„Baśnie barda Beedle’a”, J.K. Rowling [recenzja]

Baśnie_Barda_Bedlea_okładka_RGB01Autor: J.K. Rowling

Tytuł: Baśnie barda Beedle’a

Tytuł oryginalny: The Tales of Beedle the Bard

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 144

 

Ludzie mają dziwną skłonność do wybierania tego, co prowadzi ich do zguby. Albus Dumbledore

Harry Potter i jego magiczny świat to chyba jedyny temat, który nigdy mi się nie znudzi. Do historii Pottera i jego przyjaciół z Hogwartu lubię co jakiś czas wracać, czy to czytając powieści, czy to oglądając ich doskonałe ekranizacje. Przeżywanie na nowo przygód „chłopca, który przeżył” nieustannie sprawia mi ogromną frajdę, a każdy taki powrót przywodzi na myśl cudowne wspomnienia. I nie ma znaczenia, że z roku na rok jestem coraz starsza. Harry Potter to fenomen na skalę światową i coś, co wielu z nas kształtowało, trudno więc o nim zapomnieć. Tych powrotów jest już jednak coraz mniej, bo niemal wszystko już przerobiliśmy. Dlatego też każda, choćby najmniejsza, okazja cieszy. Taką okazją do powrotu do świata magii i czarodziejstwa było nowe wydanie Baśni barda Beedle’a, które 15 marca 2017 roku miało swoją premierę.

Baśnie barda Beedle’a to zbiór poruszających opowieści, które uczą i bawią jednocześnie. W jego skład wchodzi pięć opowiadań, a każde z nich niesie za sobą morał, który warto zapamiętać.

  • Czarodziej i skaczący garnek, czyli nie należy odwracać się od potrzebujących;
  • Fontanna Szczęśliwego Losu, czyli nasze szczęście zależy wyłącznie od nas samych;
  • Włochate serce czarodzieja, czyli cierpienie to nieodłączony element życia ludzkiego;
  • Czara Mara i jej gdaczący pieniek, czyli utraconego życia nic nie przywróci;
  • Opowieść o trzech braciach, czyli przed śmiercią nie ma ucieczki.

Baśnie Beedle’a mają wiele wspólnego z naszymi bajkami. I nie chodzi tu bynajmniej wyłącznie o obecność magii. Podobnie jak w doskonale znanych polskim dzieciom bajkach, chociażby tych disnejowskich, i tu dobrzy ludzie są zwykle wynagradzani za swoje postępowanie, a źli karani. Uniwersalizm opowieści to kolejny element, który łączy bajki czarodziejów z bajkami osób spoza magicznego świata. Zdarzenia rozgrywają się w nieokreślonym miejscu i czasie, a fantastyczny świat baśni zaludniony jest niezwykłymi postaciami, wśród których znajdziemy: krasnoludki, skrzaty, czarownice, wróżki, dobre i złe duchy, a także księżniczki czy rycerzy (nie zawsze na białym koniu).

14892609hTrzeba przyznać, że nowe wydanie baśni prezentuje się bardzo dobrze. Twarda oprawa, piękne ilustracje znakomitego chorwackiego artysty Tomislava Tomicia i duża, ułatwiająca czytanie czcionka – wszystko to działa na korzyść tej pozycji. A jednak mimo to nie sposób nie zwrócić uwagi na objętość tej książki, która – nie oszukujmy się – jest naprawdę cieniutka. Gdyby tych pięć krótkich opowieści było pozbawionych obszernego i momentami niezwykle nużącego komentarza Albusa Dumbledore’a oraz licznych ilustracji, to z całości zostałoby bardzo niewiele. Uważam, że zawartych w zbiorze baśni powinno być co najmniej dziesięć, aby dłużej móc cieszyć się lekturą i powrotem do świata magii. Bojąc się, że książkę przeczytam w ciągu godziny, postanowiłam codziennie serwować sobie przed snem jedną opowieść, skupiając się tylko na niej i na występujących w niej postaciach. Miałam nadzieję, że przyswojona w ten sposób nauka na dłużej pozostanie w mojej pamięci.

