„Ulubieńcy”, Sarah Flint [recenzja]

ulubiency(2)Autor: Sarah Flint

Tytuł: Ulubieńcy

Tytuł oryginalny: Mummy’s Favourite

Wydawnictwo: Amber

Tłumaczenie: Patrycja Zarawska

Liczba stron: 320

——–

Ulubieńcy to powieść, która zwabiła mnie swoim opisem. Podskórnie – nie wiedzieć czemu – czułam, że to musi być dobra książka., a jednak zabierałam się do niej dwukrotnie – po raz pierwszy w maju w czasie pobytu na wakacjach w słonecznej Hiszpanii i po raz drugi w listopadzie. Wydawca obiecywał nam gruszki na wierzbie, podkreślając, że debiutancki thriller Sarah Flint, otwierający cykl osnuty wokół detektyw Charlie Stafford, trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. „Strach ściska żołądek, akcja pędzi, napięcie sięga zenitu”. Naprawdę? Odniosłam zupełnie inne wrażenie. I chociaż książka liczy sobie zaledwie 319 stron – uczciwie trzeba przyznać, że to raczej krótka historia – to jednak na jej lekturę musiałam przeznaczyć blisko 2 tygodnie. Powieść Flint zupełnie mnie nie zaciekawiła, choć moje oczekiwania względem tego tytułu były baaardzo wysokie. Może nawet zbyt wysokie.

Charlotte „Charlie” Stafford, młoda, ambitna detektyw londyńskiej policji, dostaje sprawę tajemniczego zaginięcia matki i dziecka. Podejrzenie pada na agresywnego męża zaginionej, który zamiast pomagać, robi wszystko, by utrudnić policji i tak niełatwe śledztwo. Policja nie dysponuje jednak żadnymi dowodami, które jednoznacznie potwierdziłyby winę Keitha Hubbarda. Wkrótce znika kolejna para, a potem jeszcze jedna. Policja bezradnie rozkłada ręce, media apelują do obywateli, by włączyli się w poszukiwania, a odpowiedzialny za to wszystko porywacz śmieje się policji prosto w twarz. Co łączy wszystkich porwanych, prócz tego, że w ofiarami padają matki z dziećmi? Wszystkie tropy prowadzą donikąd. Poza jednym, który wskazuje, że morderca może być bardzo blisko…

1509542853323(1)

Niewątpliwą zaletą Ulubieńców jest to, że ich autorka przez 35 lat pracowała w londyńskiej policji metropolitarnej. Własne doświadczenia zawodowe pisarza odgrywają rolę pierwszorzędną, gdy chodzi o rzetelność przedstawianych faktów. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że nic nie przydaje opowiadanej historii większej wiarygodności od znajomości jakiegoś środowiska od wewnątrz. Jestem przekonana, że thrillery medyczne Tess Gerritsen nie byłyby tak dobrą literaturą, gdyby autorka Chirurga nie była z wykształcenia lekarzem. To jednak za mało, by Ulubieńcy mogli uchodzić za solidny thriller. Problemem jest to, że powieści Flint po prostu brakuje napięcia. Dość wspomnieć, że pierwsze ciarki na plecach poczułam dopiero gdzieś w okolicy dwieście trzydziestej strony… Były niczym błysk – zniknęły jeszcze szybciej, niż się pojawiły.

Czy kiedykolwiek sięgnę więc po inne powieści Sarah Flint? Trudno powiedzieć. Być może tak się stanie, ale na pewno nie dziś i nie jutro. Nie pobiegnę do księgarni kupić drugi tom tej serii. Dlaczego? Bo nie znalazłam w tym thrillerze nic, co by mnie wystarczająco zachęciło, by kontynuować swoją przygodę z prozą brytyjskiej autorki. Ta książka na tle innych nie wyróżnia się niczym szczególnym. Motywy kierujące mordercą choć są dobrze uzasadnione (co zdecydowanie uważam za plus w powieści kryminalnej), to niestety nie należą do oryginalnych. Jest to więc przeciętny thriller, który raczej rozczarowuje, niż zachwyca. Dla mnie to za mało.

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoamber.pl

„Sekret, którego nie zdradzę”, Tess Gerritsen [recenzja]

d_3952Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Sekret, którego nie zdradzę

Tytuł oryginalny: I Know A Secret

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Andrzej Szulc

Liczba stron: 384

——–

Prawda nie zawsze jest tym, co wydaje się oczywiste

Tess Gerritsen od dawna należy do moich ulubionych pisarek. Do dziś z rozrzewnieniem wspominam dzień, w którym przyniosłam z biblioteki Chirurga, zaczynając jednocześnie swą długoletnią przygodę z amerykańską autorką. Gerritsen przez lata zdążyła nas już przyzwyczaić, że nie schodzi poniżej pewnego poziomu, mimo że w jej dorobku od czasu do czasu obok prawdziwych perełek trafiają się powieści przeciętne, o których szybko zapominamy. I chociaż obok wzlotów zdarzają się też upadki, kariera pisarska autorki Grzesznika to w zasadzie pasmo sukcesów. Stworzona przez nią seria thrillerów medycznych z duetem śledczym Rizzoli & Isles w rolach głównych na całym świecie cieszy się ogromną popularnością, co tylko potwierdza talent autorki do tworzenia historii, które naprawdę potrafią wciągnąć. Jej powieści z wypiekami na twarzy czytają miliony czytelników, dla których Gerritsen jest niekwestionowaną mistrzynią gatunku.

W 12. powieści z serii opowiadającej o detektyw Jane Rizzoli i lekarce sądowej Maurze Isles, prowadzący śledztwo kobiecy duet będzie musiał zmierzyć się z bestialskim morderstwem Cassandry Coyle, 26-letniej producentki popularnych horrorów. Znów do głosu dojdą chore ambicje, paraliżujący strach oraz wielkie namiętności, które trudno okiełznać.

Każde zwłoki opowiadają jakąś historię…

Jane Rizzoli i Maura Isles w swoim życiu widziały niemal wszystko. Można by się spodziewać, że nic ich nie zaskoczy, a jednak tym razem miejsce zbrodni nie przypomina niczego, z czym kiedykolwiek miały do czynienia. Bez wątpienia leżąca na łóżku młoda kobieta jest martwa, choć na pierwszy rzut oka wygląda tak, jakby właśnie drzemała. Jest jednak drobny szczegół… Zabójca pokusił się o makabryczny żart, umieszczając gałki oczne ofiary na jej dłoni, co niepokojąco przypomina kadr rodem z produkowanych przez nią horrorów. Bardziej przerażające od samego widoku jest jednak to, że zapytana o przyczynę śmierci Maura nie potrafi znaleźć właściwej odpowiedzi. Czy to możliwe, by jakiś obsesyjny fan odgrywał sceny z filmów grozy?

Kiedy kilka dni później zostają odnalezione zwłoki mężczyzny, Jane i Maura zyskują pewność, że poszukiwany szaleniec morduje według pewnego klucza. Jego odkrycie pozwala policji przewidzieć, kiedy dojdzie do kolejnego zabójstwa i jaka śmierć spotka ofiarę. Okazuje się, że morderca wybrał już nawet swój następny cel. Ta kobieta jest jedyną osobą, która może pomóc Jane i Maurze go złapać. Ukrywa jednak mroczną tajemnicę, której nawet w obliczu zagrożenia nie zamierza zdradzić…

Na nową powieść wchodzącą w skład uwielbianej przez nas serii czytelnicy musieli trochę poczekać. Thriller Umrzeć po raz drugi, 11. tom cyklu, miał swoją premierę w 2015 roku, co oznacza, że w ciągu tych dwóch długich lat mieliśmy prawo stęsknić się za naszymi ulubionymi bohaterkami. Opublikowana w zeszłym roku powieść Igrając z ogniem była w sumie niezłą książką, choć do najlepszych w dorobku Gerritsen sporo jej brakowało. To jednak zupełnie inna historia, która pod pewnymi względami również zasługuje na uwagę. Potwierdza bowiem, że amerykańska pisarka jest autorką bardzo wszechstronną, która nie boi się podejmować ryzyka. W końcu jednak przyszedł czas na Sekret, którego nie zdradzę. I nawet jeśli miałam pewne zarzuty pod adresem Umrzeć po raz drugi, książki, która nie do końca przypadła mi do gustu, to najnowszy thriller Gerritsen wynagrodził mój niedosyt z nawiązką.

