Recenzje książek Wydawnictwa [ze słownikiem], czyli o dobrym pomyśle, który kłóci się z wykonaniem

Tym razem zaserwuję Wam recenzję o nieco zmienionej formie, a mianowicie będzie to recenzja zbiorcza, w której w kilku zdaniach podzielę się z Wami swoimi wrażeniami po lekturze dwóch książek: Drakuli Brama Stokera oraz Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla. Nie były to jednak tradycyjne, przetłumaczone na język polski wydania, lecz wydania w wersji anglojęzycznej z podręcznym słownikiem angielsko-polskim. Takie połączenie to pomysł powstałego niedawno Wydawnictwa [ze słownikiem], które kusi polskich czytelników klasyką angielskiej literatury. Dzięki temu wydawnictwu książkę możemy przeczytać w oryginale, ale w przystępnym wydaniu z aż trzema słownikami, które mają za zadanie ułatwić zrozumienie treści powieści czytelnikom mniej biegłym w znajomości języka angielskiego. Inicjatywa bardzo szlachetna i bez wątpienia wypełniająca lukę na polskim rynku wydawniczym. Pytanie tylko, czy pomysł idzie w parze z wykonaniem. Otóż nie do końca.

Na początek kilka słów o samym czytaniu książek w oryginale. Czytanie w języku obcym ma bez wątpienia wiele korzyści. Poszerza zasób słownictwa, pozwala przyjrzeć się strukturom gramatycznym, składni zdań. Wybierając książki obcojęzyczne, unikamy sytuacji, w których tłumaczenie na język polski odbiera przyjemność z czytania, a tak się niestety czasami zdarza. Ja sama chętnie sięgam po książki po angielsku, choć robię to zdecydowanie za rzadko. Lektura opowiadań Tess Gerritsen, powieści Kate Briana o Reed Brennan i liceum Easton Academy, a także książki z serii o Harrym Potterze przekonały mnie, że czytanie w oryginale jest naprawdę fantastyczne. Dlaczego więc tak rzadko wybieram książki po angielsku? Na przeszkodzie zawsze staje znajomość języka angielskiego i obawa, że jest ona niewystarczająca, by swobodnie czuć się z tekstem anglojęzycznym. Wydawnictwo [ze słownikiem] wspaniałomyślnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom czytelników, proponując im książki wizualnie przypominające podręczniki do nauki angielskiego. U blogerów widać entuzjazm, ja na początku reagowałam podobnie. Po zapoznaniu się z zawartością mam jednak mieszane uczucia.

zesownikiem3W otrzymanej od Wydawnictwa [ze słownikiem] paczce znalazłam 4 książki: wspomniane już dwutomowe wydanie Drakuli oraz Alicję w Krainie Czarów, a także dwie inne pozycje, czyli W 80 dni dookoła świata oraz dwutomowe wydanie Wojny światów H. G. Wellsa. Na razie zapoznałam się tylko z połową z nich, ale już nasunęły mi się pewne wnioski. Dodam jeszcze dla porządku, że z wymienionych powieści wszystkie z wyjątkiem historii o Alicji przeznaczone są dla osób ze znajomością języka angielskiego na poziomie zaawansowanym. Na początku każdej publikacji znajdujemy słownik najczęściej pojawiających się w tekście słów. Jeśli rzetelnie się z nim zapoznamy, to mamy o wiele większe szanse na to, że właściwie zrozumiemy tekst. Na końcu zaś znajduje się słownik zawierający wszystkie pojawiające się w tekście słowa. Trzeba również wspomnieć o trzecim słowniku, tym najbardziej podręcznym, który jest zamieszczony na marginesie każdej strony. Tłumaczenie pogrubionych słów, uważanych przez wydawcę za trudne, znajdziecie tuż obok tekstu. I to właśnie do tego słownika mam największe zastrzeżenia. Nie potrafię, niestety, zrozumieć, dlaczego znajdujemy tam wszystkie tłumaczenia danego wyrazu, skoro z kontekstu jasno wynika, które z nich powinno się tam znaleźć. Na potwierdzenie podam kilka przykładów (fotografie poniżej): jardrażnić, szarpać, słoik; Turkeyindyk, Turcja; diligencedyliżans, gorliwość, pracowitość. Kontekst nie pozostawia nam wielkiego wyboru: Alicja mogła sięgnąć tylko po słoik po pomarańczowej marmoladzie, a Jonathan Harker mógł przejechać się wyłącznie dyliżansem. Nie wiem, skąd pomysł, by zamieszczać pozostałe tłumaczenia tych wyrazów i to jeszcze na pierwszym miejscu, jak w przypadku tej nieszczęsnej Turcji (tak, Turcji, nie indyka!). Jeśli te książki mają być ułatwieniem dla osób uczących się języka angielskiego, to takie błędy (bo tak to należy nazwać) w ogóle nie powinny się pojawiać. Od przybytku głowa czasem jednak boli, a co za dużo, to niezdrowo. Po co więc wprowadzać niepotrzebny chaos? Ja potrafię sobie wybrać, które tłumaczenie jest właściwe, ale czy ktoś z gorszą znajomością angielskiego również nie popełni błędu? Nie jestem pewna.

jar(1)sownikiDodatkowo muszę przyznać, że polskie opisy książek znajdujące się z tyłu okładki aż proszą się o interpunkcję i właściwą odmianę nazwisk autorów. Dla absolwentki polonistyki to prawdziwy zawał serca. Na okładce Alicji… czytamy: „Alicja w krainie czarów to klasyczna powieść z pogranicza snu i jawy. Wydana w 1865 roku przez Lewis Carroll jest jedną z najpoczytniejszych dzieł literatury dziecięcej na świecie, które zostało przetłumaczone na ponad 25 języków”. Chyba nie trzeba palcem wskazywać błędów, które czają się w tych dwóch zdaniach. Na pocieszenie powiem, że Wydawnictwo [ze słownikiem] postawiło na świetny repertuar książek i autorów. Prawdziwa klasyka, z którą koniecznie trzeba się zapoznać. Czy w tej wersji, zdecydujcie sami.

