„Dziewczyna z Brooklynu”, Guillaume Musso [recenzja]

d_3917Autor: Guillaume Musso

Tytuł: Dziewczyna z Brooklynu

Tytuł oryginalny: La fille de Brooklyn

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Joanna Prądzyńska

Liczba stron: 368

——–

Nic bardziej nas nie szarpie niż wspomnienie przegapionych okazji i zapach szczęścia, któremu pozwoliliśmy umknąć. (s. 222)

Guillaume Musso. Miłośniczki prozy obyczajowej nie wyobrażają sobie rynku wydawniczego bez książek popularnego francuskiego pisarza. O zachwycającym Musso i ja nie raz słyszałam, a jednak nigdy nie miałam ani okazji, ani wystarczających chęci, by sięgnąć po którąś z jego powieści. Dziewczyna z Brooklynu jest więc moim pierwszym spotkaniem z twórczością Francuza i bez wahania mogę powiedzieć, że to spotkanie bardzo udane.

Raphaël Barthélémy jest wziętym pisarzem. Od kilku miesięcy spotyka się z Anną Becker, stażystką w paryskim szpitalu, gdzie oboje się poznali. Podczas romantycznej podróży na Lazurowe Wybrzeże Raphaël, którego męczy tajemniczość narzeczonej, przypiera ją do muru pytaniami o jej przeszłość. Po burzliwej kłótni dziewczyna wyjmuje z torebki tablet, na którego ekranie widnieje przerażające zdjęcie. Na jego widok Raphaël odchodzi bez słowa. Po 20 minutach wraca do hotelu, jednak Anny już nie ma. Raphaël jedzie za nią do Paryża, tam jednak okazuje się, że ślad po niej zaginął. Mężczyzna wraz z najbliższym przyjacielem, emerytowanym inspektorem policji, zaczyna jej szukać. Poszukiwania okazują się dużo bardziej skomplikowane, niż obaj początkowo myśleli. W wyniku prywatnego dochodzenia wychodzi na jaw, że Anna nie jest wcale tą osobą, za którą się podawała.

Opis fabuły może nie wskazywać na szalenie wciągającą książkę, a jednak historia tytułowej dziewczyny z Brooklynu i chęć odkrycia prawdy o Annie nie pozwalają ani na chwilę przerwać czytania. I nawet jeśli Musso do tej pory tworzył powieści z przeważającym wątkiem obyczajowym, to tym razem stworzył pełnokrwisty thriller, w którym aż roi się od sekretów, zbrodni i kłamstw. Czyta się to szybko i z naprawdę rosnącym zainteresowaniem, co zawdzięczamy przede wszystkim szkatułkowej czy też matrioszkowej fabule. Spokojnie możemy nazwać Musso mistrzem konstruowania intrygi z iście zegarmistrzowską precyzją. Rzadko się bowiem zdarza, by rozwiązanie jednej zagadki, znalezienie jednej odpowiedzi wywoływało deszcz pytań. A tak właśnie wygląda to u Guillaume’a Musso w jego Dziewczynie z Brooklynu. Każda zdobyta odpowiedź zamiast przybliżać oddala od prawdy.

1501971228892

Co jest najciekawsze i najbardziej intrygujące w tej książce? Postać Anny. Mówi się o niej w zasadzie nieustannie, to ona jest tytułową dziewczyną z Brooklynu, a jednak w książce prawie w ogóle nie występuje. W wyniku poszukiwań dwóch głównych bohaterów, Raphaëla i Marca, docierają do nas sprzeczne, fragmentaryczne informacje na temat przeszłości Anny. Na ich podstawie powstaje w zależności od sytuacji mniej lub bardziej wyraźny portret tajemniczej kobiety, która fascynuje i przeraża zarazem.

Najnowsza powieść Musso pokazuje, że czasem jedno błahe wydarzenie może pociągnąć za sobą szereg nieprzewidzianych konsekwencji. Niczym reakcja łańcuchowa, niczym efekt domina. Mozolnie budowana miesiącami relacja w jednej chwili rozpada się na wzór domku z kart. Wystarczyło jedno – na pozór niewinne – pytanie, by spowodować prawdziwą katastrofę. Nie na darmo mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Historia Raphaëla, historia jego gorączkowych poszukiwań pokazuje, że czasem lepiej wiedzieć mniej. W ten sposób możemy oszczędzić sobie i swoim bliskim niepotrzebnego cierpienia. Współczesny świat forsuje zasadę, że w związku nie może być żadnych tajemnic. Skoro jesteśmy parą, to musimy wiedzieć o sobie dosłownie wszystko. A jednak historia Anny i Raphaëla zdaje się sugerować, że są prawdy, których czasem lepiej nie znać.

Plusem Dziewczyny z Brooklynu może być również jej kompozycja. I nie chodzi mi tylko o dwa typy narracji, które pojawiają się w książce. Bardzo charakterystyczne są również liczne retrospekcje. Rozdziały poświęcone wydarzeniom teraźniejszym przeplatają się z tymi opowiadającymi o wydarzeniach sprzed lat. Nie wiem, czy taki jest styl Guillaume’a Musso, nie znam przecież jego twórczości, ale ten zabieg – często z powodzeniem wykorzystywany przez autorów thrillerów – sprawdza się doskonale.

Dziewczyna z Brooklynu to dobra powieść, w której suspens gra zdecydowanie pierwsze skrzypce. Książka Musso jest pozycją godną polecenia, jeśli lubicie pełne napięcia historie, w których celem bohaterów jest dotarcie do głęboko skrywanej prawdy. Moje dobre wrażenia po lekturze najnowszej powieści Musso, a także doskonałe komentarze czytelniczek pod adresem jego wcześniejszych książek sprawiają, że prawdopodobnie w przyszłości sięgnę po którąś z powieści popularnego Francuza. Są chyba tego warte. Polecam.

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Siódemka”, Erica Spindler [recenzja]

micki-dare-tom-1-siodemka-b-iext49353110Autor: Erica Spindler

Tytuł: Siódemka

Tytuł oryginalny: The Final Seven

Wydawnictwo: Edipresse Książki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Liczba stron: 320

——–

Dobro i zło to awers i rewers jednej monety. Wszystkie inteligentne i obdarzone wolną wolą stworzenia mają zdolność czynienia zarówno jednego, jak i drugiego. (s. 258)

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowego thrillera Eriki Spindler, szalenie się ucieszyłam, bo to w końcu jedna z moich ulubionych autorek. Gdybym miała polecić komuś dobry thriller, to z pewnością zaproponowałabym, by przeczytał którąś z powieści Spindler. To bardzo solidne thrillery, często z wątkiem miłosnym, które z reguły koncentrują się na pilnie skrywanych rodzinnych sekretach. I naprawdę trzymają w napięciu. Krwawe wino, Dotyk strachu, Ślepa zemsta i Labirynt Białego Królika to jedne z lepszych pozycji w dorobku amerykańskiej pisarki. Książki tej autorki na polskim rynku ukazywały się do tej pory nakładem trzech wydawnictw: najpierw powieści Spindler wydawała Mira, będąca oddziałem HarperCollins, potem Burda Książki, teraz zaś wziął się do tego Edipresse Książki. I ta trzecia odsłona wypada zdecydowanie najgorzej. Otwierająca cykl o nazwie Strażnicy Światła Siódemka jest bowiem książką tak złą, że aż brak mi słów.

Pierwsza sobota lipca. Zaginiona kobieta. Siódemka wyryta na drzwiach jej domu. Rozpoczęło się odliczanie… –  taki opis może zaintrygować i sprawić, że zdecydujemy się po tę książkę sięgnąć. Może również sprawić, że nasze oczekiwania staną się tak wygórowane, że opowiadana historia nie zdoła im sprostać.

Detektyw Micki Dare to doświadczona i zasadnicza policjantka. Nie potrzebuje partnera, a już zwłaszcza tak przemądrzałego i pewnego siebie flirciarza jak agent FBI Zach Harris, który dopiero co ukończył eksperymentalny program szkoleniowy o nazwie Szóstki. Szóstki wyróżniają się tym, że mają… szósty zmysł, który pomaga im dotrzeć do informacji, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Zadanie Micki ma polegać na czuwaniu nad bezpieczeństwem Zacha, podczas gdy on będzie ścigał przestępców, wykorzystując swoje szczególne zdolności. Micki, bardzo sceptycznie nastawiona do swojego nowego partnera, najchętniej posłałaby go w kosmos, musi jednak wykonywać polecenia przełożonych, nawet jeśli uważa, że to marnowanie czasu, który można by poświęcić prawdziwej policyjnej robocie.

