„Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn”, John McShane [recenzja]

366463-352x500Autor: John McShane

Tytuł: Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn

Tytuł oryginalny: Didier Drogba. Portrait of a Hero, John McShane

Wydawnictwo: Buchmann

Liczba stron: 319

——————————————————————————————————————————–

Didier jest wojownikiem. Jestem z niego zadowolony, my wszyscy cieszymy się, że mamy takiego zawodowca. Piłkarz musi być nie tylko doskonały i grać na wysokim poziomie. Bardzo ważne, żeby walczył dla zespołu, pracował dla zespołu, atakował i bronił. On jest zawodnikiem, któremu powiedziałbym: „Z tobą to mógłbym porwać się na wszystko. To dla nas bardzo ważny gracz. José Mourinho (s. 236)

Didier Drogba. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej. Piłkarz Chelsea w latach 2004-2012, 2014-2015. Dwukrotny król strzelców Premier League, czterokrotny mistrz Anglii, zdobywca Ligi Mistrzów, czterech Pucharów Anglii oraz trzech Pucharów Ligi. W barwach The Blues strzelił 164 gole w 381 występach, co daje mu 4. miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych strzelców londyńskiego klubu. Jeden z najlepszych i – jak twierdzi Mourinho – najwszechstronniejszych napastników świata. Znakomity piłkarz, fantastyczny człowiek. Barwna postać światowego futbolu, wyszydzana i wychwalana. Legenda Stamford Bridge. Ktoś, kogo nie trzeba lubić, żeby go podziwiać.

Już dosyć dawno temu wpadła w moje ręce napisana przez brytyjskiego dziennikarza, Johna McShane’a, biografia Didiera Drogby. Biorąc pod uwagę, że znany afrykański piłkarz to jeden z moich ulubionych zawodników, ani chwili się nie wahałam, by ją kupić. Kibicuję Chelsea od 2006 roku i pamiętam wiele meczów, w których Drogba zachwycał i zawodził. Przez lata pokochałam tego zawodnika, jego pasję, umiejętności i waleczność. Nic więc dziwnego, że musiałam po tę książkę sięgnąć. Prędzej czy później i tak by do tego doszło. Czy jestem zadowolona z lektury? Bardzo! A dlaczego? Opowiem Wam w kilku zdaniach, co o tym przesądziło.

drogba

Dość nietypowo zacznę może od przedstawienia minusów tej pozycji. Jest ich bardzo mało, ale trzeba o nich powiedzieć. Otóż największą wadą tej książki jest to, że kończy się ona wspomnieniem wydarzeń na moskiewskich Łużnikach, kiedy to w finale Champions League Chelsea poległa w rzutach karnych w starciu z Manchesterem United. Polskie tłumaczenie książki McShane’a pochodzi z 2015 roku, a zatem zostało wzbogacone o swego rodzaju epilog, w którym Marcin Chromik opisał po krótce losy Drogby po 2008 roku. Możemy zatem poczytać o kolejnych menadżerach Chelsea, z którymi były reprezentant WKS miał okazję współpracować, zdobyciu przez The Blues mistrzostwa Anglii w 2010 roku, do którego Drogba walnie się przyczynił, wygraniu po raz pierwszy w historii Ligi Mistrzów w 2012 roku po emocjonującym meczu na Allianz Arenie z miejscowym Bayernem, o przygodzie Drogby w Chinach, Turcji oraz o jego powrocie do zachodniego Londynu, gdzie znów wywalczył z Chelsea mistrzostwo. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że przedstawiona przez Johna McShane’a historia żywej legendy Chelsea jest po prostu niekompletna. Czytałam kiedyś autobiografię dwudziestoletniego Rooneya, nawiasem mówiąc książkę bardzo słabą, która miała jednak w angielskim tytule kluczowy dopisek „so far”. W przypadku biografii Drogby też można by się pokusić o taką informację, bo choć losy Tito od najmłodszych lat do 2008 roku opisane są dość szczegółowo, to jednak trzeba pamiętać, że Drogba w samej Chelsea grał jeszcze przez 4 lata i w ciągu tych kilku sezonów zrobił dla londyńczyków bardzo dużo dobrego, o czym wypadałoby wspomnieć. Tego tu niestety brakuje, co wcale nie znaczy, że książka Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn nie zasługuje na uwagę.

