoczyna się dramatyczna gra z czasem, w której nie ma ani chwili do stracenia. Wkrótce ginie następny chłopiec, a siostrzeniec szeryfa zostaje porwany. Dochodzenie komplikuje się, każdy kolejny trop prowadzi donikąd, a media pastwią się nad policją, której jedynym podejrzanym jest stracony trzy miesiące wcześniej mężczyzna. Nick i Maggie mają dość wiarygodną teorię co do tożsamości szaleńca, ta jednak jest zbyt przerażająca, by ktokolwiek chciał w nią uwierzyć…

Dotyk zła to powieść otwierająca bestsellerowy cykl o agentce FBI Maggie O’Dell. Książka wciąga jak mało która i wprost nie sposób się od niej oderwać, co zawdzięczamy wartkiej akcji, narastającemu napięciu i krótkim rozdziałom. Zdaje sobie sprawę, że mówi się tak o wielu książkach, sama często zwracam na to uwagę w recenzjach, bo rzeczywiście wiele jest powieści, które czytamy z zapartym tchem. Powieść Kavy ma jednak w sobie coś, co przyciąga mnie do niej niczym magnes. W czerpaniu przyjemności z jej lektury nie przeszkadza nawet to, że już w połowie powieści domyślamy się, kto może być brutalnym seryjnym mordercą nastoletnich chłopców. Autorka myli wprawdzie tropy, rzucając podejrzenia na bohaterów przypominających typów spod ciemnej gwiazdy, ale nietrudno dojść do rozwiązania zagadki przed właściwym finałem, który jest w pewnym sensie zakończeniem otwartym, niewyjaśniającym wszystkich niewiadomych. Pada w nim jednak jedno zdanie, które mrozi krew w żyłach. Ci będący już po lekturze Dotyku zła z pewnością wiedzą, co mam na myśli. Bardziej niż o poznanie tożsamości mordercy chodzi w książce Kavy o to, co jeszcze się wydarzy i jak daleko posunie się poszukiwany psychopata. To po prostu świetna powieść akcji, która odznacza się zawrotnym tempem.

Niezwykle mocnym punktem tej książki jest również wątek miłosny. Wiem, że niektórzy czytelnicy nie lubią thrillerów, w których duże znaczenie odgrywa wątek romansowy. A jednak tu Kava wplotła go w fabułę w sposób doskonały. Między Maggie O’Dell i Nickiem Morellim tak iskrzy, że niemal sami na własnej skórze czujemy napięcie i podekscytowanie. Bohaterowie – i uznana profilerka FBI, i małomiasteczkowy szeryf alias łamacz kobiecych serc – wzbudzają naszą sympatię. Zaczynamy im kibicować i wspólnie z nimi przeżywać ich radości i rozczarowania. Bardzo żałuję, że Alex Kava ostatecznie zrezygnowała z tego wątku – niewiele jest literackich par, które tak bardzo polubiłam. Czytając ten i pozostałe tomy serii, mogliśmy śledzić losy nieudanego małżeństwa Maggie z Gregiem, krótką historię jej romansu z Nickiem, wzloty i upadki jej związku z Benjaminem Plattem, a także jej mniej lub bardziej oficjalny związek z Ryderem Creedem. Relacje Maggie nie tylko z mężczyznami, ale i z kobietami nigdy nie należały do najłatwiejszych – to pewnie po części cena, jaką agentka O’Dell płaci za swoją pracę. A jednak z Nickiem to było coś naprawdę fajnego (dodam tylko, że ta postać pojawia się w pierwszych dwóch tomach serii oraz w opowiadaniu autorstwa Kavy w tomie Cienie nocy). Wciąż mam nadzieję, że nadejdzie dzień, gdy Morelli podczas jednego ze śledztw znów pojawi się u boku Maggie. Czy to się kiedyś wydarzy? Nie wiadomo.

kava

Myślę, że Dotyk zła jest dziś książką nieco zapomnianą – trudno ją kupić w formie papierowej, a egzemplarze biblioteczne tak przez lata były eksploatowane, że dziś niemal rozsypują się w rękach. A jednak warto po nią sięgnąć, ponieważ debiutancki thriller Alex Kavy jest książką jeśli nawet nie wybitną, to szalenie wciągającą i momentami wręcz – z racji mocno działających na wyobraźnię opisów bestialskich zbrodni – przyprawiającą o gęsią skórkę. No i Maggie! Stworzona przez Kavę agentka FBI to spośród wszystkich postaci literackich moja ulubiona bohaterka. Najlepszą rekomendacją niech będzie to, że sięgnęłam po tę powieść po raz drugi (dodam, że teraz czytam W ułamku sekundy, drugi tom cyklu, i to już po raz trzeci!), co w zasadzie nigdy mi się nie zdarza. Dwukrotnie mogę przeczytać Harry’ego Pottera, ale nie thriller bądź kryminał. Dla tej książki zrobiłam wyjątek, łamiąc swą odwieczną zasadę, by nie czytać dwukrotnie tych samych thrillerów – zbyt wiele jest na polskim rynku świetnych książek, które warto poznać, więc szkoda tracić czas na czytanie tego, co już znamy. Nie mam jednak wrażenia, że zmarnowałam czas – ta książka jest tak świetna, że po prostu trzeba ją przeczytać! Zapewniam, że z miejsca wciągniecie się w cykl o Maggie i będziecie chcieli poznać wszystkie jej przygody. Bardzo, bardzo polecam miłośnikom mocnych wrażeń i wyrazistych bohaterów! Ta powieść jest o niebo lepsza od tego, co obecnie serwuje nam autorka, dlatego zdecydowanie warto się nią zainteresować.

Na koniec dodam jeszcze, że 10 sierpnia 2017 w Stanach Zjednoczonych miała miejsce premiera powieści pt. Before Evil. Książka jest prequelem serii i jak chyba każdy fan prozy Alex Kavy bardzo chciałabym ją przeczytać. Mam nadzieję, że już wkrótce ukaże się jej polskie wydanie i będziemy mogli poznać losy Maggie sprzed Dotyku zła. Jestem pewna, że niejeden czytelnik z przyjemnością przeczytałby o jej zmaganiach z Albertem Stuckym, zwłaszcza że książka w USA zbiera same pochwały.

Moja ocena: 9/10

 

„Siódemka”, Erica Spindler [recenzja]

micki-dare-tom-1-siodemka-b-iext49353110Autor: Erica Spindler

Tytuł: Siódemka

Tytuł oryginalny: The Final Seven

Wydawnictwo: Edipresse Książki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Liczba stron: 320

——–

Dobro i zło to awers i rewers jednej monety. Wszystkie inteligentne i obdarzone wolną wolą stworzenia mają zdolność czynienia zarówno jednego, jak i drugiego. (s. 258)

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowego thrillera Eriki Spindler, szalenie się ucieszyłam, bo to w końcu jedna z moich ulubionych autorek. Gdybym miała polecić komuś dobry thriller, to z pewnością zaproponowałabym, by przeczytał którąś z powieści Spindler. To bardzo solidne thrillery, często z wątkiem miłosnym, które z reguły koncentrują się na pilnie skrywanych rodzinnych sekretach. I naprawdę trzymają w napięciu. Krwawe wino, Dotyk strachu, Ślepa zemsta i Labirynt Białego Królika to jedne z lepszych pozycji w dorobku amerykańskiej pisarki. Książki tej autorki na polskim rynku ukazywały się do tej pory nakładem trzech wydawnictw: najpierw powieści Spindler wydawała Mira, będąca oddziałem HarperCollins, potem Burda Książki, teraz zaś wziął się do tego Edipresse Książki. I ta trzecia odsłona wypada zdecydowanie najgorzej. Otwierająca cykl o nazwie Strażnicy Światła Siódemka jest bowiem książką tak złą, że aż brak mi słów.