Wkrótce jednak uświadamia sobie, że jej partner potrafi coś więcej, niż tylko czarować swoim wyglądem i elokwencją i właściwie zyskuje przy bliższym poznaniu. Dociera też do niej, że gra toczy się o stawkę wykraczającą poza zwykłe rozwiązywanie zagadek i łapanie złoczyńców. Czai się bowiem nowy rodzaj zła, przebieglejszego niż wszystko, z czym Micki miała do tej pory do czynienia. Niewykluczone, że ona i Zach są jedynymi osobami, które mogą je powstrzymać. Kiedy znika kolejna dziewczyna, a ciemność zacieśnia krąg, Micki zdaje sobie sprawę z przerażającej prawdy: że jednak może się nie udać. Tym razem zło, któremu stawiają czoło, może zniszczyć ich wszystkich…

Fabuła jeśli nawet przy takim opisie brzmi intrygująco, to w rzeczywistości prezentuje się zdecydowanie gorzej. Thriller Spindler koncentruje się wokół dwóch głównych postaci: nieustraszonej detektyw Micki Dare oraz agenta FBI Zacha Harrisa. Ich duet śledczy to iście wybuchowa mieszanka, która przez całą powieść wyjątkowo męczy i irytuje. Nie dość, że bohaterowie dysponują nadprzyrodzonymi siłami, to jeszcze są ludźmi, których po prostu nie sposób polubić. Do tej pory Spindler nie bawiła się w tworzenie wielotomowych cykli, w których pojawialiby się ci sami bohaterowie. Co najwyżej zdarzało się, że poszczególne bohaterki (np. Stacy Killian, Kitt Lundgren, Mary Catherine Riggio) występowały w dwóch, trzech książkach. Muszę przyznać, że jestem wielką fanką wszelkiego rodzaju cykli. Łatwo zżywam się z bohaterami, których losy mogę śledzić przez wiele tomów. Serie autorstwa Tess Gerritsen (cykl o Rizzoli i Isles), J.T. Ellison (cykl o Taylor Jackson) czy Alex Kavy (cykl o Maggie O’Dell) to cykle, które od lat śledzę z zapartym tchem. Jest jednak pewien warunek – muszę polubić głównego bohatera. Jeśli bohater nie przypadnie mi do gustu już w pierwszym tomie, to nie ma szans, bym sięgnęła po kolejne części, niezależnie od tego, jak ciekawa będzie się wydawać ich fabuła.

1497951742318

Życie rządzi się zasadami. Istnieją pewne granice, których nie należy przekraczać. (s. 169)

Na okładce nowej książki Spindler możemy przeczytać, że to „pełen zaskakujących zwrotów akcji i dramatycznych zdarzeń thriller”. Wydawca tej niezwykle dziwnej książki zapewnia, że „Siódemka to lektura, od której nie sposób się oderwać”, bo „wciąga i trzyma w napięciu aż do ostatniej strony”. Ten, kto przeczytał tę powieść, bez wahania chyba przyzna, że w tych dwóch zdaniach nie ma ani grama prawdy. No chyba że ktoś lubi, gdy bohaterowie poprzez dotyk przekazują sobie energię… Szczerze mówiąc, trudno mi nawet uwierzyć, że to rzeczywiście książka autorstwa Eriki Spindler. Czytałam wszystkie thrillery tej pisarki i żaden, podkreślam, żaden nie był tak słabą pozycją. Żaden mnie tak nie zmęczył i żaden mnie aż tak nie rozczarował. Nie mogę zatem zrobić nic innego, jak tylko zdecydowanie odradzić Wam sięgnięcie po tę książkę. To przedziwny thriller, który męczy i rozczarowuje. Infantylny język głównych bohaterów, nadnaturalne zdolności, mordercze, niematerialne istoty widzialne tylko dla garstki osób, ludzie potrafiący przekazywać sobie energię za pomocą dłoni, a w dodatku jeszcze świecący w ciemności, i niezbyt interesująca intryga to elementy, które czynią tę książkę naprawdę nieznośną. Jedynym plusem są krótkie rozdziały, dzięki którym czyta się Siódemkę dość szybko. Ale szybko nie znaczy przyjemnie! Przeszkadzał mi jednak niestandardowy rozmiar książki, która nie tylko nie chciała się zmieścić do mojej torebki, ale i niezbyt ładnie komponuje się z innymi książkami z mojej domowej biblioteczki. Z bólem serca odradzam tę powieść nawet fanom Eriki Spindler. Szkoda czasu i pieniędzy. Założę się, że nawet fani science fiction mogliby się czuć zawiedzeni. Ta książka to żart i to niestety niezbyt zabawny…

 Moja ocena: 2/10

Źródło okładki: 
http://www.empik.com

„Lokatorka”, J.P. Delaney [recenzja]

lokatorka_500Autor: J.P. Delaney

Tytuł: Lokatorka

Tytuł oryginalny: The Girl Before

Wydawnictwo: Otwarte

Tłumaczenie: Mariusz Gądek

Liczba stron: 460

——–

Lokatorka to dobrze zapowiadający się thriller z ciekawym pomysłem na fabułę, który w rzeczywistości okazuje się książką przyjemną w lekturze, ale zarazem dość przewidywalną i wcale nie tak intrygującą i wciągającą, jakbyśmy tego chcieli. Tego uczucia nieustannego niepokoju, ucisku w klatce piersiowej, ściśniętego gardła i wypieków na twarzy brakowało mi najbardziej. Przeglądając pojawiające się w sieci recenzje, zastanawiam się, czy nie stałam się przypadkiem zbyt wymagającą czytelniczką, która nie zadowala się książką dobrą, która oczekuje czegoś więcej. Lubię literaturę z dreszczykiem, ale w ostatnim czasie nie miałam okazji czytać naprawdę trzymającego w napięciu, wstrząsającego thrillera psychologicznego, który na długo pozostałby w mojej pamięci. Oczywiście Lokatorka jest powieścią o niebo lepszą od thrillera Pauli Hawkins, nad którym nie tak dawno bardzo się pastwiłam. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie drugą tak przeciętną powieść jak Zapisane w wodzie, książka szalenie nudna i nieciekawa. Myślałam jednak, że powieść J.P. Delaneya okaże się czymś ciut lepszym.

Emma Matthews już nie mieszka przy Folgate Street 1 w londyńskiej dzielnicy Hendon, na jej miejsce wprowadza się samotna Jane Cavendish. Obie lokatorki, obecna i była, są do siebie bardzo podobne i to zarówno pod względem wyglądu, jak i prawdziwych potrzeb. Okazuje się, że łączy je nie tylko kolor włosów, oczu i rysy twarzy, lecz także pragnienie rozpoczęcia wszystkiego od nowa, zupełnie od zera. Obie bowiem przeżyły coś, o czym jak najszybciej chciałyby zapomnieć. Obie pragną odciąć się od bolesnej przeszłości i rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela, apodyktycznego Edwarda Monkforda, nietuzinkowego architekta, właściciela Monkford Partnership, ale wydaje się idealne do porządkowania życiowego chaosu. Minimalistyczny styl mieszkania może być kluczem do sukcesu. Kobiety łączy jednak coś jeszcze – enigmatyczna więź z właścicielem apartamentu. Gdy po pewnym czasie obok pożądania pojawia się niepewność i niepokój, każda z lokatorek zaczyna przeczuwać, że za rogiem czai się prawdziwe niebezpieczeństwo. Jest tylko jedna rzecz, która bezsprzecznie różni Emmę i Jane. Emma już nie żyje, Jane jeszcze tak. Co się stało z poprzednią lokatorką i czy to samo może się przydarzyć Jane? Kto odpowiada za tajemniczą śmierć Emmy? Jakie sekrety skrywa dom przy Folgate Street 1?

Pytania o przeszłość Emmy i przyszłość Jane można by w zasadzie mnożyć, tak wiele niewiadomych jest w powieści J.P. Delaneya. Szalenie interesująca jest również postać samego Edwarda, człowieka, który jest perfekcjonistą w każdym calu, czasem aż do przesady bezwzględnym. Na wszystkie rodzące się w naszej głowie podczas lektury pytania prędzej czy później otrzymujemy odpowiedź. Czy zawsze satysfakcjonującą? Tu mam pewne wątpliwości. Okazuje się bowiem, że historia śmierci Emmy jest dość przewidywalna i ja chyba oczekiwałam czegoś innego, czegoś bardziej „wow”. Niemniej mam wrażenie, że wielu czytelników może być zadowolonych, o czym świadczą wszystkie pochwały pod adresem tej książki.

