„Sprawa mądrych małp”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawa-madrych-malp-b-iext3718091Autor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa mądrych małp

Tytuł oryginalny: The Case of the Mythical Monkeys

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 202

——————————————————————————————————————————–

Nie wiem, co jeszcze mógłby pan zeznać, ale mam nadzieję, że to pomoże mojej klientce, ponieważ w przeciwnym wypadku zrobię z pana mordercę (s. 165)

Ze stworzonym przez Erle’a Stanleya Gardnera Perrym Masonem spotykam się od dawna, podobnie zresztą jak z Dellą Street i Paulem Drakiem. Sprawa mądrych małp to kolejna okazja, by jeszcze lepiej poznać bohaterów i przeżyć fascynującą przygodę.

Gladys Doyle jest sekretarką Mauvis Niles Meade, ekscentrycznej pisarki, której sławę przyniosło napisanie powieści erotycznej. Panna Doyle na polecenie swej pracodawczyni wybiera się do kurortu narciarskiego, gdzie ma się spotkać z człowiekiem z branży filmowej, by omówić szczegóły kontraktu. Wracając z wyjazdu Gladys, w celu ominięcia gigantycznych, niedzielnych korków, ma posłużyć się skrótem, o którym opowiedziała jej szefowa. Pech jednak chce, że samochód dziewczyny grzęźnie w błocie. Na szczęście zmarzniętej i przemoczonej do suchej nitki Gladys udaje się trafić do górskiej chatki, w której przebywa burkliwy młody mężczyzna. John, bo tak się podobno nazywa, z niechęcią zgadza się, by turystka wzięła prysznic i odpoczęła po wrażeniach minionego dnia. Po przebudzeniu sekretarka odkrywa, że niemiły gospodarz zniknął, a w pokoju obok pojawiły się zwłoki, tyle że nie Johna, a jakiegoś nieznajomego mężczyzny. Gladys wpada w panikę i w popłochu ucieka z chaty. Wcześniej jednak dotyka broni, na której – rzecz jasna – pozostawia odciski palców. Nie wiedząc, co robić, zgłasza się do najlepszego adwokata, jakiego zna. W ten sposób Mason zyskuje klientkę i ściąga na siebie kłopoty, ponieważ zebrane przez policję dowody zdają się przesądzać, że to właśnie Gladys zabiła tajemniczego mężczyznę. Ona jednak wszystkiego się wypiera. Perry wie, że aby wyjaśnić zagadkę znalezionego na miejscu zbrodni szala z przysłowiowymi trzema małpkami, które nie widzą, nie słyszą i nie głoszą zła, będzie musiał balansować na granicy prawa i bezprawia. Wszystko wyjaśni się na sali sądowej w czasie rozprawy wstępnej. Kto zwycięży: agresywny i kąśliwy niczym pitbull prokurator okręgowy czy cwany adwokat, który dla klienta gotów jest zrobić wszystko? Kto wyłoży na stół asa i zgarnie wygraną?

Powieść pt. Sprawa mądrych małp nie odbiega schematem od pozostałych kryminałów E. S. Gardnera. Autor, niczym dramaturg, już na początku przedstawia nam listę osób biorących udział w przedstawieniu. Potem poznajemy bohaterkę, oskarżoną o morderstwo pierwszego stopnia przyszłą klientkę Masona, i niezależnie od okoliczności na końcu i tak lądujemy na sali rozpraw. Nie nazwałabym tej książki wybitną, ale z pewnością jest to lekka, niewymagająca lektura, po którą warto sięgnąć, gdy szuka się czegoś niezobowiązującego. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubi się Masona i jego oddanych współpracowników. Perry znów zniewala swoim sprytem i umiejętnością wykorzystywania luk w prawie. Wadą powieści jest jednak to, że zbyt wcześnie można się domyślić rozwiązania zagadki, co psuje nieco efekt końcowy i osłabia wrażenie, jakie ta książka wywarłaby na czytelniku, gdyby zakończenie było zaskakujące. Niemniej na powieści Gardnera zawsze warto znaleźć czas, tylko nie miejcie zbyt wygórowanych oczekiwań, bo się rozczarujecie. Polecam!

monkeys1

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com

„Giń”, Hanna Winter [recenzja]

352x500kkhAutor: Hanna Winter

Tytuł: Giń

Tytuł oryginalny: Stirb

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 400

——————————————————————————————————————————–

Kuba Rozpruwacz zmartwychwstał i przeprowadził się do stolicy Niemiec. To właśnie tu poluje na swoje ofiary, których życie najpierw zamienia w piekło, by ostatecznie jednym pchnięciem noża na zawsze je zakończyć.