Ogólnie mówiąc, książkę bardzo polecam. Ta świetna lektura jest w stanie zachwycić niemal każdego, kto interesuje się futbolem. Jak powiedziałam na początku, czytałam ją z perspektywy kibica Chelsea i to kibica, który na żywo miał okazję kilkakrotnie oglądać Drogbę w akcji. Tak się fantastycznie złożyło, że z wysokości trybun Stamford Bridge mogłam podziwiać pięć goli Didiera, w tym jednego hat-tricka, o którym w książce jest nawet mowa. Poza tym to po prostu bardzo dobrze napisana biografia. Płynna narracja poprzeplatana wypowiedziami zawodników i trenerów oraz cytatami z mediów, a także operowanie przez autora bogatą metaforyką i wyraźna znajomość piłkarskiego życiorysu niedawnej gwiazdy Premier League czynią tę książkę pozycją zdecydowanie wartą uwagi. Chylę czoła również przed tłumaczką, dla której piłka nożna z pewnością nie jest czarną magią. Znajomość terminologii piłkarskiej i umiejętność właściwego oddania boiskowych akcji wysuwają się tu na pierwszy plan i są ogromną zaletą książki.

PC300821_aBiografię Drogby polecam wszystkim kibicom piłki nożnej. Niemniej oczywistym jest, że największą przyjemność z jej lektury czerpać będą fani Chelsea. W końcu to dla nich Drogba przez lata stał się prawdziwym bohaterem, o którym długo nie zapomną.

 Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.grupawydawniczafoksal.pl

„Droga, którą jadę”, Juliana Buhring [recenzja]

droga-ktora-jadeAutor: Juliana Buhring

Tytuł: Droga, którą jadę

Tytuł oryginalny: This Road I Ride

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 256

——————————————————————————————————————————–

Wielu ludzi odkłada realizację swoich marzeń i czeka na doskonałą okazję. Nie ma czegoś takiego. Doskonała okazja jest właśnie teraz (s. 244-245)

Droga, którą jadę to książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Jej autorka, Juliana Buhring, zabiera nas w samotną podróż dookoła świata, udowadniając, że każde marzenie jesteśmy w stanie spełnić.

Życie i okrutny świat nigdy Juliany Buhring nie rozpieszczały. Oddzielona od należących do sekty Dzieci Boga rodziców wychowywała się pod opieką obcych ludzi. W ciągu zaledwie dwudziestu trzech lat mieszkała w trzydziestu krajach. Poniżana, bita i gwałcona wreszcie zdecydowała się zawalczyć o swoje szczęście i uciekła z sekty. Kiedy poznała miłość swojego życia, wydawało jej się, że jest jeszcze dla niej jakaś szansa. Po tragicznej śmierci ukochanego, nie mogąc otrząsnąć się z żałoby, postanowiła znaleźć cel, który pozwoli jej utrzymać się przy życiu. Wymyśliła, że objedzie świat na rowerze, robiąc coś, czego nie dokonała przed nią żadna kobieta, uzyska wpis do Księgi rekordów Guinnessa i… w końcu odnajdzie siebie.

Zniechęcana przez ludzi wyśmiewających jej szalony pomysł i twierdzących że porywa się z motyką na słońce, znalazła oparcie w przyjacielu i wbrew opiniom, że nie da rady, ponieważ brakuje jej kolarskiego przygotowania i pieniędzy, postanowiła spróbować. Po raz kolejny odezwała się w niej buntownicza natura, by robić na przekór wszystkim i wszystkiemu. Nie na darmo zresztą w sekcie nazywano ją rebeliantką. Rzadko spotykany upór sprawił, że zdecydowała się zaryzykować i po miesiącach ciężkiej pracy osiągnęła swój cel. Po opadnięciu emocji związanych z powrotem do domu napisała książkę, która niejednej osobie może pomóc uwierzyć w siebie.

Podczas lektury Drogi, którą jadę uderzające jest, że jej autorka, a zarazem główna bohaterka, mimo iż dokonała czegoś wielkiego, ani przez chwilę nie kreuje siebie na superbohaterkę. Juliana Buhring od samego początku tej opowieści aż do jej końca pozostaje zwyczajną, nieszczególnie wyróżniającą się z tłumu, boleśnie doświadczoną przez życie dziewczyną znikąd i zewsząd, dla której podróż dookoła świata miała być przede wszystkim podróżą w głąb siebie.