Pierwsza sobota lipca. Zaginiona kobieta. Siódemka wyryta na drzwiach jej domu. Rozpoczęło się odliczanie… –  taki opis może zaintrygować i sprawić, że zdecydujemy się po tę książkę sięgnąć. Może również sprawić, że nasze oczekiwania staną się tak wygórowane, że opowiadana historia nie zdoła im sprostać.

Detektyw Micki Dare to doświadczona i zasadnicza policjantka. Nie potrzebuje partnera, a już zwłaszcza tak przemądrzałego i pewnego siebie flirciarza jak agent FBI Zach Harris, który dopiero co ukończył eksperymentalny program szkoleniowy o nazwie Szóstki. Szóstki wyróżniają się tym, że mają… szósty zmysł, który pomaga im dotrzeć do informacji, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Zadanie Micki ma polegać na czuwaniu nad bezpieczeństwem Zacha, podczas gdy on będzie ścigał przestępców, wykorzystując swoje szczególne zdolności. Micki, bardzo sceptycznie nastawiona do swojego nowego partnera, najchętniej posłałaby go w kosmos, musi jednak wykonywać polecenia przełożonych, nawet jeśli uważa, że to marnowanie czasu, który można by poświęcić prawdziwej policyjnej robocie.

Wkrótce jednak uświadamia sobie, że jej partner potrafi coś więcej, niż tylko czarować swoim wyglądem i elokwencją i właściwie zyskuje przy bliższym poznaniu. Dociera też do niej, że gra toczy się o stawkę wykraczającą poza zwykłe rozwiązywanie zagadek i łapanie złoczyńców. Czai się bowiem nowy rodzaj zła, przebieglejszego niż wszystko, z czym Micki miała do tej pory do czynienia. Niewykluczone, że ona i Zach są jedynymi osobami, które mogą je powstrzymać. Kiedy znika kolejna dziewczyna, a ciemność zacieśnia krąg, Micki zdaje sobie sprawę z przerażającej prawdy: że jednak może się nie udać. Tym razem zło, któremu stawiają czoło, może zniszczyć ich wszystkich…

Fabuła jeśli nawet przy takim opisie brzmi intrygująco, to w rzeczywistości prezentuje się zdecydowanie gorzej. Thriller Spindler koncentruje się wokół dwóch głównych postaci: nieustraszonej detektyw Micki Dare oraz agenta FBI Zacha Harrisa. Ich duet śledczy to iście wybuchowa mieszanka, która przez całą powieść wyjątkowo męczy i irytuje. Nie dość, że bohaterowie dysponują nadprzyrodzonymi siłami, to jeszcze są ludźmi, których po prostu nie sposób polubić. Do tej pory Spindler nie bawiła się w tworzenie wielotomowych cykli, w których pojawialiby się ci sami bohaterowie. Co najwyżej zdarzało się, że poszczególne bohaterki (np. Stacy Killian, Kitt Lundgren, Mary Catherine Riggio) występowały w dwóch, trzech książkach. Muszę przyznać, że jestem wielką fanką wszelkiego rodzaju cykli. Łatwo zżywam się z bohaterami, których losy mogę śledzić przez wiele tomów. Serie autorstwa Tess Gerritsen (cykl o Rizzoli i Isles), J.T. Ellison (cykl o Taylor Jackson) czy Alex Kavy (cykl o Maggie O’Dell) to cykle, które od lat śledzę z zapartym tchem. Jest jednak pewien warunek – muszę polubić głównego bohatera. Jeśli bohater nie przypadnie mi do gustu już w pierwszym tomie, to nie ma szans, bym sięgnęła po kolejne części, niezależnie od tego, jak ciekawa będzie się wydawać ich fabuła.

1497951742318

Życie rządzi się zasadami. Istnieją pewne granice, których nie należy przekraczać. (s. 169)

Na okładce nowej książki Spindler możemy przeczytać, że to „pełen zaskakujących zwrotów akcji i dramatycznych zdarzeń thriller”. Wydawca tej niezwykle dziwnej książki zapewnia, że „Siódemka to lektura, od której nie sposób się oderwać”, bo „wciąga i trzyma w napięciu aż do ostatniej strony”. Ten, kto przeczytał tę powieść, bez wahania chyba przyzna, że w tych dwóch zdaniach nie ma ani grama prawdy. No chyba że ktoś lubi, gdy bohaterowie poprzez dotyk przekazują sobie energię… Szczerze mówiąc, trudno mi nawet uwierzyć, że to rzeczywiście książka autorstwa Eriki Spindler. Czytałam wszystkie thrillery tej pisarki i żaden, podkreślam, żaden nie był tak słabą pozycją. Żaden mnie tak nie zmęczył i żaden mnie aż tak nie rozczarował. Nie mogę zatem zrobić nic innego, jak tylko zdecydowanie odradzić Wam sięgnięcie po tę książkę. To przedziwny thriller, który męczy i rozczarowuje. Infantylny język głównych bohaterów, nadnaturalne zdolności, mordercze, niematerialne istoty widzialne tylko dla garstki osób, ludzie potrafiący przekazywać sobie energię za pomocą dłoni, a w dodatku jeszcze świecący w ciemności, i niezbyt interesująca intryga to elementy, które czynią tę książkę naprawdę nieznośną. Jedynym plusem są krótkie rozdziały, dzięki którym czyta się Siódemkę dość szybko. Ale szybko nie znaczy przyjemnie! Przeszkadzał mi jednak niestandardowy rozmiar książki, która nie tylko nie chciała się zmieścić do mojej torebki, ale i niezbyt ładnie komponuje się z innymi książkami z mojej domowej biblioteczki. Z bólem serca odradzam tę powieść nawet fanom Eriki Spindler. Szkoda czasu i pieniędzy. Założę się, że nawet fani science fiction mogliby się czuć zawiedzeni. Ta książka to żart i to niestety niezbyt zabawny…

 Moja ocena: 2/10

Źródło okładki: 
http://www.empik.com

„Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem”, Lauren Fern Watt [recenzja]

gizelle_-moje-zycie-z-bardzo-duzym-psem_9788327629364Autor: Lauren Fern Watt

Tytuł: Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem

Tytuł oryginalny: Gizelle’s Bucket List. My Life with a Very Large Dog

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Dorota Stadnik

Liczba stron: 208

——–

Kiedy człowiek zaprasza psa do swojego życia, musi być gotowy na cierpienie po jego odejściu. Dzień pożegnania jest najsmutniejszym dniem, mimo to warto mieć psa. Uczyć się od niego bezwarunkowej miłości. (s. 183)

Pies. Moje wielkie niespełnione marzenie. Zawsze chciałam go mieć i nigdy go nie miałam. Bo mieliśmy za małe mieszkanie, bo nie miał się nim kto opiekować. Powody były różne. Zawsze jednak kochałam całym swoim sercem niemal wszystkie zwierzęta, w szczególności zaś moje ukochane świnki morskie, które od lat są obecne w moim życiu. Być może nadejdzie kiedyś dzień, gdy u mego boku znajdzie się pies, najwierniejszy z wiernych przyjaciół, którego będę mogła kochać, rozpieszczać i tulić. Może kiedyś tak się stanie. Czas pokaże. Na razie o psach mogę tylko czytać.