Gdybym miała podsumować morał całego zbioru, to powiedziałabym, że chowająca się za postacią legendarnego barda Beedle’a J.K. Rowling chce przekazać swoim czytelnikom, że w pewnych sytuacjach nawet znajomość magii okazuje się niewystarczająca. Zdają się to potwierdzać bohaterowie baśni, którzy choć posługują się czarami, z życiowymi przeszkodami radzą sobie nie lepiej od mugoli.

1489854353649Podsumowując, muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowana, bo ten zbiór, a właściwie zbiorek, nie spełnił moich oczekiwań, chociaż cieszę się, że dzięki niemu mogłam przypomnieć sobie doskonałą opowieść o trzech braciach, którzy byli posiadaczami znanych z siódmej części serii o Harrym Potterze Insygniów Śmierci. Nie zmienia to faktu, że Baśnie barda Beedle’a, podobnie jak Quidditch przez wieki oraz leksykon Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, to pozycja, która powinna znaleźć się w domowej biblioteczce każdego potteromaniaka.

Na koniec warto dodać, że wpływy z niniejszego wydania zostaną przekazane organizacjom charytatywnym wspierającym dzieci i młodzież w trudnej sytuacji życiowej.

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki:
https://mediarodzina.pl

„Harry Potter i przeklęte dziecko”, J. K. Rowling, Jack Thorne i John Tiffany [recenzja]

harry-potter-tom-8-harry-potter-i-przeklete-dziecko-czesc-1-2-b-iext406571541(1)Autorzy: J. K. Rowling, Jack Thorne i John Tiffany

Tytuł: Harry Potter i przeklęte dziecko

Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Cursed Child

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 368

——————————————————————————————————————————–

Kupiłam, przeczytałam, mam prawo skrytykować.

Tak, niestety, mimo najszczerszych chęci, by w nowej części Harry’ego Pottera znaleźć jakieś pozytywy, muszę dołączyć do licznego grona rozczarowanych czytelników. No jasne, że wielokrotnie chciałam, by najsłynniejszy czarodziej na calutkim świecie, niezwykle waleczny i oddany przyjaciołom chłopiec powrócił raz jeszcze. Kto z nas o tym nie marzył? Życie i zdobywane doświadczenia uczą nas jednak, że wszystko się kiedyś kończy i nie zawsze warto wracać do tego, co było, nawet jeśli bardzo byśmy tego powrotu pragnęli. Dlatego też do pomysłu, by po latach przerwy ożywić Harry’ego, Rona i Hermionę i to niezależnie od tego, czy miałoby to mieć miejsce na papierze, deskach scenicznych czy planie filmowym, podchodziłam z dużym dystansem, by nie rzec sceptycyzmem. Marzenia o spektakularnym powrocie Pottera obróciły się w niwecz – Harry wprawdzie powrócił, ale w tak słabym dziele, że prawdopodobnie szybko zostanie zapomniany. Dla wielu czytelników właściwym końcem wciąż będzie scena zamykająca powieść Harry Potter i Insygnia Śmierci i, szczerze mówiąc, wcale się temu nie dziwię.

HarrypotterHarry Potter nigdy nie miał łatwego życia, ale teraz musi się mierzyć z wyzwaniami, przy których walka z Voldemortem wydaje się bułką z masłem. Przepracowany urzędnik Ministerstwa Magii, mąż, ojciec trójki dzieci i człowiek, który mimo upływu lat wciąż nie może uporać się z mroczną, bolesną przeszłością. We wszystkie te role Harry musi się wcielać każdego dnia i, jak sam przyznaje, nie wychodzi mu to najlepiej.

Gdy Harry bezskutecznie próbuje odnaleźć się w stosunkowo nowej dla siebie rzeczywistości, jego najmłodszy syn Albus Severus musi stawić czoła rodzinnemu dziedzictwu, o które nigdy się przecież nie prosił. Wiecznie skłóceni ojciec i syn przy wtórze zaufanych przyjaciół będą zmuszeni połączyć siły, by po dziewiętnastu latach względnego spokoju pokonać nowego wroga.

