„Dziewczyna z Brooklynu”, Guillaume Musso [recenzja]

d_3917Autor: Guillaume Musso

Tytuł: Dziewczyna z Brooklynu

Tytuł oryginalny: La fille de Brooklyn

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Joanna Prądzyńska

Liczba stron: 368

——–

Nic bardziej nas nie szarpie niż wspomnienie przegapionych okazji i zapach szczęścia, któremu pozwoliliśmy umknąć. (s. 222)

Guillaume Musso. Miłośniczki prozy obyczajowej nie wyobrażają sobie rynku wydawniczego bez książek popularnego francuskiego pisarza. O zachwycającym Musso i ja nie raz słyszałam, a jednak nigdy nie miałam ani okazji, ani wystarczających chęci, by sięgnąć po którąś z jego powieści. Dziewczyna z Brooklynu jest więc moim pierwszym spotkaniem z twórczością Francuza i bez wahania mogę powiedzieć, że to spotkanie bardzo udane.

Raphaël Barthélémy jest wziętym pisarzem. Od kilku miesięcy spotyka się z Anną Becker, stażystką w paryskim szpitalu, gdzie oboje się poznali. Podczas romantycznej podróży na Lazurowe Wybrzeże Raphaël, którego męczy tajemniczość narzeczonej, przypiera ją do muru pytaniami o jej przeszłość. Po burzliwej kłótni dziewczyna wyjmuje z torebki tablet, na którego ekranie widnieje przerażające zdjęcie. Na jego widok Raphaël odchodzi bez słowa. Po 20 minutach wraca do hotelu, jednak Anny już nie ma. Raphaël jedzie za nią do Paryża, tam jednak okazuje się, że ślad po niej zaginął. Mężczyzna wraz z najbliższym przyjacielem, emerytowanym inspektorem policji, zaczyna jej szukać. Poszukiwania okazują się dużo bardziej skomplikowane, niż obaj początkowo myśleli. W wyniku prywatnego dochodzenia wychodzi na jaw, że Anna nie jest wcale tą osobą, za którą się podawała.

Opis fabuły może nie wskazywać na szalenie wciągającą książkę, a jednak historia tytułowej dziewczyny z Brooklynu i chęć odkrycia prawdy o Annie nie pozwalają ani na chwilę przerwać czytania. I nawet jeśli Musso do tej pory tworzył powieści z przeważającym wątkiem obyczajowym, to tym razem stworzył pełnokrwisty thriller, w którym aż roi się od sekretów, zbrodni i kłamstw. Czyta się to szybko i z naprawdę rosnącym zainteresowaniem, co zawdzięczamy przede wszystkim szkatułkowej czy też matrioszkowej fabule. Spokojnie możemy nazwać Musso mistrzem konstruowania intrygi z iście zegarmistrzowską precyzją. Rzadko się bowiem zdarza, by rozwiązanie jednej zagadki, znalezienie jednej odpowiedzi wywoływało deszcz pytań. A tak właśnie wygląda to u Guillaume’a Musso w jego Dziewczynie z Brooklynu. Każda zdobyta odpowiedź zamiast przybliżać oddala od prawdy.

1501971228892

Co jest najciekawsze i najbardziej intrygujące w tej książce? Postać Anny. Mówi się o niej w zasadzie nieustannie, to ona jest tytułową dziewczyną z Brooklynu, a jednak w książce prawie w ogóle nie występuje. W wyniku poszukiwań dwóch głównych bohaterów, Raphaëla i Marca, docierają do nas sprzeczne, fragmentaryczne informacje na temat przeszłości Anny. Na ich podstawie powstaje w zależności od sytuacji mniej lub bardziej wyraźny portret tajemniczej kobiety, która fascynuje i przeraża zarazem.

Najnowsza powieść Musso pokazuje, że czasem jedno błahe wydarzenie może pociągnąć za sobą szereg nieprzewidzianych konsekwencji. Niczym reakcja łańcuchowa, niczym efekt domina. Mozolnie budowana miesiącami relacja w jednej chwili rozpada się na wzór domku z kart. Wystarczyło jedno – na pozór niewinne – pytanie, by spowodować prawdziwą katastrofę. Nie na darmo mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Historia Raphaëla, historia jego gorączkowych poszukiwań pokazuje, że czasem lepiej wiedzieć mniej. W ten sposób możemy oszczędzić sobie i swoim bliskim niepotrzebnego cierpienia. Współczesny świat forsuje zasadę, że w związku nie może być żadnych tajemnic. Skoro jesteśmy parą, to musimy wiedzieć o sobie dosłownie wszystko. A jednak historia Anny i Raphaëla zdaje się sugerować, że są prawdy, których czasem lepiej nie znać.

Plusem Dziewczyny z Brooklynu może być również jej kompozycja. I nie chodzi mi tylko o dwa typy narracji, które pojawiają się w książce. Bardzo charakterystyczne są również liczne retrospekcje. Rozdziały poświęcone wydarzeniom teraźniejszym przeplatają się z tymi opowiadającymi o wydarzeniach sprzed lat. Nie wiem, czy taki jest styl Guillaume’a Musso, nie znam przecież jego twórczości, ale ten zabieg – często z powodzeniem wykorzystywany przez autorów thrillerów – sprawdza się doskonale.

Dziewczyna z Brooklynu to dobra powieść, w której suspens gra zdecydowanie pierwsze skrzypce. Książka Musso jest pozycją godną polecenia, jeśli lubicie pełne napięcia historie, w których celem bohaterów jest dotarcie do głęboko skrywanej prawdy. Moje dobre wrażenia po lekturze najnowszej powieści Musso, a także doskonałe komentarze czytelniczek pod adresem jego wcześniejszych książek sprawiają, że prawdopodobnie w przyszłości sięgnę po którąś z powieści popularnego Francuza. Są chyba tego warte. Polecam.

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki: 
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Siódemka”, Erica Spindler [recenzja]

micki-dare-tom-1-siodemka-b-iext49353110Autor: Erica Spindler

Tytuł: Siódemka

Tytuł oryginalny: The Final Seven

Wydawnictwo: Edipresse Książki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Liczba stron: 320

——–

Dobro i zło to awers i rewers jednej monety. Wszystkie inteligentne i obdarzone wolną wolą stworzenia mają zdolność czynienia zarówno jednego, jak i drugiego. (s. 258)

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowego thrillera Eriki Spindler, szalenie się ucieszyłam, bo to w końcu jedna z moich ulubionych autorek. Gdybym miała polecić komuś dobry thriller, to z pewnością zaproponowałabym, by przeczytał którąś z powieści Spindler. To bardzo solidne thrillery, często z wątkiem miłosnym, które z reguły koncentrują się na pilnie skrywanych rodzinnych sekretach. I naprawdę trzymają w napięciu. Krwawe wino, Dotyk strachu, Ślepa zemsta i Labirynt Białego Królika to jedne z lepszych pozycji w dorobku amerykańskiej pisarki. Książki tej autorki na polskim rynku ukazywały się do tej pory nakładem trzech wydawnictw: najpierw powieści Spindler wydawała Mira, będąca oddziałem HarperCollins, potem Burda Książki, teraz zaś wziął się do tego Edipresse Książki. I ta trzecia odsłona wypada zdecydowanie najgorzej. Otwierająca cykl o nazwie Strażnicy Światła Siódemka jest bowiem książką tak złą, że aż brak mi słów.

Pierwsza sobota lipca. Zaginiona kobieta. Siódemka wyryta na drzwiach jej domu. Rozpoczęło się odliczanie… –  taki opis może zaintrygować i sprawić, że zdecydujemy się po tę książkę sięgnąć. Może również sprawić, że nasze oczekiwania staną się tak wygórowane, że opowiadana historia nie zdoła im sprostać.

Detektyw Micki Dare to doświadczona i zasadnicza policjantka. Nie potrzebuje partnera, a już zwłaszcza tak przemądrzałego i pewnego siebie flirciarza jak agent FBI Zach Harris, który dopiero co ukończył eksperymentalny program szkoleniowy o nazwie Szóstki. Szóstki wyróżniają się tym, że mają… szósty zmysł, który pomaga im dotrzeć do informacji, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Zadanie Micki ma polegać na czuwaniu nad bezpieczeństwem Zacha, podczas gdy on będzie ścigał przestępców, wykorzystując swoje szczególne zdolności. Micki, bardzo sceptycznie nastawiona do swojego nowego partnera, najchętniej posłałaby go w kosmos, musi jednak wykonywać polecenia przełożonych, nawet jeśli uważa, że to marnowanie czasu, który można by poświęcić prawdziwej policyjnej robocie.