Moja ocena: 5/10

Książki przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa [ze słownikiem]

zesłownikiem

„Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn”, John McShane [recenzja]

366463-352x500Autor: John McShane

Tytuł: Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn

Tytuł oryginalny: Didier Drogba. Portrait of a Hero, John McShane

Wydawnictwo: Buchmann

Liczba stron: 319

——————————————————————————————————————————–

Didier jest wojownikiem. Jestem z niego zadowolony, my wszyscy cieszymy się, że mamy takiego zawodowca. Piłkarz musi być nie tylko doskonały i grać na wysokim poziomie. Bardzo ważne, żeby walczył dla zespołu, pracował dla zespołu, atakował i bronił. On jest zawodnikiem, któremu powiedziałbym: „Z tobą to mógłbym porwać się na wszystko. To dla nas bardzo ważny gracz. José Mourinho (s. 236)

Didier Drogba. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej. Piłkarz Chelsea w latach 2004-2012, 2014-2015. Dwukrotny król strzelców Premier League, czterokrotny mistrz Anglii, zdobywca Ligi Mistrzów, czterech Pucharów Anglii oraz trzech Pucharów Ligi. W barwach The Blues strzelił 164 gole w 381 występach, co daje mu 4. miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych strzelców londyńskiego klubu. Jeden z najlepszych i – jak twierdzi Mourinho – najwszechstronniejszych napastników świata. Znakomity piłkarz, fantastyczny człowiek. Barwna postać światowego futbolu, wyszydzana i wychwalana. Legenda Stamford Bridge. Ktoś, kogo nie trzeba lubić, żeby go podziwiać.

Już dosyć dawno temu wpadła w moje ręce napisana przez brytyjskiego dziennikarza, Johna McShane’a, biografia Didiera Drogby. Biorąc pod uwagę, że znany afrykański piłkarz to jeden z moich ulubionych zawodników, ani chwili się nie wahałam, by ją kupić. Kibicuję Chelsea od 2006 roku i pamiętam wiele meczów, w których Drogba zachwycał i zawodził. Przez lata pokochałam tego zawodnika, jego pasję, umiejętności i waleczność. Nic więc dziwnego, że musiałam po tę książkę sięgnąć. Prędzej czy później i tak by do tego doszło. Czy jestem zadowolona z lektury? Bardzo! A dlaczego? Opowiem Wam w kilku zdaniach, co o tym przesądziło.

drogba

Dość nietypowo zacznę może od przedstawienia minusów tej pozycji. Jest ich bardzo mało, ale trzeba o nich powiedzieć. Otóż największą wadą tej książki jest to, że kończy się ona wspomnieniem wydarzeń na moskiewskich Łużnikach, kiedy to w finale Champions League Chelsea poległa w rzutach karnych w starciu z Manchesterem United. Polskie tłumaczenie książki McShane’a pochodzi z 2015 roku, a zatem zostało wzbogacone o swego rodzaju epilog, w którym Marcin Chromik opisał po krótce losy Drogby po 2008 roku. Możemy zatem poczytać o kolejnych menadżerach Chelsea, z którymi były reprezentant WKS miał okazję współpracować, zdobyciu przez The Blues mistrzostwa Anglii w 2010 roku, do którego Drogba walnie się przyczynił, wygraniu po raz pierwszy w historii Ligi Mistrzów w 2012 roku po emocjonującym meczu na Allianz Arenie z miejscowym Bayernem, o przygodzie Drogby w Chinach, Turcji oraz o jego powrocie do zachodniego Londynu, gdzie znów wywalczył z Chelsea mistrzostwo. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że przedstawiona przez Johna McShane’a historia żywej legendy Chelsea jest po prostu niekompletna. Czytałam kiedyś autobiografię dwudziestoletniego Rooneya, nawiasem mówiąc książkę bardzo słabą, która miała jednak w angielskim tytule kluczowy dopisek „so far”. W przypadku biografii Drogby też można by się pokusić o taką informację, bo choć losy Tito od najmłodszych lat do 2008 roku opisane są dość szczegółowo, to jednak trzeba pamiętać, że Drogba w samej Chelsea grał jeszcze przez 4 lata i w ciągu tych kilku sezonów zrobił dla londyńczyków bardzo dużo dobrego, o czym wypadałoby wspomnieć. Tego tu niestety brakuje, co wcale nie znaczy, że książka Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn nie zasługuje na uwagę.

Ogólnie mówiąc, książkę bardzo polecam. Ta świetna lektura jest w stanie zachwycić niemal każdego, kto interesuje się futbolem. Jak powiedziałam na początku, czytałam ją z perspektywy kibica Chelsea i to kibica, który na żywo miał okazję kilkakrotnie oglądać Drogbę w akcji. Tak się fantastycznie złożyło, że z wysokości trybun Stamford Bridge mogłam podziwiać pięć goli Didiera, w tym jednego hat-tricka, o którym w książce jest nawet mowa. Poza tym to po prostu bardzo dobrze napisana biografia. Płynna narracja poprzeplatana wypowiedziami zawodników i trenerów oraz cytatami z mediów, a także operowanie przez autora bogatą metaforyką i wyraźna znajomość piłkarskiego życiorysu niedawnej gwiazdy Premier League czynią tę książkę pozycją zdecydowanie wartą uwagi. Chylę czoła również przed tłumaczką, dla której piłka nożna z pewnością nie jest czarną magią. Znajomość terminologii piłkarskiej i umiejętność właściwego oddania boiskowych akcji wysuwają się tu na pierwszy plan i są ogromną zaletą książki.

PC300821_aBiografię Drogby polecam wszystkim kibicom piłki nożnej. Niemniej oczywistym jest, że największą przyjemność z jej lektury czerpać będą fani Chelsea. W końcu to dla nich Drogba przez lata stał się prawdziwym bohaterem, o którym długo nie zapomną.

 Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.grupawydawniczafoksal.pl

„Spotkajmy się w Prowansji”, Carole Mortimer, Catherine Spencer [recenzja]

124629-spotkajmy-sie-w-prowansji-carole-mortimer-1(2)Autor: Carole Mortimer, Catherine Spencer

Tytuł: Spotkajmy się w Prowansji

Tytuł oryginalny: Bedded for the Spaniard’s Pleasure. The French Count’s Pregnant Bride

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 304

——————————————————————————————————————————–

Przeszłość nigdy nie jest zamknięta, póki się z nią człowiek nie rozliczy (s. 291)

Po deszczowym, pełnym trupów wykastrowanych księży Cork, które dostałam w Upadłych aniołach od Grahama Mastertona, bardzo potrzebowałam czegoś takiego jak podróż do pachnącej lawendą Prowansji; czegoś, co ukoiłoby moje zszargane lekturą wspomnianego thrillera nerwy i czegoś, co wniosłoby trochę słońca do szarej codzienności, którą oferuje nam tegoroczna jesień. Książka Spotkajmy się w Prowansji spełnia obie te funkcje, a wchodzące w jej skład dwie minipowieści, bo tak chyba należałoby nazwać te niezbyt długie opowieści, pozwalają się odprężyć i przyjemnie spędzić czas.