Największą wadą tej pozycji nie jest sam fakt, że Harry Potter i przeklęte dziecko to zapis scenariusza spektaklu teatralnego. Oczywiście, wszyscy przyzwyczailiśmy się, że Harry Potter to proza i to w dodatku doskonała zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu na język polski. Ale przekraczanie granic gatunkowych, odchodzenie od utartych schematów wspaniałomyślnie można uznać za akt odwagi i chociażby z tego powodu dać temu dziełu szansę, zwłaszcza gdy nie ma się nic przeciwko dramatom. Moim zdaniem problemem tej książki jest raczej jej wykonanie – po łebkach, bez polotu, nieprzekonująco. W efekcie bardzo trudno jest nam się przyzwyczaić do tego „nowego” Harry’ego, czterdziestoletniego zapracowanego szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, który nie potrafi znaleźć z własnym synem wspólnego języka, do Hermiony zajmującej stanowisko minister magii i zwracającej się do profesor McGonagall per Minerwo czy do Dracona – tak, wciąż mowa o Malfoyu – który jest o krok od tego, by stać się najlepszym przyjacielem Harry’ego Pottera.

Te niezbyt komfortowe dla miłośnika serii o „Chłopcu, Który Przeżył” niełatwe do zaakceptowania trudności to jednak nie koniec. Konia z rzędem temu, kto już od pierwszych stron będzie umiał odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości po szczęśliwym zakończeniu, które dostaliśmy w Insygniach Śmierci. Sceny Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka są tak krótkie, że naprawdę trudno wczuć się w opowiadaną historię, ba, trudno się nawet w niej połapać. Przed naszymi oczami obrazy przesuwają się niczym w kalejdoskopie – w jednej chwili jesteśmy w domu Ginny i Harry’ego Potterów, za chwilę jedziemy Ekspresem Hogwart, po czym trafiamy na zebranie w Ministerstwie Magii, by ostatecznie wylądować w Domu Spokojnej Starości dla Czarownic i Czarodziejów im. Świętego Oswalda. A żebyśmy się nie nudzili podczas lektury „ósmej części” (jak umownie nazwę tę książkę) przygód Harry’ego, podróżujemy nie tylko w przestrzeni, lecz także w czasie. Tak więc najpierw akcja rozgrywa się w 2016 roku, później przenosimy się do 1994 roku, a potem znów cofamy się w przeszłość o kilka kolejnych lat, by dotrzeć do 1981 roku i zdarzeń w Dolinie Godryka. Za wielką zaletę można by więc uznać powracające co jakiś czas dobrze nam znane sceny: z dworca kolejowego czy chaty na skale, żywcem niemal wyjęte z książek J. K. Rowling. Ich obecność pozwala uporządkować opowiadaną w Przeklętym dziecku historię i osadzić ją w czasie, przestrzeni i okolicznościach.

20161022_154332yNa koniec warto postawić sprawę jasno: nie jest prawdą, że Harry Potter i przeklęte dziecko to nic niewnosząca, nastawiona wyłącznie na komercję i do złudzenia przypominająca fan fiction książka, której nie warto poświęcić choćby chwili. Wręcz przeciwnie – warto po nią sięgnąć chociażby po to, by przywołać wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa, gdy z wypiekami na twarzy czekaliśmy na nowy tom przygód Harry’ego, by potem godzinami zgłębiać tajniki magii i czekać na list, który – nie wiedzieć czemu – nigdy do nas nie dotarł. Po latach marazmu i życia wśród nic nierozumiejących mugoli warto po nią sięgnąć, by utwierdzić się w przekonaniu, że to, co było, nigdy już nie wróci.