O książce Lauren Fern Watt dowiedziałam się właściwie przypadkiem. Trafiłam bowiem na udostępnione przez Wydawnictwo HarperCollins Polska zdjęcia Lauren i jej uroczej podopiecznej i postanowiłam znaleźć jakieś informacje na temat książki o „bardzo dużym psie”. Gdy przeczytałam, jaką historię opowiada autorka, zapragnęłam ją poznać. Najlepiej natychmiast. Bałam się jednak, że ta lektura zmusi mnie do wylania morza łez, że zamiast happy endu dostanę smutne zakończenie, które przypomni mi wszystkie zwierzęta, które kiedykolwiek straciłam. Znam siebie i swoje reakcje. Wiem, jak łatwo się wzruszam. Pamiętam, jak przepłakałam całą Przygodę na Antarktydzie, doskonały film z moim ulubionym aktorem, nieodżałowanym Paulem Walkerem. Niepowstrzymane strumienie łez zalewały mi oczy, skutecznie uniemożliwiając oglądanie, a zatkany nos nie pozwalał oddychać. I tym razem jednak wygrała chęć poznania historii niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a psem. Kupiłam książkę i zasiadłam do czytania.

Gizelle to mastif angielski, którego Lauren dostała na dziewiętnaste urodziny od matki próbującej zagłuszyć wyrzuty sumienia spowodowane chorobą alkoholową. Od tej chwili ona i potężna Gizelle stały się nierozłączne. Jednak to nie tylko rozmiary Gizelle są ogromne, ogromne jest również serce suczki, która z miejsca stała się najbliższą przyjaciółką prowadzącej dotąd samotniczy tryb życia dziewczyny. Najpierw zamieszkały razem w akademiku, by potem przenieść się do malutkiego mieszkanka na Manhattanie. Od początku wszystko robiły razem. Nie Lauren albo Gizelle, a Lauren i Gizelle. Zawsze we dwie, nigdy w pojedynkę. Wspólne spacery, wspólne bieganie, oglądanie telewizji, podziwianie rozgwieżdżonego nieba na polanie w Central Parku, wylegiwanie się na dachu Rio.

Gdy okazuje się, że Gizelle jest ciężko chora, Lauren zabiera ją w ostatnią wspólną podróż. To ma być pasmo atrakcji i przyjemności. Gizelle ma przeżyć to, czego nie doświadczają zazwyczaj psy, ale Lauren dobrze wie, że spełnieniem marzeń każdego psa jest po prostu miłość człowieka. 

1496602574245

Myślę, że jednym z wyznaczników dobrej książki jest wrażenie, jakie na nas wywiera przedstawiona w niej historia. Gdy to, co przeczytaliśmy, zostaje w naszej głowie na długo po skończonej lekturze, to znaczy, że książka była naprawdę dobra i warta czasu, jaki poświęciliśmy na jej przeczytanie. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale czytamy mnóstwo książek, które w naszej świadomości przechodzą bez echa, nie zmuszając do refleksji, szybko wypadają nam z pamięci. Niewątpliwą zaletą książki Lauren Fern Watt jest prawdziwość opowiedzianej historii. Gizelle istniała naprawdę. Była wielkim, bojaźliwym pieszczochem, przyjaciółką, obrończynią, cudem, jaki przytrafił się Lauren, jej największym szczęściem. I to właśnie to czyni tę książkę tak wyjątkową. Być może takich historii jest wiele. Być może opowieść o Gizelle nie wyróżnia się na tle innych jej podobnych. To w zasadzie bez znaczenia, bo naprawdę warto ją poznać.

Na dwa rozdziały przed końcem pomyślałam, że to dobry pomysł wziąć ze sobą książkę, by skończyć ją w autobusie w drodze do pracy. Dwadzieścia stron? Co to jest! Bez problemu dam radę! Zajęłam miejsce i zaczęłam czytać. Jednak gdy poczułam, że oczy zaczynają mnie piec, już wiedziałam, że za moment się rozpłaczę… i to na oczach zatłoczonego autobusu. Natychmiast musiałam przerwać. Za oknem pojawiło się słońce. Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się, że mam pretekst, by włożyć okulary przeciwsłoneczne. W tamtej chwili były mi bardzo potrzebne. Tych kilka stron, które zdążyłam przeczytać, dało mi do zrozumienia, że opowieść o ostatnich chwilach cudownej Gizelle muszę skończyć w domu, w zaciszu własnego pokoju, gdzie nie będę musiała kryć łez, bojąc się zarazem, że spłynie mi z rzęs cały tusz. Wiedziałam, że będę ryczeć jak bóbr. I wcale się nie pomyliłam, gdy kilkanaście godzin później próbowałam przebrnąć przez ostatnie strony.

Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem to swoisty hołd nie tylko dla ukochanej suczki autorki, ale i dla wszystkich czworonogów, które sprawiają, że nasze życie nabiera kolorów. Nie na darmo mówi się, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Wierny, lojalny, kochający bezgranicznie bez względu na okoliczności, zapatrzony w swego pana. Najlepszy kompan pod słońcem. Ta wzbogacona zdjęciami z prywatnego archiwum Lauren Watt książka to naprawdę niezwykła pozycja. Do głębi poruszająca, piękna, pouczająca i z pewnością warta zapamiętania opowieść. Powinni po nią sięgnąć nie tylko miłośnicy zwierząt, ale i ci, którzy nie rozumieją fenomenu wyjątkowej więzi, jaka łączy człowieka i psa. Z czystym sumieniem bardzo polecam! Przeczytajcie ją. Tylko nie zapomnijcie o zapasie chusteczek higienicznych. Mogą się przydać!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl/

„Epidemia”, Alex Kava [recenzja]

MATTHEWS_Slub_Milosniczek_CzekoladyAutor: Alex Kava

Tytuł: Epidemia

Tytuł oryginalny: Reckless Creed

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 320

 

 

Najgroźniejsze jest to, czego nie widać…

Alex Kava to autorka, dzięki której pokochałam literaturę z dreszczykiem. Nie mogę zapomnieć dnia, w którym moja znajoma na podróż samolotem poleciła mi Dotyk zła. Książka była absolutnie rewelacyjna, jej autorka stała się jedną z moich ulubionych pisarek, a agentka Maggie O’Dell jedną z ulubionych bohaterek. Mimo upływu lat oraz wzlotów i upadków Alex Kavy, której thrillery nie zawsze trzymały odpowiedni poziom, do którego przez lata przyzwyczaiła swoich czytelników, wciąż mam sentyment do Maggie, która od pierwszej powieści cieszy się moją niesłabnącą sympatią i wątpię, by to się kiedyś zmieniło.