Pierwszą opowieścią, z którą się stykamy, jest Spotkanie autorstwa Carole Mortimer. Główna bohaterka, dwudziestoośmioletnia aktorka, Cairo Vaughn, po raz pierwszy od dawna wyrwała się na wakacje z dala od błysku fleszy i goniących za sensacją dziennikarzy brukowców. Kobieta boleśnie przekonała się, że Londyn to wielokulturowy tygiel, w którym trudno zaznać trochę spokoju. Cairo po miesiącach ciężkiej pracy na planie i wyczerpujących próbach ratowania nieudanego małżeństwa wreszcie postanowiła odpocząć, ukryć się przed światem, odnaleźć ciszę i znów zacząć cieszyć się życiem. W tym właśnie celu razem z córką siostry przyjechała do kojarzącej się ze słońcem, winem, lawendą i perfumami francuskiej Prowansji. Tu jednak nie dane jej będzie odpocząć, bo pewnego dnia przed drzwiami domu, w którym kobieta mieszka, zjawia się słynny aktor i reżyser, jeden z najbardziej rozchwytywanych ludzi w branży filmowej i jeden z najprzystojniejszych mężczyzn i to nie tylko w Hollywood, ale i na całym świecie. Tym mężczyzną jest Rafe Montero… były kochanek Cairo, z którym początkująca aktorka przed laty niespodziewanie się rozstała. Obojgu wydaje się, że los nie mógł przygotować dla nich nic gorszego. Pobyt w luksusowej willi pozwoli bohaterom sprawdzić, czy stara miłość rzeczywiście nie rdzewieje.

provence1

Druga opowieść, zatytułowana przez polskiego wydawcę Wizyta, to nieco bardziej tajemnicza i skomplikowana historia autorstwa Catherine Spencer. Diana Reeves właśnie dołączyła do grona zdradzonych i porzuconych kobiet. Jej mąż, Harvey, z okazji jej urodzin zaprosił ją do restauracji, wręczył prezent i oświadczył, że to koniec… ich małżeństwa, po czym u boku nowej wybranki ostentacyjnie opuścił restaurację. To oczywiste, że kobiecie w jednej chwili zawalił się świat. Kiedy jednak otrząśnie się z szoku, zrozumie, że oto ma szansę zrobić to, na co od dawna miała ochotę. Za radą przyjaciółki na listę spraw do załatwienia Diana wpisuje podróż do Francji i odnalezienie biologicznej matki. Nie tracąc czasu na wątpliwości, przyjeżdża do położonego w Prowansji Bellevue-sur-Lac, gdzie czeka ją początek nowego życia lub… kolejne rozczarowanie. Już pierwszego wieczoru poznaje tu pewnego mężczyznę z arystokratycznym rodowodem, który szybko odkrywa, że ta tajemnicza Amerykanka na pewno nie przyjechała do Francji na wakacje. Nie znając prawdziwych intencji Diany, od razu podejrzewa ją o najgorsze. Jaką tajemnicę skrywa hrabia de Valois i dlaczego tak bardzo obawia się węszącej wokół Diany?

Chociaż powieść kryminalna to mój zdecydowanie ulubiony gatunek, to jednak czasem potrzebuję pewnej odmiany i odskoczni od książek, w których trup ściele się gęsto, zabryzgując wszystko wokół krwią. Lekka i niezobowiązująca lektura romansu, historii banalnej i, przyznajmy to szczerze, do bólu przewidywalnej może zdziałać cuda. Książka Spotkajmy się w Prowansji, w której znajdziemy opowieści autorstwa Carole Mortimer i Catherine Spencer, to doskonała pozycja na deszczowe, jesienne wieczory. Akcja pierwszej opowieści rozgrywa się w słynącym z przemysłu perfumeryjnego Grasse. To właśnie w tej miejscowości rozgrywała się akcja pierwszych odcinków tureckiego serialu Królowa jednej nocy, który niedawno miałam okazję oglądać. Zapadające w pamięć piękne sceny z serialu pobudziły moją wyobraźnię do działania, dzięki czemu, czytając, niemal czułam się, jakbym spacerowała po wąskich, brukowanych uliczkach Grasse. Zachęcająca okładka książki, barwne opisy prowansalskiego krajobrazu, miłość pokonująca wszelkie przeciwności i happy end to największe atuty tej książki i coś, co sprawi, że z pewnością udzieli Wam się dobry nastrój bohaterów obu historii. Od razu Was jednak ostrzegam: nie oczekujcie od tych opowieści zbyt wiele, bo srogo się zawiedziecie. Pozycja przeznaczona wyłącznie dla miłośniczek lekkich romansów, po których nie pozostaje w naszej pamięci nawet mgliste wspomnienie. I nic dziwnego, w końcu romans zazwyczaj jest przelotny.

20161106_211041(1)

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.publio.pl

„Upadłe anioły”, Graham Masterton [recenzja]

d_3686Autor: Graham Masterton

Tytuł: Upadłe anioły

Tytuł oryginalny: Voice of an Angel

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

——————————————————————————————————————————–

Upadłe anioły to druga część przygód komisarz irlandzkiej policji, Katie Maguire. Graham Masterton nie porzucił stworzonej przez siebie bohaterki już po pierwszej powieści, lecz stworzył cykl, swoją drogą bardzo obiecujący, który prawdopodobnie będzie liczył 10 powieści (dla ścisłości dodam, że w tłumaczeniu na język polski mamy na razie pięć części, Masterton obecnie pracuje nad ósmym tomem, a umowę z wydawcą podpisał na dziesięć książek z udziałem komisarz Maguire). Powieści ściśle wiążą się ze sobą, warto więc czytać je po kolei, zwłaszcza jeśli interesuje nas coś więcej niż tylko brutalne, niewyobrażalnie nieludzkie, ociekające krwią morderstwa, które serwuje nam mistrz grozy. A Katie z pewnością należy do tych bohaterek, które warto bliżej poznać. W moim odczuciu to taka druga Maggie O’Dell, przedstawicielka wymiaru sprawiedliwości, która wciąż musi coś innym udowadniać, jednocześnie zmagając się z rozterkami w życiu prywatnym.