 1499529147325 (1)

Na uznanie z pewnością zasługuje wizja świata wykreowanego przez autora. Nie da się ukryć, że wielu z nas przerażałaby sama myśl o przeprowadzce na Folgate Street 1. To bowiem dom zupełnie inny niż wszystkie, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w jego wnętrzu, nie każdy byłby w stanie sprostać obowiązującym w nim – bądźmy szczerzy – często absurdalnym zasadom. Przeprowadzka na Folgate Street 1 to prawdziwe wyzwanie i poświęcenie swoich marzeń, pragnień, potrzeb. To oczywiste, że nie każdy jest na to gotowy. To miejsce przeznaczone wyłącznie dla osób o stalowych nerwach i ogromnej sile woli. W zamian dostajemy jednak sterylną, niczym nieskażoną przestrzeń, w której mamy dużą szansę odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, zrozumieć, co jest dla nas ważne, a z czego bez kłopotu potrafimy zrezygnować, odkryć, jak wiele rzeczy, którymi się otaczamy, jest nam zupełnie zbędnych. Wymyślony przez Edwarda Monkforda, a ściślej mówiąc przez J.P. Delaneya, dom to miejsce zupełnie niezwykłe, niepowtarzalne na architektonicznej mapie świata. Wymarzony ideał i prawdziwe przekleństwo. Kusząca, acz trochę przerażająca wizja przyszłości.

Ciekawie również poprowadzona została narracja. Delaney pozwala nam poznać wydarzenia ukazane z dwóch perspektyw, a staje się to możliwe dzięki uczynieniu narratorkami zarówno Emmy, jak i Jane. Rozdziały poświęcone Emmie przeplatają się z tymi opowiadającymi o Jane, a my jesteśmy w stanie zauważyć pewne analogie pomiędzy tym, co już się wydarzyło, a tym, co dzieje się w chwili obecnej. 

Wydawnictwo Otwarte reklamuje Lokatorkę jako „doskonały thriller psychologiczny, który podbił listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii”. I chociaż książka Delaneya rzeczywiście jest dobra, to jednak nazwanie jej doskonałym thrillerem wydaje mi się pewną przesadą. W sieci można znaleźć informację o trwających pracach nad ekranizacją powieści. Reżyserem filmu jest Ron Howard, twórca takich produkcji jak Piękny umysł czy Kod da Vinci. Myślę, że mimo pewnego zawodu, który poczułam po lekturze Lokatorki, z zainteresowaniem obejrzę tę ekranizację, by się przekonać, czy chociaż w wersji filmowej uda się twórcom stworzyć trzymającą w napięciu opowieść, która wbija w fotel. Tutaj mi tego zabrakło, choć wymyślona historia miała szansę stać się czymś naprawdę ciekawym.  

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.znak.com.pl

„Zapisane w wodzie”, Paula Hawkins [recenzja]

f277560554(1)Autor: Paula Hawkins

Tytuł: Zapisane w wodzie

Tytuł oryginalny: Into the Water

Wydawnictwo: Świat Książki

Tłumaczenie: Jan Kraśko

Liczba stron: 368

——–

Rozczarowująca. Irytująca. Nieciekawa. Chaotyczna. Nużąca. Taka jest w moim odczuciu najnowsza powieść Pauli Hawkins – Zapisane w wodzie, która swoją głośną premierę miała 10 maja 2017. Hawkins na fali sukcesu słynnej Dziewczyny z pociągu stworzyła thriller, na który – jak sugerował polski wydawca – czekał cały świat. Debiut brytyjskiej pisarki cieszył się ogromną popularnością wśród czytelników, oczywiste więc było, że oczekiwania względem nowej powieści będą niezwykle wysokie. Na podstawie debiutanckiego thrillera Hawkins dość szybko powstała nawet ekranizacja, która była jednym z najnudniejszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Mimo zachwytów nad powieścią Hawkins nigdy nie zdecydowałam się po tę książkę sięgnąć, co oznacza, że filmowa wersja Dziewczyny z pociągu była moim jedynym spotkaniem z fabularnym pomysłem Pauli Hawkins. Nie mogę zatem oceniać książki, dzięki której ten film powstał, od znajomych słyszałam jednak, że ekranizacja jest wiernym odzwierciedleniem powieści i to skutecznie zniechęciło mnie do oddania się lekturze bestsellerowej Dziewczyny z pociągu. Mogłabym nie przebrnąć.

Gdy czytam, że „Zapisane w wodzie to zupełnie odmienny, wyższy i lepszy poziom prozy, wielowymiarowy thriller, który zaskakuje, intryguje i sprowadza czytelnika na manowce”*, a także że „to pochłaniająca lektura na jeden wieczór, którą czyta się błyskawicznie, nie potrafiąc choć na chwilę rozstać się z Beckford i jego mieszkańcami”**, to nawet nie chcę myśleć jak złą książką musi być wychwalana pod niebiosa Dziewczyna z pociągu. Oczywiście, każdy ma inny gust, a o gustach ponoć się nie dyskutuje, ale nie zmienia to faktu, że nie bardzo potrafię zrozumieć fenomen popularności Pauli Hawkins. Kryminałów i thrillerów czytam sporo i to od wielu, wielu lat, a jednak trudno mi znaleźć argumenty na poparcie tezy o mistrzostwie tej autorki. Na tle innych książek reprezentujących ten sam gatunek ani kreacje bohaterów, ani rozstrzygnięcia fabularne, ani nawet styl Hawkins nie wybijają się na pierwszy plan. Palma pierwszeństwa może się należeć pisarce co najwyżej za nowatorstwo w zakresie narracji jej najnowszej powieści – rzadko się bowiem zdarza, by książka miała aż 10 narratorów! Być może chodzi więc o to, że skoro tyle osób rozpływa się w zachwytach nad Dziewczyną z pociągu, to nie wypada stawać w opozycji. Bo tak jest łatwiej. Bezpieczniej. Czytałam gdzieś, że Hawkins jest prawdziwą mistrzynią budowania napięcia. Naprawdę? Tu akcja rozkręca się tak powoli, że czasem mamy wrażenie, że stoi w miejscu. Dyktowane przez autorkę tempo woła o pomstę do nieba, a odkrywane stopniowo sekrety zamiast powodować szybsze bicie serca i wypieki na twarzy zwyczajnie nas usypiają. Całe szczęście, że chociaż rozdziały są niezwykle krótkie, w przeciwnym razie przebrnięcie przez opowieści poszczególnych bohaterów graniczyłoby z cudem.

A o czym jest thriller Zapisane w wodzie? O przez lata skrywanych sekretach. O miasteczku, w którym niemal każdy ma coś na sumieniu. O zabobonach, miejscach przeklętych, skażonych zbrodnią, które wywołują w ludziach jednocześnie strach i fascynację. Pewnego dnia dochodzi tu do tragicznego zdarzenia, które sprawi, że na wierzch wypłyną tajemnice sprzed lat.

1497123105247(1)Thriller Hawkins ma w zasadzie tylko dwie zalety, a są nimi krótkie rozdziały i przykuwająca uwagę okładka. Na słowa uznania zasługuje jeszcze jedna rzecz, a mianowicie wykreowane przez brytyjską pisarkę miejsce akcji. Pisząc miejsce akcji, mam na myśli zarówno miasteczko i typową dla tego rodzaju miejsc społeczność, jak i samo Topielisko, miejsce interesujące pod wieloma względami. To właśnie tu przed laty dokonywano egzekucji kobiet oskarżanych o maczanie palców w czarnej magii. To właśnie tu skończyła się historia Libby, Lauren, Katie i Nel. Nel Abbott to nielubiana przez mieszkańców Beckford kobieta, która jako dziecko bawiła się nad słynnym Topieliskiem, a teraz, po latach za punkt honoru wzięła sobie spisanie historii tego budzącego grozę miejsca. Zdaniem lokalnej społeczności Nel popełniła samobójstwo. To proste i mogłoby się wydawać oczywiste wytłumaczenie nie przekonuje jednak młodszej siostry Nel, czyli Jules, która wraca do Beckford, by zaopiekować się osieroconą Leną, piętnastoletnią córką Nel. Wiedziona intuicją Julia rozgrzebuje stare i dawno zapomniane sprawy, chcąc poznać prawdę o śmierci siostry. Czy to możliwe, by Nel, ta Nel, mogła targnąć się na swoje życie? A jeśli tak, to co ją do tego popchnęło? Kto powinien ponieść odpowiedzialność za jej śmierć? Czy sprawiedliwości stanie się zadość?