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki:
https://mediarodzina.pl

Robert Galbraith, „Jedwabnik” [recenzja]

291228-352x500Autor: Robert Galbraith

Tytuł: Jedwabnik

Tytuł oryginalny: The Silkworm

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 480

Nie jest tajemnicą, że Robert Galbraith to pseudonim J. K. Rowling, która w świadomości czytelników zapisała się przede wszystkim jako autorka serii o Harrym Potterze. Wołania kukułki, czyli pierwszej części przygód prywatnego detektywa Cormorana Strike’a, nie czytałam i pewnie  po powieści Galbraitha w ogóle bym nie sięgnęła, gdyby nie fakt, że książkę pt. Jedwabnik otrzymałam w prezencie. Przytoczone na okładce opinie przedstawiają drugą powieść Galbraitha w samych superlatywach, mnie jednak, wielkiej miłośniczce kryminałów, od samego początku czytało się tę książkę dosyć ciężko. Lektura kolejnych stron mocno mi się dłużyła, a nieco specyficzny główny bohater jakoś nie potrafił zyskać mojej sympatii. Mimo trudnych początków nie zrezygnowałam, wciąż wierząc, że ktoś, kto stworzył coś tak genialnego jak historia Harry’ego Pottera, będzie w stanie mnie zachwycić kolejną powieścią, choć utrzymaną już w innej konwencji, a konkretnie w konwencji powieści kryminalnej, czyli mojej ulubionej. I słusznie, że nie porzuciłam lektury, bo im dalej, tym lepiej. Ale o tym za chwilę.

W agencji detektywistycznej Cormorana Strike’a zjawia się zrozpaczona kobieta, która twierdzi, że jej mąż, znany pisarz, zaginął. Już wcześniej zdarzało mu się znikać, zawsze jednak po kilku dniach wracał cały i zdrowy. Nie chcąc angażować policji w poszukiwania, Leonora Quine prosi Strike’a, by dyskretnie pomógł jej odnaleźć Owena. Quine właśnie skończył pracę nad najnowszą książką, która – jak się okazuje – jest zjadliwą satyrą na wielu jego znajomych. Gdyby historia przedstawiona w Bombyx Mori ujrzała światło dzienne, przyszłość wielu ludzi stanęłaby pod znakiem zapytania, a sam Owen Quine prawdopodobnie doczekałby się stosu pozwów o zniesławienie. Gdy się okazuje, że kontrowersyjny autor został brutalnie zamordowany, i to w iście wymyślnych okolicznościach, w kręgu podejrzanych znajdują się wszyscy ci, których Quine zamieścił w swojej powieści. Policja jest przekonana, że za morderstwem niewiernego małżonka stoi Leonora, Strike jednak nie wierzy w domniemaną winę swojej klientki. Z pomocą rezolutnej asystentki zrobi wszystko, by oczyścić panią Quine z zarzutów i odnaleźć prawdziwego zabójcę. Kim jest bestialski morderca? Czy działającemu na przekór policji detektywowi uda się rozwiązać mroczną zagadkę śmierci Quine’a?

Na czas lektury Jedwabnika kompletnie zapomniałam, że Robert Galbraith to tak naprawdę J. K. Rowling. Nie było niepotrzebnych porównań i zbyt wygórowanych oczekiwań. Potraktowałam tę książkę jako powieść nieznanego mi dotąd pisarza, przed jej lekturą nie zapoznałam się nawet z opiniami innych czytelników. Początek nie był najlepszy, przez sto kilkadziesiąt stron nudziłam się jak mops, ledwo mogąc znieść przytaczane przez Strike’a fragmenty rękopisu dzieła Quine’a. Ale potem było coraz lepiej. Akcja się rozkręcała, a tożsamość sprawcy jeszcze bardziej intrygowała. Największą przyjemność sprawiało mi podróżowanie u boku Robin i Strike’a po moim ukochanym Londynie. Po skończeniu Jedwabnika muszę przyznać, że książka – choć mnie nie zachwyciła – jest całkiem niezłym kryminałem. Nie wiem jednak, czy w przyszłości sięgnę po kolejne tomy serii o Cormoranie Strike’u, które pewnie wyjdą spod pióra Galbraitha. Strike jakoś nie do końca skradł moje serce.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://publicat.pl