1508590417831(1)Tess Gerritsen przyzwyczaiła nas, że akcja jej powieści toczy się dwutorowo. Oznacza to, że zazwyczaj w jej książkach mamy nie tylko dwa miejsca akcji, nie tylko dwie przestrzenie czasowe, ale i dwóch narratorów. Jeden z nich, ten relacjonujący wydarzenia związane z prowadzonym przez bostońską policję śledztwem, jest trzecioosobowy, drugi zaś przedstawia wydarzenia z punktu widzenia konkretnej postaci, a więc jest narratorem pierwszoosobowym, a zatem subiektywnym. Narracji pierwszoosobowej w thrillerach bardzo nie lubię (pewnym wyjątkiem mogą być thrillery psychologiczne), ponieważ przedstawiane wydarzenia są niejako skażone punktem widzenia opowiadającego, a jednak u Gerritsen to połączenie dwóch typów narracji zdaje się doskonale sprawdzać.

Sekret, którego nie zdradzę jest książką niesamowicie przyjemną w odbiorze. Czyta się ją szybko i z rosnącym zainteresowaniem. Odkrycie klucza, według którego mordowani są kolejni ludzie, i cała związana z nim symbolika naprawdę fascynują, dodając fabule niezwykłego klimatu. Cieszy również, że Tess Gerritsen wraca do wątków i postaci pojawiających się w poprzednich tomach. Pojawiają się więc nie tylko matka Maury, Amalthea Lank, czy duchowny Daniel Brophy, będący obiektem pożądania dr Isles, ale także przeżywający kryzys małżeński rodzice Jane. To właśnie w cyklach lubię najbardziej – nowi czytelnicy mogą czuć się nieco zagubieni, ale ci, którzy systematycznie śledzą losy bohaterów, będą usatysfakcjonowani wrażeniem, że oto spotkali dawno niewidzianych znajomych, z którymi łączy ich tak wiele wspólnych wspomnień.

Gdyby ktoś mnie poprosił o polecenie dobrego thrillera, bez wahania wskazałabym na twórczość Gerritsen. Tu dobrych, trzymających w napięciu i zaskakujących thrillerów jest tak dużo, że trudno wybrać tylko jeden tytuł. Najnowsza powieść autorki doskonałej Autopsji odpowiada na potrzeby nawet najbardziej wymagających fanów gatunku. Nie ma tu może fajerwerków, koniec też raczej nie jest spektakularny, ale nie sądzę, byście się rozczarowali! Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać książek autorstwa Gerritsen, to jak najszybciej musicie to zmienić :)

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Jej ostatni oddech”, Robert Dugoni [recenzja]

d_3953Autor: Robert Dugoni

Tytuł: Jej ostatni oddech

Tytuł oryginalny: Her Final Breath

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Lech Z. Żołędziowski

Liczba stron: 432

——–

Robert Dugoni to człowiek, który ostatnio bardzo mnie uszczęśliwił. Mnie jako miłośniczkę dobrych, trzymających w napięciu thrillerów. Mnie fankę prozy w stylu Alex Kavy i J.T. Ellison. Robert Dugoni to autor, którego koniecznie musicie poznać!

Sama tego pisarza poznałam dość niedawno, bo przy okazji marcowej premiery polskiego wydania Grobu mojej siostry, książki niesamowicie przyjemnej w lekturze, będącej pierwszym tomem cyklu o śledczej Tracy Crosswhite z wydziału zabójstw policji z Seattle. W pierwszym tomie akcja koncentruje się wokół poszukiwań prawdziwego zabójcy młodszej siostry Tracy, która zaginęła przed dwudziestu laty. Odnalezienie w pobliżu rodzinnego miasta Crosswhite’ów szczątków Sary doprowadza do rewizji procesu odsiadującego wyrok za zabójstwo Edmunda House’a. Tracy nie jest bowiem pewna, czy House lata temu rzeczywiście zamordował Sarę. Grób mojej siostry, o którym więcej powiedzieć nie mogę, by nie zdradzić zbyt wiele, okazał się świetną książką, która w pełni sprostała moim oczekiwaniom. Po jej skończeniu od razu chciałam sięgnąć po kolejny tom przygód Tracy. Na Jej ostatni oddech trzeba było jednak trochę poczekać.

Detektyw Tracy Crosswhite pracująca w Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych, która odkryła prawdę o zniknięciu swojej siostry Sary, prowadzi nowe śledztwo. W jego wyniku kariera zawodowa Tracy zawiśnie na włosku.

Seryjny morderca nazywany przez policję Kowbojem grasuje po północnej części Seattle. Jego celem są młode kobiety nocujące w tanich motelach. Tracy otrzymuje niepokojącą wiadomość – wszystko wskazuje na to, że to właśnie ona jest jego kolejnym celem. Detektyw Crosswhite, mając do dyspozycji niezbyt wiele mówiące wskazówki, przeczuwa, że kluczem do rozwiązania zagadki i powstrzymania szaleńca może być dochodzenie sprzed dziesięciu lat. Jest tylko jeden problem. Okazuje się, że przełożonemu Tracy bardzo zależy na tym, by tamta sprawa pozostała zamknięta. Czy nieustraszona policjantka zdoła znaleźć dowód, który pozwoli jej schwytać psychopatę, czy też sama wpadnie w jego sidła? A Kowboj już rozpoczął swoje łowy!

Postać seryjnego mordercy, kobieca bohaterka – policjantka, agentka FBI, prywatna detektyw –  na której życie czyha wspomniany szaleniec, akcja rozgrywająca się w Stanach Zjednoczonych. Te trzy elementy to składowe w moim odczuciu idealnego thrillera, książki, która idealnie trafia w mój czytelniczy gust. Przed laty pokochałam twórczość Alex Kavy, której sztandarowa bohaterka – agentka FBI Maggie O’Dell – niestrudzenie ścigała psychopatycznego seryjnego mordercę, Alberta Stucky’ego, który bestialsko mordował kobiety. Niesamowicie się z nią z zżyłam, bo Maggie budziła moją sympatię, co w zasadzie do dziś się nie zmieniło. Jakiś czas później poznałam thrillery innej amerykańskiej pisarki, J.T. Ellison, która powołała do życia porucznik Taylor Jackson. I tę bohaterkę bardzo polubiłam. Teraz to wąskie grono fikcyjnych policjantek, które zdobyły moje serce, zasiliła Tracy Crosswhite, kolejna fantastyczna bohaterka, której losy z przyjemnością będę śledzić. Robert Dugoni dokonał czegoś, co dawno nie udało się żadnemu pisarzowi i żadnej pisarce. Przypomniał mi najlepsze czasy :)

1508598888865(1)Jej ostatni oddech to thriller, który pochłonęłam w zaledwie dwa dni. Bardzo nie mogłam doczekać się jego lektury i wystarczył weekend, bym książkę mogła zaliczyć do przeczytanych. Nie wiem dlaczego, jednak do twórczości Dugoniego jestem nastawiona bardzo optymistycznie. Grób mojej siostry sprostał moim wymaganiom, a Jej ostatni oddech jest książką jeszcze lepszą. Tym razem akcja rozgrywa się wyłącznie w teraźniejszości, nie ma tu retrospekcji, które były tak ważnym elementem w pierwszy tomie serii. Co jakiś czas pojawiają się wzmianki wiążące się bezpośrednio z Grobem mojej siostry. Najbardziej mi się podobało, że o pierwszej z ofiar Kowboja mogliśmy przeczytać właśnie w Grobie mojej siostry, gdy Tracy i jej koledzy dowiedzieli się o morderstwie tancerki z klubu nocnego, Nicole Hansen, którą znaleziono w tanim motelu przy Aurora Avenue. Bardzo lubię, gdy książki tworzące cykl bezpośrednio się ze sobą łączą, choć to wcale nie znaczy, że trzeba czytać te książki po kolei. Spokojnie można je traktować jako tytuły samodzielne i czytać tylko te, których fabuła nas interesuje, choć gorąco Was zachęcam do lektury każdej z nich. Sama już nie mogę się doczekać polskiego wydania trzeciej części, której oryginalny tytuł brzmi In The Clearing. Jestem pewna, że i ten thriller okaże się świetną lekturą. Jedyne, co nie do końca przypadło mi do gustu w tej powieści, to liczba podejrzanych. Wydaje mi się, że Dugoni starał się bardzo namieszać i rzeczywiście mu się to udało. Duża liczba podejrzanych wiąże się z koniecznością spamiętania ich nazwisk, co czasem nie do końca mi się udawało i musiałam nie raz zastanawiać się, jak się nazywał konkretny bohater.