Berlinem wstrząsa fala brutalnych morderstw. Giną kolejne kobiety, a policja jest bezradna. Na swoje ofiary grasujący po mieście szaleniec wybiera drobne kobiety o długich, sięgających ramion włosach. Oprócz podobnego wyglądu nic ich właściwie nie łączy, co znacznie zmniejsza szanse policji na schwytanie mordercy. Schemat postępowania Wypruwacza, bo taki przydomek nadała mordercy policja, zawsze jest taki sam: mężczyzna zbliża się do kobiety, którą planuje zabić, śledzi ją, poznaje plan jej dnia, po czym niespodziewanie uderza. Spędzający policji sen z powiek Wypruwacz odznacza się niesamowitą precyzją, ponieważ wie, że pomyłka nie wchodzi w grę. Do tej pory zawsze mu się udawało, wreszcie jednak trafiła kosa na kamień…

Lara Simons właśnie rozpoczyna nowy etap swojego życia. Wychowująca samotnie sześcioletnią córkę kobieta po nieudanym małżeństwie postanawia w końcu zawalczyć o szczęście. Gdy ją poznajemy, otwiera właśnie swoją nową kawiarnię. Po uroczystości otwarcia lokalu podekscytowana swym sukcesem Lara wraca do domu. Szybko się jednak okazuje, że tego wieczoru czeka ją jeszcze sporo atrakcji… Na pustej drodze kobieta łapie gumę i zupełnie nie wie, co robić. Kiedy widzi nadjeżdżającą taksówkę, myśli, że właśnie szczęście się do niej uśmiechnęło. Po chwili już wie, że wsiadając do samochodu nieznajomego, popełniła największy błąd w swoim życiu. Mężczyzna rzuca się na Larę, próbując ją zabić, a ona tylko dzięki przezorności przyjaciela jest w stanie powstrzymać napastnika i uciec. I zostawić wspomnienie tej koszmarnej nocy za sobą. Już nigdy do niego nie wracać.

To jednak nie koniec koszmaru. Wkrótce ktoś demoluje kawiarnię Simons. Pogróżki na ścianach nie pozostawiają wątpliwości, że to sprawka spotkanego szaleńca, który odgraża się, że dopadnie Larę. Gdy policja stwierdza, że kobieta jest niedoszłą ofiarą Wypruwacza, proponuje jej przystąpienie do programu ochrony świadków. Nie mając innego wyjścia, Lara decyduje się pożegnać z dawnym życiem – zamyka kawiarnię, zmienia tożsamość i przenosi się na Rugię. Ma nadzieję, że w ten sposób uwolni się od przeszłości i zapewni Emmie bezpieczeństwo.

Po sześciu latach koszmar powraca, bo Larze wydaje się, że Wypruwacz ją odnalazł i znów poluje na jej życie. Czy to możliwe, by rzeczywiście znalazł jej kryjówkę? A może Lara zwyczajnie popada w paranoję? Co kieruje mordercą? Czy chodzi tylko o to, że kobieta mu umknęła, czy może o coś więcej?

Powieść Hanny Winter to całkiem niezły kryminał, choć nie jest tak przerażający, jak przedstawiono go na okładce. Osobiście jestem nieco zawiedziona, ponieważ lubię książki, od których nie sposób się oderwać. Opowieść jest prowadzona dwutorowo, dzięki czemu możemy poznać uczucia mordercy oraz motywy jego działania. Książkę czyta się dość szybko (to również zasługa dużej czcionki), a zakończenie może stanowić pewne zaskoczenie. Autorka dość umiejętnie zwodzi czytelnika, podsuwając mu fałszywe tropy i sugestie. Plusem Giń jest bardzo ładne wydanie ze sznureczkiem pełniącym funkcję zakładki (bardzo praktyczne rozwiązanie).

Podsumowując, powiedziałabym, że Giń Hanny Winter to książka przyzwoita, choć nie należy od niej wymagać zbyt wiele. Opis na okładce nie do końca odpowiada jej rzeczywistej wartości – książka jest słabsza niż wynika to z opisu. Można się z nią zapoznać, ale jeśli tego nie zrobicie, nie stracicie zbyt wiele. Decyzja należy do Was.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
https://merlin.pl/

„Bliźnięta z lodu”, S. K. Tremayne [recenzja]

S. K. Tremayne_Bli?ni?ta z lodu FRONT.inddAutor: S. K. Tremayne

Tytuł: Bliźnięta z lodu

Tytuł oryginalny: The Ice Twins

Wydawnictwo: Czarna Owca

Liczba stron: 336

——————————————————————————————————————————–

Prawda może się okazać nie do zniesienia

Sarah i Angus Moorcroftowie byli najszczęśliwszymi rodzicami na świecie, gdy urodziły im się bliźnięta jednojajowe – dwie identyczne dziewczynki, Kirstie i Lydia; Lydia i Kirstie. Z powodu tak wyjątkowych narodzin w najbliższym otoczeniu Moorcroftów zapanowała prawdziwa euforia. Podobne jak dwie krople wody siostry od samego początku łączyła niespotykana, niezwykle silna, niemal nierozerwalna więź – wybuchały śmiechem w tym samym momencie, porozumiewały się bliźniaczym dialektem, rozumiały się dosłownie bez słów. Były dumne ze swojej wyjątkowości. Gdy trzynaście miesięcy temu jedna z sześcioletnich bliźniaczek, Lydia, zginęła w wypadku, świat zawalił się całej rodzinie Moorcroftów. Angus zaczął przesadzać z alkoholem, stał się agresywny i stracił pracę, a Sarah popadła w depresję. Ze śmiercią siostry nie pogodziła się również Kirstie, której wszystko przypominało zmarłą Lydię.