Dwóch rybaków znajduje w rzece zwłoki uduszonego, a wcześniej torturowanego i wykastrowanego księdza. Gdy w podobnych okolicznościach giną kolejni duchowni prowadząca śledztwo policja zaczyna przypuszczać, że to nie może być przypadek. Do sprawy oczywiście zostaje oddelegowana najlepsza w swoim fachu komisarz Katie Maguire, która za wszelką cenę zamierza znaleźć tego, kto stoi za tymi nieludzkimi zbrodniami. W toku śledztwa wychodzą na jaw historie z przeszłości, w których centrum znajdują się księża oskarżani o molestowanie seksualne podopiecznych. Winy im jednak nigdy nie udowodniono. Czy to możliwe, by po latach któryś z pokrzywdzonych chłopców chciał zabawić się w Boga udzielającego grzesznikom pokuty? Katie wie, że nie ma ani chwili do stracenia. Musi działać, zanim z Cork znikną wszyscy księża. A może niepotwierdzone zarzuty o molestowanie nie mają nic wspólnego z rzeczywistym motywem zabójstw, a prawda tkwi głębiej? Komisarz Maguire po raz kolejny będzie musiała dać z siebie wszystko, by powstrzymać niepotrzebny rozlew krwi.

20161024_221203(1)Temat molestowania dzieci przez duchownych to jeden z tych odważniejszych i zdecydowanie bardziej kontrowersyjnych. Problem pedofilii w kościele co i raz powraca do nas niczym bumerang. I nic dziwnego – bo choć Kościół powinien być duchowym wsparciem dla szukających w nim pociechy, to jednak częstokroć dochodzi w nim do zdarzeń, które nigdy nie powinny mieć miejsca; zdarzeń, które zbyt często uchodzą winnym na sucho. Powieść Mastertona pokazuje, że sprawiedliwość prędzej czy później dosięga winnych, a piekło może istnieć również na ziemi.

Upadłe anioły są naprawdę dobrym thrillerem, który bardzo realistycznymi, a momentami wręcz turpistycznymi opisami brutalnych zbrodni oraz fizycznego znęcania się nad drugim człowiekiem wbija czytelnika w fotel. To książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Jednych zachwyci pomysłowością, okrucieństwem, żądzą zemsty; innych zniechęci, zniesmaczy, wywołując uczucie odrazy. Mianem dobrej literatury określam książki działające na wyobraźnię czytelnika; thriller Mastertona działa na nią chyba nawet za bardzo. Powiedziałabym, że książka jest niezwykle mroczna, ponura i pełna negatywnych emocji. Można by nawet uznać ją za dość męczącą, co bez wątpienia wynika z przytłaczającej tematyki, wokół której Masterton osnuł fabułę Upadłych aniołów. Nie znam niestety zbyt dobrze twórczości brytyjskiego pisarza, który na swoim koncie ma przeszło 100 tytułów. Dotychczas przeczytałam jego autorstwa tylko pierwszy tom cyklu o Katie, a więc Białe kości, które wywarły na mnie nieco lepsze wrażenie niż opisywana tu powieść. Nie były bowiem aż tak przewidywalne jak „Upadłe anioły”. Niemniej sądzę, że pisarz, który niedawno po raz kolejny odwiedził Polskę i z którym miałam okazję wypić kawę w jednej z warszawskich kawiarń, jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Mimo małego rozczarowania nie zamierzam więc rezygnować ze zgłębiania kolejnych przygód komisarz Maguire. Teraz jednak muszę zrobić sobie krótką przerwą, by ukoić zszargane nerwy. Ta książka psychicznie mnie wykończyła. Jaki z tego wniosek? Otóż polecam ją tylko zagorzałym fanom Mastertona i czytelnikom o naprawdę mocnych nerwach, których fascynują mrożące krew w żyłach historie. Nie zawiedziecie się!

masterton_podpisMoja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Harry Potter i przeklęte dziecko”, J. K. Rowling, Jack Thorne i John Tiffany [recenzja]

harry-potter-tom-8-harry-potter-i-przeklete-dziecko-czesc-1-2-b-iext406571541(1)Autorzy: J. K. Rowling, Jack Thorne i John Tiffany

Tytuł: Harry Potter i przeklęte dziecko

Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Cursed Child

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 368

——————————————————————————————————————————–

Kupiłam, przeczytałam, mam prawo skrytykować.

Tak, niestety, mimo najszczerszych chęci, by w nowej części Harry’ego Pottera znaleźć jakieś pozytywy, muszę dołączyć do licznego grona rozczarowanych czytelników. No jasne, że wielokrotnie chciałam, by najsłynniejszy czarodziej na calutkim świecie, niezwykle waleczny i oddany przyjaciołom chłopiec powrócił raz jeszcze. Kto z nas o tym nie marzył? Życie i zdobywane doświadczenia uczą nas jednak, że wszystko się kiedyś kończy i nie zawsze warto wracać do tego, co było, nawet jeśli bardzo byśmy tego powrotu pragnęli. Dlatego też do pomysłu, by po latach przerwy ożywić Harry’ego, Rona i Hermionę i to niezależnie od tego, czy miałoby to mieć miejsce na papierze, deskach scenicznych czy planie filmowym, podchodziłam z dużym dystansem, by nie rzec sceptycyzmem. Marzenia o spektakularnym powrocie Pottera obróciły się w niwecz – Harry wprawdzie powrócił, ale w tak słabym dziele, że prawdopodobnie szybko zostanie zapomniany. Dla wielu czytelników właściwym końcem wciąż będzie scena zamykająca powieść Harry Potter i Insygnia Śmierci i, szczerze mówiąc, wcale się temu nie dziwię.

HarrypotterHarry Potter nigdy nie miał łatwego życia, ale teraz musi się mierzyć z wyzwaniami, przy których walka z Voldemortem wydaje się bułką z masłem. Przepracowany urzędnik Ministerstwa Magii, mąż, ojciec trójki dzieci i człowiek, który mimo upływu lat wciąż nie może uporać się z mroczną, bolesną przeszłością. We wszystkie te role Harry musi się wcielać każdego dnia i, jak sam przyznaje, nie wychodzi mu to najlepiej.

Gdy Harry bezskutecznie próbuje odnaleźć się w stosunkowo nowej dla siebie rzeczywistości, jego najmłodszy syn Albus Severus musi stawić czoła rodzinnemu dziedzictwu, o które nigdy się przecież nie prosił. Wiecznie skłóceni ojciec i syn przy wtórze zaufanych przyjaciół będą zmuszeni połączyć siły, by po dziewiętnastu latach względnego spokoju pokonać nowego wroga.

Największą wadą tej pozycji nie jest sam fakt, że Harry Potter i przeklęte dziecko to zapis scenariusza spektaklu teatralnego. Oczywiście, wszyscy przyzwyczailiśmy się, że Harry Potter to proza i to w dodatku doskonała zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu na język polski. Ale przekraczanie granic gatunkowych, odchodzenie od utartych schematów wspaniałomyślnie można uznać za akt odwagi i chociażby z tego powodu dać temu dziełu szansę, zwłaszcza gdy nie ma się nic przeciwko dramatom. Moim zdaniem problemem tej książki jest raczej jej wykonanie – po łebkach, bez polotu, nieprzekonująco. W efekcie bardzo trudno jest nam się przyzwyczaić do tego „nowego” Harry’ego, czterdziestoletniego zapracowanego szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, który nie potrafi znaleźć z własnym synem wspólnego języka, do Hermiony zajmującej stanowisko minister magii i zwracającej się do profesor McGonagall per Minerwo czy do Dracona – tak, wciąż mowa o Malfoyu – który jest o krok od tego, by stać się najlepszym przyjacielem Harry’ego Pottera.