Wkrótce jednak uświadamia sobie, że jej partner potrafi coś więcej, niż tylko czarować swoim wyglądem i elokwencją i właściwie zyskuje przy bliższym poznaniu. Dociera też do niej, że gra toczy się o stawkę wykraczającą poza zwykłe rozwiązywanie zagadek i łapanie złoczyńców. Czai się bowiem nowy rodzaj zła, przebieglejszego niż wszystko, z czym Micki miała do tej pory do czynienia. Niewykluczone, że ona i Zach są jedynymi osobami, które mogą je powstrzymać. Kiedy znika kolejna dziewczyna, a ciemność zacieśnia krąg, Micki zdaje sobie sprawę z przerażającej prawdy: że jednak może się nie udać. Tym razem zło, któremu stawiają czoło, może zniszczyć ich wszystkich…

Fabuła jeśli nawet przy takim opisie brzmi intrygująco, to w rzeczywistości prezentuje się zdecydowanie gorzej. Thriller Spindler koncentruje się wokół dwóch głównych postaci: nieustraszonej detektyw Micki Dare oraz agenta FBI Zacha Harrisa. Ich duet śledczy to iście wybuchowa mieszanka, która przez całą powieść wyjątkowo męczy i irytuje. Nie dość, że bohaterowie dysponują nadprzyrodzonymi siłami, to jeszcze są ludźmi, których po prostu nie sposób polubić. Do tej pory Spindler nie bawiła się w tworzenie wielotomowych cykli, w których pojawialiby się ci sami bohaterowie. Co najwyżej zdarzało się, że poszczególne bohaterki (np. Stacy Killian, Kitt Lundgren, Mary Catherine Riggio) występowały w dwóch, trzech książkach. Muszę przyznać, że jestem wielką fanką wszelkiego rodzaju cykli. Łatwo zżywam się z bohaterami, których losy mogę śledzić przez wiele tomów. Serie autorstwa Tess Gerritsen (cykl o Rizzoli i Isles), J.T. Ellison (cykl o Taylor Jackson) czy Alex Kavy (cykl o Maggie O’Dell) to cykle, które od lat śledzę z zapartym tchem. Jest jednak pewien warunek – muszę polubić głównego bohatera. Jeśli bohater nie przypadnie mi do gustu już w pierwszym tomie, to nie ma szans, bym sięgnęła po kolejne części, niezależnie od tego, jak ciekawa będzie się wydawać ich fabuła.

1497951742318

Życie rządzi się zasadami. Istnieją pewne granice, których nie należy przekraczać. (s. 169)

Na okładce nowej książki Spindler możemy przeczytać, że to „pełen zaskakujących zwrotów akcji i dramatycznych zdarzeń thriller”. Wydawca tej niezwykle dziwnej książki zapewnia, że „Siódemka to lektura, od której nie sposób się oderwać”, bo „wciąga i trzyma w napięciu aż do ostatniej strony”. Ten, kto przeczytał tę powieść, bez wahania chyba przyzna, że w tych dwóch zdaniach nie ma ani grama prawdy. No chyba że ktoś lubi, gdy bohaterowie poprzez dotyk przekazują sobie energię… Szczerze mówiąc, trudno mi nawet uwierzyć, że to rzeczywiście książka autorstwa Eriki Spindler. Czytałam wszystkie thrillery tej pisarki i żaden, podkreślam, żaden nie był tak słabą pozycją. Żaden mnie tak nie zmęczył i żaden mnie aż tak nie rozczarował. Nie mogę zatem zrobić nic innego, jak tylko zdecydowanie odradzić Wam sięgnięcie po tę książkę. To przedziwny thriller, który męczy i rozczarowuje. Infantylny język głównych bohaterów, nadnaturalne zdolności, mordercze, niematerialne istoty widzialne tylko dla garstki osób, ludzie potrafiący przekazywać sobie energię za pomocą dłoni, a w dodatku jeszcze świecący w ciemności, i niezbyt interesująca intryga to elementy, które czynią tę książkę naprawdę nieznośną. Jedynym plusem są krótkie rozdziały, dzięki którym czyta się Siódemkę dość szybko. Ale szybko nie znaczy przyjemnie! Przeszkadzał mi jednak niestandardowy rozmiar książki, która nie tylko nie chciała się zmieścić do mojej torebki, ale i niezbyt ładnie komponuje się z innymi książkami z mojej domowej biblioteczki. Z bólem serca odradzam tę powieść nawet fanom Eriki Spindler. Szkoda czasu i pieniędzy. Założę się, że nawet fani science fiction mogliby się czuć zawiedzeni. Ta książka to żart i to niestety niezbyt zabawny…

 Moja ocena: 2/10

Źródło okładki: 
http://www.empik.com

„Lokatorka”, J.P. Delaney [recenzja]

lokatorka_500Autor: J.P. Delaney

Tytuł: Lokatorka

Tytuł oryginalny: The Girl Before

Wydawnictwo: Otwarte

Tłumaczenie: Mariusz Gądek

Liczba stron: 460

——–

Lokatorka to dobrze zapowiadający się thriller z ciekawym pomysłem na fabułę, który w rzeczywistości okazuje się książką przyjemną w lekturze, ale zarazem dość przewidywalną i wcale nie tak intrygującą i wciągającą, jakbyśmy tego chcieli. Tego uczucia nieustannego niepokoju, ucisku w klatce piersiowej, ściśniętego gardła i wypieków na twarzy brakowało mi najbardziej. Przeglądając pojawiające się w sieci recenzje, zastanawiam się, czy nie stałam się przypadkiem zbyt wymagającą czytelniczką, która nie zadowala się książką dobrą, która oczekuje czegoś więcej. Lubię literaturę z dreszczykiem, ale w ostatnim czasie nie miałam okazji czytać naprawdę trzymającego w napięciu, wstrząsającego thrillera psychologicznego, który na długo pozostałby w mojej pamięci. Oczywiście Lokatorka jest powieścią o niebo lepszą od thrillera Pauli Hawkins, nad którym nie tak dawno bardzo się pastwiłam. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie drugą tak przeciętną powieść jak Zapisane w wodzie, książka szalenie nudna i nieciekawa. Myślałam jednak, że powieść J.P. Delaneya okaże się czymś ciut lepszym.

Emma Matthews już nie mieszka przy Folgate Street 1 w londyńskiej dzielnicy Hendon, na jej miejsce wprowadza się samotna Jane Cavendish. Obie lokatorki, obecna i była, są do siebie bardzo podobne i to zarówno pod względem wyglądu, jak i prawdziwych potrzeb. Okazuje się, że łączy je nie tylko kolor włosów, oczu i rysy twarzy, lecz także pragnienie rozpoczęcia wszystkiego od nowa, zupełnie od zera. Obie bowiem przeżyły coś, o czym jak najszybciej chciałyby zapomnieć. Obie pragną odciąć się od bolesnej przeszłości i rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela, apodyktycznego Edwarda Monkforda, nietuzinkowego architekta, właściciela Monkford Partnership, ale wydaje się idealne do porządkowania życiowego chaosu. Minimalistyczny styl mieszkania może być kluczem do sukcesu. Kobiety łączy jednak coś jeszcze – enigmatyczna więź z właścicielem apartamentu. Gdy po pewnym czasie obok pożądania pojawia się niepewność i niepokój, każda z lokatorek zaczyna przeczuwać, że za rogiem czai się prawdziwe niebezpieczeństwo. Jest tylko jedna rzecz, która bezsprzecznie różni Emmę i Jane. Emma już nie żyje, Jane jeszcze tak. Co się stało z poprzednią lokatorką i czy to samo może się przydarzyć Jane? Kto odpowiada za tajemniczą śmierć Emmy? Jakie sekrety skrywa dom przy Folgate Street 1?

Pytania o przeszłość Emmy i przyszłość Jane można by w zasadzie mnożyć, tak wiele niewiadomych jest w powieści J.P. Delaneya. Szalenie interesująca jest również postać samego Edwarda, człowieka, który jest perfekcjonistą w każdym calu, czasem aż do przesady bezwzględnym. Na wszystkie rodzące się w naszej głowie podczas lektury pytania prędzej czy później otrzymujemy odpowiedź. Czy zawsze satysfakcjonującą? Tu mam pewne wątpliwości. Okazuje się bowiem, że historia śmierci Emmy jest dość przewidywalna i ja chyba oczekiwałam czegoś innego, czegoś bardziej „wow”. Niemniej mam wrażenie, że wielu czytelników może być zadowolonych, o czym świadczą wszystkie pochwały pod adresem tej książki.

 1499529147325 (1)

Na uznanie z pewnością zasługuje wizja świata wykreowanego przez autora. Nie da się ukryć, że wielu z nas przerażałaby sama myśl o przeprowadzce na Folgate Street 1. To bowiem dom zupełnie inny niż wszystkie, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w jego wnętrzu, nie każdy byłby w stanie sprostać obowiązującym w nim – bądźmy szczerzy – często absurdalnym zasadom. Przeprowadzka na Folgate Street 1 to prawdziwe wyzwanie i poświęcenie swoich marzeń, pragnień, potrzeb. To oczywiste, że nie każdy jest na to gotowy. To miejsce przeznaczone wyłącznie dla osób o stalowych nerwach i ogromnej sile woli. W zamian dostajemy jednak sterylną, niczym nieskażoną przestrzeń, w której mamy dużą szansę odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, zrozumieć, co jest dla nas ważne, a z czego bez kłopotu potrafimy zrezygnować, odkryć, jak wiele rzeczy, którymi się otaczamy, jest nam zupełnie zbędnych. Wymyślony przez Edwarda Monkforda, a ściślej mówiąc przez J.P. Delaneya, dom to miejsce zupełnie niezwykłe, niepowtarzalne na architektonicznej mapie świata. Wymarzony ideał i prawdziwe przekleństwo. Kusząca, acz trochę przerażająca wizja przyszłości.

Ciekawie również poprowadzona została narracja. Delaney pozwala nam poznać wydarzenia ukazane z dwóch perspektyw, a staje się to możliwe dzięki uczynieniu narratorkami zarówno Emmy, jak i Jane. Rozdziały poświęcone Emmie przeplatają się z tymi opowiadającymi o Jane, a my jesteśmy w stanie zauważyć pewne analogie pomiędzy tym, co już się wydarzyło, a tym, co dzieje się w chwili obecnej. 