To jakiś upiorny żart, efekt przejęcia tożsamości zmarłej siostry czy bolesna prawda?

Nie mogąc otrząsnąć się z żałoby, Moorcroftowie decydują się na przeprowadzkę – deszczowy Londyn chcą zamienić na szkocką wysepkę, Eilean Torran, którą Angus odziedziczył w spadku po babce. Pomysł graniczy z szaleństwem, bo w domku przy latarni morskiej po prostu nie da się mieszkać. Zaniedbany przez lata budynek wymaga gruntownego remontu, na który małżeństwa Moorcroftów zwyczajnie nie stać. Czeka ich więc mieszkanie w domu bez ogrzewania, bieżącej wody, sieci telefonicznej i bez łodzi, którą mogliby się przeprawiać w czasie przypływu na stały ląd. Mimo to wierzą, że wszystko się jakoś ułoży i wyjdą na prostą. I nawet zaczyna się układać. Jednak gdy pewnego dnia Kirstie zadaje matce niepokojące pytanie, koszmar minionych miesięcy powraca. Dlaczego ciągle nazywasz mnie Kirstie, mamusiu? Kirstie nie żyje. To Kirstie umarła. Ja jestem Lydia – tymi słowami siedmioletnia Kirstie, a może jednak Lydia, zwraca się do matki, burząc jej spokój. Czy to możliwe, by niewłaściwe zidentyfikowali zmarłą córkę? Czyje prochy rozsypali na plaży: Lydii czy Kirstie? Jak złymi muszą być rodzicami, by nie wiedzieć, które dziecko stracili? Mnożące się przerażające pytania doprowadzają Sarę do szaleństwa. W tajemnicy przed mężem kobieta zamierza dowiedzieć się, czy Kirstie to rzeczywiście Kirstie, czy przed rokiem nie popełnili pomyłki. To jednak nie będzie łatwe. Sarah, by dotrzeć do prawdy, będzie musiała przedrzeć się przez stos z trudnością pogrzebanych złych wspomnień. Wydawało jej się, że raz na zawsze przepracowała żałobę, a teraz znów będzie musiała ją przeżyć.

Mrożący krew w żyłach, wciągający thriller. Akcja rozgrywa się na klaustrofobicznej, zimnej i przerażającej wysepce, napięcie nieustannie narasta, aż do przyprawiającego o dreszcze zakończenia – taki cytat z „The Sunday Mirror” zachęca nas do sięgnięcia po powieść S. K. Tremayne’a. Skusiłam się i cóż? Żałuję, ponieważ książka nie spełniła moich oczekiwań. Nie można wprawdzie odmówić autorowi, że potrafił sprawić, by czytelnik nieustannie się zastanawiał, która z dziewczynek rzeczywiście zginęła, a która przeżyła. Sprzeczne informacje ze strony rodziców oraz niepokojące zachowanie Kirstie-Lydii skutecznie zaciemniają obraz sytuacji, w jakiej znaleźli się Moorcroftowie. Nie bez znaczenia jest również kwestia pamięci i tego, co się z nią dzieje pod wpływem bólu i upływającego czasu. Za swego rodzaju zaskoczenie można uznać zakończenie, choć nie określiłabym go mianem arcydzieła, nawet sceneria, czyli szalejący sztorm, nie potrafiła mnie zainteresować. Dzieje się tu po prostu za mało, by nie móc oderwać się od lektury, a sama książka nie jest, niestety, tak przerażająca, jak możemy przeczytać na okładce. Z kolei pierwszoosobowa narracja, prowadzona z perspektywy matki dziewczynek przytłacza nieco postać Angusa, ukazując go jako bezwzględnego potwora.

Ogółem powieść Bliźnięta z lodu uważam za dość przeciętną. Czyta się ją wprawdzie szybko, ale nie wydaje mi się, by była to książka, którą koniecznie trzeba znać. Bohaterowie nie potrafili zyskać mojej sympatii, a sama opowieść (jak to zwykle bywa) wydaje się ciekawsza w streszczeniu na okładce niż w rzeczywistości. Nie polecam i nie zniechęcam, ponieważ to, że mnie się nie spodobała, nie oznacza przecież, że i Wam ma się nie podobać. Jeśli ktoś lubi tego typu literaturę, to może warto po tę książkę sięgnąć, ja jednak wrócę do seryjnych morderców, bo mroczne, rodzinne tajemnice chyba nieszczególnie odpowiadają moim lekturowym zainteresowaniom.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.czarnaowca.pl

„Wielbiciel”, Charlotte Link [recenzja]

136902-352x500Autor: Charlotte Link

Tytuł: Wielbiciel

Tytuł oryginalny: Der Verehrer

Wydawnictwo: Sonia Draga

Liczba stron: 424

——————————————————————————————————————————–

Klasyczny przykład zabawy w kotka i myszkę

Wielbiciel to moje pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością Charlotte Link. Jeśli ta książka jest jedną ze słabszych w dorobku Link, jak twierdzą niektórzy czytelnicy, to zastanawiam się, jak świetne muszą być jej pozostałe powieści. Trzeba przyznać, że to bardzo wciągająca lektura, o której można powiedzieć wiele dobrego.