Jej ostatni oddech to thriller najwyższych lotów, styl i pomysły Roberta Dugoniego przypominają mi Alex Kavę w najlepszym wydaniu. Autor stworzył bohaterkę, której nie sposób nie polubić, nieustraszoną, upartą, wrażliwą i niezrażającą się niepowodzeniami. Miłośnicy solidnych i trzymających w napięciu thrillerów nie powinni być rozczarowani. Robert Dugoni potrafi pisać, co po raz kolejny udowodnił. Zdecydowanie polecam!

Moja ocena: 9/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Klub wisielców”, Tony Parsons [recenzja]

d_3947Autor: Tony Parsons

Tytuł: Klub wisielców

Tytuł oryginalny: The Hanging Club (Max Wolfe, #3)

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Paweł Lipszyc

Liczba stron: 320

——–

Jest zbrodnia, musi być kara

Tony Parsons po raz pierwszy, Tony Parsons po raz drugi i… po raz trzeci! Wreszcie na polskim rynku pojawił się Klub wisielców, czyli finał trylogii, której bohaterem jest detektyw londyńskiej policji, Max Wolfe. Zarówno Wolfe’a, jak i samego Tony’ego Parsona po raz pierwszy poznałam przy okazji lektury wydanego w lutym 2017 roku Rzeźnika, będącego drugim tomem wspomnianej serii. Rzeźnik skusił mnie swoim opisem oraz akcją dziejącą się w stolicy Anglii. Nie czytałam wprawdzie książki otwierającej trylogię, a więc Krwawej wyliczanki, po którą obiecałam sobie sięgnąć zaraz po przeczytaniu Rzeźnika, by nadrobić ewentualne braki, ale uznałam, że warto spróbować. To była bardzo dobra decyzja. A czy i tym razem Parsons mnie nie zawiódł? Czy jego najnowsza powieść spełniła moje oczekiwania? Zapraszam do lektury recenzji! :)

Grupa samozwańczych mścicieli krąży po ulicach Londynu. W upal­ne noce uprowadza ludzi, którzy dopuścili się złych uczynków, wydaje wyroki i wykonuje egzekucje przez powieszenie.
Wśród skazanych na śmierć są m.in.: członek gangu, który molesto­wał dziewczęta, bogaty alkoholik, który śmiertelnie potrącił dziecko, ziejący nienawiścią mułła nawołujący do mordowania brytyj­skich żołnierzy. Liczba ofiar podejrzanie szybko rośnie, a Londyn znajduje się na kra­wędzi zamieszek. Detektyw Max Wolfe musi ukrócić mordercze zapę­dy gangu zabójców, których już uznano za bohaterów.

Najnowsza powieść Tony’ego Parsonsa – choć czyta się ją przyjemnie – jest książką podejmującą ważkie tematy. W centrum uwagi niby jest śledztwo w sprawie popełnianych przez samozwańczych katów morderstw, a jednak kryminalna otoczka skrywa o wiele poważniejsze kwestie. Czytający pod wpływem przedstawionych w Klubie wisielców wydarzeń zaczyna się zastanawiać, kto we współczesnym świecie ma prawo do wymierzania sprawiedliwości, a także czy pragnienie zemsty za wyrządzone krzywdy może być usprawiedliwieniem dla zbrodni. Dylematy moralne bohaterów stają się podstawą do rozważań dotyczących sprawiedliwości i żądzy zemsty. Najciekawsze jest w tym wszystkim jednak to, że Tony Parsons nie moralizuje. Brytyjski pisarz zupełnie niepostrzeżenie przemyca istotne dla cywilizowanego, wykształconego człowieka problemy, które – choć są przedstawione w książce z zasady mającej bawić – skłaniają do głębszej refleksji. Taką ważną kwestią jest kara śmierci – chyba najbardziej kontrowersyjna forma wymierzania sprawiedliwości, która ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Przez jednych uważana za sprawiedliwą formę odpłaty za pozbawienie życia, a przez innych za niehumanitarną i nieetyczną. Niegdyś była bardzo powszechna, również w Polsce, a dziś obecna jest tylko w niektórych krajach. Czy powinna zostać przywrócona? Zdaniem bohaterów Klubu wisielców tak. A samosąd? Czy ma on w ogóle rację bytu? Czy zasługuje na usprawiedliwienie?

krwawa-wyliczanka(1)

Samozwańczy kaci, którzy obrali sobie za cel eliminację zbrodniarzy, których nie dosięgło ramię sprawiedliwości, swoim zachowaniem wyraźnie nawiązują do postaci Alberta Pierrepionta, czyli najsłynniejszego kata Zjednoczonego Królestwa, mającego na swoim koncie największą w historii Wielkiej Brytanii udokumentowaną liczbę wykonanych wyroków kary śmierci. Pierrepoint, który stał się legendą w swoim fachu, w swoim życiu powiesił setki morderców, gangsterów i zbrodniarzy wojennych, w tym ok. 200 nazistów skazanych w procesach norymberskich. Przyznam szczerze, że przed sięgnięciem po powieść Parsonsa nie słyszałam o Pierrepoincie. Teraz jednak usiadłam i przegrzebałam internet w poszukiwaniu interesujących informacji, aby chociaż trochę poszerzyć swoją wiedzę na temat tej postaci. Zawsze lubiłam książki, z których mogę się czegoś ciekawego dowiedzieć. To właśnie najbardziej podoba mi się w powieściach Tess Gerritsen, jednej z moich ulubionych autorek, i to podoba mi się u Parsonsa. Po kryminały sięgam oczywiście po to, by zabawić się w detektywa rozwiązującego śledztwo w sprawie o morderstwo. Ale rozwiązanie zagadki to nie wszystko. Jeśli wymyślonej przez pisarza fabule towarzyszy jakaś oparta na faktach historia, to taka opowieść nabiera rumieńców. Bezlitosny kat z zimną krwią wykonujący setki egzekucji? Pojawienie się tak kontrowersyjnej i słynnej postaci – nawet tylko we wspomnieniach i rozmowach bohaterów – jak nic innego dodaje przedstawionej historii pikanterii.

Dużą zaletą powieści Parsonsa jest też to, że wcale nie trzeba ich czytać po kolei. Aby sięgnąć po drugi czy trzeci tom trylogii, wcale nie musicie koniecznie znać poprzednich części. Oczywiście warto czytać je po kolei, ale bez obaw możecie zacząć swoją przygodę z prozą Tony’ego Parsonsa właśnie od Klubu wisielców, a dopiero potem ewentualnie sięgnąć po dwie poprzednie części.

Stanowiący finałową odsłonę cyklu Klub wisielców to przyzwoity kryminał, który czyta się w mgnieniu oka. Intrygująca fabuła, liczne zwroty akcji i niełatwe do przewidzenia zakończenie to mocne strony nowej książki Parsonsa. Z czystym sumieniem polecam i sama zabieram się do Krwawej wyliczanki :)

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Opiekunka do dzieci”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

Opiekunka.do.dzieci_front (1)Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Opiekunka do dzieci

Tytuł oryginalny: Das Kindermädchen

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Tłumaczenie: Bartosz Nowacki

Liczba stron: 544

——–

Do niedawna nazwisko Elisabeth Herrmann większości polskich czytelników było zupełnie obce. Anonimowa autorka, o której nikt nie słyszał. To się jednak zmieniło w kwietniu 2016 roku po publikacji polskiego wydania Wioski morderców – bardzo solidnego thrillera. Po literaturę niemiecką nie sięgam zbyt często, z reguły w kręgu moich zainteresowań znajdują się przede wszystkim książki anglojęzyczne. Gdy jednak chodzi o powieść Elisabeth Herrmann albo Charlotte Link, to ani chwili się nie waham. Nauczyłam się, że ich książki są dobre. Ale czy zawsze?