Wydawnictwo Otwarte reklamuje Lokatorkę jako „doskonały thriller psychologiczny, który podbił listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii”. I chociaż książka Delaneya rzeczywiście jest dobra, to jednak nazwanie jej doskonałym thrillerem wydaje mi się pewną przesadą. W sieci można znaleźć informację o trwających pracach nad ekranizacją powieści. Reżyserem filmu jest Ron Howard, twórca takich produkcji jak Piękny umysł czy Kod da Vinci. Myślę, że mimo pewnego zawodu, który poczułam po lekturze Lokatorki, z zainteresowaniem obejrzę tę ekranizację, by się przekonać, czy chociaż w wersji filmowej uda się twórcom stworzyć trzymającą w napięciu opowieść, która wbija w fotel. Tutaj mi tego zabrakło, choć wymyślona historia miała szansę stać się czymś naprawdę ciekawym.  

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki: 
http://www.znak.com.pl

„Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile”, Katy Colins [recenzja]

biuro-podrozy-samotnych-serc-kierunek-chile_9788327628404Autor: Katy Colins

Tytuł: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile

Tytuł oryginalny: The Lonely Hearts Travel Club. Destination: Chile

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Elżbieta Regulska-Chlebowska

Liczba stron: 320

 

Czasem trzeba przetrwać ponure, ciemne dni, żeby się przekonać, jak piękne może być życie. (s. 161)

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile to już moje trzecie spotkanie z jedyną w swoim rodzaju Georgią Green. Mogę więc spokojnie powiedzieć, że tę bohaterkę zdążyłam już bardzo dobrze poznać i polubić i to polubić na tyle, że z niecierpliwością wyczekuję jej kolejnych przygód. Na tę chwilę mamy trylogię, która – mam nadzieję – przerodzi się w liczącą wiele tomów serię, dzięki której będziemy mogły (tak, to raczej literatura dla pań) odwiedzić jeszcze wiele pięknych i egzotycznych miejsc na całym świecie. Na razie towarzyszyłyśmy Georgii w podróżach do Tajlandii, Indii i Chile i chyba każda z czytelniczek przyzna mi rację, że książki Katy Colins czyta się z ogromną przyjemnością, ponieważ są bardzo zabawnymi i lekkimi opowieściami, które doskonale się sprawdzą jako lektura zarówno na lato, jak i deszczowy, ponury listopad.

Katy Colins jest brytyjską blogerką podróżniczą, która w angielskich mediach zasłynęła jako porzucona przed ołtarzem niedoszła panna młoda, która zamiast rozpaczać po straconej miłości rzuciła pracę, sprzedała dom, spakowała plecak i ruszyła w podróż dookoła świata, a konkretnie do Azji, gdzie rozgrywają się dwa pierwsze tomy jej niezwykle humorystycznego cyklu. Jego bohaterką jest wspomniana już przeze mnie mieszkanka Manchesteru, Georgia Green, swoiste alter ego autorki, dziewczyna, która ma wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty. I ją narzeczony porzucił przed ołtarzem, twierdząc, że nie jest godna miana jego żony. Georgia postanowiła przekuć tę bolesną porażkę w sukces. Dzięki podróży do Azji nie tylko udało jej się zwiedzić interesujące zakątki świata, poznać ciekawych ludzi i odnaleźć siebie, ale też spotkać miłość swojego życia, niesamowicie przystojnego, inteligentnego i czułego Bena, który absolutnie w niczym nie przypomina jej byłego narzeczonego, zarozumiałego i egoistycznego Alexa, o którym wreszcie Georgia może raz na zawsze zapomnieć. A przynajmniej tak jej się wydaje…

 IMG_20170624_150341_027

A co czeka nas w trzeciej części przygód szalonej panny Green? Georgia i Ben z powodzeniem prowadzą założone przez siebie Biuro Podróży Samotnych Serc. Interes przynosi korzyści, klienci są zadowoleni, a Benowi marzy się londyńska filia. Pewnego dnia szczęście się do nich uśmiecha, gdy dobry znajomy z Indii składa Georgii propozycję nie do odrzucenia. Ona i Ben mają szansę wystąpić w reality show, w którym mogą wygrać duże pieniądze i rozreklamować swoje biuro turystyczne. Muszą tylko polecieć do Chile i pokonać kilka par biorących udział w programie. Georgia ma wątpliwości, czy jest gotowa wystawiać związek z Benem na widok publiczny. Z drugiej jednak strony czuje, że mogą potraktować ten wyjazd jako długo wyczekiwany wspólny urlop. Taka szansa może się już przecież nie powtórzyć! Nie wie jednak, że na chilijskich pustkowiach i górskich szlakach ich związek zostanie poddany niejednej próbie. Czy Georgia i Ben zdadzą egzamin i szczęśliwi powrócą z Ameryki Południowej? Czy też uświadomią sobie, że chcą od życia zupełnie czego innego i raczej powinni się rozstać? Aby poznać odpowiedzi na te i inne pytania, koniecznie musicie sięgnąć po Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile! Jestem przekonana, że nie pożałujecie :)

Zapewniam Was, że przy tej powieści nie sposób się nudzić. Jeśli wydawało mi się, że dwie pierwsze części były zabawne, to ta jest jeszcze lepsza! Znów dużo się dzieje, Georgia co krok wpada w tarapaty, a Ben, niczym superbohater, musi ją z nich wyciągać. Po raz kolejny powiem, że na podstawie stworzonego przez Colins cyklu powstałyby naprawdę zabawne filmy, których przesympatyczna bohaterka przyciągnęłaby przed ekrany całe rzesze widzów. Ciekawe przygody, śmieszne i krępujące sytuacje, brak zbędnych opisów, lekki język, bohaterka, którą da się lubić i egzotyczne miejsce akcji to te elementy, które czynią tę powieść lekturą wprost idealną, jeśli szukacie niezbyt wymagającej i niezobowiązującej rozrywki, zwłaszcza na lato. Bardzo polecam i czekam na więcej!

colins

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl

Wakacje z książką! Szukasz interesującego tytułu na lato? Tu go znajdziesz! :)

Na czytanie książek każda pora jest dobra, bo prawdziwi książkoholicy książki czytają w zasadzie zawsze i wszędzie. Nie da się jednak ukryć, że wielu z nas nie może czytać tyle, ile byśmy chcieli. Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Szkoła, studia, praca, dzieci… Nadmiar obowiązków zmusza nas do czytania fragmentarycznego: w autobusie w drodze do pracy lub na uczelnię, w poczekalni u lekarza, jeden rozdział w czasie przygotowywania obiadu, dwa rozdziały przed snem. A przecież co miesiąc do sprzedaży trafia mnóstwo nowych pozycji, z których wiele zasługuje na uwagę. Tylko kiedy znaleźć czas na ich lekturę i nie zawalić innych spraw?

Na szczęście z odsieczą przychodzą nam wakacje :) Oczywiście nie każdy z nas może mówić o prawdziwych wakacjach, które znamy ze szkoły i którymi przez lata się cieszyliśmy. Ale okres letni sprzyja podróżowaniu i to zarówno temu zaplanowanemu, jak i zupełnie spontanicznemu. I chociaż musimy pracować, to jednak pewnie zdecydowana większość z nas będzie mogła sobie pozwolić na kilkudniowy urlop, by w jakimś urokliwym miejscu odpocząć i naładować akumulatory na kolejne miesiące. I nieważne jest, co wybierzecie – czy będą to polskie góry, zagraniczne plaże, Bałtyk, nasze mazurskie jeziora czy intensywne zwiedzanie jednej z europejskich stolic. Ważne, byście zabrali ze sobą co najmniej jedną dobrą książkę. Może nie przeczytacie jej w całości, ale sama świadomość, że macie przy sobie doskonałą rozrywkę w postaci wciągającej lektury od razu poprawi Wam nastrój :) A poza tym zawsze fajnie odpocząć od otaczających nas na co dzień sukcesów XXI-wiecznej techniki. Zamiast godzinami wpatrywać się w ekrany smartfonów, laptopów i tabletów, złapcie mrożoną herbatę lub ulubionego drinka i zanurzcie się w lekturze książki – niekoniecznie papierowej ;)

Minorka2011474Nie wiem jak Wy, ale ja nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek podróży bez książki w torbie lub plecaku. Czytam w pociągu, samolocie, na plaży i w hotelowym lobby. Chociaż kilka rozdziałów lub stron każdego dnia. Ale wybór odpowiedniej lektury rodzi kolejne problemy i wątpliwości, które część z nas mogą przerosnąć. Spokojnie, zrobię wszystko, by ułatwić Wam to – bądźmy szczerzy – trudne zadanie. Pozwólcie zatem, że przedstawię zestawienie książek, które z czystym sumieniem polecam Wam wrzucić do walizki. Znajdziecie w nim powieści i dla pań, i dla panów, bo równie chętnie sięgam po kryminały, co po prozę obyczajową. Mam nadzieję, że każdy z Was znajdzie wśród moich propozycji coś dla siebie, a jeśli nie, to może sami macie książki, które polecilibyście na wakacje. Podajcie ich tytuły w komentarzach pod postem. Chętnie na nie zerknę, a może i inni na tym skorzystają :) To, co gotowi?