Powieść pt. Wielbiciel to przykład literatury, po którą stosunkowo rzadko sięgam. Czytuję mnóstwo thrillerów i kryminałów, ale wyłącznie takich, w których do samego końca nie wiadomo, kto jest mordercą. Bohaterami takich książek są zazwyczaj detektywi, agenci FBI, policjanci lub prawnicy, którzy próbują rozwiązać zagadkę serii brutalnych zbrodni i tym samym zapobiec kolejnym morderstwom. W powieści Charlotte Link mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją, gdyż niemal od początku wiemy, kto jest winny i kogo szukamy. Znajomość nazwiska zabójcy czy raczej prześladowcy, co ważne, wcale nie zmniejsza przyjemności płynącej z lektury, która trzyma w napięciu właściwie do samego końca.

Trudno o fabule Wielbiciela napisać coś więcej ponad to, co znajdujemy na ostatniej stronie okładki i to nie dlatego, że w powieści nic się nie dzieje, lecz ze względu na obawę, by nieopatrznie nie zdradzić zbyt wiele.

Wieś w okolicach Augsburga. W pobliskim lesie małżeństwo podczas spaceru odnajduje zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Nie ma wątpliwości, że kobieta padła ofiarą psychopaty, który zgotował jej prawdziwe piekło. Mimo licznych obrażeń udaje się rozpoznać zamordowaną, którą okazuje się córka jednego z mieszkańców wioski. Kilka lat temu kobieta w poszukiwaniu szczęścia wyjechała z kraju i ślad po niej zaginął. Od tamtej pory nie kontaktowała się z rodziną. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowała się powrócić do wsi, w której się wychowywała. Po co? Nie wiadomo, wiadomo jednak, że brutalny morderca dopadł ją, zanim zdążyła dotrzeć do domu. Policja jest bezradna, ponieważ nie ma żadnego punktu zaczepienia. Dopiero rozmowa ze znajomą ofiary dostarcza informacji, które mogą pomóc w rozwiązaniu tej mrożącej krew w żyłach zagadki.

Mniej więcej w tym samym czasie we Frankfurcie Leona Dorn, pozostająca w szczęśliwym związku i spełniona zawodowo redaktorka, staje się przypadkowym świadkiem tragedii, która będzie miała ogromny wpływ na całe jej życie. Pech chciał, że znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Na jej oczach wyskakuje z okna młoda kobieta, która, zdoławszy wydusić z siebie jedno zdanie, wydaje ostatnie tchnienie. Leona nie może się otrząsnąć ze złych wspomnień, w nocy dręczą ją koszmary, a w ciągu dnia towarzyszą jej ponure myśli i jedno powtarzane do znudzenia pytanie: dlaczego? Dlaczego młoda, atrakcyjna kobieta zdecydowała się zabić? Jakby tego było mało, Wolfgang, mąż Leony, oświadcza jej, że ich wieloletni związek właśnie dobiegł końca. Zrozpaczona i wściekła zarazem Leona nie może uwierzyć, że człowiek, z którym spędziła przeszło 25 lat, w tym 13 lat małżeństwa, zamienił ją na lepszy model. Tego się nie spodziewała. W jej życiu następuje istny efekt domina: bolący ząb, od którego wszystko się zaczęło, samobójstwo nieznajomej kobiety, zdrada męża i rozstanie, a to zaledwie początek całego szeregu następujących po sobie dramatów, które wstrząsną życiem bohaterki i sprawią, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Wkrótce jednak szczęście się do Leony uśmiechnie i pozna kogoś, u czyjego boku będzie chciała zapomnieć o wszystkim, co złe. Uwierzy, że jest dla niej jeszcze jakaś szansa i spróbuje o nią zawalczyć. Szybko dojdzie jednak do wniosku, że w zasadzie to wpadła z deszczu pod rynnę.

Wielbiciel to świetny, trzymający w napięciu thriller, od którego po prostu nie sposób się oderwać, choć muszę przyznać, że pod koniec moje zainteresowanie nieco osłabło. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzają ani nieco irytujący bohaterowie (a kilku można by tu wymienić), ani znajomość tożsamości prześladowcy. Powieść Link to książka pełna brutalnych zbrodni i mrocznych tajemnic, w której każda odpowiedź zamiast dawać wyjaśnienie mnoży kolejne pytania. Wielbiciela polecam przede wszystkim wielbicielom gatunku!