Po skończeniu tego thrillera muszę stwierdzić, że styl Pauli Hawkins nie jest jak widać dla mnie. Książkę czytałam co najmniej dwa tygodnie, które ciągnęły się dosłownie w nieskończoność. Już nawet straciłam nadzieję, że kiedykolwiek dobrnę do ostatniej kropki, nie wspominając już nawet, że w międzyczasie przeczytałam dwie inne książki. Jednego jestem pewna: nie sięgnę ani po Dziewczynę z pociągu, ani po jakąkolwiek inną powieść tej autorki, a powstanie ich zapewne jeszcze co najmniej kilka, dawno bowiem lektura żadnej książki aż tak bardzo mnie nie zmęczyła jak lektura thrillera Zapisane w wodzie. Do końca dobrnęłam tylko z dwóch powodów: nie lubię porzucać czytania książki w połowie i aby móc swobodnie i z czystym sumieniem wypowiadać się o powieści Hawkins, również krytycznie, musiałam ją przeczytać. Nie wyobrażam sobie, by oceniać coś, czego się nie zna. Bardzo się natomiast cieszę, że znalazłam koleżankę, która mogła mi pożyczyć tę powieść. Gdybym ją kupiła, żałowałabym wydanych pieniędzy. Nie polecam. Sami zdecydujcie, czy to lektura dla Was.

Moja ocena: 4/10

Źródło okładki:
https://www.swiatksiazki.pl

* Fragment recenzji z bloga Wielki Buk:
https://wielkibuk.com/2017/05/10/bezsenne-srody-zapisane-w-wodzie-paula-hawkins-totalna-rehabilitacja/

** Fragment recenzji z bloga Biały Notes:
http://bialynotes.pl/zapisane-w-wodzie-paula-hawkins/

„Złudzenie”, Charlotte Link [recenzja]

1860(1)Autor: Charlotte Link

Tytuł: Złudzenie

Tytuł oryginalny: Die Täuschung

Wydawnictwo: Sonia Draga

Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz

Liczba stron: 384

——–

Świat jest taki, jak jego najmniejsza cząstka, a rodzina to najmniejsza komórka społeczna. Kiedy psuje się rodzina, psuje się cały świat.

Przesłanie tych dwóch krótkich zdań jest tak oczywiste, jak stwierdzenie, że wystarczy przeczytać jedną książkę Charlotte Link, by znać twórczość tej autorki w zasadzie na wylot. Złudzenie to powieść, która tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, bo choć za sobą mam lekturę zaledwie dwóch książek Charlotte Link, to już widzę, że ogólny schemat fabularno-kompozycyjny jest stosunkowo podobny. Nie twierdzę jednak, że pewne podobieństwo pomiędzy thrillerami Link działa na ich niekorzyść, choć trudno się nie zgodzić z tym, że każda kolejna książka staje się dla czytelnika coraz bardziej przewidywalna, a zagadka coraz łatwiejsza do rozwiązania.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Charlotte Link miało miejsce nieco ponad rok temu, w kwietniu 2016 roku, kiedy to zdecydowałam się sięgnąć po Wielbiciela. O Charlotte Link słyszałam wiele dobrego, a jednak jej książki z niewiadomych przyczyn omijałam szerokim łukiem. Nie żałuję jednak, że ostatecznie jedna z jej powieści trafiła w moje ręce, bo Wielbiciel okazał się naprawdę świetnym i trzymającym w napięciu thrillerem, od którego po prostu nie sposób było się oderwać. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzali mi nieco irytujący bohaterowie (a co najmniej kilku można by tu wymienić), problemem nie była również znajomość tożsamości prześladowcy. Bo powieść Link jest właśnie tak skonstruowana, że dość szybko poznajemy nazwisko tego, kto jest czarnym charakterem, czyli krótko mówiąc brutalnym mordercą. Chodzi tu bowiem nie o to, kto jest winny, ale jak daleko się posunie. Nie inaczej jest w przypadku Złudzenia, które w moim zamiarze miało się stać swoistym preludium do lektury Oszukanej, a zatem powieści, która do sprzedaży trafiła 10 maja 2017. Po cichu liczyłam, że tegoroczne Warszawskie Targi Książki, impreza, na której miała się pojawić Charlotte Link, będą okazją do zobaczenia autorki na żywo i zdobycia jej autografu. Rzeczywistość okazała się jednak daleka od ideału, bo choć na targach byłam, to jednak nie miałam czasu, by pojawić się na stoisku wydawnictwa Sonia Draga, nie mówiąc już nawet o staniu w kolejce.

Peter Simon, zawodowo odnoszący sukcesy niemiecki przedsiębiorca, a prywatnie opiekuńczy mąż i ojciec, znika bez śladu podczas podróży do Prowansji. Zrozpaczona żona udaje się w ślad za ukochanym, by na własną rękę prowadzić jego poszukiwania. Kobieta przeczuwa, że coś złego mogło spotkać Petera, choć ich wspólni znajomi lekceważą jej obawy. We Francji okazuje się jednak, że mąż Laury skrywał przed nią wiele tajemnic, o których niczego nieświadoma kobieta nie miała zielonego pojęcia. Rozmowa z przyjacielem Petera otwiera Laurze oczy, uświadamiając jej, że Peter, jakiego znała, tak naprawdę nigdy nie istniał. Odkrycie prawdy na temat własnej rodziny nie tylko będzie ją kosztować wiele nerwów, ale i będzie się wiązać ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, które już wkrótce zapuka do jej drzwi.

 20170528_114049

Z moich obserwacji bezsprzecznie wynika, że Charlotte Link ma talent do tworzenia fabuł, które całkowicie pochłaniają czytelnika. Nie wiem, jak ona to robi, skoro od połowy książki znamy nazwisko mordercy, ale jednak wychodzi jej to doprawdy doskonale. Kluczem do sukcesu musi być zatem chyba napięcie, które w mniejszym lub większym stopniu, ale nieustannie towarzyszy nam podczas czytania. Na plus zaliczyć trzeba również stosunkowo krótkie rozdziały oraz brak zbędnych opisów, które pozwalają nam sprawnie pokonywać kolejne strony bez uczucia znużenia.

Nie wszystko jednak zasługuje na pochwałę. Dużym minusem jest moim zdaniem liczba bohaterów występujących w powieści. Z tego, co pamiętam, ten problem nie pojawiał się w przypadku Wielbiciela. W Złudzeniu mamy jednak do czynienia z bardzo wieloma bohaterami lub parami bohaterów, których imiona i nazwiska wprowadzają nas czasem w zakłopotanie, gdy po kilku rozdziałach przerwy autorka nagle przypomina nam postaci z początku książki. Długo nie mogłam się połapać, kto jest kim i kto jest z kim. Laura, Peter, Christopher, Pauline, Stephane, Nadine, Henri, Catherine czy Monique to tylko niektórzy bohaterowie, a każdy z nich ma przecież swoje życie. Myślałam, że moja dezorientacja wynika z tego, że nie skupiam się wystarczająco na fabule czytanej książki. Niby wszystko robiłam jak zawsze, a jednak co kilka rozdziałów powracały te same wątpliwości i pytania: „A właściwie to kim ona jest?” albo „A co ją łączy z pozostałymi bohaterami?”. Po skończeniu Złudzenia mogę powiedzieć, że dostajemy wielowątkową historię, która na pierwszy rzut oka jest nieuporządkowanym chaosem. Jak się później okazuje, różne, na pozór niezwiązane ze sobą wątki stanowią elementy tej samej układanki, które w finale powieści zaczynają tworzyć logiczną i w pełni zrozumiałą całość. Musimy jednak do owego finału najpierw dotrzeć.