Wszystko wskazuje na to, że adwokat Joachim Vernau odniesie życiowy sukces i zrobi wspaniałą karierę. Ma poślubić Sigrun Zernikow, a tym samym nie tylko wejść do berlińskich wyższych sfer, lecz także zostać partnerem w renomowanej kancelarii adwokackiej ojca Sigrun, Utza. Podczas planowanego przyjęcia zaręczynowego ma zostać wprowadzony do rodziny. Kiedy jednak niespodziewanie pojawia się Ukrainka, która prosi go o zdobycie podpisu von Zernikowa na spisanym cyrylicą dokumencie, na fasadzie uczciwości nobliwej rodziny pojawia się pierwsza rysa. Utz ma bowiem swoim podpisem poświadczyć, że jego rodzina podczas drugiej wojny światowej zatrudniała jako opiekunkę do dziecka pochodzącą ze Wschodu robotnicę przymusową, dzięki czemu ta mogłaby teraz otrzymać odszkodowanie. Utz wszystkiemu zaprzecza, drze na strzępy i wyrzuca dokument. Zdarzenie to szybko zostałoby zapomniane, jednak ciało Ukrainki niedługo później zostaje wydobyte z Landwehrkanal. Chociaż Vernau przeczuwa, że w ten sposób naraża swoją świetlaną przyszłość w rodzinie, zaczyna zadawać niewygodne pytania. Historia ukraińskiej robotnicy przymusowej wydaje się prawdziwa, a Joachim znajduje jednoznaczne ślady nadzwyczaj lukratywnego handlu dziełami sztuki, które zostały zagrabione przez nazistów w czasie drugiej wojny światowej…

To istny paradoks, że Opiekunkę do dzieci zabrałam na wakacje, myśląc, że będzie idealną lekturą na leniuchowanie na jednej z włoskich plaż. Nie była. Podczas tygodniowego urlopu zdążyłam przebrnąć przez zaledwie 300 stron, co dawało mi nieco ponad połowę tej dość obszernej powieści. Prawdę mówiąc, z ogromną i niekłamaną ulgą odetchnęłam, gdy wreszcie dobrnęłam do ostatniej kropki. Z mozołem pokonując kolejne strony, miałam wrażenie, że historia opowiadana przez Joachima Vernaua nigdy się nie skończy. Dwa poprzednie, a chronologicznie późniejsze, thrillery niemieckiej autorki – osnute wokół losów Saneli Beary, niemieckiej policjantki o chorwackich korzeniach, wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie, tworząc w mojej głowie stereotyp, że Elisabeth Herrmann jest po prostu znakomitą pisarką potrafiącą tworzyć książki, od których nie sposób się oderwać. Jej Wioska morderców okazała się niezwykle klimatycznym thrillerem, który do ostatnich stron trzymał w napięciu, a Śnieżny wędrowiec, choć moim zdaniem znacznie słabszy od pierwszego tomu cyklu, to wciąż był solidną pozycją dla fanów gatunku. Tu jednak czegoś zdecydowanie zabrakło.

20170915_131510

Sięgając po Opiekunkę do dzieci, doskonale wiedziałam, że wśród jej bohaterów nie znajdę Saneli, do której zdążyłam się już przyzwyczaić i którą zdołałam mimo wszystko polubić. Ta powieść wbrew moim oczekiwaniom okazała się lekturą ciężkostrawną i uciążliwą w odbiorze. Mozolnie rozkręcająca się akcja, przeładowanie polityką i przykrymi wspomnieniami wyzysku w czasie drugiej wojny światowej oraz bohaterowie, z którymi trudno się zżyć – tym Herrmann bardzo mnie zmęczyła. Brak nieprzewidzianych zdarzeń i napięcia niepozwalającego ani na chwilę porzucić czytania sprawiały, że co i raz traciłam koncentrację, odpływałam myślami w siną dal, nie mogąc wczuć się w relację z prywatnej krucjaty Joachima Vernaua.  Nie czułam tej książki. Historia opowiedziana przez Herrmann, choć wstrząsająca i prawdziwa, nie zyskała mojego uznania. I zupełnie nie chodzi o to, że to thriller polityczny z wojną w tle, czyli gatunek, po który nie sięgam zbyt często. Chodzi o to, że tu po prostu wiało nudą, a przecież Opiekunka do dzieci liczy sobie blisko 550 stron!

Na plus zdecydowanie zasługuje okładka. Muszę przyznać, że Wioska morderców wpadła mi w oko właśnie z powodu okładki, która z miejsca mnie urzekła. Dopiero potem przeczytałam opis i zaczęłam przeczuwać, że to może być coś naprawdę dobrego. I rzeczywiście było. Okładka drugiej na polskim rynku książki Elisabeth Herrmann była jeszcze ładniejsza. Opiekunka do dzieci również prezentuje się doskonale. Połączenie szarości z czerwienią, wpadające w oko zdjęcie – niby nic wielkiego, a jednak nie każdemu udaje się stworzyć okładkę, która będzie przykuwać uwagę.

Nie mam wątpliwości, że w przyszłości jeszcze nie raz sięgnę po thrillery Elisabeth Herrmann. Wątpię jednak, bym po raz kolejny dała szansę Joachimowi Vernauowi, który tak okrutnie umęczył mnie swą opowieścią w Opiekunce do dzieci, że z przyjemnością i ulgą odłożyłam tę książkę na półkę. Z otwartymi rękoma powitam natomiast kolejny tom przygód Saneli Beary, za którą – czytając Opiekunkę – zdążyłam się już porządnie stęsknić. Elisabeth Herrmann może nie zawsze potrafi zbudować napięcie, ale nie można jej zarzucić, że nie jest dobrą pisarką. I choć jak zapewne każdy pisarz ma wzloty i upadki, to jednak jej proza bez wątpienia zasługuje na uwagę. Jeśli jeszcze nie znacie pisarstwa niemieckiej autorki, to gorąco Was zachęcam do lektury jej powieści, tylko może nie zaczynajcie od Opiekunki do dzieci. Możecie się rozczarować. 

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki: 
http://www.proszynski.pl/

„Dotyk zła”, Alex Kava [recenzja]

144768_dotyk-zla_2012_300Autor: Alex Kava

Tytuł: Dotyk zła

Tytuł oryginalny: A Perfect Evil

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska

Liczba stron: 512

——–

Gdy kilka dni temu stałam przed wyborem kolejnej lektury, rozważałam sięgnięcie po Nocny film Marishy Pessl, książkę Nie mój jedyny Melissy Pimentel, Ogród małych kroków Abbi Waxman lub Oszukaną Charlotte Link. Do żadnej z tych powieści nie byłam w stu procentach przekonana, przeczuwając, że mogę się zawieść, a szukałam czegoś naprawdę super, czegoś naprawdę ekscytującego. Zamiast ryzykować, poszukałam w pamięci i trafiłam na tytuł, którego byłam pewna. Wiedziałam, że nie będę rozczarowana. Wybór tym razem padł na powieść Alex Kavy pt. Dotyk zła, książkę wydaną w Polsce po raz pierwszy blisko 15 lat temu. Trzeba dodać, że już tę książkę oczywiście czytałam, w 2011 roku, gdy poleciła mi ją koleżanka. 