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.soniadraga.pl

„Sprawa niebezpiecznej wdówki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

eb2db16678126c662e29d0ad71a700ecAutor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa niebezpiecznej wdówki

Tytuł oryginalny: The Case of the Dangerous Dowager

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 200

——————————————————————————————————————————–

Aha, wykombinowałeś rewelacyjny plan. Już to widzę – otrzemy się o więzienie stanowe, jeśli szczęście nam dopisze, a jeśli nie, skończymy w charakterze trupów albo skazańców (s. 13).

Mając za sobą lekturę co najmniej kilkunastu powieści z cyklu o Perrym Masonie, muszę przyznać, że Sprawa niebezpiecznej wdówki nie jest najwybitniejszym dziełem Erle’a Stanleya Gardnera. Autor wodzi wprawdzie czytelników za nos, rzucając informacje, które sprawiają, że czytający zmienia kilkakrotnie swój typ, brakuje tu jednak tempa, rosnącego napięcia i tego czegoś, co sprawia, że opowiedziana historia jest tak interesująca, że nie sposób się od niej oderwać. Szczerze mówiąc, niewiele się tutaj dzieje, a uknuta przez Gardnera intryga nie jest chyba aż tak wciągająca, jak miało to miejsce w przypadku kilku innych jego powieści. Z drugiej jednak strony każde kolejne spotkanie z tak wybitnym umysłem i sprytnym adwokatem jak Perry Mason, który dodatkowo odznacza się zamiłowaniem do pracy detektywistycznej, jest dla sympatyków tego bohatera niezwykłą przyjemnością, co sprawia, że na pewne niedociągnięcia i usterki można przymknąć oko.

W kancelarii Perry’ego Masona zjawia się zamożna wdowa, która zleca prawnikowi wykupienie od właścicieli pływającego kasyna skryptów dłużnych wystawionych przez jej wnuczkę, Sylvię Oxman. Kobieta jest przekonana, że mąż Sylvii będzie chciał je wykorzystać w sprawie rozwodowej jako dowód, że jego żona to nałogowa hazardzistka, która nie potrafi rozsądnie gospodarować własnymi pieniędzmi. Klientka Masona, Matilda Benson, obawia się, że z racji swojej słabości jej wnuczka utraci prawo do opieki nad dzieckiem i przysługującą jej córce częścią funduszu powierniczego. Po namowach ze strony Benson Mason ostatecznie zgadza się podjąć tego zadania. W tym celu udaje się do zlokalizowanego poza strefą dwunastu mil Rogu obfitości, gdzie za sprawą pewnego fortelu spotyka się z jego właścicielami. Wkrótce jednak sprawy się komplikują i to na pozór banalne zadanie okazuje się prawdziwym wyzwaniem. Mason odkrywa, że Sam Grieb, jeden z właścicieli, nie żyje, a Sylvia Oxman była na miejscu zbrodni. Prawnik robi, co może, by chronić swoją klientkę, ale w ten sposób ściąga na siebie kłopoty. Grozi mu proces o morderstwo, współudział w morderstwie lub – w najlepszym przypadku – o poplecznictwo. Policja tymczasem staje na głowie, by doprowadzić słynnego adwokata przed federalną ławę przysięgłych. Ukrywając się przed funkcjonariuszami wymiaru sprawiedliwości, Mason na własną rękę musi odkryć tożsamość zabójcy lub zabójczyni. Czy za śmierć Grieba odpowiedzialna jest Sylvia, czy może po prostu znalazła się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu? Czy motywem zabójstwa były wspomniane weksle czy też coś zupełnie innego? I co najważniejsze: czy to w ogóle było zabójstwo?

Na wszystkie te pytania odpowiedzi będzie szukał Perry Mason, w którego interesie własnym leży rozwiązanie zagadki. W poszukiwaniach będą mu oczywiście pomagać jego stali współpracownicy, czyli niezastąpiona sekretarka, Della Street, oraz właściciel agencji detektywistycznej, Paul Drake.

Jak wspomniałam na początku, nie jest to najlepsza z powieści w dorobku E. S. Gardnera. Nie jest to również typowa powieść sądowa, jak często zwykło się określać kryminały z realiami prawniczymi w tle. Tym razem dla odmiany akcja w ogóle nie rozgrywa się na sali sądowej, co może być pewnym zaskoczeniem. Powieść, jak przystało na książki Gardnera, czyta się szybko, mimo iż niewiele się dzieje. Ogółem można po Sprawę niebezpiecznej wdówki sięgnąć, choć osobiście poleciłabym raczej kilka innych powieści z cyklu o Masonie. Gardner ma w swoim dorobku lepsze pozycje i to od nich warto zacząć znajomość ze słynnym adwokatem i jego przygodami.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://dedalus.pl

„W pułapce”, A. J. Cross [recenzja]

9311_99905129311Autor: A. J. Cross

Tytuł: W pułapce

Tytuł oryginalny: Gone in Seconds

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 496

——————————————————————————————————————————–

„Zawsze gdzieś czyha drapieżca, gotowy uczynić z kogoś ofiarę” (s. 8)