J. K. Rowling, „Harry Potter and the Philosopher’s Stone” [recenzja]

bloomsbury-ps-front2Autor: J. K. Rowling

Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Philosopher’s Stone

Wydawnictwo: Bloomsbury Publishing

Język: angielski

Liczba stron: 332

Harry’ego Pottera czytałam wieki temu, czyli wtedy, gdy był modny. Nie od razu podbił moje serce, gdyż bardzo sceptycznie podchodziłam do powieści fantastycznych. Pożyczony od kogoś …kamień filozoficzny porzuciłam chyba jeszcze przed dotarciem do połowy książki. Dopiero film Harry Potter i więzień Azkabanu sprawił, że zapragnęłam poznać dalsze losy bohaterów powieści jeszcze przed nakręceniem kolejnych części. Czara Ognia mnie zachwyciła i to dzięki niej wróciłam do poprzedzających ją książek oraz z niecierpliwością czekałam na jej kontynuacje. Dziś mam za sobą lekturę całej serii, setki razy widziałam również jej ekranizacje, a Hogwart i jego uczniowie zawładnęli moim sercem. Po latach wracam do historii „chłopca, który przeżył”, by towarzyszyć mu w walce z Voldemortem i znów poczuć się dzieckiem, które ze świata mugoli wkracza do świata magii. Aby ta lektura nie tylko była przyjemna, ale i pożyteczna, sięgam po oryginał… i jestem pod wrażeniem, a drugie spotkanie z 11-letnim Harrym pozwala mi wychwycić szczegóły, które za pierwszym razem mi umknęły.

Tym razem dla odmiany nie napiszę ani słowa o fabule książki Harry Potter and the Philosopher’s Stone (pol. Harry Potter i kamień filozoficzny). Myślę, że nawet jeśli nie wszyscy, to zdecydowana większość doskonale się orientuje w losach tytułowego bohatera. Postaram się raczej Was zachęcić do sięgnięcia po oryginał, by nie tylko lepiej wczuć się w realia powieści, ale i podszlifować swój angielski. Zanim zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę, w Internecie natknęłam się na komentarze innych czytelników, którzy twierdzili, że język oryginału nie jest trudny (z wyjątkiem idiolektu Hagrida i słów, które w normalnym języku nie istnieją) i spokojnie można lekturę pierwszego tomu serii zakończyć sukcesem. Mieli rację. Z perspektywy kogoś, kto zna tę historię, przebrnięcie przez tę książkę to bułka z masłem. Komuś, kto z Harrym spotyka się po raz pierwszy, może być trudniej, ale i on powinien podołać.

Lektura oryginału ma w zasadzie same zalety. Dopiero teraz dostrzegłam, jak bardzo momentami film różni się od powieści. Część rzeczy pominięto, co oczywiście zrozumiałe, ale część również zmieniono. Niektóre pominięte w ekranizacji sceny i w książce nie są moim zdaniem konieczne, ale wracając do sedna, muszę przyznać, że trudno mi powiedzieć, dla jakiego poziomu językowego jest ta książka. B1, B2? Doprawdy nie wiem. To seria dla dzieci i młodzieży (choć i dorośli czerpią z jej lektury przyjemność), więc język chyba nie może być zbyt wyszukany. Jedno wiem na pewno: ta książka to doskonałe źródło nowych słów i synonimów. Wizyta u Ollivandera uświadomiła mi, na jak wiele sposobów można powiedzieć, że różdżka jest giętka. Nie wszystko rzecz jasna zrozumiałam (serio, nie jestem aż tak dobra z zielarstwa czy eliksirów, by znać polskie odpowiedniki rzucanych przez Snape’a nazw), trochę musiałam wywnioskować z kontekstu, sporym ułatwieniem była również znajomość filmu i polskiej wersji powieści. Film sprawił również, że do każdej sceny miałam przed oczami zwizualizowane postaci, a moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Warto to przeżyć po raz drugi czy nawet któryś z kolei.

Ogółem jestem zachwycona i szczerze Wam polecam lekturę Harry’ego Pottera w wydaniu brytyjskim (Harry Potter and the Philosopher’s Stone) lub amerykańskim (Harry Potter and the Sorcerer’s Stone). Zdecydowanie warto!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.hp-lexicon.org