Moje ostatnie doświadczenia z prozą Kavy (Ostateczny cel, Mroczny trop, Ściśle tajne) sprawiły, że do lektury Epidemii podchodziłam z dystansem i bez większych oczekiwań. Spodziewałam się, że powieść będzie się czytało lekko, szybko i przyjemnie, ale nie liczyłam na wypieki na twarzy, przyspieszony puls i to, że od opowiadanej historii nie będę się mogła oderwać. Spojrzenie na całokształt twórczości pisarki uświadamia nam przykrą prawdę – początek Kava miała rewelacyjny (Dotyk zła, W ułamku sekundy), środek średni (Kolekcjoner, Śmiertelne napięcie, Płomienie śmierci), a jej najnowsze powieści też nie zachwycają, choć mam nadzieję, że ta doskonała autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i w przyszłości nie raz zaskoczy swoich czytelników.

W Chicago młody mężczyzna skacze z osiemnastego piętra luksusowego hotelu. W Alabamie młoda kobieta napełnia kieszenie kamieniami i wchodzi do rzeki. Dwa niezwiązane ze sobą samobójstwa, dwie sprawy dla lokalnej policji. Wkrótce jednak okazuje się, że zmarli byli nosicielami zmutowanego wirusa, który jeśli się rozprzestrzeni, będzie zagrażał ludzkości. Nie ma wyjścia. Śledztwo muszą przejąć FBI i wywiad wojskowy, na którego czele stoi Benjamin Platt, dyrektor USAMRIID.

Przydzielona do sprawy agentka Maggie O’Dell nawiązuje współpracę ze swoim dobrym znajomym, Ryderem Creedem, wyspecjalizowanym ratownikiem, który dysponuje zespołem psów tropiących. W toku śledztwa trafiają na ślad głęboko zakonspirowanego spisku, który może doprowadzić do zagłady. Zegar tyka, czasu jest coraz mniej, a niezwykle niebezpieczny przeciwnik wynalazł skuteczną metodę zarażenia ogromnej liczby ludzi. Jutro może być za późno…

1489689749219 (1)

Wbrew temu, co pisałam np. o Mrocznym tropie, tu wypadałoby znać wcześniejsze tomy obu cykli: i tego, którego główną bohaterką jest O’Dell, i tego, w którym pierwsze skrzypce gra Ryder Creed. Pomijając już nawet liczne odwołania do wydarzeń z przeszłości Maggie, trzeba jasno powiedzieć, że niektóre z nich są drobnymi spojlerami, które mogą Was pozbawić przyjemności z lektury książek poprzedzających Epidemię. A szkoda by było, byście przegapili wcześniejsze przygody agentki O’Dell. Jeśli jednak nie znacie twórczości Alex Kavy, to chociaż przeczytajcie Ściśle tajne, powieść, której bezpośrednią kontynuacją jest najnowszy thriller autorki. Dzięki temu lepiej będziecie się orientować w ogólnej sytuacji i roli poszczególnych bohaterów.

Ostatnie powieści Kavy, w których autorka wprowadziła do fabuły psy tropiące, przybliżały nam ciężką pracę wykonywaną przez naszych czworonożnych przyjaciół. Dowiedzieliśmy się z nich między innymi tego, jak należy szkolić psa, by potrafił szukać zarówno ludzi żywych, jak i martwych. Teraz nasza wiedza na temat zdolności i możliwości tych niezwykle inteligentnych zwierząt się poszerza – wiemy, że pies jest w stanie wyczuć raka w bardzo wczesnym stadium, gdy choroby nie wykazują jeszcze badania laboratoryjne. Psy nie tylko wyczuwają narkotyki, ale także są w stanie bezbłędnie wskazać ludzi chorych na konkretne choroby. Ich pomoc bywa zatem bezcenna.

W porównaniu do poprzedniego thrillera autorki bez wahania mogę stwierdzić, że Epidemia jest o niebo lepszą książką, choć do Zabójczego wirusa, z którym łączy ją tematyka śmiercionośnego wirusa, wciąż wiele jej brakuje. Zaletą tej książki jest to, że praktycznie od początku do końca występuje w niej Maggie. Fani bohaterki powinni być zadowoleni. Krótkie, kilkustronicowe rozdziały, brak zbędnych opisów, w których miejsce pojawiają się dynamizujące akcję dialogi, oraz przystępny język to elementy, dzięki którym czyta się tę książkę szybko i przyjemnie. In minus zaliczam liczne literówki, których obecność zawsze wynika z niedbałości. Wystarczyłoby raz przeczytać książkę, by bez trudu je wyeliminować.

Podsumowując, mogę ze spokojem polecić Wam tę powieść, choć uprzedzam, że z nóg nie zwala. Nie oczekujcie więc fajerwerków, bo będziecie rozczarowani. Ogromną siłą tego thrillera jest wiedza, jaką przekazuje nam autorka, a także bardzo silna główna bohaterka. Uwagę zwraca również przerażające przesłanie Epidemii, pokazującej, jak łatwo wywołać pandemię, na którą nikt z nas nie jest przygotowany. Straszna wizja, która – miejmy nadzieję – nigdy nie stanie się rzeczywistością.

Na koniec dodam, że jestem bardzo ciekawa, czy Alex Kava odwiedzi kiedyś nasz kraj. Spotkanie z tą pisarką byłoby prawdziwą ucztą dla jej fanów, którzy z pewnością tłumnie by się na nim stawili. Ciekawe, czy się go doczekamy :)

 Moja ocena: 7/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl

„Grób mojej siostry”, Robert Dugoni [recenzja]

d_3784Autor: Robert Dugoni

Tytuł: Grób mojej siostry

Tytuł oryginalny: My Sister’s Grave

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

 

 

Pat­rząc na ciem­ność lub śmierć, boimy się niez­na­nego, ale ja już nie boję się ciemności…

Grób mojej siostry to jedna z książek, które zwróciły moją szczególną uwagę, gdy czytałam o nowościach Wydawnictwa Albatros. Wystarczył rzut oka na opis, żebym chciała sięgnąć po ten thriller. Na początku może się wydawać, że historia wymyślona przez Dugoniego jest dość banalna, przewidywalna i pewnie nie raz już coś podobnego czytaliście. Może i jest w tym trochę racji, ale niech nie zmyli Was to błędne pierwsze wrażenie, bo powieść Dugoniego naprawdę warto przeczytać!

Tracy Crosswhite przez lata kwestionowała fakty dotyczące zniknięcia jej siostry, Sary. Prowadząca śledztwo policja straciła nadzieję, że kiedykolwiek odnajdzie dziewczynę żywą, a zgromadzone dowody wystarczyły, by skazać Edmunda House’a. Tracy nie wierzy jednak, że House, przestępca seksualny oskarżony i skazany za morderstwo pierwszego stopnia, jest faktycznym sprawcą tej zbrodni. Licząc, że uda jej się odnaleźć prawdziwego mordercę i wymierzyć sprawiedliwość, Tracy wstępuje do policji i zostaje detektywem w wydziale zabójstw w Seattle, poświęcając się bez reszty tropieniu przestępców.

Gdy po dwudziestu latach ciało Sary zostaje odnalezione w pobliżu rodzinnego miasta Crosswhite’ów, Tracy ze zdwojoną energią rzuca się w wir pracy, by odnaleźć odpowiedzi na pytania, które dręczą ją od lat. Śledcza Crosswhite wraca, choć niechętnie, do Cedar Grove i przy pomocy znajomego ma zamiar doprowadzić do rewizji procesu House’a. Kobieta jest przekonana, że dwadzieścia lat temu doszło do zaniedbań, w konsekwencji których House niesłusznie trafił za kratki. Szukając prawdziwego zabójcy siostry, Tracy odkryje tajemnice, które podważą jej wspomnienia z przeszłości, i otworzy drzwi śmiertelnemu niebezpieczeństwu. Czy 20 lat temu rzeczywiście doszło do zawiązania spisku? Czy Edmund House jest prawdziwym zabójcą Sary, czy też ktoś celowo zrobił z niego kozła ofiarnego? A jeśli to nie on zabił siostrę Tracy, to kto jest mordercą?