Te niezbyt komfortowe dla miłośnika serii o „Chłopcu, Który Przeżył” niełatwe do zaakceptowania trudności to jednak nie koniec. Konia z rzędem temu, kto już od pierwszych stron będzie umiał odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości po szczęśliwym zakończeniu, które dostaliśmy w Insygniach Śmierci. Sceny Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka są tak krótkie, że naprawdę trudno wczuć się w opowiadaną historię, ba, trudno się nawet w niej połapać. Przed naszymi oczami obrazy przesuwają się niczym w kalejdoskopie – w jednej chwili jesteśmy w domu Ginny i Harry’ego Potterów, za chwilę jedziemy Ekspresem Hogwart, po czym trafiamy na zebranie w Ministerstwie Magii, by ostatecznie wylądować w Domu Spokojnej Starości dla Czarownic i Czarodziejów im. Świętego Oswalda. A żebyśmy się nie nudzili podczas lektury „ósmej części” (jak umownie nazwę tę książkę) przygód Harry’ego, podróżujemy nie tylko w przestrzeni, lecz także w czasie. Tak więc najpierw akcja rozgrywa się w 2016 roku, później przenosimy się do 1994 roku, a potem znów cofamy się w przeszłość o kilka kolejnych lat, by dotrzeć do 1981 roku i zdarzeń w Dolinie Godryka. Za wielką zaletę można by więc uznać powracające co jakiś czas dobrze nam znane sceny: z dworca kolejowego czy chaty na skale, żywcem niemal wyjęte z książek J. K. Rowling. Ich obecność pozwala uporządkować opowiadaną w Przeklętym dziecku historię i osadzić ją w czasie, przestrzeni i okolicznościach.

20161022_154332yNa koniec warto postawić sprawę jasno: nie jest prawdą, że Harry Potter i przeklęte dziecko to nic niewnosząca, nastawiona wyłącznie na komercję i do złudzenia przypominająca fan fiction książka, której nie warto poświęcić choćby chwili. Wręcz przeciwnie – warto po nią sięgnąć chociażby po to, by przywołać wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa, gdy z wypiekami na twarzy czekaliśmy na nowy tom przygód Harry’ego, by potem godzinami zgłębiać tajniki magii i czekać na list, który – nie wiedzieć czemu – nigdy do nas nie dotarł. Po latach marazmu i życia wśród nic nierozumiejących mugoli warto po nią sięgnąć, by utwierdzić się w przekonaniu, że to, co było, nigdy już nie wróci.

Moja ocena: 5/10

Źródło okładki:
https://mediarodzina.pl

„Śnieżny wędrowiec”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

503593-352x500

Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Śnieżny wędrowiec

Tytuł oryginalny: Der Schneegänger

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 512

——————————————————————————————————————————–

Powieść Śnieżny wędrowiec autorstwa Elisabeth Herrmann to książka, na którą czekałam z niecierpliwością. Po niezwykle wciągającej lekturze Wioski morderców ostrzyłam sobie apetyt na kolejną świetną historię z udziałem Saneli Beary, młodej, niesfornej niemieckiej policjantki o chorwackich korzeniach. Intrygujący opis z tyłu okładki oraz hipnotyzujący front sprawiły, że od razu uwierzyłam, iż najnowszy thriller Herrmann jest doskonałym przykładem świetnej literatury z dreszczykiem. Lektura Śnieżnego wędrowca zrewidowała moje pierwotne przekonania i przeczucia, bo choć nie jest to książka słaba, to jednak nie tylko mnie nie zachwyciła, ale i chyba trochę rozczarowała.

W lesie zostaje odnaleziony szkielet dziecka. Wszystko wskazuje na to, że to ciało porwanego przed czterema laty Darija Tudora. Policja prowadziła zakrojone na szeroką skalę śledztwo, a mimo to nie udało się odnaleźć rzekomych porywaczy syna Lidy i Darka Tudorów, chorwackich imigrantów, którzy do Niemiec przeprowadzili się w celach zarobkowych. Komisarzem prowadzącym wówczas śledztwo był Lutz Gehring, biorący pod uwagę różne teorie. Zdaniem Gehringa porywacze mogli uprowadzić Darija przez pomyłkę, w rzeczywistości chcąc porwać jednego z synów pracodawcy Lidy Tudor, milionera Güntera Reinartza. Gdy patolog potwierdza tożsamość ofiary, zgodnie z oczekiwaniami okazuje się, że to Darijo. Lekarz sądowy stwierdza coś jeszcze: chłopiec został zamordowany, a zanim do tego doszło ktoś brutalnie się nad nim znęcał. Do sprawy – o ironio! – znów zostaje przydzielony Gehring, który ma szansę naprawić to, co zepsuł cztery lata wcześniej. Zadufany i zbyt pewny siebie komisarz nie mając pomysłu, jak ruszyć śledztwo do przodu, postanawia zwrócić się o pomoc do Saneli Beary, która obecnie z buntowniczej, niestosującej się do poleceń przełożonych policjantki przemieniła się w pilną studentkę. W końcu tonący brzytwy się chwyta! Sanela początkowo nastawiona niechętnie ostatecznie włącza się w śledztwo. Kobieta nie spocznie, dopóki nie pozna tożsamości człowieka odpowiedzialnego za śmierć niewinnego dziecka. Kto zabił Darija? Nieznany porywacz, któryś z członków rodziny Reinartzów czy może jego własny ojciec? Pytań zawsze jest więcej niż odpowiedzi. Podobnie jak podejrzanych. I przed nami, i przed policją długa droga do rozwiązania mrocznej zagadki śmierci chłopca.