Złudzenie to solidny, choć niewybitny thriller psychologiczny z rozbudowanym tłem obyczajowym, który doskonale wpisuje się w schemat thrillerów pisywanych przez niemiecką autorkę. Nie znajdziecie tu wartkiej akcji czy opisów krwawych zbrodni, akcja toczy się dość wolnym tempem i koncentruje się przede wszystkim na skomplikowanych związkach pomiędzy bohaterami. Książka jest nieco przewidywalna i zbyt szybko pozwala nam rozwikłać zagadkę, ale nie wpływa to na przyjemność czerpaną z jej lektury. W przyszłości jeszcze nie raz sięgnę po thrillery Charlotte Link, a już niebawem zamierzam przeczytać Oszukaną. Nie spodziewam się fajerwerków. Liczę raczej na trzymający w napięciu thriller, który będzie mi się dobrze czytać. Jeśli lubicie mroczne, pilnie strzeżone przez lata rodzinne tajemnice, to ta książka – podobnie jak i cała twórczość Charlotte Link – zdecydowanie jest dla Was!

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki:
http://www.soniadraga.pl

„Czerwone światło hańby”, Graham Masterton [recenzja]

d_2744Autor: Graham Masterton

Tytuł: Czerwone światło hańby

Tytuł oryginalny: Red Light

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

Graham Masterton to pisarz, który od lat niezmiennie cieszy się ogromną popularnością wśród czytelników, również tych pochodzących z Polski. Na szczęście dla wielu z nas autor mający na swym koncie przeszło 100 tytułów regularnie odwiedza nasz kraj, co i raz uczestnicząc w rozmaitych spotkaniach. I tak w odstępie zaledwie 8 miesięcy słynny brytyjski pisarz aż dwukrotnie przyleciał do Polski. Wizyta pod koniec września 2016 roku związana była z promocją powieści Siostry krwi, będącej piątą częścią cyklu o irlandzkiej nadkomisarz Katie Maguire. Teraz natomiast wizyta Mastertona zbiegła się z premierą kolejnego tomu serii, czyli Pogrzebanych, którzy 10 maja trafili do sprzedaży. Masterton najpierw pojawił się w Krakowie i Katowicach, by następnie 20 maja, w czasie 3. dnia Warszawskich Targów Książki, na stoisku Wydawnictwa Albatros zasiąść do podpisywania egzemplarzy swoich powieści. Kolejka do mistrza grozy ustawiła się ogromna, a książki autora rozchodziły się niczym świeże bułeczki. Każdy chciał zdobyć upragnioną dedykację i pamiątkowe zdjęcie, każdy chciał choć na chwilę zasiąść u boku tego świetnego pisarza. Młodzi, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z prozą Mastertona, i starsi, którzy jego książki czytali 20 lat temu i teraz przez sentyment zapragnęli do nich powrócić. Zwieńczeniem wizyty autora było spotkanie w Teatrze Powszechnym w ramach Apostrofu, czyli organizowanego przez Empik Międzynarodowego Festiwalu Literatury. W spotkaniu nie uczestniczyłam, jednak czytałam o nim same dobre rzeczy. Masterton znów podobno brylował, swoich rozmówców spychając w cień.

W dzielnicy czerwonych latarni w Cork dochodzi do wielu brutalnych morderstw, których ofiarami padają działający w tym okręgu sutenerzy. Spirala zbrodni rusza w momencie, gdy agent nieruchomości i jego klient trafiają na makabryczny widok: rozkładające się zwłoki czarnoskórego mężczyzny z obciętymi dłońmi i odstrzeloną częścią głowy. Ofiarą jest podejrzany typ powiązany z prężnie działającą  w Cork branżą usług seksualnych. Detektyw Katie Maguire staje przed dylematem – czy szukać zabójcy przestępców zaangażowanych w handel żywym towarem, których ona sama nie była w stanie złapać i zamknąć, czy też pozwolić na to, by ktoś wymierzał sprawiedliwość na własną rękę.

1493061944562Twórczości Grahama Mastertona w zasadzie zbyt dobrze nie znam. Pisanych przez niego horrorów nie czytałam, bo horror jako gatunek, czy to literacki, czy filmowy, do moich ulubionych nigdy nie należał. Co innego kryminał, w którym od lat się zaczytuję. Strzałem w dziesiątkę okazała się więc seria kryminałów osnutych wokół losów należącej do Garda Síochána policjantki. I chociaż Katie Maguire, postać niezwykle skomplikowana i interesująca, nie stała się z miejsca moją ulubioną bohaterką, to jednak polubiłam ją na tyle, by zacząć śledzić jej kolejne przygody. Lekturę serii rozpoczęłam zgodnie z tym, co nakazuje logika, czyli w pierwszej kolejności sięgnęłam po otwierające cykl Białe kości. Następnie przeczytałam Upadłe anioły, książkę niezwykle mroczną i przytłaczającą ponurą atmosferą i niewyobrażalnymi okropieństwami, które autor z taką lubością opisuje, by wreszcie skończyć Czerwone światło hańby. Muszę przyznać, że z przeczytanych przeze mnie jak dotychczas trzech tomów to właśnie ta powieść najbardziej mi się podobała. Dlaczego? Tak naprawdę trudno powiedzieć. Nie ma tu bowiem wartkiej akcji, która pędzi na złamanie karku. Wszystko toczy się swoim tempem, trupów co chwilę przybywa, a Katie znów przeżywa życiowe rozterki. Niby wszystko to już było, niby ten sam nieco przewidywalny schemat, a jednak czyta się tę powieść bardzo dobrze, czerpiąc z jej lektury przyjemność. Autor podejmuje trudny i niewdzięczny temat prostytucji i handlu ludźmi, bo jak nazwać proceder ściągania z biednych krajów młodych, z reguły nastoletnich, dziewczyn, którym najpierw obiecuje się gruszki na wierzbie, by potem za duże pieniądze przekazywać je sobie z rąk do rąk. Wabione wizjami lepszego życia młode kobiety zamiast trafić do przyzwoitej pracy, lądują w domach publicznych, z których nie ma ucieczki. Zmuszane do prostytucji groźbami i przemocą, zastraszane w sposób, od którego włos jeży się na głowie. Można o tej książce powiedzieć wszystko, ale z pewnością nie to, że Masterton boi się trudnych tematów. Można zarzucać autorowi, że nie udźwignął tematu, że potraktował go zbyt marginalnie. Przejrzałam pobieżnie recenzje tej książki i widzę, że to dość częsty zarzut. Myślę jednak, że nie ma sensu zaprzątać sobie tymi zarzutami głowy. Kryminał to nic innego jak gatunek należący do literatury popularnej, której jedną z funkcji jest rozrywka. Ja – choć nie uciekam od poważnej literatury – czytając kryminały przede wszystkim odpoczywam. Nie chcę ciągle czytać o tym, jak źle jest na świecie. Nie chcę, by każda książka, którą czytam dla przyjemności, stawała się filozoficzną rozprawą. Trzeba jednak zaznaczyć, że z racji podejmowanej tematyki i mocnych, działających na wyobraźnię opisów zbrodni Czerwone światło hańby nie jest lekturą lekką. Warto mieć tego świadomość, by wiedzieć, czego mniej więcej należy się spodziewać. I mimo że każdy tom przygód Katie można czytać jako osobną powieść, to jednak radziłabym poznawać losy nadkomisarz Maguire w kolejności ustalonej przez autora. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię cykle, m.in. właśnie dlatego, że pozwalają stopniowo poznawać życie prywatne głównego bohatera. Kroczyć u jego boku, gdy pokonuje kolejne przeciwności losu. Ta bliskość tworzy swego rodzaju więź między bohaterem a czytelnikiem, co moim zdaniem działa na korzyść całej serii.

Czy Czerwone światło hańby to powieść godna polecenia? Z pewnością tak, choć cykl o Katie Maguire nigdy nie stanie się moim ulubionym. Pisane przez Mastertona kryminały to kawał dobrej literatury. Mnie jednak nie do końca odpowiada styl autora. Nie mam do niego konkretnych zastrzeżeń, ale wyczuwam, że między mną a twórczością Mastertona po prostu nie ma chemii. Nie zmienia to faktu, że proza Grahama Mastertona cieszy się wielką popularnością wśród czytelników, co znaczy, że jeśli lubicie ten typ literatury, to bez wątpienia powinniście sięgnąć po powieści autorstwa Grahama Mastertona.

Moja ocena: 7/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Najmroczniejszy sekret”, Alex Marwood [recenzja]

d_3834Autor: Alex Marwood

Tytuł: Najmroczniejszy sekret

Tytuł oryginalny: The Darkest Secret

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

 

 

Żyjemy w czasach, gdy każdy ma swoją prawdę.  