1488577880068Przeczytałam tę powieść z ogromną przyjemnością, niemal jednym tchem. Dużym dla mnie zaskoczeniem był styl autora. Podczas lektury miałam wrażenie, że czytam powieść napisaną przez kobietę, a takie wybieram najczęściej. Dlaczego? Ano dlatego, że z reguły pojawiają się w nich ciekawie nakreślone bohaterki kobiece. I nic dziwnego. W końcu kto zna lepiej psychikę kobiecą od przedstawicielki tej płci? Gerritsen i jej kobiecy duet: Rizzoli & Isles, Kava i wykreowana przez nią agentka FBI Maggie O’Dell, J.T. Ellison i porucznik Taylor Jackson czy Erika Spindler i stworzone przez nią liczne postaci kobiece, w tym chociażby Stacy Killian. Nieustraszone funkcjonariuszki wymiaru sprawiedliwości, które uganiają się za największymi zwyrodnialcami siejącymi strach i zniszczenie. Niezwykłe kobiety, które w swoim życiu widziały już niemal wszystko. Kobiety twarde z zewnątrz i miękkie w środku. Robert Dugoni dość niespodziewanie główną bohaterką czyni policjantkę. Na podobny zabieg zdecydował się Graham Masterton, który napisał cykl o irlandzkiej nadkomisarz Katie Maguire. I chociaż wykreowana przez autora Białych kości bohaterka jest postacią bardzo interesującą, to jednak w konfrontacji Masterton – Dugoni ten drugi wypada moim zdaniem nieco lepiej. Jego bohaterka od razu wzbudziła moją sympatię, co Katie nie do końca się udało. Poza główną bohaterką, której psychikę Dugoni – mam nadzieję – jeszcze lepiej przedstawi w kolejnych tomach, zaletą tej powieści są również liczne retrospekcje pozwalające nam poznać okoliczności zniknięcia Sary. Dwa plany czasowe, podzielenie fabuły na teraz i kiedyś to ogromny atut tej książki.

Grób mojej siostry to thriller, który czyta się z niezwykłą przyjemnością. Muszę przyznać, że od samego początku byłam bardzo optymistycznie nastawiona do powieści Roberta Dugoniego i – ku mojej radości – nie zawiodłam się. Ta książka to pierwszy tom cyklu skoncentrowanego wokół losów Tracy Crosswhite, jednak ja już wiem, że bez wahania sięgnę po kolejne części. Na stronie autora przeczytałam, że w styczniu tego roku miał premierę 4. tom serii o śledczej Crosswhite. Już nie mogę się doczekać, kiedy zapoznam się z kolejnymi przygodami Tracy, którą po tej lekturze zaliczam do grona moich ulubionych bohaterek. Jedyne, co mnie martwi w przypadku tej powieści, to nieznane nazwisko autora na polskim rynku wydawniczym. Naprawdę szkoda byłoby przegapić Grób mojej siostry z powodu nieznanego nazwiska autora.

1488637673060Podsumowując, mogę Was z czystym sumieniem zapewnić, że Grób mojej siostry Roberta Dugoniego to idealna lektura dla miłośników thrillerów i to thrillerów niekoniecznie krwawych i brutalnych, lecz raczej osnutych wokół pilnie strzeżonych tajemnic z przeszłości. W szczególności zaś polecam tę książkę fanom powieści w stylu thrillerów Alex Kavy, Eriki Spindler czy J.T. Ellison. Jestem przekonana, że to pozycja właśnie dla Was. Jeśli lubicie styl wspomnianych autorek, to się nie zawiedziecie. Z ręką na sercu zachęcam Was do lektury Grobu mojej siostry. Ani się obejrzycie, a książka pochłonie Was bez reszty, pozostawiając niedosyt, że to już koniec. Zdecydowanie tak!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Już mnie nie oszukasz”, Harlan Coben [recenzja]

d_3779Autor: Harlan Coben

Tytuł: Już mnie nie oszukasz

Tytuł oryginalny: Fool Me Once

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

 

 

Kłamstwa nigdy nie umierają. Możesz chwilowo je zatuszować, jednak zawsze znajdą sposób, aby znów się ujawnić. (s. 349)

Nadszedł wreszcie ten moment, kiedy i ja sięgnęłam po powieść Harlana Cobena. Od lat zaczytuję się w literaturze sensacyjnej, a jednak do tej pory thrillery Cobena znałam tylko ze słyszenia. Właściwie to nawet było mi wstyd, że nie poświęciłam temu pisarzowi ani chwili uwagi, choć Bez skrupułów i Nie mów nikomu, kupione kiedyś na wyprzedaży, zalegają na mojej półce od bardzo dawna. Gdy więc w moje ręce trafiła najnowsza powieść mistrza suspensu, jednego z najpopularniejszych na świecie autorów thrillerów i zdobywcy prestiżowych nagród, zatytułowana Już mnie nie oszukasz, postanowiłam sprawdzić, czy i mnie Coben, o którym słyszałam wiele dobrego, zachwyci pomysłami i warsztatem pisarskim. Czy tak się stało? Otóż niezupełnie, choć to bez wątpienia dobra książka.

Maya Burkett to kobieta, którą niełatwo złamać. Nieustraszona, silna, skłonna do najwyższych poświęceń, gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo najbliższych. Była oficer sił specjalnych, która niedawno powróciła do domu z misji w Iraku. Pilotowała śmigłowiec, walcząc w obronie ojczyzny, jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Konsekwencje popełnionych na polu walki błędów będą się za nią ciągnąć jeszcze bardzo długo. W swoim życiu Maya widziała zbyt wiele krwi i martwych ciał, by jej psychika pozostała nienaruszona. Nic więc dziwnego, że śmierć ukochanej siostry oraz morderstwo Joego, męża Mai, sprawiły, że jej ustatkowane życie rozsypało się w gruzy.

Gdy pewnego dnia zamontowana w domu Mai ukryta kamera, mająca śledzić zachowanie opiekunki jej dwuletniej córki, nagrywa filmik z udziałem bawiącej się dziewczynki i jej ojca, Maya zaczyna się obawiać, że popadła w obłęd. Przecież Joe został brutalnie zamordowany dwa tygodnie wcześniej… i to na jej oczach! Czy to początki choroby psychicznej, w której pobrzmiewają echa wojennych zbrodni? Wytrącona z równowagi kobieta zastanawia się nad tym, co przed chwilą zobaczyła. Trudno jej uwierzyć w to, co widziała, bo to by przecież oznaczało, że Joe żyje… Co to więc było? Aby znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, Maya musi uporać się z mrocznymi tajemnicami własnej przeszłości. Gdy tego dokona, będzie zmuszona stawić czoła nieprawdopodobnej i niekoniecznie przyjemnej prawdzie o sobie i swojej rodzinie. Czy Joe rzeczywiście żyje, czy też jego wizerunek na nagraniu to efekt podejmowanych przez niepogodzoną ze śmiercią męża żonę rozpaczliwych prób przywrócenia ukochanego do świata żywych?