Ta niezwykła książka to nie tylko relacja z kolarskiego wyzwania podjętego przez Buhring czy fascynujący przewodnik po czterech kontynentach, lecz także świadectwo morderczych zmagań Juliany z trudnymi warunkami atmosferycznymi, brakiem pieniędzy potrzebnych do realizacji przedsięwzięcia, napotykanymi po drodze niebezpieczeństwami, ograniczeniami ludzkiego organizmu i doskwierającą samotnością. Działające na wyobraźnię opisy przestrzeni oraz dopełniające je informacje na temat spotykanych ludzi czy zwierząt czynią lekturę dziennika Juliany jeszcze przyjemniejszą, gdyż pozwalają czytelnikowi poczuć się tak, jakby to on pokonywał tysiące kilometrów. Niesamowite wyznania autorki, opis wzlotów i upadków, chwil zwątpienia, walki z czasem i psującym się rowerem sprawiają, że nie sposób oderwać się od lektury. Ciekawość czytelnika, co jeszcze czeka Julianę i jak sobie poradzi przy okazji kolejnych problemów, za każdym razem zwycięża.

Po dotarciu do Podziękowań zamykających opowieść Juliany Buhring możemy czuć się nieco rozczarowani. Pozostaje bowiem niedosyt, że to już koniec. Chciałoby się dłużej posłuchać kobiety, zadziwiającej swoją odwagą, uporem i wiarą w siebie. Droga, którą jadę to niezwykle inspirująca książka, której autorka uczy nas, że wszystko jest możliwe. Jak sama przyznaje, wyruszyła, żeby udowodnić, że my ludzie jesteśmy zdolni do rzeczy znacznie nas przerastających. Wystarczy tylko uwierzyć: w siebie, w swoje możliwości, w swój cel i w to, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Warto po książkę Buhring sięgnąć, by uświadomić sobie tę prostą, choć często nieoczywistą dla nas prawdę. Bardzo polecam!

 Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoamber.pl

„Linkin Park. Wszystko jest hybrydą”, Brad Whitaker [recenzja]

290982-352x500Autor: Brad Whitaker

Tytuł: Linkin Park. Wszystko jest hybrydą

Tytuł oryginalny: Linkin Park. All Is Hybrid

Wydawnictwo: In Rock

Liczba stron: 224

——————————————————————————————————————————–

„Idea naszego zespołu polega na łączeniu cięższych stylów z rzeczami pełnymi delikatności i piękna” (s. 53) – to zdanie to clou twórczości Linkin Park i coś, za co od blisko 12 lat każdego dnia słucham piosenek tej niezwykłej kapeli.

Na oficjalnym fanpage’u zespołu na Facebooku możemy przeczytać następującą informację: Hybrid Theory isn’t just the title of Linkin Park’s first chart-topping debut album, but a career mission statement”. Nie ma zatem wątpliwości, że zawarte w tytule biografii zespołu zdanie: „Wszystko jest hybrydą”, nie znalazło się tu przez przypadek, a łącząca pochodzące z różnych porządków elementy twórczość zespołu tylko to potwierdza.

Nie mam zamiaru zanudzać Was swoją historią, ale na wstępie muszę wspomnieć, że Linkin Park towarzyszy mi nieustannie od 2004 roku, kiedy to – nie bez wpływu otoczenia – wybłagałam u mamy, by kupiła mi Meteorę. Kolejny album, chronologicznie wcześniejszy, Hybrid Theory kupiłam już za własne pieniądze, a konkretnie za pierwsze w życiu stypendium. Po latach wiem, że były to najlepiej wydane pieniądze, ponieważ te dwa krążki sprawiły, że zakochałam się w muzyce zespołu. Do dziś Linkin Park pozostaje jedynym wykonawcą, którego mogę słuchać bez przerwy, niemal 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, ponieważ repertuar zespołu jest tak rozległy, że pozwala dobrać playlistę idealnie pasującą do mojego nastroju. I tak, gdy tryskam energią i dobrym humorem sięgam po mocniejsze, bardziej zdecydowane brzmienie w stylu: Don’t Stay, One Step Closer, Faint czy Lying From You, a gdy nastrój mam zły albo po prostu przytłacza mnie jesienna aura wolę spokojniejsze piosenki jak np.: Powerless, The Messenger, Shadow Of The Day, Chance Of Rain lub Valentine’s Day, które działają na mnie kojąco i pozwalają, wsłuchując się w głos Chestera, zapomnieć o całym świecie. W tej sytuacji nie muszę chyba wspominać, jak ogromną radość dała mi możliwość uczestnictwa w koncercie Linkin Park. Coś, czego nie sposób opisać. Bajka, która nigdy się nie kończy.