Kwiecień stoi u mnie pod znakiem twórczości Alex Marwood. Najpierw przeczytałam świetny thriller Dziewczyny, które zabiły Chloe, potem sięgnęłam po Zabójcę z sąsiedztwa, który również okazał się satysfakcjonującą, choć z racji opisów mniej przyjemną lekturą (jeśli czytaliście, to wiecie, o czym mówię), teraz zaś postanowiłam zapoznać się z Najmroczniejszym sekretem. I co? Jest dobrze, a Marwood naprawdę trzyma poziom!

Swoją sławę Marwood zawdzięcza przede wszystkim powieści Dziewczyny, które zabiły Chloe, choć i jej drugi thriller, znacznie mroczniejszy niż jej debiutancka książka, a mianowicie Zabójca z sąsiedztwa, cieszył się pozytywnymi opiniami miłośników gatunku. I pewnie nie inaczej będzie w przypadku najnowszej powieści autorki, która już 10 maja trafi do polskich księgarń. Premiera Najmroczniejszego sekretu poprzedzi przyjazd Alex Marwood do Polski, która pod koniec maja (25-28.05.2017) w Warszawie i Wrocławiu spotka się z fanami.

Impreza z okazji pięćdziesiątych urodzin Seana Jacksona miała być dla wszystkich niezapomnianym przeżyciem. Wykwintne dania, szampan lejący się strumieniami, głośna muzyka i wytworni goście dodający przyjęciu elegancji. Wieczór nie kończy się jednak tak, jak wszyscy planowali. Uczestnikami imprezy wstrząsa wiadomość o zaginięciu jednej z córek jubilata. Trzyletnia Coco rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie. Prowadzone przez policję dochodzenie ani zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie przynoszą żadnego efektu, a bliscy przestają się łudzić, że dziewczynka kiedyś do nich wróci.

Dwanaście lat później rodziną Jacksonów wstrząsa kolejna tragedia. W tajemniczych okolicznościach umiera Sean, którego pogrzeb stanie się okazją do rodzinnego spotkania. Wśród jego uczestników znajdą się: Mila, córka z pierwszego małżeństwa, i Ruby, nastoletnia siostra bliźniaczka zaginionej przed laty Coco, a także wszyscy goście feralnego przyjęcia urodzinowego. Napięta atmosfera, przemilczane fakty i tłumione poczucie winy sprawią, że na jaw zaczną wychodzić pilnie strzeżone rodzinne sekrety, a wśród nich również ten najmroczniejszy dotyczący zaginięcia Coco.

Co tak naprawdę wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami rezydencji Jacksonów? Jaką przerażającą prawdę skrywa luksusowe wnętrze ich domu?

IMG_20170413_212545_130 (1)

Recenzując Dziewczyny, które zabiły Chloe, pisałam, że Alex Marwood ma talent do tworzenia historii łączących przeszłość z teraźniejszością, a w jej książkach dominuje motyw zaginięcia, zerwania z dotychczasowym życiem i zmiany tożsamości. To niewątpliwie prawda. Obie kolejne jej powieści tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Akcja Najmroczniejszego sekretu, podobnie zresztą jak i Dziewczyn, które zabiły Chloe, rozgrywa się współcześnie, a jednak przeszłość nieustannie dochodzi do głosu w regularnie powracających retrospekcjach, które Marwood zgrabnie wplata między obecnie rozgrywające się wydarzenia. We wszystkich swoich trzech thrillerach brytyjska pisarka przedstawia akcję dwutorowo, choć w Zabójcy z sąsiedztwa ten zabieg fabularno-kompozycyjny ma zdecydowanie najmniejsze znaczenie. Tam przede wszystkim liczy się tło społeczno-obyczajowe. Ważne są również postaci mieszkańców kamienicy przy Beulah Grove 23, z których każdy ma coś do ukrycia. W Najmroczniejszym sekrecie, książce szalenie mrocznej, ponurej, z przytłaczającą atmosferą, wydarzenia aktualnie się rozgrywające przedstawione są z perspektywy Camilli, która razem z Ruby jedzie na pogrzeb ojca. Z kolei wydarzenia z 2004 roku, rozgrywające się na kilka dni przed zniknięciem Coco, ukazywane są z punktu widzenia różnych bohaterów: Seana, Claire, Marii, Simone i innych. Dzięki temu zabiegowi mamy szansę bliżej poznać wszystkich bohaterów powieści, którzy – bądźmy szczerzy – nie należą do gatunku ludzi, których łatwo polubić. Co więcej, powiedziałabym, że są wręcz okropnie nieznośni i swoim zachowaniem budzą w nas najgorsze instynkty. Samolubni hedoniści o narcystycznych osobowościach, nieodpowiedzialni egoiści, którzy nie widzą nic, co wykracza poza czubek ich własnego nosa. Bardzo lubię czytać książki, w których występuje choć jedna postać zasługująca na moją sympatię. W przypadku Najmroczniejszego sekretu trzeba się nieźle nagimnastykować, by znaleźć kogoś, kogo jesteśmy w stanie polubić. A jednak to dobry thriller, w którym nic nie jest tym, na co pierwotnie wyglądało. Przez całą powieść głowimy się nad rozwiązaniem zagadki dotyczącej zaginięcia Coco, a kiedy już nam się wydaje, że wszystko wiemy, autorka znów nas zaskakuje. Choć to thriller, to nie oczekujcie od tej książki jakichś niesamowitych zwrotów akcji. Tutaj tego nie ma. Jest za to solidnie skrojona intryga, mnóstwo stopniowo ujawnianych sekretów, kłamstw i półprawd. Najnowsza powieść Alex Marwood nie rozczarowuje, wręcz przeciwnie jest dobrym thrillerem psychologicznym, który powinien sprostać wymaganiom miłośników gatunku. Polecam. 

Moja ocena: 7/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Zabójca z sąsiedztwa”, Alex Marwood [recenzja]

d_3638Autor: Alex Marwood

Tytuł: Zabójca z sąsiedztwa

Tytuł oryginalny: The Killer Next Door

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

 

 

Anonimowość, którą tak sobie cenimy, to pewna droga do zapomnienia. (s. 372)

Zabójca z sąsiedztwa to moje drugie spotkanie z twórczością Alex Marwood. Autorka wkrótce odwiedzi nasz kraj, do sprzedaży zaś trafi jej najnowsza powieść – Najmroczniejszy sekret – więc chciałam nadrobić lekturowe braki, sięgając po jej wcześniejsze thrillery. Po udanym spotkaniu z Dziewczynami, które zabiły Chloe postanowiłam pójść za ciosem i przeczytać książkę wydaną w październiku 2016 roku.

Zabójca z sąsiedztwa nie jest kryminałem sensu stricto. To raczej powieść obyczajowa, w której wyeksponowany został wątek kryminalny. Duszna atmosfera, mroczny klimat okolicy, od której wolelibyśmy trzymać się z dala, oraz epatowanie brzydotą i niezwykle dosadnymi opisami składają się na wybitnie naturalistyczny thriller, po który sięgać powinni wyłącznie czytelnicy o mocnych nerwach. Książka Marwood bardzo silnie oddziałuje na wyobraźnię, tworząc w głowie czytelnika makabryczne wizje, które co wrażliwszych mogą przyprawić o mdłości. Nie chciałabym widzieć swojej miny, gdy czytałam rozdziały opisujące działania tajemniczego mieszkańca kamienicy. Trzeba jednak pamiętać, że zniesmaczenie to nie jedyne uczucie, które będzie nam towarzyszyć podczas lektury. Na uznanie zasługuje również właściwy Brytyjczykom czarny humor, który musi się udzielić także czytającym.

zabójca

Fabuła powieści skupia się na losach mieszkańców zaniedbanej londyńskiej kamienicy, których łączy w zasadzie jedno: wszyscy z sobie tylko znanych powodów uciekają przed światem. Chcąc pozostać niezauważeni dla otoczenia, wybierają na swoje lokum kamienicę, gdzie nikt nie wtrąca się w ich życie, nie zadaje niewygodnych pytań, a czynsz płaci się gotówką. Szóstka lokatorów zwykle unika siebie nawzajem jak ognia, ale pewnej nieznośnie gorącej nocy w ich domu rozegrają się tragiczne wydarzenia, które zmuszą ich do zawarcia niewygodnego sojuszu. Nie wiedzą jednak, że jest wśród nich morderca, który wybrał już następną ofiarę. Teraz tylko czeka na odpowiedni moment, by ponownie uderzyć.