1. Pierwszą powieścią, którą chciałabym Wam polecić na lato, będzie thriller psychologiczny, który wstrząsnął nie tylko zagranicznym, ale i polskim rynkiem wydawniczym. Mowa oczywiście o powieści ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI B.A. Paris, która swoją premierę miała w lutym tego roku. To debiut, nic więc dziwnego, że gdy książka wchodziła do sprzedaży, o brytyjskiej autorce nikt w zasadzie w ogóle nie słyszał. A teraz? Paris swoim thrillerem podbija kolejne topki, a w sieci aż roi się od szalenie pozytywnych recenzji tego wciągającego thrillera. Autorka zdaje się pokazywać, że kluczem do sukcesu jest łatwa w odbiorze historia, która wstrząsa i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Opowieść o idealnym małżeństwie Jacka i Grace zapadnie Wam w pamięć, a ja zapewniam, że słowa uznania dla prozy Paris nie są chwytem sprzedażowym marketingowców jak to w dzisiejszych czasach często bywa. Thriller ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI chwyta za gardło, powodując szybsze bicie serca, a przerażenie, które czuje Grace, NAPRAWDĘ jest zaraźliwe! Bardzo polecam :)

d_37812. Jeśli jednak boicie się tego, co zastaniecie za zamkniętymi drzwiami domu państwa Angelów, polecam przyjrzeć się przezabawnym książkom Katy Colins. Ta blogerka podróżnicza wie, jak napisać powieść, która swoją lekkością i humorem zachwyci nawet najbardziej wymagające czytelniczki. Colins zasłynęła jako porzucona przed ołtarzem niedoszła panna młoda, która zamiast rozpaczać po straconej miłości, spakowała plecak i ruszyła w podróż dookoła świata, a konkretnie do Tajlandii, gdzie rozgrywa się pierwszy tom jej niezwykle humorystycznego cyklu. BIURO PODRÓŻY SAMOTNYCH SERC to już nie tylko Tajlandia, ale też Indie i… Chile! Bohaterką serii jest mieszkająca w Manchesterze Georgia Green, swoiste alter ego autorki, dziewczyna, która ma wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty. Jeśli ktoś ma z siebie zrobić durnia, bądźcie pewni, że tą osobą będzie Georgia :) Wydawca tego idealnie wpisującego się w wakacyjne klimaty cyklu, czyli Wydawnictwo HarperCollins Polska, reklamuje Georgię Green jako „Bridget Jones z plecakiem”. I pewnie coś w tym jest! Pierwsza część, której akcja rozgrywa się w Tajlandii, miała swoją premierę w sierpniu 2016 roku, druga – opowieść o Indiach trafiła do sprzedaży w lutym tego roku, a najnowsza powieść BIURO PODRÓŻY SAMOTNYCH SERC. KIERUNEK: CHILE w księgarniach jest dostępna od 14.06.17. Zdecydowanie tak! :)

colins3. Panom zaś w szczególności poleciłabym wydawane przez Wydawnictwo SQN książki o tematyce sportowej. Lato to ten okres, gdy sportu w telewizji mamy jak na lekarstwo. Odbywają się wprawdzie rokrocznie zawody lekkoatletyczne, mamy wyścigi Formuły 1, kolarstwo i mecze reprezentacji narodowych w piłce nożnej, gdy akurat przypadają Mistrzostwa Świata lub Europy, ale to rozgrywek klubowych zagorzałym kibicom piłki nożnej brakuje najbardziej. Zachęcam więc, by podczas niecierpliwego odliczania do sierpnia i startu nowego sezonu w wolnej chwili poczytać sobie wybrane pozycje z oferty SQN. A jestem pewna, że coś dla siebie znajdziecie! Ja sama najchętniej sięgnęłabym po książki opowiadające o historii i graczach Chelsea. Tych jednak w ofercie krakowskiego wydawnictwa na razie nie znajdziecie, ale może zainteresuje Was np.: ARSENE WENGER. GENERAŁ I JEGO KANONIERZY, MANCHESTER UNITED. DIABELSKA BIOGRAFIA, STEVEN GERRARD. SERCE POZOSTAWIONE NA ANFIELD lub WAYNE ROONEY. MOJA DEKADA W PREMIER LEAGUE. Wiem, że wybrałam książki o lidze angielskiej, ale to właśnie ta liga interesuje mnie najbardziej. Wy oczywiście możecie wybrać coś o Barcelonie, Juventusie lub Bayernie :) Co kto lubi, wiadomo.

sportowe4. Moja kolejna wakacyjna propozycja to KONKLAWE Roberta Harrisa. Powieść mistrza łączenia fikcji z prawdą historyczną to podręcznikowy przykład thrillera, choć akcja wcale nie pędzi tu na łeb na szyję. Brytyjski pisarz odkrywa przed nami tajniki odbywającego się w Kaplicy Sykstyńskiej konklawe. Harris pokazuje Kościół w najbardziej dramatycznym momencie, jakim jest śmierć Ojca Świętego. Walka o władzę, intrygi, knowania, ludzkie ambicje, wola Boga i wybór mniejszego zła… Naprawdę warto! ;)

d_37855. Niezłym wyborem może być również książka SPOTKAJMY SIĘ W PROWANSJI Carole Mortimer i Catherine Spencer. Znajdziecie w niej dwie minipowieści, których kanwą jest historia miłosna. Obie opowieści czyta się niezwykle przyjemnie, a do tego ich akcja rozgrywa się na południu Francji. Pełna słońca, wina, lawendy i zapachu perfum Prowansja to idealne miejsce, by choć wirtualnie przenieść się tam na urlop :) Zachęcająca okładka książki, barwne opisy prowansalskiego krajobrazu, miłość pokonująca wszelkie przeciwności i happy end to największe atuty tej książki i coś, co sprawi, że z pewnością udzieli Wam się dobry nastrój bohaterów obu historii. Od razu Was jednak ostrzegam: nie oczekujcie od tych opowieści zbyt wiele, bo srogo się zawiedziecie. Pozycja przeznaczona wyłącznie dla miłośniczek lekkich romansów, po których nie pozostaje w naszej pamięci nawet mgliste wspomnienie. I nic dziwnego – w końcu romans zazwyczaj jest przelotny.

124629-spotkajmy-sie-w-prowansji-carole-mortimer-1(2)6. Mam też coś dla miłośników niezwykłych przygód! Chyba każdy fan tego gatunku jako niekwestionowanego mistrza wskazałby Jamesa Rollinsa. Rollins to autor wielu doskonałych powieści przygodowych, których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach, na pustyniach i lodowcach. Każdy z jego tytułów odniósł międzynarodowy sukces, a jego seria „Sigma Force” niezmiennie cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem ze strony czytelników. Trudno polecić jedną konkretną powieść Rollinsa. Sami musicie zdecydować, czy sięgnąć po pierwszy tom, czyli BURZĘ PIASKOWĄ, czy wybrać powieść, której fabuła najbardziej Wam odpowiada, czy też sięgnąć po prostu po najnowszą na polskim rynku książkę tego autora, a zatem WYŁĄCZNIK AWARYJNY. Tym razem Rollins i Blackwood zabierają czytelników na mroźne stepy Syberii i wypalone sawanny Czarnego Lądu. Stawką w tym morderczym wyścigu z czasem i potężnym wrogiem będzie uratowanie ludzkości. Czy misja zakończy się sukcesem?

d_38507. Przedostatnią moją propozycją będą książki już z racji tytułu doskonale wpisujące się w letnie klimaty. Myślę oczywiście o pozycjach: ZABIERZ MNIE DO GRECJI Jacqueline Baird i Emmy Darcy oraz POCZTÓWKACH Z GRECJI Victorii Hislop. Ta druga to książka mająca swoją premierę zaledwie kilka dni temu. Obie pozycje są wprost idealnym rozwiązaniem na Wasze wielkie (niekoniecznie) greckie wakacje :) Lazurowe morze, biało-niebieskie domki oraz złoto piaszczystych plaż tworzą urzekającą mozaikę kolorów, która czyni Grecję miejscem, które wielu z nas chciałoby choć raz w życiu odwiedzić. A jest z czego wybierać! Kreta, Rodos, Zakynthos, Kefalonia, Santorini, Kos, Thassos, Lesbos, Lefkada, Skiathos, Skopelos, Korfu, Chalkidiki… to tylko kilka wartych odwiedzenia (i to zazwyczaj za niewielkie pieniądze) destynacji. A wzruszająca opowieść o nieprzemijającej miłości, cierpieniu i walce o szczęście, przywodząca na myśl najpiękniejsze wspomnienia z wakacji, czyni oba tytuły książkami wprost doskonałymi na lato. Warto się skusić!

grecja(1)

8. I wreszcie ostatnia, ale nie mniej ważna pozycja i to pozycja, która sprawdzi się jako wciągająca lektura zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. O czym mówię? Oczywiście o CUD CHŁOPAKU R.J. Palacio! Ta książka to wzruszająca i niezwykle przejmująca opowieść o Auguście Pullmanie, zwykłym chłopcu o niezwykłej twarzy. Sprzedana w liczbie przeszło 5 milionów egzemplarzy powieść R.J. Palacio weszła już do klasyki współczesnej literatury, zdobywając serca kolejnych czytelników. R.J. Palacio pokazuje i młodszym, i starszym czytelnikom, jak żyć w świecie Auggiego, w którym chłopiec, choć czuje się jak jego rówieśnicy, zawsze jest postrzegany jako ktoś, kto nie pasuje. Książka pozwoli Wam na nowo przenieść się do czasów, gdy sami chodziliście do szkoły. CUD CHŁOPAK jest opowieścią o Auguście, ale tak naprawdę dotyczy nas wszystkich. W końcu każdy z nas marzy o tym, by zostać zauważonym i by inni lubili nas za to, jacy jesteśmy. Powieść Palacio to doskonała książka, która może stać się pretekstem do rozmowy rodziców z dziećmi o empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. I do pokazania, że inny nie zawsze znaczy gorszy :)

d_2152

I co, moi drodzy, znaleźliście w tym zestawieniu coś dla siebie? A może polecacie coś zupełnie innego? Dajcie znać! Chętnie poznam Wasze pomysły :) Gorąco zachęcam do burzliwej dyskusji!