Przechodząc jednak do książki, która jest przedmiotem mojej recenzji, chciałabym potwierdzić, że każdy fan Linkin Park zdecydowanie powinien zapoznać się z tą publikacją. Zawarte w książce Whitakera fakty biograficzne z życia członków zespołu dla wielu fanów pewnie nie będą wielkim zaskoczeniem. Interesujące natomiast wydają się fragmenty dotyczące przebiegu procesu twórczego przy kolejnych płytach, a także krótkie interpretacje poszczególnych utworów oraz wyjaśnienia dotyczące znaczenia tytułów płyt. Dzięki temu możemy się dowiedzieć, jakie historie muzycy LP, w szczególności zaś dwaj wokaliści, a więc Chester i Mike, chcieli opowiedzieć nam w swoich piosenkach, możemy ponadto poznać proweniencję dziwnego dźwięku na początku i na końcu Part Of Me czy przeczytać, nad powstaniem których piosenek muzycy męczyli się najdłużej, a które powstały zupełnie spontanicznie.

Linkin Park. Wszystko jest hybrydą to – jak można przeczytać na okładce – obowiązkowa pozycja dla każdego fana, poza tym to po prostu wartościowa i całkiem interesująca biografia, która w telegraficznym skrócie przybliża nam historię jednego z najpopularniejszych zespołów, zaczynając od samego początku, czyli od okoliczności powstania oraz perturbacji związanych z wyborem wokalisty i nazwy, poprzez wszystkie kolejne płyty i starania członków LP, by pozbyć się łatki zespołu numetalowego, aż po projekty Mike’a czy Chestera już poza Linkin Park. To również miejsce, gdzie znajdziecie dyskografię LP oraz szereg fantastycznych zdjęć.

Szczerze mówiąc aż się prosi, by podczas zgłębiania przybliżonej przez Brada Whitakera historii zespołu sięgnąć po słuchawki i umilić sobie lekturę dobrze znanym i lubianym brzmieniem.

Książkę czyta się szybko po pierwsze dlatego, że temat jest interesujący, a po drugie ze względu na krótkie rozdziały i liczne fotografie. Pojawiające się co krok terminy z zakresu muzyki mogą nieco utrudniać odbiór w przypadku kogoś, kto nie zna się na muzyce tak dobrze, jak ci, którzy ją tworzą. Dla mnie sporo rzeczy było niejasnych. Irytować mogą również błędy interpunkcyjne, ale to już kwestia polskiego wydania. Ogółem polecam tę książkę przede wszystkim fanom zespołu, nie powinniście się rozczarować. Miłej lektury!

10866279_1000729469946286_8071145360061823195_o

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.inrock.pl

Wayne Rooney, „Wayne Rooney. Moja historia” [recenzja]

rooneyAutor: Wayne Rooney

Tytuł: Wayne Rooney. Moja historia

Tytuł oryginalny: Wayne Rooney. My Story So Far

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Liczba stron: 300

Jako że już jutro startuje nowy sezon Premier League, sądzę, że to idealny czas na recenzję autobiografii jednej z największych gwiazd angielskiego futbolu. Choć z drugiej strony każda okazja jest dobra, by pisać i mówić o piłce nożnej. Nie potrzeba do tego inauguracji rozgrywek czy innego szczególnego wydarzenia. Tak więc nie ma co zwlekać, zaczynajmy.

To doprawdy dziwne uczucie czytać autobiografię kogoś, kto ma zaledwie 20 lat, i to jeszcze w dodatku zatytułowaną Moja historia. W oryginalnym tytule pojawia się jeszcze wyrażenie „so far” (My Story So Far), które trochę niesłusznie zostało usunięte z polskiego tytułu. Ten krótki dopisek wskazuje, że ta historia ma ciąg dalszy, którego w tej książce brakuje, słowem: pozwala się zorientować, że nie jest to cała historia, bo i cała być nie może, skoro Wayne Rooney nadal z powodzeniem reprezentuje barwy zarówno Manchesteru United, jak i drużyny narodowej, dopisując tym samym do swojej historii kolejne karty.