Zabójca z sąsiedztwa to powieść, która na plan pierwszy wysuwa pytanie o to, dlaczego tak wielu ludziom zależy na tym, by zerwać z przeszłością, stać się kimś zupełnie innym, zmienić imię, nazwisko, wygląd. To również książka o samotności, która dotyka niemal wszystkich, każdego z nas, choć w różnym stopniu. I nie ma znaczenia, czy mieszkamy w jakiejś oderwanej od świata podupadłej mieścinie, czy w ogromnej, tętniącej życiem metropolii – Marwood na przykładzie wielomilionowego i wielokulturowego Londynu pokazuje, że wśród ludzi jest się także samotnym, a zło może czaić się tuż za rogiem, tam, gdzie się go najmniej spodziewamy. Skoro jest tak blisko, to dlaczego go nie widzimy? Odpowiedź Marwood jest prosta. Aby nie zwariować, staramy się trzymać z dala od cudzych spraw. Żyjąc w takim zatłoczeniu, pragniemy tylko jednego: odrobiny prywatności. Nic więc dziwnego, że często wolimy siedzieć cicho, nie zaglądając innym w okna, niż wiedzieć wszystko o wszystkich.

Oba thrillery Alex Marwood – a więc i Dziewczyny, które zabiły, i Zabójca z sąsiedztwa – dość jasno dają do zrozumienia, że w książkach brytyjskiej pisarki tożsamość mordercy nie jest sprawą kluczową. W Zabójcy z sąsiedztwa przede wszystkim liczą się: tło społeczno-obyczajowe oraz postaci mieszkańców kamienicy przy Beulah Grove 23, z których każdy ma coś do ukrycia. Cher, Collette, Thomas, Hossein, Vesta, Gerard – wszyscy oni mają swoje bardziej lub mniej mroczne tajemnice, których pilnie strzegą przed światem.

1492881574432 (1)

Ogromnym atutem Zabójcy z sąsiedztwa jest, podobnie jak w przypadku debiutanckiego thrillera Alex Marwood, nawiązanie do realnie żyjącej postaci, czyli Dennisa Nilsena, jednego z najbardziej znanych londyńskich seryjnych morderców. Historia tego brutalnego psychopaty jest przerażająca i budzi tyleż odrazę, co zainteresowanie. Nie chcę jednak przywoływać niechlubnych „dokonań” Nilsena, bo opowiadając jego historię, zdradziłabym zbyt wiele na temat fabuły powieści Marwood. Byłoby to wprost nieuniknione, a jak wiadomo w kryminałach najbardziej nie lubimy spojlerów. Proponuję zatem z historią Nilsena zapoznać się dopiero po przeczytaniu thrillera Marwood – nie martwcie się, będzie tak samo mrożąca krew w żyłach i odstręczająca!

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to chyba do portretu psychologicznego mordercy. Mógłby być bardziej rozbudowany. To jednak w żaden sposób nie wpływa na ogólną ocenę książki.

Zabójca z sąsiedztwa to kolejny dowód na to, że Alex Marwood potrafi pisać bardzo dobre thrillery, wobec których nie sposób pozostać obojętnym. Pierwszorzędne kreacje bohaterów, intrygująca fabuła, doskonale zarysowane tło społeczno-obyczajowe oraz świetnie poprowadzona narracja to największe zalety jej powieści. Jeśli lubicie ten typ literatury, nie powinniście ich przegapić.

Moja ocena: 7/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Dziewczyny, które zabiły Chloe”, Alex Marwood [recenzja]

d_2278Autor: Alex Marwood

Tytuł: Dziewczyny, które zabiły Chloe

Tytuł oryginalny: The Wicked Girls

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 448

 

 

Niektórzy ludzie po prostu rodzą się źli. (s. 445)

Inni źli się stają. Pod wpływem otoczenia, okoliczności, problemów. Albo zupełnie przypadkiem, bo znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Łatwo ferować wyroki na podstawie stereotypów, domysłów i plotek. Ocena jednak nie zawsze może i powinna być tak jednoznaczna. Świat nie jest zero-jedynkowy, biały albo czarny. Ma również odcienie szarości, o czym niektórzy z nas zbyt często zapominają.

Dziewczyny, które zabiły Chloe to historia dwóch nastolatek, które los stawia sobie na drodze pewnego wiosennego dnia. Obie będą żałować, że kiedykolwiek się spotkały, bo jeszcze tego samego wieczoru zostaną oskarżone o zabicie czteroletniej Chloe. Po dwudziestu pięciu latach dziennikarka Kirsty Lindsay podczas zbierania materiałów do artykułów o serii morderstw w podupadającym nadmorskim kurorcie spotyka sprzątaczkę Amber Gordon. Po raz pierwszy od dnia, który na zawsze odmienił ich życie. Muszą zrobić wszystko, by nie odkryto ich dawnej tożsamości i nie zrujnowano tego, co każda z nich z takim trudem budowała na kłamstwie. Ale przeszłość upomni się o swoje, a ich trop zwietrzą nie tylko żądne sensacji brukowce, lecz także psychopatyczny zabójca.

1491658226619Dziewczyny, które zabiły Chloe to międzynarodowy bestseller autorstwa wschodzącej gwiazdy brytyjskiego kryminału, Alex Marwood. Marwood, zdobywczyni prestiżowych nagród, to autorka zyskująca nie tylko na świecie, ale i w naszym kraju coraz większą popularność. Na polskim rynku dostępne są dwie jej powieści (wspomniane Dziewczyny, które zabiły Chloe oraz Zabójca z sąsiedztwa), a już niebawem, a konkretnie w maju, ukaże się jej kolejna książka zatytułowana Najmroczniejszy sekret. Autorka ewidentnie się rozwija i wszystko wskazuje na to, że jej ewolucja zmierza w dobrym kierunku. Pisząc o twórczości Marwood, a właściwie Sereny Mackesy, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko autorki, trzeba pamiętać, że na początku swojej kariery pracowała jako dziennikarka. Współpraca z wieloma pismami, w tym m.in. z „The Independent”, dała jej szeroki wachlarz możliwości fabularnych, które już jako pisarka mogła wykorzystywać w swoich thrillerach. Marwood nie ukrywa zresztą, że to właśnie z prasy i raportów sądowych czerpała inspiracje do powieści Dziewczyny, które zabiły Chloe. Okazuje się, że za inspirację do historii Jade Walker i Annabel Oldacre, nastoletnich morderczyń Chloe, posłużyło kilka postaci młodocianych przestępców. Na plan pierwszy wysuwają się: jedenastoletnia Mary Flora Bell, która zamordowała dwóch kilkuletnich chłopców, oraz Robert Thompson i Jon Venables, dwaj dziesięciolatkowie odpowiedzialni za śmierć dwuletniego Jamesa Bulgera. Te liczne nawiązania do powszechnie znanych spraw są bez wątpienia ogromnym atutem tej intrygującej powieści. A jeśli dodać do tego niezwykłą umiejętność Marwood do budowania napięcia oraz kreowania wiarygodnych, pełnokrwistych bohaterów i przekonującego tła społeczno-obyczajowego, stanowiącego istotny element kompozycji, trudno nie przyznać racji krytykom i milionom czytelników, którzy zachwycili się tym thrillerem. Marwood ma bowiem talent do tworzenia historii łączących przeszłość z teraźniejszością. Chociaż akcja Dziewczyn, które zabiły Chloe rozgrywa się współcześnie, to wiele dowiadujemy się również na temat wydarzeń sprzed lat. Te powracające co i raz retrospekcje, zgrabnie wplatane przez autorkę między obecnie rozgrywające się wydarzenia, nie tylko nie nudzą, ale wręcz budzą zainteresowanie czytelnika, który równie chętnie śledzi to, co dzieje się dziś, i to, co działo się przed laty.

marwoodWażnym wątkiem w powieści jest również status i znaczenie mediów: prasy, telewizji, internetu. Marwood, która opisywane zjawisko zna pewnie z autopsji, przedstawia brutalny, ale niestety prawdziwy mechanizm współczesnego dziennikarstwa. Na przykładzie sprawy grasującego po Whitmouth Nadmorskiego Dusiciela autorka zauważa, że w pogoni za sensacją, popularnością i wielomilionową sprzedażą w tym największym na świecie wyścigu szczurów bardzo często zapomina się o tym, co najważniejsze, czyli o człowieku, który w tym wszystkim staje się niezauważony.