P5173613

 

„Zapisane w wodzie”, Paula Hawkins [recenzja]

f277560554(1)Autor: Paula Hawkins

Tytuł: Zapisane w wodzie

Tytuł oryginalny: Into the Water

Wydawnictwo: Świat Książki

Tłumaczenie: Jan Kraśko

Liczba stron: 368

——–

Rozczarowująca. Irytująca. Nieciekawa. Chaotyczna. Nużąca. Taka jest w moim odczuciu najnowsza powieść Pauli Hawkins – Zapisane w wodzie, która swoją głośną premierę miała 10 maja 2017. Hawkins na fali sukcesu słynnej Dziewczyny z pociągu stworzyła thriller, na który – jak sugerował polski wydawca – czekał cały świat. Debiut brytyjskiej pisarki cieszył się ogromną popularnością wśród czytelników, oczywiste więc było, że oczekiwania względem nowej powieści będą niezwykle wysokie. Na podstawie debiutanckiego thrillera Hawkins dość szybko powstała nawet ekranizacja, która była jednym z najnudniejszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Mimo zachwytów nad powieścią Hawkins nigdy nie zdecydowałam się po tę książkę sięgnąć, co oznacza, że filmowa wersja Dziewczyny z pociągu była moim jedynym spotkaniem z fabularnym pomysłem Pauli Hawkins. Nie mogę zatem oceniać książki, dzięki której ten film powstał, od znajomych słyszałam jednak, że ekranizacja jest wiernym odzwierciedleniem powieści i to skutecznie zniechęciło mnie do oddania się lekturze bestsellerowej Dziewczyny z pociągu. Mogłabym nie przebrnąć.

Gdy czytam, że „Zapisane w wodzie to zupełnie odmienny, wyższy i lepszy poziom prozy, wielowymiarowy thriller, który zaskakuje, intryguje i sprowadza czytelnika na manowce”*, a także że „to pochłaniająca lektura na jeden wieczór, którą czyta się błyskawicznie, nie potrafiąc choć na chwilę rozstać się z Beckford i jego mieszkańcami”**, to nawet nie chcę myśleć jak złą książką musi być wychwalana pod niebiosa Dziewczyna z pociągu. Oczywiście, każdy ma inny gust, a o gustach ponoć się nie dyskutuje, ale nie zmienia to faktu, że nie bardzo potrafię zrozumieć fenomen popularności Pauli Hawkins. Kryminałów i thrillerów czytam sporo i to od wielu, wielu lat, a jednak trudno mi znaleźć argumenty na poparcie tezy o mistrzostwie tej autorki. Na tle innych książek reprezentujących ten sam gatunek ani kreacje bohaterów, ani rozstrzygnięcia fabularne, ani nawet styl Hawkins nie wybijają się na pierwszy plan. Palma pierwszeństwa może się należeć pisarce co najwyżej za nowatorstwo w zakresie narracji jej najnowszej powieści – rzadko się bowiem zdarza, by książka miała aż 10 narratorów! Być może chodzi więc o to, że skoro tyle osób rozpływa się w zachwytach nad Dziewczyną z pociągu, to nie wypada stawać w opozycji. Bo tak jest łatwiej. Bezpieczniej. Czytałam gdzieś, że Hawkins jest prawdziwą mistrzynią budowania napięcia. Naprawdę? Tu akcja rozkręca się tak powoli, że czasem mamy wrażenie, że stoi w miejscu. Dyktowane przez autorkę tempo woła o pomstę do nieba, a odkrywane stopniowo sekrety zamiast powodować szybsze bicie serca i wypieki na twarzy zwyczajnie nas usypiają. Całe szczęście, że chociaż rozdziały są niezwykle krótkie, w przeciwnym razie przebrnięcie przez opowieści poszczególnych bohaterów graniczyłoby z cudem.

A o czym jest thriller Zapisane w wodzie? O przez lata skrywanych sekretach. O miasteczku, w którym niemal każdy ma coś na sumieniu. O zabobonach, miejscach przeklętych, skażonych zbrodnią, które wywołują w ludziach jednocześnie strach i fascynację. Pewnego dnia dochodzi tu do tragicznego zdarzenia, które sprawi, że na wierzch wypłyną tajemnice sprzed lat.

1497123105247(1)Thriller Hawkins ma w zasadzie tylko dwie zalety, a są nimi krótkie rozdziały i przykuwająca uwagę okładka. Na słowa uznania zasługuje jeszcze jedna rzecz, a mianowicie wykreowane przez brytyjską pisarkę miejsce akcji. Pisząc miejsce akcji, mam na myśli zarówno miasteczko i typową dla tego rodzaju miejsc społeczność, jak i samo Topielisko, miejsce interesujące pod wieloma względami. To właśnie tu przed laty dokonywano egzekucji kobiet oskarżanych o maczanie palców w czarnej magii. To właśnie tu skończyła się historia Libby, Lauren, Katie i Nel. Nel Abbott to nielubiana przez mieszkańców Beckford kobieta, która jako dziecko bawiła się nad słynnym Topieliskiem, a teraz, po latach za punkt honoru wzięła sobie spisanie historii tego budzącego grozę miejsca. Zdaniem lokalnej społeczności Nel popełniła samobójstwo. To proste i mogłoby się wydawać oczywiste wytłumaczenie nie przekonuje jednak młodszej siostry Nel, czyli Jules, która wraca do Beckford, by zaopiekować się osieroconą Leną, piętnastoletnią córką Nel. Wiedziona intuicją Julia rozgrzebuje stare i dawno zapomniane sprawy, chcąc poznać prawdę o śmierci siostry. Czy to możliwe, by Nel, ta Nel, mogła targnąć się na swoje życie? A jeśli tak, to co ją do tego popchnęło? Kto powinien ponieść odpowiedzialność za jej śmierć? Czy sprawiedliwości stanie się zadość?

Po skończeniu tego thrillera muszę stwierdzić, że styl Pauli Hawkins nie jest jak widać dla mnie. Książkę czytałam co najmniej dwa tygodnie, które ciągnęły się dosłownie w nieskończoność. Już nawet straciłam nadzieję, że kiedykolwiek dobrnę do ostatniej kropki, nie wspominając już nawet, że w międzyczasie przeczytałam dwie inne książki. Jednego jestem pewna: nie sięgnę ani po Dziewczynę z pociągu, ani po jakąkolwiek inną powieść tej autorki, a powstanie ich zapewne jeszcze co najmniej kilka, dawno bowiem lektura żadnej książki aż tak bardzo mnie nie zmęczyła jak lektura thrillera Zapisane w wodzie. Do końca dobrnęłam tylko z dwóch powodów: nie lubię porzucać czytania książki w połowie i aby móc swobodnie i z czystym sumieniem wypowiadać się o powieści Hawkins, również krytycznie, musiałam ją przeczytać. Nie wyobrażam sobie, by oceniać coś, czego się nie zna. Bardzo się natomiast cieszę, że znalazłam koleżankę, która mogła mi pożyczyć tę powieść. Gdybym ją kupiła, żałowałabym wydanych pieniędzy. Nie polecam. Sami zdecydujcie, czy to lektura dla Was.

Moja ocena: 4/10

Źródło okładki:
https://www.swiatksiazki.pl

* Fragment recenzji z bloga Wielki Buk:
https://wielkibuk.com/2017/05/10/bezsenne-srody-zapisane-w-wodzie-paula-hawkins-totalna-rehabilitacja/

** Fragment recenzji z bloga Biały Notes:
http://bialynotes.pl/zapisane-w-wodzie-paula-hawkins/

„Cud chłopak”, R.J. Palacio [recenzja]

d_2152Autor: R.J. Palacio

Tytuł: Cud chłopak

Tytuł oryginalny: Wonder

Wydawnictwo: Albatros

Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard

Liczba stron: 416

——–

Czasem człowiek sprawia przykrość drugiemu człowiekowi, choć tego nie chce. (s. 192)

Dzieje się tak z reguły z bezmyślności albo niewiedzy i dotyczy to zazwyczaj dwóch typów ludzi: osób, które szybciej działają, niż myślą, oraz dzieci. Te drugie z racji wieku i związanych z nim braków w wychowaniu potrafią ranić, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy. Nieświadomie mówią coś, czego dorosły, kulturalny człowiek z pewnością by nie powiedział, i nie widzą w tym nic złego. Bo trzeba pamiętać, że dzieci z natury są prawdomówne, co znaczy, że zamiast opowiadać przemyślane kłamstwa, nie owijając w bawełnę, mówią to, co czują. Po prostu. A żeby tego było mało, ludzie mają paskudny zwyczaj oceniania innych po wyglądzie. Trudno jednak z tym walczyć, skoro jesteśmy wzrokowcami, zwracającymi uwagę najpierw na to, co widzą, a dopiero potem – przy bliższym poznaniu – na to, co w pierwszej chwili niewidoczne dla oka. I chociaż dobro i zło, piękno i brzydota są pojęciami względnymi, to tak się już utarło, że to, co ładne, musi być dobre, a to, co brzydkie – złe. Szaleńcza pogoń za popularnością, ciągła rywalizacja o to, kto jest najładniejszy, najmądrzejszy, najbogatszy i najlepszy doprowadzają do sytuacji, w której ci „gorsi” z góry są skazani na klęskę. Byłoby dobrze, gdyby byli skazani tylko na zapomnienie, częściej jednak swoją innością narażają się na szykany, drwiny i przemoc fizyczną. Oczywiście niezasłużone.