20170128_coben(1)Recenzowaną tu powieść Cobena z czystym sumieniem mogę oceniać wyłącznie jako książkę z gatunku thrillera. Nie wiem, jak oceniłabym Już mnie nie oszukasz na tle innych powieści Harlana Cobena, ponieważ – jak już wspomniałam – to moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem. Jeśli chcecie dostać rzetelną ocenę, musicie sięgnąć do recenzji miłośników pisarstwa tego amerykańskiego autora, którzy – znając jego prozę jak własną kieszeń – będą w stanie określić, czy ten dreszczowiec zasługuje na słowa uznania czy krytyki. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że Coben nie skradł mojego serca, choć jego książkę czytało mi się dobrze. Nie twierdzę, że Już mnie nie oszukasz jest powieścią słabą i przewidywalną. W żadnym wypadku! Zakończenie, przez zagraniczną krytykę uważane za jedno z lepszych w dorobku Cobena, pewnie wielu z Was zaskoczy, bo kto by się spodziewał, że… Spokojnie, tego oczywiście Wam nie zdradzę. Przekonacie się o tym sami, gdy zdecydujecie się poznać historię Mai. Zaletą powieści, prócz tego, że szybko się ją czyta, jest to, że wszystkie na pozór niepowiązane wątki w odpowiednim momencie łączą się w całość, odkrywając mroczną przeszłość wielu bohaterów.

Na koniec wypadałoby pewnie odpowiedzieć na pytanie, czy po lekturze Już mnie nie oszukasz sięgnę po pozostałe powieści Cobena. Niewykluczone, choć raczej nie nastąpi to w najbliższej przyszłości, bo zbyt wiele lektur czeka w kolejce, abym mogła pozwolić sobie na eksperymentowanie z prozą autora cyklu o Myronie Bolitarze. Cobena jednak nie skreślam, ponieważ pozytywne opinie na jego temat nie pozwalają mi na tak lekkomyślny ruch. Z niecierpliwością wyczekuję zatem recenzji pozostałych czytelników, które będą dla mnie cenną wskazówką w sytuacji, gdy będę rozważać lekturę jakiegoś thrillera Harlana Cobena. Nie rozpisując się dłużej, wspomnę może o planowanej ekranizacji Już mnie nie oszukasz. Jeśli wiadomość o filmie na podstawie tego thrillera jakimś cudem do Was jeszcze nie dotarła, to spieszę z informacją, że rzeczywiście powstanie film. W rolę głównej bohaterki wcieli się Julia Roberts, która będzie również współproducentką filmu.

A jak jest z Wami? Lekturę nowej powieści Cobena macie już za sobą czy dopiero planujecie sięgnąć po Już mnie nie oszukasz? Podzielcie się wrażeniami! :)

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Sprawa samotnej dziedziczki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawasamotnejAutor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa samotnej dziedziczki

Tytuł oryginalny: The Case of the Lonely Heiress

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 222

——————————————————————————————————————————–

Każde morderstwo jest jak układanka (…) Wystarczy tylko ułożyć wszystkie elementy. Jeśli znajdziesz rozwiązanie, wszystko układa się w logiczną całość. Jeśli któryś z elementów nie pasuje, to znaczy, że nie znalazłeś właściwego rozwiązania (s. 215)

   Spokojnie można by się pokusić o stwierdzenie, że wszystkie powieści Erle’a Stanleya Gardnera, twórcy jednego z najsłynniejszych adwokatów, są takie same albo przynajmniej do złudzenia podobne. Kolejne lektury z cyklu o Masonie tę tezę potwierdzają. Kryminały Gardnera zawsze podporządkowane są temu samemu schematowi: autor, niczym dramaturg, już na początku przedstawia nam listę osób biorących udział w przedstawieniu. Prócz Perry’ego Masona znajdziemy tu oczywiście również Dellę Street, jego zaufaną sekretarkę, oraz Paula Drake’a, szefa współpracującej z kancelarią Masona agencji detektywistycznej. Do tych trzech głównych postaci dochodzą jeszcze inne, dobrze nam znane z pozostałych książek Gardnera, jak np. porucznik Tragg, sierżant Holcomb lub Gertie, recepcjonistka Masona. Nieco później poznajemy bohaterkę, oskarżoną o morderstwo pierwszego stopnia przyszłą klientkę Perry’ego, i niezależnie od okoliczności na końcu i tak lądujemy na sali rozpraw, gdzie Mason czuje się jak ryba w wodzie.

   Do kancelarii Masona przychodzi Robert Caddo, wydawca magazynu dla samotnych serc. Oskarżany o fałszowanie ogłoszeń matrymonialnych mężczyzna prosi adwokata, by znalazł dowody na to, że anons niejakiej Marilyn Marlow, samotnej dziedziczki, która rzekomo poszukuje bratniej duszy, jest autentyczny. Mason wykonuje zlecenie klienta, jednak to nie koniec jego związku ze sprawą panny Marlow. Okazuje się, że kobieta odziedziczyła niedawno ogromny majątek, należący wcześniej do jej tragicznie zmarłej matki, która to otrzymała spadek po swym pracodawcy, George’u Endicotcie. Krewni testatora upierają się, że ostatnia wola Endicotta została sfałszowana, i gotowi są zrobić wszystko, by to udowodnić. Jedyną ich nadzieją jest Rose Keeling, kobieta, która rzekomo była świadkiem podpisania testamentu przez umierającego mężczyznę. Rose zeznała wprawdzie, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, ale ze słów Marilyn Marlow wynika, że teraz zamierza zmienić swoje zeznania. Gdy Rose zostaje zamordowana, podejrzenie automatycznie pada na pannę Marlow. Oczywiste jest, że na śmierci Keeling to ona skorzystałaby najbardziej… Perry Mason choć nie wie, czy może Marilyn zaufać, podejmuje się jej obrony. Nie po raz pierwszy dla dobra swego klienta będzie musiał sporo zaryzykować. Ma świadomość, że w najlepszym wypadku może zostać oskarżony o fałszowanie dowodów, w najgorszym – o współudział. Ale czy gra rzeczywiście warta jest świeczki? Czy Marilyn Marlow naprawdę jest niewinna? I co z testamentem Endicotta?

   Sprawa samotnej dziedziczki jest niezłą książką, choć daleko jej do najlepszych powieści z liczącego przeszło 80 książek cyklu, którego głównym bohaterem jest prawnik Perry Mason. Zakończenie powieści może być dla nas oczywiście sporym zaskoczeniem, ponieważ Gardner co i raz umiejętnie podsuwa nam fałszywe tropy. Do ostatnich rozdziałów książki usilnie zastanawiamy się, czy oskarżona o morderstwo klientka Masona rzeczywiście jest niewinna, a jeśli tak, to kto zabił Rose Keeling. W tej powieści Gardner wprawdzie po raz kolejny udowadnia, że Mason jest prawnikiem wybitnym, gotowym w pełni zaangażować się w prowadzoną sprawę, ale jednocześnie pokazuje, że jak wszyscy inni jest on tylko człowiekiem – nie zawsze nieomylnym i nie zawsze tak sprytnym, jak mu się wydaje. Przyjemna lektura, choć fajerwerków proszę się nie spodziewać. Fani Masona mogą być nieco rozczarowani, co jednak nie znaczy, że nie można tej książce poświęcić kilku godzin lektury.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
archiwum własne (skan okładki)