Przystępując do lektury autobiografii młodego Rooneya, miałam już za sobą lekturę książki Moja dekada w Premier League. Tamta pozycja bardzo przypadła mi do gustu, mimo że nie kibicuję „Czerwonym Diabłom” ani nie jestem wielką fanką ich napastnika, choć oczywiście szanuję go za ciężką pracę, jaką wykonuje na boisku. Mając w pamięci przyjemność towarzyszącą mi podczas lektury tamtej książki, uznałam, że warto przeczytać też powstałą wcześniej Moją historię. Po jej skończeniu muszę przyznać, że jest to pozycja zdecydowanie słabsza, choć niewątpliwie dostarcza informacji na temat pierwszych kroków Wayne’a Rooneya w świecie futbolu, wymarzonych występów w barwach Evertonu, któremu Rooney kibicował od dziecka, transferu na Old Trafford, walki z czasem i poważną kontuzją przed wyjazdem do Niemiec na Mistrzostwa Świata w 2006 roku oraz pierwszych doświadczeń Anglika na tym turnieju.

W książce pojawia się trochę znanych nazwisk, sporo narzekania na media, w szczególności na tabloidy, co w erze brukowców zrozumiałe, oraz nieco usprawiedliwień za błędy popełnione w młodości, do których Anglik zalicza obstawianie wyścigów konnych oraz korzystanie z usług prostytutek. Czy powinniśmy być tym zszokowani albo zniesmaczeni? Nie sądzę. Rooney był nastolatkiem, który nagle zaczął zarabiać krocie i w jednej chwili ze zwykłego chłopaka przemienił się w celebrytę, na którego patrzy nie tylko cała Anglia, ale i cały świat. Nic więc dziwnego, że próbował różnych rzeczy, które nie zawsze wychodziły mu na dobre, ale zawsze były odnotowywane przez wszędobylskie media.

Od strony technicznej wiele do życzenia pozostawia warstwa językowa tej pozycji. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia czy raczej języka oryginału, ale momentami miałam wrażenie, że autorem tekstu – nikomu nie ubliżając – jest dziesięcio- czy dwunastolatek. Poza tym irytowały mnie literówki, błędy interpunkcyjne i składniowe, a także różne odmiany, częstokroć błędne, nazwiska autora i bohatera autobiografii, a to już zapewne jest efektem tłumaczenia i korekty, której tym razem chyba zabrakło, bo całokształt prezentuje się raczej średnio.

Podsumowując, autobiografia Wayne’a Rooneya jest przyzwoitą książką i można ją w miarę szybko przeczytać, ale nie należy spodziewać się po niej cudów. Bardziej wiarygodna wydaje mi się Moja dekada w Premier League, której lektura dostarcza znacznie więcej informacji i przyjemności niż stosunkowo słaba Moja historia autorstwa zaledwie dwudziestoletniego chłopaka, który dopiero liznął wielkiego futbolu. Co to za historia? Ta książka to zaledwie jej początek.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://lubimyczytac.pl

Wayne Rooney, „Wayne Rooney. Moja dekada w Premier League” [recenzja]

4347bb44fdb342047aea34810aabbb91Autor: Wayne Rooney

Tytuł: Wayne Rooney. Moja dekada w Premier League

Tytuł oryginalny: Wayne Rooney. My decade in Premier League

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Liczba stron: 312

Jakiś czas temu czytałam Futbol obnażony, książkę autorstwa Anonimowego Piłkarza, która – jak głosił tekst na okładce – wstrząsnęła całym piłkarskim światem. W jaki sposób? Do dziś trudno mi to pojąć. Ledwo przez nią przebrnęłam. Przed porzuceniem jej lektury w połowie powstrzymywały mnie dwie rzeczy: miłość do piłki nożnej i fakt, iż nie zwykłam zostawiać rzeczy niedokończonych, zwłaszcza w przypadku literatury. Ale męczyłam się niemiłosiernie. Moja dekada w Premier League, książka autorstwa Wayne’a Rooneya, znajduje się, na szczęście, na przeciwległym biegunie i z tego właśnie powodu w tej krótkiej recenzji postaram się Was zachęcić do jej przeczytania.