August Pullman, dziesięcioletni bohater powieści R.J. Palacio, jest inteligentnym i szalenie dowcipnym chłopcem, który ma jednak poważny problem. Auggie nie jest bowiem taki jak inni. I chociaż lubi grać na PlayStation, oglądać Gwiezdne wojny i jeść słodycze, to nie może znaleźć przyjaciół. Przyczyną jego wyobcowania jest zmutowany gen, z powodu którego ma zdeformowaną twarz i, zanim skończył dziesięć lat, musiał przejść 27 operacji. Pewnego dnia chłopiec dowiaduje się, że rodzice planują wysłać go do szkoły i to od razu do piątej klasy! Dziesięciolatek wzbrania się, jak może, przekonując rodziców, że nauka w domu jest znacznie lepszym pomysłem. Ci jednak wiedzą, jak wiele frajdy daje chodzenie do szkoły, i zrobią wszystko, by przekonać syna do tego pomysłu. W końcu August się zgadza i 1 września idzie na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. Nienawykłemu do środowiska szkolnego Auggiemu mimo najszczerszych chęci trudno jest się przystosować do nowej sytuacji. Tętniące życiem korytarze podstawówki im. Beechera przypominają mu dżunglę, w której jednostki słabe nie mają najmniejszych szans na przetrwanie. Tu rządzą najsilniejsi, czyli ci, którzy potrafią podporządkować sobie tłum, czy to rozciągając przed nim kuszące wizje wspaniałej przyszłości, czy to zastraszając go groźbami. A wszyscy, którzy choć raz w życiu przeżyli odrzucenie przez grupę, wiedzą, jak trudno przetrwać w nieprzychylnym środowisku, gdy po swojej stronie nie ma się absolutnie nikogo.

1498206493027

Dyzostoza żuchwowo-twarzowa. Brzmi niegroźnie, a jednak potrafi zamienić życie Bogu ducha winnego dziecka w prawdziwy koszmar. To właśnie m.in. tę wadę genetyczną zdiagnozowano u Auggiego. O swoim wyglądzie chłopiec woli nie mówić, bo wie, że cokolwiek sobie wyobrażamy, w rzeczywistości jest pewnie gorzej. A jednak z łatwością udaje nam się polubić Augusta, który mimo widocznych niedoskonałości okazuje się naprawdę fajnym dzieciakiem.

Cud chłopak R.J. Palacio to powieść, która sprawdzi się jako wciągająca lektura zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Ta książka to wzruszająca i niezwykle przejmująca historia Augusta Pullmana, zwykłego chłopca o niezwykłej twarzy. Sprzedana w liczbie przeszło 5 milionów egzemplarzy powieść weszła do klasyki współczesnej literatury, zdobywając serca kolejnych czytelników i pewnie wielu z Was zgodziłoby się ze mną, że powinna też wejść do kanonu lektur szkolnych. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że w dzisiejszych, mocno nietolerancyjnych, czasach mogłaby wielu i dzieciom, i dorosłym wskazać, jak należy się zachowywać w stosunku do innych. Potwierdzeniem fenomenu Cud chłopaka prócz rankingów sprzedażowych jest także planowana na jesień 2017 roku ekranizacja, w której Augusta zagra Jacob Tremblay, a w postaci jego rodziców wcielą się Julia Roberts i Owen Wilson (aby obejrzeć trailer filmu, kliknij tutaj).

wonder Zanim  jednak obejrzycie film, warto przeczytać książkę, bo powieść R.J. Palacio składa się w zasadzie z samych zalet. Opowiedziana historia jest ciekawa, główny bohater wzbudza sympatię, a rozdziały są krótkie. Za bardzo udany zabieg uważam też narrację. Dzięki zastosowanej w powieści wielogłosowości możemy poznać punkt widzenia nie tylko Auggiego – głównego bohatera Cud chłopaka – ale i jego znajomych: kolegów, koleżanek, siostry. A jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Im więcej słyszymy głosów, tym łatwiej nam odtworzyć pełny obraz opisywanej sytuacji, z jej jasnymi i ciemnymi stronami. Już sam fakt, że Palacio zdecydowała się na narrację pierwszoosobową i to stylizowaną na mowę dziecka, zasługuje na uznanie. Dzięki temu opowiedziana historia zyskuje na wiarygodności, a my bez żadnych ograniczeń możemy poznawać uczucia oraz myśli Augusta i osób z jego najbliższego otoczenia. Ukazanie sytuacji Auggiego wyłącznie z jego perspektywy zmusiłoby nas do ferowania wyroków bez wysłuchania oskarżonych, co byłoby dokładnie tym samym, co ocenianie po wyglądzie. Ogromne znaczenie dla odbioru całej historii ma również to, że za inspirację do jej napisania posłużyło prawdziwe zdarzenie. Powiem tylko, że chodzi o scenę przed lodziarnią.

Książka Palacio cieszy się popularnością, ponieważ jest pouczająca, a jednak nie nudzi. Moralizatorski głos autorki nie jest w żaden sposób nachalny i narzucający się. Dostajemy poruszającą historię Augusta, ale tak naprawdę dotyczy ona nas wszystkich i to niezależnie od wieku. W końcu każdy z nas marzy o tym, by zostać zauważonym i by inni lubili nas za to, jacy jesteśmy. Tak było w czasach szkolnych, tak jest na co dzień – w pracy lub gronie znajomych. Nie chcemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Nie chcemy się zmieniać tylko po to, by się komuś przypodobać. Chcemy być sobą. Po prostu. Cud chłopak z całym swym bagażem dydaktycznym urasta do rangi książki, która może stać się pretekstem do rozmowy rodziców z dziećmi o empatii i próbie zrozumienia ludzi, których w ciągu całego życia spotykamy na swojej drodze. I do pokazania, że inny nie zawsze znaczy gorszy, o czym niektórzy zdają się zapominać :) Polecam i dzieciom, i dorosłym!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem”, Lauren Fern Watt [recenzja]

gizelle_-moje-zycie-z-bardzo-duzym-psem_9788327629364Autor: Lauren Fern Watt

Tytuł: Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem

Tytuł oryginalny: Gizelle’s Bucket List. My Life with a Very Large Dog

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Dorota Stadnik

Liczba stron: 208

——–

Kiedy człowiek zaprasza psa do swojego życia, musi być gotowy na cierpienie po jego odejściu. Dzień pożegnania jest najsmutniejszym dniem, mimo to warto mieć psa. Uczyć się od niego bezwarunkowej miłości. (s. 183)

Pies. Moje wielkie niespełnione marzenie. Zawsze chciałam go mieć i nigdy go nie miałam. Bo mieliśmy za małe mieszkanie, bo nie miał się nim kto opiekować. Powody były różne. Zawsze jednak kochałam całym swoim sercem niemal wszystkie zwierzęta, w szczególności zaś moje ukochane świnki morskie, które od lat są obecne w moim życiu. Być może nadejdzie kiedyś dzień, gdy u mego boku znajdzie się pies, najwierniejszy z wiernych przyjaciół, którego będę mogła kochać, rozpieszczać i tulić. Może kiedyś tak się stanie. Czas pokaże. Na razie o psach mogę tylko czytać.

O książce Lauren Fern Watt dowiedziałam się właściwie przypadkiem. Trafiłam bowiem na udostępnione przez Wydawnictwo HarperCollins Polska zdjęcia Lauren i jej uroczej podopiecznej i postanowiłam znaleźć jakieś informacje na temat książki o „bardzo dużym psie”. Gdy przeczytałam, jaką historię opowiada autorka, zapragnęłam ją poznać. Najlepiej natychmiast. Bałam się jednak, że ta lektura zmusi mnie do wylania morza łez, że zamiast happy endu dostanę smutne zakończenie, które przypomni mi wszystkie zwierzęta, które kiedykolwiek straciłam. Znam siebie i swoje reakcje. Wiem, jak łatwo się wzruszam. Pamiętam, jak przepłakałam całą Przygodę na Antarktydzie, doskonały film z moim ulubionym aktorem, nieodżałowanym Paulem Walkerem. Niepowstrzymane strumienie łez zalewały mi oczy, skutecznie uniemożliwiając oglądanie, a zatkany nos nie pozwalał oddychać. I tym razem jednak wygrała chęć poznania historii niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a psem. Kupiłam książkę i zasiadłam do czytania.

Gizelle to mastif angielski, którego Lauren dostała na dziewiętnaste urodziny od matki próbującej zagłuszyć wyrzuty sumienia spowodowane chorobą alkoholową. Od tej chwili ona i potężna Gizelle stały się nierozłączne. Jednak to nie tylko rozmiary Gizelle są ogromne, ogromne jest również serce suczki, która z miejsca stała się najbliższą przyjaciółką prowadzącej dotąd samotniczy tryb życia dziewczyny. Najpierw zamieszkały razem w akademiku, by potem przenieść się do malutkiego mieszkanka na Manhattanie. Od początku wszystko robiły razem. Nie Lauren albo Gizelle, a Lauren i Gizelle. Zawsze we dwie, nigdy w pojedynkę. Wspólne spacery, wspólne bieganie, oglądanie telewizji, podziwianie rozgwieżdżonego nieba na polanie w Central Parku, wylegiwanie się na dachu Rio.

Gdy okazuje się, że Gizelle jest ciężko chora, Lauren zabiera ją w ostatnią wspólną podróż. To ma być pasmo atrakcji i przyjemności. Gizelle ma przeżyć to, czego nie doświadczają zazwyczaj psy, ale Lauren dobrze wie, że spełnieniem marzeń każdego psa jest po prostu miłość człowieka. 