20161022_154622y

Najnowsza powieść wschodzącej gwiazdy niemieckiego thrillera jest niemal tak samo obszerna jak tom pierwszy przygód policjantki Beary. Dostajemy więc przeszło 500 stron, ale na szczęście książkę czyta się szybko i przyjemnie, podobnie zresztą jak wspominaną już Wioskę morderców. Pod względem konstrukcyjnym przypomina ona nawet swoją poprzedniczkę. Po raz kolejny mamy do czynienia z mroczną tajemnicą z przeszłości, która kładzie się cieniem na życiu wielu osób. W pierwszej części główna bohaterka musiała przeniknąć do zamkniętej społeczności zabitej deskami, podupadającej brandenburskiej wsi Wendisch Bruch, by wbrew woli przełożonego, Lutza Gehringa, poprowadzić śledztwo na własną rękę. Tym razem spotykamy się z analogiczną sytuacją: Sanela znów kierując się intuicją, dochodzi do wniosku, że największe korzyści i jakiś przełom w śledztwie może przynieść dochodzenie prowadzone od wewnątrz. W tym właśnie celu zatrudnia się jako sprzątaczka w willi Reinartzów. Nie trzeba chyba dodawać, że robi to bez zgody komisarza Gehringa. Co tam odkryje? Czy morderca Darija rzeczywiście tam mieszka?

Na początku recenzji wspomniałam, że powieść Śnieżny wędrowiec nie do końca spełniła moje oczekiwania. Wypadałoby więc powiedzieć, co wpłynęło na moje lekturowe wrażenia. Pierwszą rzeczą, która mnie rozczarowała, jest zakończenie. Nie zdradzając szczegółów, mogę tylko powiedzieć, że oczekiwałam czegoś innego. Prowadzone przez Bearę pod przykrywką śledztwo w willi Reinartzów też nie jest tak wciągające, jak miało to miejsce w przypadku wyjazdu Saneli do Wendisch Bruch, gdzie Elisabeth Herrmann prawdopodobnie wzniosła się na wyżyny swoich pisarskich umiejętności. W Wiosce morderców niemal nieustannie czuć było napięcie, którego tu niestety nie ma. Niemniej jednak myślę, że część czytelników może być usatysfakcjonowana, bo Śnieżny wędrowiec jest w sumie niezłą powieścią. Ja sama mogę przyznać, że jeśli powstaną kolejne tomy, a pewnie prędzej czy później do tego dojdzie, to bez wahania po nie sięgnę. I zrobię to zarówno z sympatii do głównej bohaterki, jak i wiary, że Elisabeth Herrmann jest w stanie stworzyć coś naprawdę dobrego.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.proszynski.pl

Spotkanie autorskie z Grahamem Mastertonem [dedykacja + zdjęcie]

Wczorajszy dzień na długo zapadnie mi w pamięć, miałam bowiem okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z brytyjskim pisarzem, Grahamem Mastertonem, który w warszawskim Empiku Junior promował swoją powieść pt. Siostry krwi wydaną przez Wydawnictwo Albatros (powieść swoją premierę miała 28 września 2016 roku). Książka ta jest 5. częścią cyklu o Katie Maguire, irlandzkiej detektyw, która na terenie hrabstwa Cork rozwiązuje zagadki niezwykle brutalnych morderstw. Sióstr krwi jeszcze nie czytałam, ponieważ czytam obecnie 2. tom serii zatytułowany Upadłe anioły, ale jak już będę po lekturze tego thrillera i wszystkich kolejnych części, to obiecuję, że podzielę się z Wami swoimi wrażeniami :)

Dla fanów Mastertona i Katie Maguire dobrą wiadomością będzie informacja o tym, że autor pracuje obecnie nad tomem 8. (planowanych jest 10), co oznacza, że czeka nas jeszcze dużo przygód u boku nieustraszonej Katie. A więc życzę Wam cierpliwości i mocnych nerwów!

——————————————————————————————————————————–

Siostry krwi*

d_3733Autor: Graham Masterton

Tytuł: Siostry krwi

Tytuł oryginalny: Blood Sisters

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 496

W domu opieki na przedmieściach Cork zostaje uduszona stara zakonnica. Można by to nawet uznać za akt miłosierdzia, gdyby nie święta figurka znaleziona w jej ciele. I gdyby niedługo potem okolicznym mieszkańcom nie ukazał się przerażający widok: przyczepiona do wypełnionych helem balonów, wykrwawiająca się zakonnica, która szybuje nad łąkami i rzeką.

Choć ta druga nie została jeszcze zidentyfikowana, nadkomisarz Katie Maguire wie, że odpowiedzi należy szukać w przeszłości klasztoru Bon Sauveur, w którym właśnie dokonano makabrycznego odkrycia.  Niestety, natrafia tam na mur milczenia.

A tymczasem Katie ściga się z czasem, bo znikają kolejne zakonnice.

* Opis i okładka książki pochodzą ze strony wydawcy.

„Białe kości”, Graham Masterton [recenzja]

466317-352x500Autor: Graham Masterton

Tytuł: Białe kości

Tytuł oryginalny: White Bones

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 384

——————————————————————————————————————————–

Białe kości Grahama Mastertona to tom otwierający cykl powieściowy, w którym pierwsze skrzypce gra Katie Maguire, pracująca w Garda Síochána oficer policji. Masterton znany jest szerokiej publiczności przede wszystkim jako autor horrorów. Na swoim koncie Brytyjczyk ma również liczne poradniki seksuologiczne z serii Magia seksu oraz powieści historyczne. Zupełnie obcym gatunkiem nie jest mu jednak także thriller. Recenzowane tu Białe kości to powieść będąca właśnie thrillerem, dodam, że momentami bardzo brutalnym i interesującym. Ta książka to również moje pierwsze spotkanie z twórczością Mastertona. Pierwsze, lecz zapewne nie ostatnie.

Irlandia, hrabstwo Cork. Na jednej z farm zostają odnalezione ludzkie kości. Właściciel farmy, John Meagher, który dopiero co przejął rodzinny interes, zgłasza policji to niecodzienne znalezisko. Kości są dokładnie obrane z mięsa, a przy kościach udowych zawieszone są szmaciane laleczki, przywodzące na myśl lalki voodoo. Odkopane szkielety są bardzo stare, prawdopodobnie pochodzą z początku XX wieku, kiedy to miały miejsce seryjne zaginięcia kobiet. Policja myśli więc o zamknięciu śledztwa – oczywiste jest przecież, że odpowiedzialna za te zabójstwa osoba już dawno musiała umrzeć. Katie uważa jednak, że ofiarom i ich rodzinom należy się rzetelne śledztwo, które pozwoli zrozumieć motywy mordercy. Zamknięcie sprawy uniemożliwiają też kolejne porwania młodych kobiet. Specjalizujący się w mitologii celtyckiej historycy sugerują, że poszukiwany przez policję szaleniec może chcieć dokończyć starożytny rytuał, mający sprowadzić na ziemię potężną celtycką wiedźmę – Morrigain. Czy ta niezbyt przekonująca hipoteza okaże się prawdziwa? Kto we współczesnej Irlandii może wierzyć w duchy, wróżki, wiedźmy i inne bóstwa? A co jeśli one naprawdę istnieją i są gotowe przybyć na wezwanie? Katie nie ma ani chwili do stracenia. Musi zacząć działać, by powstrzymać głodnego krwi i ludzkich łez mordercę. Czy jej się to uda?