Birmingham, Wielka Brytania. W zlokalizowanym w pobliżu autostrady lesie zostają odnalezione szczątki młodej kobiety. Po wstępnym dochodzeniu udaje się ustalić, że to zaginiona pięć lat wcześniej Molly James. Śledztwem w sprawie śmierci panny James ma się zająć zespół ds. niewyjaśnionych, z którym współpracuje niezależna psycholog sądowa, dr Kate Hanson. Jej zadanie polega na opracowaniu profilu psychologicznego sprawcy, który – jak przypuszcza – ma na swoim koncie szereg niezwykle brutalnych zbrodni. Wkrótce policja odkopuje kolejne ciało, a pracujący na miejscu znaleziska patolog nie ma wątpliwości, że obie zaginione kilka lat wcześniej kobiety padły ofiarą tego samego zabójcy. Oddelegowany do tej sprawy zespół na czele z Kate ponownie musi przejrzeć akta spraw sprzed lat, by znaleźć jakiś punkt zaczepienia, czyli coś, co łączy ofiary i co popchnie śledztwo do przodu. Bystra psycholog dochodzi do wniosku, że morderca musiał ewoluować, a więc w przeszłości dopuszczał się zapewne innych przestępstw na kobietach. Aby utwierdzić się w przekonaniu, że ma rację, szuka dokumentów w policyjnym archiwum. W magazynie panuje jednak chaos i, co ciekawe, dotyczy on tylko spraw, które ją interesują, a brakujące dowody budzą podejrzliwość bohaterki. Czy to zwykłe przeoczenie, efekt nieporządku czy też ktoś próbował manipulować dowodami lub – o zgrozo! – zacierać ślady? Kate swoje teorie musi skonfrontować z obecnie prowadzonym śledztwem i wspólnie z kolegami ustalić, kto skrzywdził te młode kobiety. Stawka jest wysoka, a na błędy nie ma czasu – morderca nie przestanie zabijać dopóty, dopóki nie zostanie schwytany.

Powieść A. J. Cross pt. W pułapce to jeden ze słabszych thrillerów, które zdarzyło mi się przeczytać i to nie tylko ostatnio, lecz w ogóle. Akcja jest nużąca i toczy się bardzo powoli, przez większość powieści w zasadzie nic się nie dzieje, bohaterowie natomiast są męczący, a co poniektórzy nawet denerwujący. Jedyną zaletą może być zakończenie, które na tle przeciętnej całości prezentuje się chyba całkiem nieźle.

„Mądrale nie cieszą się specjalną popularnością” (s. 268)

Maggie O’Dell, Taylor Jackson, Stacy Killian, Jane Rizzoli, Maura Isles, nie mówiąc już o innych mniej znanych, nieseryjnych bohaterkach thrillerów Spindler czy Gerritsen – wszystkie te postaci potrafiły zyskać sympatię czytelnika i sprawić, że nie mógł się oderwać od lektury, nie poznawszy ich dalszych losów. Ich doskonałe kreacje miały pozytywny wpływ na ogólną ocenę książki i sprawiały, że nawet jeśli opowiedziana historia nie była w stanie wciągnąć, to główna bohaterka wraz ze swoimi przemyśleniami, życiem prywatnym czy zawodowym ratowała powieść. Doktor Kate Hanson z wielu powodów jest protagonistką niezwykle irytującą: po pierwsze dlatego, że wydaje jej się, iż zjadła wszystkie rozumy, a po drugie dlatego, że jej paranoja, skłonność do węszenia przestępstwa i podstępu w każdym zdarzeniu oraz autorytarna postawa, zwłaszcza w stosunku do dwunastoletniej córki i kolegów z zespołu, po części zapewne będące swego rodzaju skrzywieniem zawodowym raczej nie przysparzają jej sympatyków. Jeden z bohaterów stwierdza, że dr Hanson ma problem z mężczyznami. Szczerze mówiąc, należałoby tę myśl nieco rozwinąć. Kate ma problem i z mężczyznami (w tym z byłym mężem), i z dorastającą córką, i z przełożonymi, i ze współpracownikami, a przede wszystkim ma chyba problem ze sobą samą. Konstatacja dr Hanson: „Jesteś zbyt samowolna; nie nadajesz się do pracy zespołowej” (s. 445), jest chyba najsłuszniejszym sądem, jaki w tej powieści wygłosiła.