Wszyscy chyba przywykliśmy, że autobiografie z reguły piszą ludzie, w tym wypadku sportowcy, którzy swoje najlepsze lata mają już za sobą. Czynią to zazwyczaj po zakończeniu kariery, kiedy to po wielu latach wyrzeczeń i życia w blasku jupiterów przychodzi im nauczyć się żyć od nowa, bez codziennych treningów, rozgrywania meczów i walki o najważniejsze trofea. Chcąc dokonać swego rodzaju podsumowania i zamknięcia pewnego etapu życia, siadają i piszą. Wayne Rooney najlepsze występy i sukcesy może mieć już za sobą. Wciąż jednak znajduje się u szczytu kariery i, mimo słabszej formy United w ostatnich sezonach, bije kolejne rekordy. Nadal przecież stanowi realne zagrożenie w polu karnym rywali i w każdej chwili swoją wielką siłę może udowodnić zabójczym trafieniem, po którym nie będzie, czego zbierać.

Autobiografia jako gatunek zawsze jest naznaczona punktem widzenia tego, kto jest jednocześnie jej autorem i bohaterem. Zawsze istnieje ryzyko, że pojawią się w niej wyłącznie korzystne dla jej autora fakty, podczas gdy te godzące w jego dobre imię celowo zostaną przemilczane. W przypadku Rooneya jest inaczej. Anglik zna swoje słabe strony i nie zamierza ich ukrywać pod maską ugrzecznionego chłopca, wręcz przeciwnie – otwarcie o nich mówi. Jego samoświadomość i krytyczna ocena własnego charakteru momentami zdumiewają. Nie trzeba znać na pamięć życiorysu Rooneya, by wiedzieć, że wychowanek Evertonu nie jest i nigdy nie był ideałem. Wypowiedzi samego zainteresowanego tylko to potwierdzają. Podobnie jak potwierdzają, że granie w futbol w Premier League jest jak uzależnienie. Anglikowi, jak każdemu sportowcowi, zdarzają się występy słabsze, jednak znacznie częściej oglądamy go w sytuacji, gdy biega od „szesnastki” do „szesnastki”, harując za dwóch i zostawiając na murawie wszystko, co ma najlepszego. Obsesja wygranej za wszelką cenę i paniczny strach przed porażką, będącą chyba jedyną rzeczą, której Rooney bardziej nienawidzi od klubu z Anfield Road, to główny temat tej książki.

Moja dekada w Premier League to podróż do wnętrza jednego z najlepszych napastników w historii angielskiej piłki. To wędrówka po zakamarkach duszy światowej klasy zawodnika, która pozwala nam uważnie prześledzić drogę Rooneya z podwórka na najlepsze europejskie stadiony. Jest ona jednocześnie swego rodzaju studium charakterologicznym, ukazującym zmiany, jakie na przestrzeni kolejnych sezonów zachodziły w osobowości urodzonego i wychowującego się w Liverpoolu Rooneya. Książkę czyta się z dużą przyjemnością, a opisywane przez snajpera „Czerwonych Diabłów” historie niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy czytającego. Kibice Manchesteru United biografię ich gwiazdy znają zapewne na wylot, nie jest to jednak wystarczający powód, by rezygnować z lektury wspomnianej książki. Można w nocy o północy na wyrywki recytować z pamięci przebieg kariery Rooneya i kompletnie nic nie wiedzieć, o tym, co dzieje się w głowie zawodowego piłkarza w momencie, gdy przygotowuje się do wykonania decydującego karnego, gdy zwija się z bólu na boisku, wiedząc, że kontuzja oznacza dla niego koniec sezonu, a także wtedy, gdy wygwizdują go kibice, którzy jeszcze niedawno go kochali. Ta książka jest w stanie to zmienić i pokazać to wszystko, co na pozór jest niewidoczne.

Nie ulega wątpliwości, że Rooney to właściwy człowiek na właściwym miejscu. To oddany swej pasji znakomity piłkarz, to bohater, to wojownik gotowy walczyć na boisku do ostatniej kropli potu, to w końcu ktoś, kogo się docenia i pamięta niezależnie od tego, czy jest się fanem United, czy jakiegokolwiek innego klubu. Rooney to ktoś, kto – jak sam przyznaje – w głębi wciąż jest „tym samym dzieciakiem, ostrzyżonym na zapałkę, z krzywymi nogami, który właśnie skończył czternaście lat i nie może doczekać się treningu szkolnej drużyny, cały tryskający energią i entuzjazmem”¹. Słowem: Rooney to zwycięzca, a zwycięzców kocha się najbardziej.

Moja ocena: 9/10

Źródło fotografii:
http://www.labotiga.pl

¹ Rooney W., Moja dekada w Premier League, przeł. M. Pol, Kraków 2014, s. 288.