Dziwić może, że Masterton czołową postacią swojej serii uczynił kobietę. Przez lata przywykłam do zasady, że w przypadku thrillerów i kryminałów piszące kobiety na główne postaci swych powieści wybierają raczej bohaterki żeńskie, podczas gdy piszący mężczyźni z reguły głównym bohaterem czynią jakiegoś policjanta, detektywa lub prawnika. Taki wybór wydaje się oczywisty, bo któż zna lepiej psychikę kobiecą niż właśnie kobieta, a męską mężczyzna? A jednak jak w przypadku każdej reguły i tu zdarzają się wyjątki. Przykładem może być Graham Masterton i wykreowana przez niego nieustraszona policjantka, Katie Maguire.

Niekwestionowaną zaletą nie tylko tej powieści, ale i całej serii z policjantką Maguire jest to, że autor prócz tego, że prezentuje nam świetnie przemyślaną intrygę kryminalną, która wciąga czytelnika, to jeszcze przybliża nam życie prywatne swojej bohaterki, jej uczucia, rozterki i problemy, jej radości, smutki, obawy, a nawet ścigające ją demony. Dzięki temu książki Mastertona sprawiają, że chcemy po nie sięgać nie tylko dlatego, że poszukujemy dobrego thrillera, lecz także po to, by dowiedzieć się czegoś nowego o Katie. Zawsze lubiłam wszelkiego rodzaju cykle i to przede wszystkim z powodu rozwoju ich bohaterów. Tak było w przypadku powieści Alex Kavy i jej niesamowitej bohaterki, agentki FBI, Maggie O’Dell, thrillerów Tess Gerritsen i stworzonych przez nią bohaterek: detektyw bostońskiej policji, Jane Rizzoli, oraz patolog, dr Maury Isles, a także w przypadku książek J. T. Ellison i porucznik Taylor Jackson. Graham Masterton z cyklem poświęconym policjantce Maguire wydaje się doskonale wpisywać w moje lekturowe oczekiwania, choć jak na razie Katie jeszcze nie skradła mojego serca.

Plusem tej powieści są również niezwykle intensywnie działające na wyobraźnię krwawe opisy nieludzkich tortur, jakim poddawane są ofiary mordercy z Cork. Masterton nawiązuje tu do mrożących krew w żyłach i jeżących włosy na głowie powieści grozy, co nie powinno nas dziwić, w końcu to autor horrorów.

Białe kości są interesującym, trzymającym w napięciu thrillerem, który bez wątpienia wstrząśnie czytelnikiem. Autor umiejętnie nas zwodzi, nie pozwalając zbyt wcześnie wpaść na właściwe rozwiązanie. Dosyć szybko możemy się zacząć czegoś domyślać, ale konia z rzędem temu, kto przed finałem zdoła wskazać tożsamość brutalnego, psychopatycznego mordercy. Z czystym sumieniem polecam tę powieść wielbicielom thrillerów, którym niestraszne są historie z piekła rodem. Miłośnikom twórczości autora pewnie tej książki nie trzeba polecać, ponieważ to dla nich pozycja obowiązkowa, a ja sama zabieram się do lektury Upadłych aniołów.

Na koniec warto również dodać, że 30 września 2016 (piątek) w warszawskim Empiku Junior odbędzie się zorganizowane przez Wydawnictwo Albatros spotkanie z Grahamem Mastertonem. Początek o 18:00. Autor będzie promował swoją nową powieść pt. Siostry krwi (5. tom cyklu Katie Maguire), która już 28 września trafi do księgarń. Fanów Mastertona chyba nie trzeba namawiać, by tłumnie stawili się na spotkaniu.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia”, Katy Colins [recenzja]

biuro-podrozy-samotnych-serc-kierunek-tajlandia_9788327623980Autor: Katy Colins

Tytuł: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia

Tytuł oryginalny: The Lonely Hearts Travel Club: Destination Thailand

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 304

——————————————————————————————————————————–

Żyj z rozmachem, bo kiedy przyjdzie twój kres, będziesz dumna, że nie zabrakło ci odwagi i niczego w życiu nie przegapiłaś (s. 285)

Pewnie wiele z nas miało takie chwile, gdy chciało całe dotychczasowe życie rzucić w kąt i zacząć wszystko od nowa: znaleźć nową pracę, nowego partnera, nowych przyjaciół, zwiedzić świat i choć raz nie przejmować się zdaniem innych. Georgia Green jest właśnie taką kobietą. Do niedawna wiodła uporządkowane, choć nieco przewidywalne życie: miała niezłą pracę, lojalnych przyjaciół i ukochanego mężczyznę u swego boku. Niewiele brakowało, by została szczęśliwą mężatką. Tak się jednak nie stało, bo Alex, narzeczony Georgii, w ostatniej chwili się rozmyślił. Pogrążona w rozpaczy Georgia nie może znieść własnego upokorzenia, zdrady ukochanego i faktu, że w ciągu zaledwie kilku dni kompletnie zawalił jej się świat. Za radą Marie, najbliższej przyjaciółki, sporządza listę rzeczy, które chciałaby zrobić przed śmiercią. Jeden z punktów obejmuje zwiedzanie egzotycznych miejsc. Ale kto o tym nie marzy? To dość schematyczne marzenie znalazłoby się zapewne na liście niejednej osoby. Rodzice starają się studzić zapał córki, ale po utracie pracy Georgia postanawia zebrać się na odwagę i zaryzykować – pakuje plecak i wyrusza na sześciotygodniową wycieczkę do Tajlandii. Spodziewa się, że będą to beztroskie wakacje, które pomogą jej nie tylko zrealizować marzenia, ale i odnaleźć siebie. A tymczasem nawet sobie nie wyobraża, jak wiele fascynujących, choć nie zawsze pożądanych przygód będzie ją czekać w azjatyckiej dziczy.

Co przyniesie pobyt w tętniącej życiem Tajlandii? Czy Georgii uda się zrealizować odważne plany, pozamykać niedokończone sprawy i zacząć wszystko od nowa? Czy pozna ludzi, którzy pomogą jej uwierzyć w siebie, a może spotka mężczyznę, który pozwoli jej zapomnieć o nieudanym związku? Aby się o tym przekonać, sięgnijcie po powieść Katy Colins! Będziecie mile zaskoczone.