Uznany za seryjnego mordercę i skazany na śmierć za trzy potworne zbrodnie Ronald Jeffreys został stracony. Mieszkańcy Platte City w stanie Nebraska odetchnęli z ulgą, bo wszystko wskazuje na to, że ich koszmar wreszcie się skończył. Jednak trzy miesiące później zostaje znalezione ciało kolejnego chłopca. Ślady na ciele zamordowanego wskazują, że zginął on w taki sam sposób jak ofiary Jeffreysa. Koszmar powrócił ze zdwojoną siłą. Okazuje się bowiem, że albo stracono nie tego człowieka, co trzeba, albo w Platte City grasuje naśladowca wzorujący się na Jeffreysie. Śledztwo w tej sprawie prowadzi szeryf Nick Morelli. Pomaga mu przysłana z Quantico młoda agentka FBI Maggie O’Dell, która już zyskała opinię wybitnej specjalistki od tworzenia profili psychologicznych seryjnych morderców. Rozpoczyna się dramatyczna gra z czasem, w której nie ma ani chwili do stracenia. Wkrótce ginie następny chłopiec, a siostrzeniec szeryfa zostaje porwany. Dochodzenie komplikuje się, każdy kolejny trop prowadzi donikąd, a media pastwią się nad policją, której jedynym podejrzanym jest stracony trzy miesiące wcześniej mężczyzna. Nick i Maggie mają dość wiarygodną teorię co do tożsamości szaleńca, ta jednak jest zbyt przerażająca, by ktokolwiek chciał w nią uwierzyć…

Dotyk zła to powieść otwierająca bestsellerowy cykl o agentce FBI Maggie O’Dell. Książka wciąga jak mało która i wprost nie sposób się od niej oderwać, co zawdzięczamy wartkiej akcji, narastającemu napięciu i krótkim rozdziałom. Zdaje sobie sprawę, że mówi się tak o wielu książkach, sama często zwracam na to uwagę w recenzjach, bo rzeczywiście wiele jest powieści, które czytamy z zapartym tchem. Powieść Kavy ma jednak w sobie coś, co przyciąga mnie do niej niczym magnes. W czerpaniu przyjemności z jej lektury nie przeszkadza nawet to, że już w połowie powieści domyślamy się, kto może być brutalnym seryjnym mordercą nastoletnich chłopców. Autorka myli wprawdzie tropy, rzucając podejrzenia na bohaterów przypominających typów spod ciemnej gwiazdy, ale nietrudno dojść do rozwiązania zagadki przed właściwym finałem, który jest w pewnym sensie zakończeniem otwartym, niewyjaśniającym wszystkich niewiadomych. Pada w nim jednak jedno zdanie, które mrozi krew w żyłach. Ci będący już po lekturze Dotyku zła z pewnością wiedzą, co mam na myśli. Bardziej niż o poznanie tożsamości mordercy chodzi w książce Kavy o to, co jeszcze się wydarzy i jak daleko posunie się poszukiwany psychopata. To po prostu świetna powieść akcji, która odznacza się zawrotnym tempem.

Niezwykle mocnym punktem tej książki jest również wątek miłosny. Wiem, że niektórzy czytelnicy nie lubią thrillerów, w których duże znaczenie odgrywa wątek romansowy. A jednak tu Kava wplotła go w fabułę w sposób doskonały. Między Maggie O’Dell i Nickiem Morellim tak iskrzy, że niemal sami na własnej skórze czujemy napięcie i podekscytowanie. Bohaterowie – i uznana profilerka FBI, i małomiasteczkowy szeryf alias łamacz kobiecych serc – wzbudzają naszą sympatię. Zaczynamy im kibicować i wspólnie z nimi przeżywać ich radości i rozczarowania. Bardzo żałuję, że Alex Kava ostatecznie zrezygnowała z tego wątku – niewiele jest literackich par, które tak bardzo polubiłam. Czytając ten i pozostałe tomy serii, mogliśmy śledzić losy nieudanego małżeństwa Maggie z Gregiem, krótką historię jej romansu z Nickiem, wzloty i upadki jej związku z Benjaminem Plattem, a także jej mniej lub bardziej oficjalny związek z Ryderem Creedem. Relacje Maggie nie tylko z mężczyznami, ale i z kobietami nigdy nie należały do najłatwiejszych – to pewnie po części cena, jaką agentka O’Dell płaci za swoją pracę. A jednak z Nickiem to było coś naprawdę fajnego (dodam tylko, że ta postać pojawia się w pierwszych dwóch tomach serii oraz w opowiadaniu autorstwa Kavy w tomie Cienie nocy). Wciąż mam nadzieję, że nadejdzie dzień, gdy Morelli podczas jednego ze śledztw znów pojawi się u boku Maggie. Czy to się kiedyś wydarzy? Nie wiadomo.

kava

Myślę, że Dotyk zła jest dziś książką nieco zapomnianą – trudno ją kupić w formie papierowej, a egzemplarze biblioteczne tak przez lata były eksploatowane, że dziś niemal rozsypują się w rękach. A jednak warto po nią sięgnąć, ponieważ debiutancki thriller Alex Kavy jest książką jeśli nawet nie wybitną, to szalenie wciągającą i momentami wręcz – z racji mocno działających na wyobraźnię opisów bestialskich zbrodni – przyprawiającą o gęsią skórkę. No i Maggie! Stworzona przez Kavę agentka FBI to spośród wszystkich postaci literackich moja ulubiona bohaterka. Najlepszą rekomendacją niech będzie to, że sięgnęłam po tę powieść po raz drugi (dodam, że teraz czytam W ułamku sekundy, drugi tom cyklu, i to już po raz trzeci!), co w zasadzie nigdy mi się nie zdarza. Dwukrotnie mogę przeczytać Harry’ego Pottera, ale nie thriller bądź kryminał. Dla tej książki zrobiłam wyjątek, łamiąc swą odwieczną zasadę, by nie czytać dwukrotnie tych samych thrillerów – zbyt wiele jest na polskim rynku świetnych książek, które warto poznać, więc szkoda tracić czas na czytanie tego, co już znamy. Nie mam jednak wrażenia, że zmarnowałam czas – ta książka jest tak świetna, że po prostu trzeba ją przeczytać! Zapewniam, że z miejsca wciągniecie się w cykl o Maggie i będziecie chcieli poznać wszystkie jej przygody. Bardzo, bardzo polecam miłośnikom mocnych wrażeń i wyrazistych bohaterów! Ta powieść jest o niebo lepsza od tego, co obecnie serwuje nam autorka, dlatego zdecydowanie warto się nią zainteresować.

Na koniec dodam jeszcze, że 10 sierpnia 2017 w Stanach Zjednoczonych miała miejsce premiera powieści pt. Before Evil. Książka jest prequelem serii i jak chyba każdy fan prozy Alex Kavy bardzo chciałabym ją przeczytać. Mam nadzieję, że już wkrótce ukaże się jej polskie wydanie i będziemy mogli poznać losy Maggie sprzed Dotyku zła. Jestem pewna, że niejeden czytelnik z przyjemnością przeczytałby o jej zmaganiach z Albertem Stuckym, zwłaszcza że książka w USA zbiera same pochwały.

Moja ocena: 9/10

 

„Ruiny na wybrzeżu ”, Eric Berg [recenzja]

2467Autor: Eric Berg

Tytuł: Ruiny na wybrzeżu

Tytuł oryginalny: Das Küstengrab

Wydawnictwo: Sonia Draga

Tłumaczenie: Łukasz Kuć

Liczba stron: 304

——–

Rzadko wiemy, czym jest szczęście, najczęściej wiemy, czym było. Françoise Sagan

Thriller to obecnie jeden z najpopularniejszych gatunków wśród czytelników, którzy znacznie częściej wolą sięgnąć po dreszczowiec niż po klasyczną powieść detektywistyczną. Naprzeciw ich oczekiwaniom zdają się wychodzić pisarze, którzy wręcz prześcigają się w wymyślaniu coraz to oryginalniejszych fabuł, które będą się wyróżniać na tle setki takich samych thrillerów. Jedni autorzy odnoszą zasłużony sukces, inni giną gdzieś po drodze, bo na przeszkodzie w drodze na pisarski Olimp staje im nieznane nazwisko lub brak odpowiedniej reklamy.

Po powieść zupełnie nieznanego mi Erika Berga sięgnęłam właściwie z dwóch powodów. W pierwszej chwili moją uwagę przykuła jej okładka, na której widnieje latarnia morska, czyli mój absolutnie ulubiony motyw wszystkich zdjęć i pocztówek. Pod wpływem impulsu i dobrych skojarzeń znalazłam w internecie udostępniony przez wydawcę darmowy fragment, który czytało mi się naprawdę przyjemnie. Skuszona dobrym pierwszym wrażeniem zdecydowałam się kupić książkę. I chociaż nie zwaliła mnie z nóg, nie rzuciła mnie na kolana, nie zapadnie mi w pamięć na długie lata, to raczej jestem zadowolona, bo to całkiem niezły thriller.  

