„Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem”, Lauren Fern Watt [recenzja]

gizelle_-moje-zycie-z-bardzo-duzym-psem_9788327629364Autor: Lauren Fern Watt

Tytuł: Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem

Tytuł oryginalny: Gizelle’s Bucket List. My Life with a Very Large Dog

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Tłumaczenie: Dorota Stadnik

Liczba stron: 208

——–

Kiedy człowiek zaprasza psa do swojego życia, musi być gotowy na cierpienie po jego odejściu. Dzień pożegnania jest najsmutniejszym dniem, mimo to warto mieć psa. Uczyć się od niego bezwarunkowej miłości. (s. 183)

Pies. Moje wielkie niespełnione marzenie. Zawsze chciałam go mieć i nigdy go nie miałam. Bo mieliśmy za małe mieszkanie, bo nie miał się nim kto opiekować. Powody były różne. Zawsze jednak kochałam całym swoim sercem niemal wszystkie zwierzęta, w szczególności zaś moje ukochane świnki morskie, które od lat są obecne w moim życiu. Być może nadejdzie kiedyś dzień, gdy u mego boku znajdzie się pies, najwierniejszy z wiernych przyjaciół, którego będę mogła kochać, rozpieszczać i tulić. Może kiedyś tak się stanie. Czas pokaże. Na razie o psach mogę tylko czytać.

O książce Lauren Fern Watt dowiedziałam się właściwie przypadkiem. Trafiłam bowiem na udostępnione przez Wydawnictwo HarperCollins Polska zdjęcia Lauren i jej uroczej podopiecznej i postanowiłam znaleźć jakieś informacje na temat książki o „bardzo dużym psie”. Gdy przeczytałam, jaką historię opowiada autorka, zapragnęłam ją poznać. Najlepiej natychmiast. Bałam się jednak, że ta lektura zmusi mnie do wylania morza łez, że zamiast happy endu dostanę smutne zakończenie, które przypomni mi wszystkie zwierzęta, które kiedykolwiek straciłam. Znam siebie i swoje reakcje. Wiem, jak łatwo się wzruszam. Pamiętam, jak przepłakałam całą Przygodę na Antarktydzie, doskonały film z moim ulubionym aktorem, nieodżałowanym Paulem Walkerem. Niepowstrzymane strumienie łez zalewały mi oczy, skutecznie uniemożliwiając oglądanie, a zatkany nos nie pozwalał oddychać. I tym razem jednak wygrała chęć poznania historii niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a psem. Kupiłam książkę i zasiadłam do czytania.

Gizelle to mastif angielski, którego Lauren dostała na dziewiętnaste urodziny od matki próbującej zagłuszyć wyrzuty sumienia spowodowane chorobą alkoholową. Od tej chwili ona i potężna Gizelle stały się nierozłączne. Jednak to nie tylko rozmiary Gizelle są ogromne, ogromne jest również serce suczki, która z miejsca stała się najbliższą przyjaciółką prowadzącej dotąd samotniczy tryb życia dziewczyny. Najpierw zamieszkały razem w akademiku, by potem przenieść się do malutkiego mieszkanka na Manhattanie. Od początku wszystko robiły razem. Nie Lauren albo Gizelle, a Lauren i Gizelle. Zawsze we dwie, nigdy w pojedynkę. Wspólne spacery, wspólne bieganie, oglądanie telewizji, podziwianie rozgwieżdżonego nieba na polanie w Central Parku, wylegiwanie się na dachu Rio.

Gdy okazuje się, że Gizelle jest ciężko chora, Lauren zabiera ją w ostatnią wspólną podróż. To ma być pasmo atrakcji i przyjemności. Gizelle ma przeżyć to, czego nie doświadczają zazwyczaj psy, ale Lauren dobrze wie, że spełnieniem marzeń każdego psa jest po prostu miłość człowieka. 

1496602574245

Myślę, że jednym z wyznaczników dobrej książki jest wrażenie, jakie na nas wywiera przedstawiona w niej historia. Gdy to, co przeczytaliśmy, zostaje w naszej głowie na długo po skończonej lekturze, to znaczy, że książka była naprawdę dobra i warta czasu, jaki poświęciliśmy na jej przeczytanie. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale czytamy mnóstwo książek, które w naszej świadomości przechodzą bez echa, nie zmuszając do refleksji, szybko wypadają nam z pamięci. Niewątpliwą zaletą książki Lauren Fern Watt jest prawdziwość opowiedzianej historii. Gizelle istniała naprawdę. Była wielkim, bojaźliwym pieszczochem, przyjaciółką, obrończynią, cudem, jaki przytrafił się Lauren, jej największym szczęściem. I to właśnie to czyni tę książkę tak wyjątkową. Być może takich historii jest wiele. Być może opowieść o Gizelle nie wyróżnia się na tle innych jej podobnych. To w zasadzie bez znaczenia, bo naprawdę warto ją poznać.

Na dwa rozdziały przed końcem pomyślałam, że to dobry pomysł wziąć ze sobą książkę, by skończyć ją w autobusie w drodze do pracy. Dwadzieścia stron? Co to jest! Bez problemu dam radę! Zajęłam miejsce i zaczęłam czytać. Jednak gdy poczułam, że oczy zaczynają mnie piec, już wiedziałam, że za moment się rozpłaczę… i to na oczach zatłoczonego autobusu. Natychmiast musiałam przerwać. Za oknem pojawiło się słońce. Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się, że mam pretekst, by włożyć okulary przeciwsłoneczne. W tamtej chwili były mi bardzo potrzebne. Tych kilka stron, które zdążyłam przeczytać, dało mi do zrozumienia, że opowieść o ostatnich chwilach cudownej Gizelle muszę skończyć w domu, w zaciszu własnego pokoju, gdzie nie będę musiała kryć łez, bojąc się zarazem, że spłynie mi z rzęs cały tusz. Wiedziałam, że będę ryczeć jak bóbr. I wcale się nie pomyliłam, gdy kilkanaście godzin później próbowałam przebrnąć przez ostatnie strony.

Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem to swoisty hołd nie tylko dla ukochanej suczki autorki, ale i dla wszystkich czworonogów, które sprawiają, że nasze życie nabiera kolorów. Nie na darmo mówi się, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Wierny, lojalny, kochający bezgranicznie bez względu na okoliczności, zapatrzony w swego pana. Najlepszy kompan pod słońcem. Ta wzbogacona zdjęciami z prywatnego archiwum Lauren Watt książka to naprawdę niezwykła pozycja. Do głębi poruszająca, piękna, pouczająca i z pewnością warta zapamiętania opowieść. Powinni po nią sięgnąć nie tylko miłośnicy zwierząt, ale i ci, którzy nie rozumieją fenomenu wyjątkowej więzi, jaka łączy człowieka i psa. Z czystym sumieniem bardzo polecam! Przeczytajcie ją. Tylko nie zapomnijcie o zapasie chusteczek higienicznych. Mogą się przydać!

Moja ocena: 8/10

Źródło okładki:
http://www.harpercollins.pl/

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.