Styl A. J. Cross zupełnie nie przypadł mi do gustu. Wprawdzie książkę czyta się dosyć szybko, co jednak nie jest zasługą wartkiej akcji, lecz dużej czcionki i krótkich rozdziałów, ale nie uznałabym tego thrillera za świetny, a co najwyżej za dobry, choć i tu nie byłabym pewna, czy ta ocena nie jest nieco na wyrost. Opis na okładce zachęcał do sięgnięcia po tę dosyć obszerną powieść, której głównym walorem zdawało się to, że jej autorka jest z wykształcenia psycholog sądową. Dostaliśmy tymczasem raczej nudną książkę, w której pierwsza naprawdę interesująca rzecz, sprawiająca, że akcja nabiera tempa i nareszcie jest jakieś napięcie (a więc coś, bez czego chyba nie wyobrażamy sobie dobrego thrillera), pojawia się na ok. 70 stron przed końcem. Irytować może również pewna maniera autorki, która prawdopodobnie nie chcąc epatować brutalnością albo próbując pobudzić wyobraźnię czytelnika, unika podawania informacji wprost, nie dając jednak wystarczających wskazówek, by czytający mógł się domyślić, o co chodzi. Dlatego właśnie trudno uchwycić tok rozumowania bohaterów oraz zrozumieć, co w danej sytuacji ich tak przeraziło. Reakcja: „O Boże!” w odpowiedzi na polecenie: „Spójrzcie na jej twarz” albo stwierdzenie w stylu: „Kate spojrzała na leżące przedmioty i już wiedziała” powinny powodować robić na nas wrażenie, wzbudzając ciekawość. My tymczasem nie mając wyjaśniającego, szczegółowego opisu, nie jesteśmy w stanie odpowiednio wczuć się w sytuację, na czym z pewnością traci sama powieść.

W pułapce bez wątpienia jest pozycją dla nowicjuszy. Miłośnikom gatunku zdecydowanie odradzam jej lekturę, ponieważ jest wiele zdecydowanie ciekawszych i zwyczajnie lepszych thrillerów, które potrafią sprawić, że czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi rozwój wypadków, nie mogąc się oderwać od lektury. Tę książkę spokojnie można sobie odpuścić. Nie warto tracić czasu.

Moja ocena: 4/10

Źródło fotografii:
http://wydawnictwoswiatksiazki.pl

„Linkin Park. Wszystko jest hybrydą”, Brad Whitaker [recenzja]

290982-352x500Autor: Brad Whitaker

Tytuł: Linkin Park. Wszystko jest hybrydą

Tytuł oryginalny: Linkin Park. All Is Hybrid

Wydawnictwo: In Rock

Liczba stron: 224

——————————————————————————————————————————–

„Idea naszego zespołu polega na łączeniu cięższych stylów z rzeczami pełnymi delikatności i piękna” (s. 53) – to zdanie to clou twórczości Linkin Park i coś, za co od blisko 12 lat każdego dnia słucham piosenek tej niezwykłej kapeli.

Na oficjalnym fanpage’u zespołu na Facebooku możemy przeczytać następującą informację: Hybrid Theory isn’t just the title of Linkin Park’s first chart-topping debut album, but a career mission statement”. Nie ma zatem wątpliwości, że zawarte w tytule biografii zespołu zdanie: „Wszystko jest hybrydą”, nie znalazło się tu przez przypadek, a łącząca pochodzące z różnych porządków elementy twórczość zespołu tylko to potwierdza.

Nie mam zamiaru zanudzać Was swoją historią, ale na wstępie muszę wspomnieć, że Linkin Park towarzyszy mi nieustannie od 2004 roku, kiedy to – nie bez wpływu otoczenia – wybłagałam u mamy, by kupiła mi Meteorę. Kolejny album, chronologicznie wcześniejszy, Hybrid Theory kupiłam już za własne pieniądze, a konkretnie za pierwsze w życiu stypendium. Po latach wiem, że były to najlepiej wydane pieniądze, ponieważ te dwa krążki sprawiły, że zakochałam się w muzyce zespołu. Do dziś Linkin Park pozostaje jedynym wykonawcą, którego mogę słuchać bez przerwy, niemal 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, ponieważ repertuar zespołu jest tak rozległy, że pozwala dobrać playlistę idealnie pasującą do mojego nastroju. I tak, gdy tryskam energią i dobrym humorem sięgam po mocniejsze, bardziej zdecydowane brzmienie w stylu: Don’t Stay, One Step Closer, Faint czy Lying From You, a gdy nastrój mam zły albo po prostu przytłacza mnie jesienna aura wolę spokojniejsze piosenki jak np.: Powerless, The Messenger, Shadow Of The Day, Chance Of Rain lub Valentine’s Day, które działają na mnie kojąco i pozwalają, wsłuchując się w głos Chestera, zapomnieć o całym świecie. W tej sytuacji nie muszę chyba wspominać, jak ogromną radość dała mi możliwość uczestnictwa w koncercie Linkin Park. Coś, czego nie sposób opisać. Bajka, która nigdy się nie kończy.

Przechodząc jednak do książki, która jest przedmiotem mojej recenzji, chciałabym potwierdzić, że każdy fan Linkin Park zdecydowanie powinien zapoznać się z tą publikacją. Zawarte w książce Whitakera fakty biograficzne z życia członków zespołu dla wielu fanów pewnie nie będą wielkim zaskoczeniem. Interesujące natomiast wydają się fragmenty dotyczące przebiegu procesu twórczego przy kolejnych płytach, a także krótkie interpretacje poszczególnych utworów oraz wyjaśnienia dotyczące znaczenia tytułów płyt. Dzięki temu możemy się dowiedzieć, jakie historie muzycy LP, w szczególności zaś dwaj wokaliści, a więc Chester i Mike, chcieli opowiedzieć nam w swoich piosenkach, możemy ponadto poznać proweniencję dziwnego dźwięku na początku i na końcu Part Of Me czy przeczytać, nad powstaniem których piosenek muzycy męczyli się najdłużej, a które powstały zupełnie spontanicznie.