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia to niezwykle pozytywna książka, będąca doskonałym połączeniem powieści obyczajowej, przygodowej i romansu. O jej wartości decyduje zapewne to, że jej autorka, dziennikarka i blogerka, Katy Colins, na własnej skórze przekonała się, co znaczy odciąć się od przeszłości, zapomnieć o bolesnych upokorzeniach, zawalczyć o siebie i swoje marzenia. Ona sama również została porzucona przez narzeczonego, jednak zamiast tonąć w stertach mokrych chusteczek, zastanawiając się, dlaczego im nie wyszło, postanowiła ruszyć na podbój świata – rzuciła pracę, sprzedała dom i samochód i wybrała się w podróż dookoła świata. Po wszystkim zdecydowała się wykorzystać swoje przygody, które stały się inspiracją dla cyklu o nazwie Biuro Podróży Samotnych Serc. Efekt jest bardzo zadowalający.

Wakacyjna okładka powieści Katy Colins w połączeniu z chwytliwym tytułem i wciągającym opisem fabuły czynią tę książkę pozycją, po którą od razu chce się sięgnąć. Wystarcza rzut oka na przedstawioną na okładce kuszącą plażę, by wiedzieć, że Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia to idealna lektura na lato. I choć powieść Colins świetnie się nadaje na plażę, to jednak zachęcam wszystkie miłośniczki inspirujących lektur, by sięgały po nią nie tylko latem, gdy szukają pomysłów na umilenie sobie błogiego leniuchowania na wakacyjnym wyjeździe, lecz także jesienią i zimą, gdy tęsknią za ciepłą, morską bryzą, prażącym słońcem i drinkami z palemką.

Dzięki Biuru Podróży Samotnych Serc przekonacie się, że z nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji jest wyjście, a każdy dzień może być początkiem czegoś nowego. Z niecierpliwością czekam na kolejne przygody nieustraszonej Georgii. Jestem pewna, że będą one równie wciągające co jej podróż po Tajlandii. Polecam!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

HCPoland_logo655Źródło fotografii:
http://www.harpercollins.pl

„Niemy krzyk”, Angela Marsons [recenzja]

niemy-krzyk-b-iext39529634Autor: Angela Marsons

Tytuł: Niemy krzyk

Tytuł oryginalny: Silent Scream

Wydawnictwo: Burda Publishing Polska

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

Niemy krzyk Angeli Marsons nie jest wprawdzie książką słabą, ale wiele jej brakuje do miana świetnego kryminału. Debiut Marsons nazwałabym raczej solidnym średniakiem, powieścią, którą czyta się szybko, bezboleśnie i w miarę przyjemnie. Niestety, szybko się również o niej zapomina.

Wspomniana książka otwiera cykl osnuty wokół losów detektyw inspektor Kim Stone. Na polskim rynku dostępna jest już druga część serii pt. Diabelska gra. Główną bohaterką jest nieustraszona policjantka, która dowodzi zespołem dochodzeniowym. Kim to kobieta niezależna i nieprzystępna, którą trudne dzieciństwo nauczyło, że w życiu trzeba być twardą i samodzielną. Policjantka Stone ma bez wątpienia detektywistycznego nosa, który w połączeniu z kobiecą intuicją i solidną policyjną robotą okazuje się bardzo pomocny przy rozwiązywaniu mrocznych zagadek. Kim ma jedna również wady – jest opryskliwa, nie stosuje się do poleceń przełożonych i czasem trudno się z nią współpracuje. Ale jest skuteczna i to wystarcza.

Black Country, Anglia. We własnym mieszkaniu zostaje zamordowana Teresa Wyatt, dyrektorka szkoły dla chłopców. Wezwana na miejsce zbrodni policja, na czele z detektyw Kim Stone, nie potrafi znaleźć sensownej odpowiedzi na pytanie o to, komu naraziła się szanowana dyrektorka. Gdy wkrótce ginie kolejna osoba, coraz bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że w mieście grasuje seryjny morderca. Czym się kieruje, wybierając swoje ofiary? Po dwóch morderstwach trudno znaleźć jakieś punkty wspólne, a tym bardziej przewidzieć, kto będzie kolejną ofiarą.

Równolegle z serią morderstw na jaw wychodzą zbrodnie, których ktoś dopuścił się lata temu. Na terenie wokół dawnego domu dziecka zostają odnalezione szczątki. Patolog nie potrafi określić płci denata, ale wie na pewno, że ta osoba nie zmarła z przyczyn naturalnych. To jednak nie koniec zaskakujących odkryć. Do kogo należały znalezione kości? Kim byli ludzie pogrzebani na terenie Crestwood? Kto odpowiada za ich śmierć? Takie i podobne pytania można by mnożyć. Kim i dowodzony przez nią zespół muszą zrobić wszystko, by odkryć prawdę. Zanim do tego dojdzie, detektyw Stone będzie zmuszona stawić czoła mrocznej, pełnej bolesnych wspomnień przeszłości. Dla niej ta sprawa ma wymiar osobisty. Czy nieustępliwa, uparta policjantka podoła presji i zdoła doprowadzić zwyrodnialca przed sąd, czy też niezagojone rany związane z wydarzeniami sprzed lat nie pozwolą jej prowadzić śledztwa? Wszystkie tropy prowadzą do Crestwood, sierocińca, w którym z pewnością musiało się wydarzyć coś złego. Tylko co? Jakie tajemnice skrywają mury opuszczonego przed laty domu dziecka?

Na okładce możemy przeczytać, że Niemy krzyk to znakomity debiut Angeli Marsons, a przy tym totalnie wciągająca powieść, którą się pochłania w mgnieniu oka. Czyta się ją szybko, to prawda, ale nie należy przesadzać z zachwytami pod adresem brytyjskiej pisarki i jej debiutanckiego kryminału. Zaletą powieści Marsons jest zaskakujące zakończenie – kiedy nam się wydaje, że wszystko już wiemy i nic nas nie zaskoczy, pojawiają się nowe fakty i zabawa zaczyna się od nowa. To jednak zbyt mało, by wystawić też książce wysoką notę. Przez większość czasu akcja toczy się dość ślamazarnym tempem, a bohaterka nie potrafi zyskać naszej sympatii. W przypadku wszelkiego rodzaju serii niezwykle ważne jest, by główny bohater wzbudzał naszą sympatię, bo wtedy jesteśmy w stanie czerpać przyjemność z lektury nawet wtedy, gdy powieść jest rozczarowująca. Czy sięgnę po kolejne części cyklu o Kim Stone? Jeszcze nie wiem, ale na razie kończę przygodę z Angelą Marsons i jej bohaterką. A Wy sami zdecydujcie, czy warto temu kryminałowi poświęcić czas i uwagę.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com