1496602574245

Myślę, że jednym z wyznaczników dobrej książki jest wrażenie, jakie na nas wywiera przedstawiona w niej historia. Gdy to, co przeczytaliśmy, zostaje w naszej głowie na długo po skończonej lekturze, to znaczy, że książka była naprawdę dobra i warta czasu, jaki poświęciliśmy na jej przeczytanie. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale czytamy mnóstwo książek, które w naszej świadomości przechodzą bez echa, nie zmuszając do refleksji, szybko wypadają nam z pamięci. Niewątpliwą zaletą książki Lauren Fern Watt jest prawdziwość opowiedzianej historii. Gizelle istniała naprawdę. Była wielkim, bojaźliwym pieszczochem, przyjaciółką, obrończynią, cudem, jaki przytrafił się Lauren, jej największym szczęściem. I to właśnie to czyni tę książkę tak wyjątkową. Być może takich historii jest wiele. Być może opowieść o Gizelle nie wyróżnia się na tle innych jej podobnych. To w zasadzie bez znaczenia, bo naprawdę warto ją poznać.

Na dwa rozdziały przed końcem pomyślałam, że to dobry pomysł wziąć ze sobą książkę, by skończyć ją w autobusie w drodze do pracy. Dwadzieścia stron? Co to jest! Bez problemu dam radę! Zajęłam miejsce i zaczęłam czytać. Jednak gdy poczułam, że oczy zaczynają mnie piec, już wiedziałam, że za moment się rozpłaczę… i to na oczach zatłoczonego autobusu. Natychmiast musiałam przerwać. Za oknem pojawiło się słońce. Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się, że mam pretekst, by włożyć okulary przeciwsłoneczne. W tamtej chwili były mi bardzo potrzebne. Tych kilka stron, które zdążyłam przeczytać, dało mi do zrozumienia, że opowieść o ostatnich chwilach cudownej Gizelle muszę skończyć w domu, w zaciszu własnego pokoju, gdzie nie będę musiała kryć łez, bojąc się zarazem, że spłynie mi z rzęs cały tusz. Wiedziałam, że będę ryczeć jak bóbr. I wcale się nie pomyliłam, gdy kilkanaście godzin później próbowałam przebrnąć przez ostatnie strony.

Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem to swoisty hołd nie tylko dla ukochanej suczki autorki, ale i dla wszystkich czworonogów, które sprawiają, że nasze życie nabiera kolorów. Nie na darmo mówi się, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Wierny, lojalny, kochający bezgranicznie bez względu na okoliczności, zapatrzony w swego pana. Najlepszy kompan pod słońcem. Ta wzbogacona zdjęciami z prywatnego archiwum Lauren Watt książka to naprawdę niezwykła pozycja. Do głębi poruszająca, piękna, pouczająca i z pewnością warta zapamiętania opowieść. Powinni po nią sięgnąć nie tylko miłośnicy zwierząt, ale i ci, którzy nie rozumieją fenomenu wyjątkowej więzi, jaka łączy człowieka i psa. Z czystym sumieniem bardzo polecam! Przeczytajcie ją. Tylko nie zapomnijcie o zapasie chusteczek higienicznych. Mogą się przydać!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl/

„Złudzenie”, Charlotte Link [recenzja]

1860(1)Autor: Charlotte Link

Tytuł: Złudzenie

Tytuł oryginalny: Die Täuschung

Wydawnictwo: Sonia Draga

Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz

Liczba stron: 384

——–

Świat jest taki, jak jego najmniejsza cząstka, a rodzina to najmniejsza komórka społeczna. Kiedy psuje się rodzina, psuje się cały świat.

Przesłanie tych dwóch krótkich zdań jest tak oczywiste, jak stwierdzenie, że wystarczy przeczytać jedną książkę Charlotte Link, by znać twórczość tej autorki w zasadzie na wylot. Złudzenie to powieść, która tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, bo choć za sobą mam lekturę zaledwie dwóch książek Charlotte Link, to już widzę, że ogólny schemat fabularno-kompozycyjny jest stosunkowo podobny. Nie twierdzę jednak, że pewne podobieństwo pomiędzy thrillerami Link działa na ich niekorzyść, choć trudno się nie zgodzić z tym, że każda kolejna książka staje się dla czytelnika coraz bardziej przewidywalna, a zagadka coraz łatwiejsza do rozwiązania.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Charlotte Link miało miejsce nieco ponad rok temu, w kwietniu 2016 roku, kiedy to zdecydowałam się sięgnąć po Wielbiciela. O Charlotte Link słyszałam wiele dobrego, a jednak jej książki z niewiadomych przyczyn omijałam szerokim łukiem. Nie żałuję jednak, że ostatecznie jedna z jej powieści trafiła w moje ręce, bo Wielbiciel okazał się naprawdę świetnym i trzymającym w napięciu thrillerem, od którego po prostu nie sposób było się oderwać. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzali mi nieco irytujący bohaterowie (a co najmniej kilku można by tu wymienić), problemem nie była również znajomość tożsamości prześladowcy. Bo powieść Link jest właśnie tak skonstruowana, że dość szybko poznajemy nazwisko tego, kto jest czarnym charakterem, czyli krótko mówiąc brutalnym mordercą. Chodzi tu bowiem nie o to, kto jest winny, ale jak daleko się posunie. Nie inaczej jest w przypadku Złudzenia, które w moim zamiarze miało się stać swoistym preludium do lektury Oszukanej, a zatem powieści, która do sprzedaży trafiła 10 maja 2017. Po cichu liczyłam, że tegoroczne Warszawskie Targi Książki, impreza, na której miała się pojawić Charlotte Link, będą okazją do zobaczenia autorki na żywo i zdobycia jej autografu. Rzeczywistość okazała się jednak daleka od ideału, bo choć na targach byłam, to jednak nie miałam czasu, by pojawić się na stoisku wydawnictwa Sonia Draga, nie mówiąc już nawet o staniu w kolejce.

Peter Simon, zawodowo odnoszący sukcesy niemiecki przedsiębiorca, a prywatnie opiekuńczy mąż i ojciec, znika bez śladu podczas podróży do Prowansji. Zrozpaczona żona udaje się w ślad za ukochanym, by na własną rękę prowadzić jego poszukiwania. Kobieta przeczuwa, że coś złego mogło spotkać Petera, choć ich wspólni znajomi lekceważą jej obawy. We Francji okazuje się jednak, że mąż Laury skrywał przed nią wiele tajemnic, o których niczego nieświadoma kobieta nie miała zielonego pojęcia. Rozmowa z przyjacielem Petera otwiera Laurze oczy, uświadamiając jej, że Peter, jakiego znała, tak naprawdę nigdy nie istniał. Odkrycie prawdy na temat własnej rodziny nie tylko będzie ją kosztować wiele nerwów, ale i będzie się wiązać ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, które już wkrótce zapuka do jej drzwi.

 20170528_114049

Z moich obserwacji bezsprzecznie wynika, że Charlotte Link ma talent do tworzenia fabuł, które całkowicie pochłaniają czytelnika. Nie wiem, jak ona to robi, skoro od połowy książki znamy nazwisko mordercy, ale jednak wychodzi jej to doprawdy doskonale. Kluczem do sukcesu musi być zatem chyba napięcie, które w mniejszym lub większym stopniu, ale nieustannie towarzyszy nam podczas czytania. Na plus zaliczyć trzeba również stosunkowo krótkie rozdziały oraz brak zbędnych opisów, które pozwalają nam sprawnie pokonywać kolejne strony bez uczucia znużenia.

Nie wszystko jednak zasługuje na pochwałę. Dużym minusem jest moim zdaniem liczba bohaterów występujących w powieści. Z tego, co pamiętam, ten problem nie pojawiał się w przypadku Wielbiciela. W Złudzeniu mamy jednak do czynienia z bardzo wieloma bohaterami lub parami bohaterów, których imiona i nazwiska wprowadzają nas czasem w zakłopotanie, gdy po kilku rozdziałach przerwy autorka nagle przypomina nam postaci z początku książki. Długo nie mogłam się połapać, kto jest kim i kto jest z kim. Laura, Peter, Christopher, Pauline, Stephane, Nadine, Henri, Catherine czy Monique to tylko niektórzy bohaterowie, a każdy z nich ma przecież swoje życie. Myślałam, że moja dezorientacja wynika z tego, że nie skupiam się wystarczająco na fabule czytanej książki. Niby wszystko robiłam jak zawsze, a jednak co kilka rozdziałów powracały te same wątpliwości i pytania: „A właściwie to kim ona jest?” albo „A co ją łączy z pozostałymi bohaterami?”. Po skończeniu Złudzenia mogę powiedzieć, że dostajemy wielowątkową historię, która na pierwszy rzut oka jest nieuporządkowanym chaosem. Jak się później okazuje, różne, na pozór niezwiązane ze sobą wątki stanowią elementy tej samej układanki, które w finale powieści zaczynają tworzyć logiczną i w pełni zrozumiałą całość. Musimy jednak do owego finału najpierw dotrzeć.

Złudzenie to solidny, choć niewybitny thriller psychologiczny z rozbudowanym tłem obyczajowym, który doskonale wpisuje się w schemat thrillerów pisywanych przez niemiecką autorkę. Nie znajdziecie tu wartkiej akcji czy opisów krwawych zbrodni, akcja toczy się dość wolnym tempem i koncentruje się przede wszystkim na skomplikowanych związkach pomiędzy bohaterami. Książka jest nieco przewidywalna i zbyt szybko pozwala nam rozwikłać zagadkę, ale nie wpływa to na przyjemność czerpaną z jej lektury. W przyszłości jeszcze nie raz sięgnę po thrillery Charlotte Link, a już niebawem zamierzam przeczytać Oszukaną. Nie spodziewam się fajerwerków. Liczę raczej na trzymający w napięciu thriller, który będzie mi się dobrze czytać. Jeśli lubicie mroczne, pilnie strzeżone przez lata rodzinne tajemnice, to ta książka – podobnie jak i cała twórczość Charlotte Link – zdecydowanie jest dla Was!