Po dwudziestu trzech latach nieobecności Lea Mahler wraca do rodzinnej wioski na położonej na Morzu Bałtyckim wyspie Poel. Niestety wizyta kończy się tragicznie. W tajemniczym wypadku samochodowym ginie jej starsza siostra, a ona sama zostaje ciężko ranna i doznaje amnezji. Cztery miesiące po tym wydarzeniu Lea, wbrew radom lekarzy, ponownie przyjeżdża na wyspę. Chce się dowiedzieć, jak doszło do wypadku i po co w maju pokonała tysiące kilometrów, by spotkać się ze znienawidzoną siostrą. Ponieważ nic nie pamięta, jest zdana na pomoc dawnych przyjaciół – tyle że ci przedstawiają sprzeczne wersje. Mająca mętlik w głowie Lea nie wie, komu może zaufać, skoro ufać nie może już nawet własnym wspomnieniom. Rozmowy z przyjaciółmi z dzieciństwa utwierdzają ją w przekonaniu, że ci najwyraźniej ukrywają przed nią coś, co dotyczy ich wspólnej przeszłości… Czy śmierć Sabiny Mahler rzeczywiście była zwykłym wypadkiem? Jakie tajemnice kryją zlokalizowane na wyspie ruiny dawnego klasztoru? Czy Lea odzyska pamięć?

Ruiny na wybrzeżu to solidny, acz nieco przewidywalny thriller, który na tle innych nie wyróżnia się właściwie niczym szczególnym. Nie oznacza to jednak, że to książka słaba i niewarta uwagi. Wręcz przeciwnie. Dobrze skonstruowana intryga, bohaterka, którą da się lubić (choć czasem jest ona postacią trochę irytującą i naiwną, ale jestem skłonna złożyć to na karb jej bolesnych doświadczeń i stanu, w jakim się obecnie znajduje), śmierć owiana tajemnicą, dwutorowa narracja, dzięki której dowiadujemy się wiele interesujących informacji na temat nie tylko aktualnych wydarzeń, ale i tego, co działo się w przeszłości to mocne strony tej pozycji. Jeśli dodać do tego, że powieść Erika Berga czyta się szybko i z zainteresowaniem, to mamy wszystko, czego potrzeba, by uznać książkę za taką, której lektury nie będziemy postrzegać jako zmarnowanego czasu.

Zastosowana w powieści dwutorowa narracja to zabieg szalenie popularny i często wykorzystywany w thrillerach psychologicznych, w których celem jest odkrycie pilnie strzeżonych przez lata tajemnic. Gdy przeszłość w istotny sposób wpływa na teraźniejszość i przyszłość, ten typ narracji staje się w zasadzie dominujący. Lokatorka, Za zamkniętymi drzwiami, Dziewczyny, które zabiły Chloe – w każdej z tych książek znajdziemy właśnie taką narrację. Można by zatem pokusić się nawet o stwierdzenie, że pierwszoosobowa narracja oraz akcja rozgrywająca się w dwóch płaszczyznach czasowych to niezbędne elementy poprawnie skonstruowanego thrillera. Czymś, co wyróżnia powieść Berga spośród setek innych tego typu książek, może być jej zakończenie. Jego oczywiście nie zdradzę, ale mogę powiedzieć, że całą prawdę będzie dane poznać wyłącznie czytelnikom. Kiedyś wydawało mi się to niezwykle oryginalne, teraz – będąc po lekturze chociażby Najmroczniejszego sekretu Alex Marwood – widzę, że nie jest to aż tak nowatorskie i wyjątkowe, jak początkowo myślałam, nie zmienia to jednak faktu, że takie rozwiązania wciąż są dość rzadko spotykane, dzięki czemu mamy szansę zapamiętać tę książkę na dłużej.

1500129676502

Ruiny na wybrzeżu to powieść, której niejako głównym tematem obok amnezji i usilnych prób odzyskania utraconych pod wpływem tragicznych zdarzeń wspomnień jest przyjaźń i projektowanie w swojej głowie mitów, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Losy Lei Mahler oraz paczki jej przyjaciół z dzieciństwa pokazują, że nic nie trwa wiecznie i zwyczajnie nie warto ciągnąć na siłę czegoś, co nie ma szans przetrwać. Thriller Erika Berga uświadamia nam również, że pewne wydarzenia z przeszłości, podjęte kiedyś niewłaściwe wybory, popełnione błędy potrafią ciągnąć się za człowiekiem latami, nie pozwalając o sobie zapomnieć, nie pozwalając odkupić win i normalnie żyć. W Portrecie Doriana Graya Oscar Wilde ustami jednej z postaci wypowiada bardzo ważne zdanie: W stosunkach z człowiekiem los nigdy nie zamyka swych rachunków, co znaczy, że za popełniony błąd wciąż się musi płacić, płacić i płacić bez końca. Ruiny na wybrzeżu są dowodem na to, że w stwierdzeniu Wilde’a nie ma ani grama przesady.

Jeśli szukacie książki, którą czyta się szybko i przyjemnie, choć ładunek emocjonalny, który ze sobą niesie, nie należy do najlżejszych, to powieść Erika Berga nada się idealnie. Zastanawiam się tylko, czy niektórzy z Was nie będą rozczarowani jej zakończeniem. I to nie dlatego, że jest złe, tylko dlatego, że jest… właśnie takie.

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.soniadraga.pl

„Dziewczyna z Brooklynu”, Guillaume Musso [recenzja]

d_3917Autor: Guillaume Musso

Tytuł: Dziewczyna z Brooklynu

Tytuł oryginalny: La fille de Brooklyn

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Joanna Prądzyńska

Liczba stron: 368

——–

Nic bardziej nas nie szarpie niż wspomnienie przegapionych okazji i zapach szczęścia, któremu pozwoliliśmy umknąć. (s. 222)

Guillaume Musso. Miłośniczki prozy obyczajowej nie wyobrażają sobie rynku wydawniczego bez książek popularnego francuskiego pisarza. O zachwycającym Musso i ja nie raz słyszałam, a jednak nigdy nie miałam ani okazji, ani wystarczających chęci, by sięgnąć po którąś z jego powieści. Dziewczyna z Brooklynu jest więc moim pierwszym spotkaniem z twórczością Francuza i bez wahania mogę powiedzieć, że to spotkanie bardzo udane.

Raphaël Barthélémy jest wziętym pisarzem. Od kilku miesięcy spotyka się z Anną Becker, stażystką w paryskim szpitalu, gdzie oboje się poznali. Podczas romantycznej podróży na Lazurowe Wybrzeże Raphaël, którego męczy tajemniczość narzeczonej, przypiera ją do muru pytaniami o jej przeszłość. Po burzliwej kłótni dziewczyna wyjmuje z torebki tablet, na którego ekranie widnieje przerażające zdjęcie. Na jego widok Raphaël odchodzi bez słowa. Po 20 minutach wraca do hotelu, jednak Anny już nie ma. Raphaël jedzie za nią do Paryża, tam jednak okazuje się, że ślad po niej zaginął. Mężczyzna wraz z najbliższym przyjacielem, emerytowanym inspektorem policji, zaczyna jej szukać. Poszukiwania okazują się dużo bardziej skomplikowane, niż obaj początkowo myśleli. W wyniku prywatnego dochodzenia wychodzi na jaw, że Anna nie jest wcale tą osobą, za którą się podawała.

Opis fabuły może nie wskazywać na szalenie wciągającą książkę, a jednak historia tytułowej dziewczyny z Brooklynu i chęć odkrycia prawdy o Annie nie pozwalają ani na chwilę przerwać czytania. I nawet jeśli Musso do tej pory tworzył powieści z przeważającym wątkiem obyczajowym, to tym razem stworzył pełnokrwisty thriller, w którym aż roi się od sekretów, zbrodni i kłamstw. Czyta się to szybko i z naprawdę rosnącym zainteresowaniem, co zawdzięczamy przede wszystkim szkatułkowej czy też matrioszkowej fabule. Spokojnie możemy nazwać Musso mistrzem konstruowania intrygi z iście zegarmistrzowską precyzją. Rzadko się bowiem zdarza, by rozwiązanie jednej zagadki, znalezienie jednej odpowiedzi wywoływało deszcz pytań. A tak właśnie wygląda to u Guillaume’a Musso w jego Dziewczynie z Brooklynu. Każda zdobyta odpowiedź zamiast przybliżać oddala od prawdy.