„Igrając z ogniem”, Tess Gerritsen [recenzja]

466930-352x500Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Igrając z ogniem

Tytuł oryginalny: Playing with Fire

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 320

——————————————————————————————————————————–

Igrając z ogniem to książka unikatowa w dorobku Tess Gerritsen, trudno ją bowiem porównać do jakiejkolwiek innej powieści autorki Chirurga. Pewnym – w miarę uzasadnionym – skojarzeniem może być Ogród kości, gdzie również mogliśmy śledzić dwie historie: jedną z przeszłości i jedną współczesną. Co ciekawe, bohaterka Igrając z ogniem ma na imię tak samo jak protagonistka Ogrodu kości. To jednak, jak sądzę, zwykły zbieg okoliczności, Julia Ansdell poza imieniem i uporem, by rozwiązać zagadkę z przeszłości, ma bowiem niewiele wspólnego z Julią Hamill.

ztessgerritsenChociaż książkę Igrając z ogniem zakupiłam 3 czerwca 2016 roku podczas zorganizowanego przez Wydawnictwo Albatros i Empik spotkania z Tess Gerritsen, to jednak dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na jej lekturę. Fakt, że na pierwszej stronie widnieje dedykacja wpisana przez autorkę, nie tylko napawał mnie dumą i zadowoleniem, lecz także sprawił, że z jeszcze większą chęcią sięgnęłam po tę powieść, znając już z wypowiedzi samej Gerritsen genezę Incendio i historii opowiedzianej w Igrając z ogniem.

Julia Ansdell, amerykańska skrzypaczka, podczas pobytu w Rzymie w jednym z antykwariatów kupuje sobie na pamiątkę książkę z cygańskimi melodiami. Wewnątrz zbioru kobieta odnajduje zapis nutowy utworu pt. Incendio, którego kompozytorem był tajemniczy mieszkaniec Wenecji, L. Todesco. Zafascynowana niezwykłym znaleziskiem Julia po powrocie do domu nie może się doczekać momentu, w którym zagra ten bardzo trudny utwór. Gdy to wreszcie następuje, z jej trzyletnią córką zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dziewczynka wpada w szał i morduje kota. Po tym mrożącym krew w żyłach zdarzeniu następują jednak kolejne tak samo niepokojące. Czy to możliwe, by Incendio, zwykły utwór muzyczny, był w stanie wywołać w trzylatce aż tak wielką agresję? Przerażona zachowaniem Lily Julia szuka pomocy u lekarzy, którzy twierdzą, że z jej córką wszystko jest w porządku. Kobieta nie tylko coraz bardziej boi się trzylatki, lecz także sądzi, że dziwne zachowanie Lily ma związek z tajemniczym utworem, czym zaczyna przerażać męża i bliskich, którzy sugerują, by poddała się leczeniu psychiatrycznemu. Julia nie chcąc trafić do domu wariatów, postanawia wybrać się do Wenecji, gdzie przed laty mieszkał Lorenzo Todesco. Kobieta wierzy, że tylko poznając historię Incendio, zdoła przekonać bliskich, że nie zwariowała. Co takiego ma w sobie ta melodia, że wyzwala w ludziach ogień? Kim był jej kompozytor i co się z nim stało? Odpowiedzi na te pytania szukajcie na kartach powieści.

Muszę przyznać, że podczas lektury marzyło mi się, by usłyszeć ogniste dźwięki Incendio. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę żałowałam, że nie znam się na muzyce, nie rozumiem fachowej terminologii i nie potrafię sobie wyobrazić diabelskiej mocy tego walca. Na szczęście możemy wysłuchać skomponowanego przez Gerritsen na potrzeby książki Incendio w wersji fortepianowej: tu utwór gra sama autorka

lub skrzypcowej:

Dzięki temu bez znajomości nut, tonacji i wszystkiego, co z muzyką związane, jesteśmy w stanie zachwycić się tym utworem.

Ogromnym atutem Igrając z ogniem są informacje, które dzięki lekturze książki możemy nabyć na temat mającego miejsce w okresie II wojny światowej Holokaustu. Na przykładzie Włoch Gerritsen ukazała mechanizm przymusowych deportacji Żydów przez władze faszystowskie do niemieckich obozów zagłady zlokalizowanych m.in. w naszym kraju, w których miliony niewinnych ludzi czekała śmierć. Prześladowania europejskich Żydów to temat trudny, choć nieraz powracający w twórczości różnych pisarzy. Zamieszczona na końcu książki nota historyczna porządkuje fakty i dopowiada to, czego czytelnicy mogli nie wychwycić podczas lektury powieści. Dzięki temu książka, podobnie jak wspomniany na początku Ogród kości, w którym Gerritsen dostarczyła nam wielu ciekawych informacji z dziedziny medycyny i praktyk stosowanych w 1. połowie XIX wieku, pełni funkcję nie tylko ludyczną, lecz także poznawczą.

Podsumowując, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że najnowsza powieść Tess Gerritsen to książka znacznie różniąca się od poprzednich dzieł autorki. Igrając z ogniem trudno nazwać thrillerem w ścisłym tego słowa znaczeniu, to raczej mieszanka romansu, powieści historycznej i thrillera (mamy wszak tajemnicę, napięcie i niepewność). Intryga przedstawiona na początku powieści rozbudziła moje zainteresowanie i nadzieje na jakiś spektakularny koniec. I choć zakończenie jest zaskakujące, to jednak czuję pewien niedosyt, ponieważ jest bardziej racjonalne, niż się spodziewałam. Niemniej jednak warto tej książce poświęcić trochę uwagi, chociażby po to, by przekonać się, jak wszechstronną pisarką jest Tess Gerritsen, potrafiąca również tworzyć historie inne niż te, które znamy z jej thrillerów medycznych. Jeśli jednak wolicie coś bardziej w stylu cyklu Rizzoli & Isles, tę powieść raczej sobie odpuśćcie, by niepotrzebnie nie uprzedzić się do twórczości Gerritsen.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Sprawa mądrych małp”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawa-madrych-malp-b-iext3718091Autor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa mądrych małp

Tytuł oryginalny: The Case of the Mythical Monkeys

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 202

——————————————————————————————————————————–

Nie wiem, co jeszcze mógłby pan zeznać, ale mam nadzieję, że to pomoże mojej klientce, ponieważ w przeciwnym wypadku zrobię z pana mordercę (s. 165)

Ze stworzonym przez Erle’a Stanleya Gardnera Perrym Masonem spotykam się od dawna, podobnie zresztą jak z Dellą Street i Paulem Drakiem. Sprawa mądrych małp to kolejna okazja, by jeszcze lepiej poznać bohaterów i przeżyć fascynującą przygodę.