Moja ocena: 6/10

Źródło okładki:
http://www.soniadraga.pl

Relacja z warszawskiego spotkania z Alex Marwood, czyli warto tę pisarkę poznać!

18664578_1318043028231098_6528147942754410028_nWystarczy na nią spojrzeć, by wiedzieć, że musi być artystką. Kimś niepowtarzalnym i intrygującym. Fantazyjny strój, burza różowych loków, uśmiech od ucha do ucha, nieodłączny elektroniczny papieros i dużo do powiedzenia. Bo z Alex Marwood można porozmawiać w zasadzie o wszystkim. Zawsze i wszędzie. O pisaniu, chimerycznej angielskiej pogodzie, zbrodniach, które wstrząsnęły światem, podróżach i dobrym jedzeniu. Autorka ma kieszenie pełne anegdot, które niczym asy wyjmuje z rękawa, gdy chodzi o to, by zainteresować słuchaczy. Przekonali się o tym uczestnicy warszawskiego spotkania, które odbyło się w ostatni piątek (26.05.2017) w zlokalizowanej w Hali Koszyki Księgarni Świat Książki.

Zorganizowane przez Wydawnictwo Albatros i Księgarnie Świat Książki, a prowadzone przez Katarzynę Puzyńską spotkanie było tym, czego oczekujemy od tego typu wydarzenia. Świetne pytania zmuszające Marwood do ujawnienia tajników swojego rzemiosła, wynikające zapewne po części z tego, że sama Puzyńska jest jedną z gwiazd polskiego kryminału, w połączeniu z gadatliwością i czarnym – bardzo brytyjskim – humorem zagranicznej pisarki stworzyły bardzo fajną całość, która na słuchaczach musiała zrobić dobre wrażenie. W spotkaniach autorskich chodzi bowiem nie tylko o to, by zdobyć upragnioną dedykację i pamiątkowe zdjęcie, lecz także dowiedzieć się o autorze czegoś nowego. W dobie internetu, gdy wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, stworzenie interesującej rozmowy, która przykuje uwagę odbiorców, dosłownie graniczy z cudem. Nic więc dziwnego, że oryginalne i trafione w punkt pytania są podstawą udanego wywiadu.

Śmierć Sereny, narodziny Alex

Alex Marwood – wschodząca gwiazda brytyjskiego kryminału i zdobywczyni prestiżowych nagród – to autorka zyskująca nie tylko na świecie, ale i w naszym kraju coraz większą popularność, choć do niedawna w Polsce w ogóle o niej nie słyszano. Alex Marwood, a właściwie Serena Mackesy, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko autorki, ma na swoim koncie dopiero trzy thrillery, a już jest o niej głośno! Jej powieściom daleko jednak do typowych kryminałów, w których głównym celem prowadzącego śledztwo detektywa jest wskazanie mordercy. Styl Alex Marwood w niczym nie przypomina stylu Agathy Christie. A żeby tego było mało trudno nazwać jej książki również pełnymi akcji thrillerami, chociaż w napięciu trzymają do ostatniej strony. Inspirowane prawdziwymi historiami niezmiennie mrożą krew w żyłach czytelników na całym świecie. Kto je czytał, wie, ze intryga kryminalna nie jest w nich elementem kluczowym. O wiele większe znaczenie zdają się mieć kreacje bohaterów oraz tło społeczno-obyczajowe, które w powieściach Marwood jest bardzo rozbudowane. Skrzętnie skrywane przez lata tajemnice, które wychodzą na jaw to podstawowe tworzywo dla fabuł thrillerów Marwood. Debiut literacki Marwood, czyli Dziewczyny, które zabiły Chloe, okazał się książką na bardzo wysokim poziomie, a dwie kolejne jej powieści w niczym mu nie ustępują, potwierdzając talent pisarki do tworzenia thrillerów psychologicznych, których nie powstydziliby się mistrzowie gatunku.

54678678Najbardziej przerażające historie pisze życie

Na spotkaniu w Hali Koszyki brytyjska pisarka opowiadała przede wszystkim o Najmroczniejszym sekrecie, książce szalenie mrocznej, ponurej, z przytłaczającą atmosferą, będącej opowieścią o narcystycznym zaburzeniu osobowości, luźno opartą na pewnej prawdziwej historii. Do księgarń najnowszy thriller autorki trafił 10 maja i, jak pokazują recenzje i zamieszczane w sieci opinie czytelników, zbiera on same pochwały. Książką Marwood zachwycona była również Kasia Puzyńska, która podczas spotkania nie omieszkała o tym wspomnieć. W przypadku Najmroczniejszego sekretu trzeba się nieźle nagimnastykować, by znaleźć kogoś, kogo jesteśmy w stanie polubić. Alex Marwood w jednym miejscu zdołała zgromadzić najgorszych przedstawicielu gatunku ludzkiego. Samolubni hedoniści o narcystycznych osobowościach, nieodpowiedzialni egoiści, którzy nie widzą nic, co wykracza poza czubek ich własnego nosa. Na piątkowym spotkaniu pisarka otwarcie mówiła, że bardziej od tego, kto zabił, interesuje ją, dlaczego to zrobił, jaki miał motyw, co go popchnęło do zbrodni. Ciemna strona psychiki człowieka to przestrzeń tyleż fascynująca, co niepokojąca i to właśnie ją Marwood zgłębia z największym zainteresowaniem. Pomysły do swoich fabuł autorka Zabójcy z sąsiedztwa czerpie z otaczającego świata. Okazuje się, że za inspirację do historii Jade Walker i Annabel Oldacre, nastoletnich morderczyń Chloe, posłużyło kilka postaci młodocianych przestępców. Na plan pierwszy wysuwają się: jedenastoletnia Mary Flora Bell, która zamordowała dwóch kilkuletnich chłopców, oraz Robert Thompson i Jon Venables, dwaj dziesięciolatkowie odpowiedzialni za śmierć dwuletniego Jamesa Bulgera. W przypadku Zabójcy z sąsiedztwa istotną rolę odegrała historia Dennisa Nilsena, który zamordował czternastu młodych mężczyzn, by potem trzymać ich rozkładające się ciała w mieszkaniu. Gdy zaczynali gnić, ciął ich na kawałki, gotował, aż mięso odkleiło się od kości, i spuszczał w toalecie. Brzmi przerażająco, ale to najprawdziwsza prawda! A co było inspiracją do Najmroczniejszego sekretu? Oczywiście historia do dziś niewyjaśnionego zaginięcia Madeleine McCann, którą autorka na spotkaniu przypomniała polskim czytelnikom.   

20170526_182534Na koniec zaskoczeni są wszyscy

W podejściu Alex Marwood do pisania kryminałów chyba najbardziej zaskakuje to, że autorka do samego końca nie zna tożsamości mordercy. To coś absolutnie niesamowitego! Bo o ile nie dziwi nas to, że czytelnik, mylony fałszywymi tropami, ma prawo nie znać rozwiązania zagadki, o tyle pisarz, autor całej historii, powinien być tym, który jako jedyny zna mordercę od pierwszej do ostatniej strony. Prawdę mówiąc, niezwykle trudno jest mi sobie wyobrazić taką sytuację. Każdy się chyba zgodzi, że nie byłoby dla nas zaskoczeniem, gdyby Marwood przed rozpoczęciem pracy nad książką przygotowywała jej szczegółowy plan. Ale nie wiedzieć, kto okaże się winny? Brzmi to dość niezwykle.

Serena Mackesy. Specjalistka od literatury erotycznej?

Takie smaczki to tylko niewielka część tego, co Alex Marwood zdradziła nam na swój temat. Dowiedzieliśmy się również, że pierwsze pieniądze z pisania wpadały do jej kieszeni już w czasach szkolnych, gdy przyszła pisarka tworzyła romanse pełne pikantnych szczegółów. Na tego typu historie wśród nastolatków popyt był duży, zajęcie okazało  się więc… mocno opłacalne. Na tym przykładzie widać, że młoda Serena była bardzo zaradna i bez trudu potrafiła znaleźć potencjalne źródło zysków. Pisarka przyznała też, że zdarzają się dni, gdy godzinami może patrzeć w komputer i nie napisać ani słowa. Ich przeciwieństwem są takie, gdy przez wiele godzin pracuje w pocie czoła, pisząc do upadłego. Wtedy zapomina o Bożym świecie: nie śpi, objada się czym popadnie i pali papierosa za papierosem.

Spotkanie, w którym miałam okazję uczestniczyć, pokazało, że Alex Marwood to nie tylko zdobywczyni Edgar Allan Poe Award i autorka bestsellerowych thrillerów, ale też niezwykle fascynująca postać, pozytywnie zwariowana pisarka, która jeszcze niejednym nam zaskoczy. Jeśli uczestniczyliście w warszawskim lub wrocławskim spotkaniu, to jesteście szczęściarzami, którzy pewnie bez wahania się ze mną zgodzą. A jeśli tym razem nie udało Wam się spotkać autorki, to warto mieć nadzieję, że Marwood jeszcze odwiedzi nasz kraj. A zanim do tego dojdzie, polecam Waszej uwadze wszystkie trzy thrillery autorki. To naprawdę świetne książki!