1501971228892

Co jest najciekawsze i najbardziej intrygujące w tej książce? Postać Anny. Mówi się o niej w zasadzie nieustannie, to ona jest tytułową dziewczyną z Brooklynu, a jednak w książce prawie w ogóle nie występuje. W wyniku poszukiwań dwóch głównych bohaterów, Raphaëla i Marca, docierają do nas sprzeczne, fragmentaryczne informacje na temat przeszłości Anny. Na ich podstawie powstaje w zależności od sytuacji mniej lub bardziej wyraźny portret tajemniczej kobiety, która fascynuje i przeraża zarazem.

Najnowsza powieść Musso pokazuje, że czasem jedno błahe wydarzenie może pociągnąć za sobą szereg nieprzewidzianych konsekwencji. Niczym reakcja łańcuchowa, niczym efekt domina. Mozolnie budowana miesiącami relacja w jednej chwili rozpada się na wzór domku z kart. Wystarczyło jedno – na pozór niewinne – pytanie, by spowodować prawdziwą katastrofę. Nie na darmo mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Historia Raphaëla, historia jego gorączkowych poszukiwań pokazuje, że czasem lepiej wiedzieć mniej. W ten sposób możemy oszczędzić sobie i swoim bliskim niepotrzebnego cierpienia. Współczesny świat forsuje zasadę, że w związku nie może być żadnych tajemnic. Skoro jesteśmy parą, to musimy wiedzieć o sobie dosłownie wszystko. A jednak historia Anny i Raphaëla zdaje się sugerować, że są prawdy, których czasem lepiej nie znać.

Plusem Dziewczyny z Brooklynu może być również jej kompozycja. I nie chodzi mi tylko o dwa typy narracji, które pojawiają się w książce. Bardzo charakterystyczne są również liczne retrospekcje. Rozdziały poświęcone wydarzeniom teraźniejszym przeplatają się z tymi opowiadającymi o wydarzeniach sprzed lat. Nie wiem, czy taki jest styl Guillaume’a Musso, nie znam przecież jego twórczości, ale ten zabieg – często z powodzeniem wykorzystywany przez autorów thrillerów – sprawdza się doskonale.

Dziewczyna z Brooklynu to dobra powieść, w której suspens gra zdecydowanie pierwsze skrzypce. Książka Musso jest pozycją godną polecenia, jeśli lubicie pełne napięcia historie, w których celem bohaterów jest dotarcie do głęboko skrywanej prawdy. Moje dobre wrażenia po lekturze najnowszej powieści Musso, a także doskonałe komentarze czytelniczek pod adresem jego wcześniejszych książek sprawiają, że prawdopodobnie w przyszłości sięgnę po którąś z powieści popularnego Francuza. Są chyba tego warte. Polecam.

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Siódemka”, Erica Spindler [recenzja]

micki-dare-tom-1-siodemka-b-iext49353110Autor: Erica Spindler

Tytuł: Siódemka

Tytuł oryginalny: The Final Seven

Wydawnictwo: Edipresse Książki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Liczba stron: 320

——–

Dobro i zło to awers i rewers jednej monety. Wszystkie inteligentne i obdarzone wolną wolą stworzenia mają zdolność czynienia zarówno jednego, jak i drugiego. (s. 258)

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowego thrillera Eriki Spindler, szalenie się ucieszyłam, bo to w końcu jedna z moich ulubionych autorek. Gdybym miała polecić komuś dobry thriller, to z pewnością zaproponowałabym, by przeczytał którąś z powieści Spindler. To bardzo solidne thrillery, często z wątkiem miłosnym, które z reguły koncentrują się na pilnie skrywanych rodzinnych sekretach. I naprawdę trzymają w napięciu. Krwawe wino, Dotyk strachu, Ślepa zemsta i Labirynt Białego Królika to jedne z lepszych pozycji w dorobku amerykańskiej pisarki. Książki tej autorki na polskim rynku ukazywały się do tej pory nakładem trzech wydawnictw: najpierw powieści Spindler wydawała Mira, będąca oddziałem HarperCollins, potem Burda Książki, teraz zaś wziął się do tego Edipresse Książki. I ta trzecia odsłona wypada zdecydowanie najgorzej. Otwierająca cykl o nazwie Strażnicy Światła Siódemka jest bowiem książką tak złą, że aż brak mi słów.

Pierwsza sobota lipca. Zaginiona kobieta. Siódemka wyryta na drzwiach jej domu. Rozpoczęło się odliczanie… –  taki opis może zaintrygować i sprawić, że zdecydujemy się po tę książkę sięgnąć. Może również sprawić, że nasze oczekiwania staną się tak wygórowane, że opowiadana historia nie zdoła im sprostać.

Detektyw Micki Dare to doświadczona i zasadnicza policjantka. Nie potrzebuje partnera, a już zwłaszcza tak przemądrzałego i pewnego siebie flirciarza jak agent FBI Zach Harris, który dopiero co ukończył eksperymentalny program szkoleniowy o nazwie Szóstki. Szóstki wyróżniają się tym, że mają… szósty zmysł, który pomaga im dotrzeć do informacji, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Zadanie Micki ma polegać na czuwaniu nad bezpieczeństwem Zacha, podczas gdy on będzie ścigał przestępców, wykorzystując swoje szczególne zdolności. Micki, bardzo sceptycznie nastawiona do swojego nowego partnera, najchętniej posłałaby go w kosmos, musi jednak wykonywać polecenia przełożonych, nawet jeśli uważa, że to marnowanie czasu, który można by poświęcić prawdziwej policyjnej robocie.

Wkrótce jednak uświadamia sobie, że jej partner potrafi coś więcej, niż tylko czarować swoim wyglądem i elokwencją i właściwie zyskuje przy bliższym poznaniu. Dociera też do niej, że gra toczy się o stawkę wykraczającą poza zwykłe rozwiązywanie zagadek i łapanie złoczyńców. Czai się bowiem nowy rodzaj zła, przebieglejszego niż wszystko, z czym Micki miała do tej pory do czynienia. Niewykluczone, że ona i Zach są jedynymi osobami, które mogą je powstrzymać. Kiedy znika kolejna dziewczyna, a ciemność zacieśnia krąg, Micki zdaje sobie sprawę z przerażającej prawdy: że jednak może się nie udać. Tym razem zło, któremu stawiają czoło, może zniszczyć ich wszystkich…

Fabuła jeśli nawet przy takim opisie brzmi intrygująco, to w rzeczywistości prezentuje się zdecydowanie gorzej. Thriller Spindler koncentruje się wokół dwóch głównych postaci: nieustraszonej detektyw Micki Dare oraz agenta FBI Zacha Harrisa. Ich duet śledczy to iście wybuchowa mieszanka, która przez całą powieść wyjątkowo męczy i irytuje. Nie dość, że bohaterowie dysponują nadprzyrodzonymi siłami, to jeszcze są ludźmi, których po prostu nie sposób polubić. Do tej pory Spindler nie bawiła się w tworzenie wielotomowych cykli, w których pojawialiby się ci sami bohaterowie. Co najwyżej zdarzało się, że poszczególne bohaterki (np. Stacy Killian, Kitt Lundgren, Mary Catherine Riggio) występowały w dwóch, trzech książkach. Muszę przyznać, że jestem wielką fanką wszelkiego rodzaju cykli. Łatwo zżywam się z bohaterami, których losy mogę śledzić przez wiele tomów. Serie autorstwa Tess Gerritsen (cykl o Rizzoli i Isles), J.T. Ellison (cykl o Taylor Jackson) czy Alex Kavy (cykl o Maggie O’Dell) to cykle, które od lat śledzę z zapartym tchem. Jest jednak pewien warunek – muszę polubić głównego bohatera. Jeśli bohater nie przypadnie mi do gustu już w pierwszym tomie, to nie ma szans, bym sięgnęła po kolejne części, niezależnie od tego, jak ciekawa będzie się wydawać ich fabuła.