Gladys Doyle jest sekretarką Mauvis Niles Meade, ekscentrycznej pisarki, której sławę przyniosło napisanie powieści erotycznej. Panna Doyle na polecenie swej pracodawczyni wybiera się do kurortu narciarskiego, gdzie ma się spotkać z człowiekiem z branży filmowej, by omówić szczegóły kontraktu. Wracając z wyjazdu Gladys, w celu ominięcia gigantycznych, niedzielnych korków, ma posłużyć się skrótem, o którym opowiedziała jej szefowa. Pech jednak chce, że samochód dziewczyny grzęźnie w błocie. Na szczęście zmarzniętej i przemoczonej do suchej nitki Gladys udaje się trafić do górskiej chatki, w której przebywa burkliwy młody mężczyzna. John, bo tak się podobno nazywa, z niechęcią zgadza się, by turystka wzięła prysznic i odpoczęła po wrażeniach minionego dnia. Po przebudzeniu sekretarka odkrywa, że niemiły gospodarz zniknął, a w pokoju obok pojawiły się zwłoki, tyle że nie Johna, a jakiegoś nieznajomego mężczyzny. Gladys wpada w panikę i w popłochu ucieka z chaty. Wcześniej jednak dotyka broni, na której – rzecz jasna – pozostawia odciski palców. Nie wiedząc, co robić, zgłasza się do najlepszego adwokata, jakiego zna. W ten sposób Mason zyskuje klientkę i ściąga na siebie kłopoty, ponieważ zebrane przez policję dowody zdają się przesądzać, że to właśnie Gladys zabiła tajemniczego mężczyznę. Ona jednak wszystkiego się wypiera. Perry wie, że aby wyjaśnić zagadkę znalezionego na miejscu zbrodni szala z przysłowiowymi trzema małpkami, które nie widzą, nie słyszą i nie głoszą zła, będzie musiał balansować na granicy prawa i bezprawia. Wszystko wyjaśni się na sali sądowej w czasie rozprawy wstępnej. Kto zwycięży: agresywny i kąśliwy niczym pitbull prokurator okręgowy czy cwany adwokat, który dla klienta gotów jest zrobić wszystko? Kto wyłoży na stół asa i zgarnie wygraną?

Powieść pt. Sprawa mądrych małp nie odbiega schematem od pozostałych kryminałów E. S. Gardnera. Autor, niczym dramaturg, już na początku przedstawia nam listę osób biorących udział w przedstawieniu. Potem poznajemy bohaterkę, oskarżoną o morderstwo pierwszego stopnia przyszłą klientkę Masona, i niezależnie od okoliczności na końcu i tak lądujemy na sali rozpraw. Nie nazwałabym tej książki wybitną, ale z pewnością jest to lekka, niewymagająca lektura, po którą warto sięgnąć, gdy szuka się czegoś niezobowiązującego. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubi się Masona i jego oddanych współpracowników. Perry znów zniewala swoim sprytem i umiejętnością wykorzystywania luk w prawie. Wadą powieści jest jednak to, że zbyt wcześnie można się domyślić rozwiązania zagadki, co psuje nieco efekt końcowy i osłabia wrażenie, jakie ta książka wywarłaby na czytelniku, gdyby zakończenie było zaskakujące. Niemniej na powieści Gardnera zawsze warto znaleźć czas, tylko nie miejcie zbyt wygórowanych oczekiwań, bo się rozczarujecie. Polecam!

monkeys1

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com

„Sprawa niebezpiecznej wdówki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

eb2db16678126c662e29d0ad71a700ecAutor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa niebezpiecznej wdówki

Tytuł oryginalny: The Case of the Dangerous Dowager

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 200

——————————————————————————————————————————–

Aha, wykombinowałeś rewelacyjny plan. Już to widzę – otrzemy się o więzienie stanowe, jeśli szczęście nam dopisze, a jeśli nie, skończymy w charakterze trupów albo skazańców (s. 13).

Mając za sobą lekturę co najmniej kilkunastu powieści z cyklu o Perrym Masonie, muszę przyznać, że Sprawa niebezpiecznej wdówki nie jest najwybitniejszym dziełem Erle’a Stanleya Gardnera. Autor wodzi wprawdzie czytelników za nos, rzucając informacje, które sprawiają, że czytający zmienia kilkakrotnie swój typ, brakuje tu jednak tempa, rosnącego napięcia i tego czegoś, co sprawia, że opowiedziana historia jest tak interesująca, że nie sposób się od niej oderwać. Szczerze mówiąc, niewiele się tutaj dzieje, a uknuta przez Gardnera intryga nie jest chyba aż tak wciągająca, jak miało to miejsce w przypadku kilku innych jego powieści. Z drugiej jednak strony każde kolejne spotkanie z tak wybitnym umysłem i sprytnym adwokatem jak Perry Mason, który dodatkowo odznacza się zamiłowaniem do pracy detektywistycznej, jest dla sympatyków tego bohatera niezwykłą przyjemnością, co sprawia, że na pewne niedociągnięcia i usterki można przymknąć oko.

W kancelarii Perry’ego Masona zjawia się zamożna wdowa, która zleca prawnikowi wykupienie od właścicieli pływającego kasyna skryptów dłużnych wystawionych przez jej wnuczkę, Sylvię Oxman. Kobieta jest przekonana, że mąż Sylvii będzie chciał je wykorzystać w sprawie rozwodowej jako dowód, że jego żona to nałogowa hazardzistka, która nie potrafi rozsądnie gospodarować własnymi pieniędzmi. Klientka Masona, Matilda Benson, obawia się, że z racji swojej słabości jej wnuczka utraci prawo do opieki nad dzieckiem i przysługującą jej córce częścią funduszu powierniczego. Po namowach ze strony Benson Mason ostatecznie zgadza się podjąć tego zadania. W tym celu udaje się do zlokalizowanego poza strefą dwunastu mil Rogu obfitości, gdzie za sprawą pewnego fortelu spotyka się z jego właścicielami. Wkrótce jednak sprawy się komplikują i to na pozór banalne zadanie okazuje się prawdziwym wyzwaniem. Mason odkrywa, że Sam Grieb, jeden z właścicieli, nie żyje, a Sylvia Oxman była na miejscu zbrodni. Prawnik robi, co może, by chronić swoją klientkę, ale w ten sposób ściąga na siebie kłopoty. Grozi mu proces o morderstwo, współudział w morderstwie lub – w najlepszym przypadku – o poplecznictwo. Policja tymczasem staje na głowie, by doprowadzić słynnego adwokata przed federalną ławę przysięgłych. Ukrywając się przed funkcjonariuszami wymiaru sprawiedliwości, Mason na własną rękę musi odkryć tożsamość zabójcy lub zabójczyni. Czy za śmierć Grieba odpowiedzialna jest Sylvia, czy może po prostu znalazła się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu? Czy motywem zabójstwa były wspomniane weksle czy też coś zupełnie innego? I co najważniejsze: czy to w ogóle było zabójstwo?

Na wszystkie te pytania odpowiedzi będzie szukał Perry Mason, w którego interesie własnym leży rozwiązanie zagadki. W poszukiwaniach będą mu oczywiście pomagać jego stali współpracownicy, czyli niezastąpiona sekretarka, Della Street, oraz właściciel agencji detektywistycznej, Paul Drake.

Jak wspomniałam na początku, nie jest to najlepsza z powieści w dorobku E. S. Gardnera. Nie jest to również typowa powieść sądowa, jak często zwykło się określać kryminały z realiami prawniczymi w tle. Tym razem dla odmiany akcja w ogóle nie rozgrywa się na sali sądowej, co może być pewnym zaskoczeniem. Powieść, jak przystało na książki Gardnera, czyta się szybko, mimo iż niewiele się dzieje. Ogółem można po Sprawę niebezpiecznej wdówki sięgnąć, choć osobiście poleciłabym raczej kilka innych powieści z cyklu o Masonie. Gardner ma w swoim dorobku lepsze pozycje i to od nich warto zacząć znajomość ze słynnym adwokatem i jego przygodami.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://dedalus.pl