Alex Marwood w swoim doskonałym thrillerze pokazuje, że błędy dzieciństwa i młodości potrafią ciągnąć się za człowiekiem całymi latami, nie dając o sobie zapomnieć. Możesz ich żałować lub się wstydzić, ale nigdy tak do końca, raz na zawsze, się ich nie pozbędziesz, bo nie pozwolą ci na to: świat i otaczający ludzie. To smutne, ale taka już jest natura ludzka, że często bardziej cieszą nas porażki niż sukcesy innych. Świetna powieść świetnej autorki. Debiut godny zapamiętania i doskonały prognostyk na przyszłość. Warto po tę książkę sięgnąć. Szczerze polecam!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Co kryją jej oczy”, Sarah Pinborough [recenzja]

co.kryja.jej.oczyAutor: Sarah Pinborough

Tytuł: Co kryją jej oczy

Tytuł oryginalny: Behind Her Eyes

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 400

 

 

Czasem miłość jest tak potężna, że zmiata wszystko, co staje jej na drodze. (s.394)

Adele i David Martinowie to małżeństwo na pozór idealne. On jest odnoszącym sukcesy zawodowe specjalistą z dziedziny psychiatrii; ona – doskonale zorganizowaną panią domu, perfekcyjną w każdym calu, a do tego zjawiskowo piękną kobietą, która zwykła wzbudzać zachwyt nie tylko w mężczyznach, ale i w kobietach. Jak im nie zazdrościć, skoro mają wszystko? Miłość od pierwszego wejrzenia, fantastyczny dom, pieniądze i żadnych zmartwień. Bajka, w którą trudno uwierzyć. Marzenie, które w innych ludziach może wzbudzać wyłącznie zazdrość. Rodzina jak z obrazka, choć w domu Martinów nie słychać ani śmiechu dzieci, ani głosów przyjaciół, ani nawet szczekania psa. To jednak wydaje im się do szczęścia zupełnie niepotrzebne. Mają siebie i to im wystarcza. Ale czy na pewno? Czy to, co widzimy, nie jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe? Mamy szansę przekroczyć próg ich domu, by to sprawdzić.

Ludzie bez przerwy zdradzają. Zawsze z egoistycznych i prymitywnych przyczyn. Tylko nasze uzasadnienia są skomplikowane. (s. 121)

Gdy życie Martinów wydaje się najpiękniejszym snem, życie Louise zaczyna przypominać najgorszy koszmar. Nieudane małżeństwo zakończone rozwodem, samotne wychowywanie dziecka i wieczne problemy ze snem nadszarpnęły nerwy Lou, która nie mogąc poradzić sobie z położeniem, w jakim się znalazła, faszeruje się papierosami i alkoholem, licząc, że te łatwo dostępne używki ukoją jej ból. Najbardziej jednak doskwiera jej brak bratniej duszy, kogoś, przy kim czułaby się bezpieczna i kochana. Gdy więc w barze poznaje mężczyznę, który od razu wpada jej w oko, Louise wierzy, że najlepsze lata wciąż ma przed sobą. To, co miało być jednorazową znajomością, będzie się za Lou ciągnęło w nieskończoność. Okazuje się bowiem, że szalenie przystojny znajomy z baru to nikt inny jak nowy szef Louise. A nowy szef Louise to nikt inny jak… David Martin, mąż Adele. Co z tego wyniknie? Na pewno nic dobrego.

Spragniona bliskości Louise popełnia jeden bardzo poważny błąd, gdy – trochę z ciekawości, a trochę z zazdrości – zaprzyjaźnia się z żoną mężczyzny, do którego potajemnie wzdycha. Spędzając czas z obojgiem, może obserwować ich zachowanie. I choć moralny kompas Louise nie zawsze wskazuje północ, to kobieta szybko zorientuje się, że w związku tych dwojga dzieje się coś bardzo złego. Jakie tajemnice odkryje Louise, której intencje wbrew pozorom wcale nie są złe? Czy David i Adele to para idealna czy też przykład patologii społecznej?

1490018311780Czy opis fabuły czegoś Wam nie przypomina? Oczywiście na pierwszy rzut oka, bez zagłębiania się w szczegóły. Mnie przypominał, a jakże! Książka Co kryją jej oczy od razu skojarzyła mi się z czytaną przeze mnie nie tak dawno debiutancką powieścią B.A. Paris Za zamkniętymi drzwiami. Podobny opis, podobni bohaterowie i podobny motyw przewodni. I choć thriller autorstwa Paris bardzo mi się podobał, powodując u mnie szybsze bicie serca i wywołując napięcie, to jednak czytanie dwa razy tej samej historii wydawało mi się zupełnie niepotrzebne. Ostatecznie zachęcona pozytywnymi recenzjami czytelników, którzy byli pod wrażeniem zakończenia książki, postanowiłam się skusić. Zakupiłam powieść Pinborough i zasiadłam do czytania. Na okładce możemy przeczytać, że: „Co kryją jej oczy” to mroczny thriller, w którym napięcie rośnie powoli i nieubłaganie, aż do niespodziewanego zwrotu akcji, który stawia na głowie tę historię miłosnego trójkąta – a także sposób, w jaki patrzysz na świat. Pomyślałam, że taki opis musi do czegoś zobowiązywać. Po dobrnięciu do ostatniej strony powieści wiem, że taki opis to przede wszystkich chwyt reklamowy mający skłonić czytelników do kupna książki. Część czytelników – tych, którym powieść się podobała – pewnie się ze mną nie zgodzi, ale ci pozostali, którzy podczas lektury w ogóle nie odczuwali napięcia, mogą przyznać mi rację Pierwsze rozdziały rzeczywiście przypominają thriller Paris, na tym jednak podobieństwa się kończą. B.A. Paris i jej niezwykły dar narracji trzymającej nieustannie w napięciu gwarantowały nam absolutnie fantastyczną, choć szalenie przerażającą i mrożącą krew w żyłach rozrywkę. Napięcie to ten element, który przesądza o tym, czy dany thriller jest dobry czy słaby. Bo thriller z założenia powinien wywoływać u czytelnika dreszcze. Jeden z zagranicznych recenzentów Za zamkniętymi drzwiami zauważył, że przerażenie, które czuje Grace, udziela się również czytelnikom śledzącym jej opowieść. Tu długo możemy się zastanawiać, kto jest katem, a kto ofiarą i jaką rolę w przedstawionej historii odgrywa Louise, ale wątpię, byście czytając Co kryją jej oczy, czuli ucisk gdzieś w okolicach klatki piersiowej, nie mówiąc już o wypiekach na twarzy. Powieść do pewnego momentu czyta się jednak dość przyjemnie – szybko i z zainteresowaniem. Zmienia się to wtedy, gdy autorka zaczyna odchodzić od realizmu na rzecz sfery metafizycznej. Trzeba dodać, że oba te plany – realistyczny i metafizyczny – mają równorzędne znaczenie, co znaczy, że wzajemnie się dopełniają. Jawa i sen nieustannie się przenikają. Nocne wizje, których zdarza się nam doświadczać, albo nas zachwycają, albo przerażają, nie ulega jednak wątpliwości, że sen to zjawisko szalenie fascynujące. Od zwykłego snu czymś jeszcze bardziej niezwykłym jest tzw. świadomy sen, będący rodzajem snu, w którym można robić to, o czym się zawsze marzyło. Śniący kontroluje nocne wizje, dzięki czemu jest w stanie poradzić sobie z nawracającymi koszmarami sennymi. Niestety nie mogę powiedzieć więcej, by nie zepsuć Wam przyjemności z lektury. Zakładam, że część z Was zamierza po tę książkę sięgnąć. Mnie jednak – osobę twardo stąpającą po ziemi, która wierzy tylko w to, co widzi i czego może dotknąć – zakończenie thrillera Pinborough zupełnie nie przekonało. Co więcej, nawet mnie nie zachwyciło. Końcówkę – czytaną przeze mnie w istnych męczarniach i stopniowo narastającym rozczarowaniu – uważam za element najmniej udany  i to, co przesądziło o tak niskiej ocenie książki. Ale to, że książka nie przypadła mi do gustu, nie znaczy, że i Wam ma się nie podobać. Wszystkiemu pewnie winien jest mój sceptycyzm i to, że od literatury z elementami niesamowitości stronię jak od ognia. A zatem nie zachęcam i nie zniechęcam. Sami musicie zdecydować, czy chcecie poznać historię tego miłosnego trójkąta.

 Moja ocena: 4/10

Źródło okładki:
http://www.proszynski.pl