1497951742318

Życie rządzi się zasadami. Istnieją pewne granice, których nie należy przekraczać. (s. 169)

Na okładce nowej książki Spindler możemy przeczytać, że to „pełen zaskakujących zwrotów akcji i dramatycznych zdarzeń thriller”. Wydawca tej niezwykle dziwnej książki zapewnia, że „Siódemka to lektura, od której nie sposób się oderwać”, bo „wciąga i trzyma w napięciu aż do ostatniej strony”. Ten, kto przeczytał tę powieść, bez wahania chyba przyzna, że w tych dwóch zdaniach nie ma ani grama prawdy. No chyba że ktoś lubi, gdy bohaterowie poprzez dotyk przekazują sobie energię… Szczerze mówiąc, trudno mi nawet uwierzyć, że to rzeczywiście książka autorstwa Eriki Spindler. Czytałam wszystkie thrillery tej pisarki i żaden, podkreślam, żaden nie był tak słabą pozycją. Żaden mnie tak nie zmęczył i żaden mnie aż tak nie rozczarował. Nie mogę zatem zrobić nic innego, jak tylko zdecydowanie odradzić Wam sięgnięcie po tę książkę. To przedziwny thriller, który męczy i rozczarowuje. Infantylny język głównych bohaterów, nadnaturalne zdolności, mordercze, niematerialne istoty widzialne tylko dla garstki osób, ludzie potrafiący przekazywać sobie energię za pomocą dłoni, a w dodatku jeszcze świecący w ciemności, i niezbyt interesująca intryga to elementy, które czynią tę książkę naprawdę nieznośną. Jedynym plusem są krótkie rozdziały, dzięki którym czyta się Siódemkę dość szybko. Ale szybko nie znaczy przyjemnie! Przeszkadzał mi jednak niestandardowy rozmiar książki, która nie tylko nie chciała się zmieścić do mojej torebki, ale i niezbyt ładnie komponuje się z innymi książkami z mojej domowej biblioteczki. Z bólem serca odradzam tę powieść nawet fanom Eriki Spindler. Szkoda czasu i pieniędzy. Założę się, że nawet fani science fiction mogliby się czuć zawiedzeni. Ta książka to żart i to niestety niezbyt zabawny…

 Moja ocena: 2/10

Źródło okładki: 
http://www.empik.com

„Lokatorka”, J.P. Delaney [recenzja]

lokatorka_500Autor: J.P. Delaney

Tytuł: Lokatorka

Tytuł oryginalny: The Girl Before

Wydawnictwo: Otwarte

Tłumaczenie: Mariusz Gądek

Liczba stron: 460

——–

Lokatorka to dobrze zapowiadający się thriller z ciekawym pomysłem na fabułę, który w rzeczywistości okazuje się książką przyjemną w lekturze, ale zarazem dość przewidywalną i wcale nie tak intrygującą i wciągającą, jakbyśmy tego chcieli. Tego uczucia nieustannego niepokoju, ucisku w klatce piersiowej, ściśniętego gardła i wypieków na twarzy brakowało mi najbardziej. Przeglądając pojawiające się w sieci recenzje, zastanawiam się, czy nie stałam się przypadkiem zbyt wymagającą czytelniczką, która nie zadowala się książką dobrą, która oczekuje czegoś więcej. Lubię literaturę z dreszczykiem, ale w ostatnim czasie nie miałam okazji czytać naprawdę trzymającego w napięciu, wstrząsającego thrillera psychologicznego, który na długo pozostałby w mojej pamięci. Oczywiście Lokatorka jest powieścią o niebo lepszą od thrillera Pauli Hawkins, nad którym nie tak dawno bardzo się pastwiłam. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie drugą tak przeciętną powieść jak Zapisane w wodzie, książka szalenie nudna i nieciekawa. Myślałam jednak, że powieść J.P. Delaneya okaże się czymś ciut lepszym.

Emma Matthews już nie mieszka przy Folgate Street 1 w londyńskiej dzielnicy Hendon, na jej miejsce wprowadza się samotna Jane Cavendish. Obie lokatorki, obecna i była, są do siebie bardzo podobne i to zarówno pod względem wyglądu, jak i prawdziwych potrzeb. Okazuje się, że łączy je nie tylko kolor włosów, oczu i rysy twarzy, lecz także pragnienie rozpoczęcia wszystkiego od nowa, zupełnie od zera. Obie bowiem przeżyły coś, o czym jak najszybciej chciałyby zapomnieć. Obie pragną odciąć się od bolesnej przeszłości i rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela, apodyktycznego Edwarda Monkforda, nietuzinkowego architekta, właściciela Monkford Partnership, ale wydaje się idealne do porządkowania życiowego chaosu. Minimalistyczny styl mieszkania może być kluczem do sukcesu. Kobiety łączy jednak coś jeszcze – enigmatyczna więź z właścicielem apartamentu. Gdy po pewnym czasie obok pożądania pojawia się niepewność i niepokój, każda z lokatorek zaczyna przeczuwać, że za rogiem czai się prawdziwe niebezpieczeństwo. Jest tylko jedna rzecz, która bezsprzecznie różni Emmę i Jane. Emma już nie żyje, Jane jeszcze tak. Co się stało z poprzednią lokatorką i czy to samo może się przydarzyć Jane? Kto odpowiada za tajemniczą śmierć Emmy? Jakie sekrety skrywa dom przy Folgate Street 1?

Pytania o przeszłość Emmy i przyszłość Jane można by w zasadzie mnożyć, tak wiele niewiadomych jest w powieści J.P. Delaneya. Szalenie interesująca jest również postać samego Edwarda, człowieka, który jest perfekcjonistą w każdym calu, czasem aż do przesady bezwzględnym. Na wszystkie rodzące się w naszej głowie podczas lektury pytania prędzej czy później otrzymujemy odpowiedź. Czy zawsze satysfakcjonującą? Tu mam pewne wątpliwości. Okazuje się bowiem, że historia śmierci Emmy jest dość przewidywalna i ja chyba oczekiwałam czegoś innego, czegoś bardziej „wow”. Niemniej mam wrażenie, że wielu czytelników może być zadowolonych, o czym świadczą wszystkie pochwały pod adresem tej książki.

 1499529147325 (1)

Na uznanie z pewnością zasługuje wizja świata wykreowanego przez autora. Nie da się ukryć, że wielu z nas przerażałaby sama myśl o przeprowadzce na Folgate Street 1. To bowiem dom zupełnie inny niż wszystkie, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w jego wnętrzu, nie każdy byłby w stanie sprostać obowiązującym w nim – bądźmy szczerzy – często absurdalnym zasadom. Przeprowadzka na Folgate Street 1 to prawdziwe wyzwanie i poświęcenie swoich marzeń, pragnień, potrzeb. To oczywiste, że nie każdy jest na to gotowy. To miejsce przeznaczone wyłącznie dla osób o stalowych nerwach i ogromnej sile woli. W zamian dostajemy jednak sterylną, niczym nieskażoną przestrzeń, w której mamy dużą szansę odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, zrozumieć, co jest dla nas ważne, a z czego bez kłopotu potrafimy zrezygnować, odkryć, jak wiele rzeczy, którymi się otaczamy, jest nam zupełnie zbędnych. Wymyślony przez Edwarda Monkforda, a ściślej mówiąc przez J.P. Delaneya, dom to miejsce zupełnie niezwykłe, niepowtarzalne na architektonicznej mapie świata. Wymarzony ideał i prawdziwe przekleństwo. Kusząca, acz trochę przerażająca wizja przyszłości.

Ciekawie również poprowadzona została narracja. Delaney pozwala nam poznać wydarzenia ukazane z dwóch perspektyw, a staje się to możliwe dzięki uczynieniu narratorkami zarówno Emmy, jak i Jane. Rozdziały poświęcone Emmie przeplatają się z tymi opowiadającymi o Jane, a my jesteśmy w stanie zauważyć pewne analogie pomiędzy tym, co już się wydarzyło, a tym, co dzieje się w chwili obecnej. 

Wydawnictwo Otwarte reklamuje Lokatorkę jako „doskonały thriller psychologiczny, który podbił listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii”. I chociaż książka Delaneya rzeczywiście jest dobra, to jednak nazwanie jej doskonałym thrillerem wydaje mi się pewną przesadą. W sieci można znaleźć informację o trwających pracach nad ekranizacją powieści. Reżyserem filmu jest Ron Howard, twórca takich produkcji jak Piękny umysł czy Kod da Vinci. Myślę, że mimo pewnego zawodu, który poczułam po lekturze Lokatorki, z zainteresowaniem obejrzę tę ekranizację, by się przekonać, czy chociaż w wersji filmowej uda się twórcom stworzyć trzymającą w napięciu opowieść, która wbija w fotel. Tutaj mi tego zabrakło, choć wymyślona historia miała szansę stać się czymś naprawdę ciekawym.  

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.znak.com.pl