Linkin Park. Wszystko jest hybrydą to – jak można przeczytać na okładce – obowiązkowa pozycja dla każdego fana, poza tym to po prostu wartościowa i całkiem interesująca biografia, która w telegraficznym skrócie przybliża nam historię jednego z najpopularniejszych zespołów, zaczynając od samego początku, czyli od okoliczności powstania oraz perturbacji związanych z wyborem wokalisty i nazwy, poprzez wszystkie kolejne płyty i starania członków LP, by pozbyć się łatki zespołu numetalowego, aż po projekty Mike’a czy Chestera już poza Linkin Park. To również miejsce, gdzie znajdziecie dyskografię LP oraz szereg fantastycznych zdjęć.

Szczerze mówiąc aż się prosi, by podczas zgłębiania przybliżonej przez Brada Whitakera historii zespołu sięgnąć po słuchawki i umilić sobie lekturę dobrze znanym i lubianym brzmieniem.

Książkę czyta się szybko po pierwsze dlatego, że temat jest interesujący, a po drugie ze względu na krótkie rozdziały i liczne fotografie. Pojawiające się co krok terminy z zakresu muzyki mogą nieco utrudniać odbiór w przypadku kogoś, kto nie zna się na muzyce tak dobrze, jak ci, którzy ją tworzą. Dla mnie sporo rzeczy było niejasnych. Irytować mogą również błędy interpunkcyjne, ale to już kwestia polskiego wydania. Ogółem polecam tę książkę przede wszystkim fanom zespołu, nie powinniście się rozczarować. Miłej lektury!

10866279_1000729469946286_8071145360061823195_o

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.inrock.pl

„Z polecenia prezydenta?”, Phillip M. Margolin [recenzja]

352x500563Autor: Phillip M. Margolin

Tytuł: Z polecenia prezydenta?

Tytuł oryginalny: Executive Privilege

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

Prywatna detektyw Dana Cutler dostaje nowe zadanie. Klient oferuje jej nieprzyzwoicie wysokie honorarium za śledzenie dziewiętnastoletniej studentki. Znajdująca się w finansowym dołku Dana nie może sobie pozwolić na odrzucenie tak intratnej propozycji. W trakcie obserwacji Charlotte Walsh Cutler fotografuje potajemne spotkanie dziewczyny z urzędującym prezydentem Stanów Zjednoczonych, Christopherem Farringtonem. Na miejscu tajemniczej schadzki Dana zostaje zaatakowana przez agentów Secret Service, na szczęście udaje jej się uciec. Nazajutrz okazuje się, że Walsh została zamordowana. Sposób działania zabójcy zdaje się wskazywać, że studentka padła ofiarą grasującego w mieście Waszyngtońskiego Rozpruwacza. Śledztwo w sprawie szaleńca wzorującego się na słynnym londyńskim zbrodniarzu prowadzi agent FBI Keith Evans. Wkrótce w mieszkaniu Dany zjawiają się rzekomi agenci FBI, którzy grożą kobiecie, że zapłaci życiem, jeśli nie odda zrobionych przez siebie zdjęć. Cutler po raz kolejny udaje się uniknąć śmierci. Od teraz jednak nie będzie miała ani chwili wytchnienia, gdziekolwiek się nie ruszy, ktoś będzie próbował ją zabić. Dana wie, że jedyną szansą na przetrwanie jest plik zdjęć – to jej karta przetargowa.

W tym samym czasie w Portlandzie prawnik kancelarii Reeda, Briggsa Brad Miller zostaje oddelegowany do złożenia apelacji w imieniu Clarence’a Little, czekającego w celi śmierci na wykonanie wyroku. Mężczyzna zarzeka się, że nie zamordował Laurie Erickson, osiemnastolatki uprowadzonej z domu Farringtona, gdy ten pełnił funkcję gubernatora stanu. Little twierdzi, że ma na tamtą noc mocne alibi. Chociaż Millera przerażają spotkania z seryjnym mordercą, chce sprawdzić, czy jego klient mówi prawdę. W tym celu rozpoczyna prywatne śledztwo, które pozwoli mu odkryć mroczne tajemnice najważniejszych ludzi w państwie, a jednocześnie sprawi, że kariera zawodowa Millera zawiśnie na włosku.

Co łączy trzy na pozór niezwiązane ze sobą sprawy? Jaki jest związek między prezydentem USA a seryjnym mordercą? Prowadzący śledztwo ws. Waszyngtońskiego Rozpruwacza agent FBI Keith Evans, prywatna detektyw Dana Cutler i prawnik Brad Miller będą musieli połączyć siły, by sprawiedliwości stało się zadość.

Z polecenia prezydenta? to bardzo dobra, wciągająca powieść, której jedynym mankamentem jest to, że przedwcześnie można się domyślić rozwiązania. Od kryminałów i thrillerów oczekujemy, by trzymały w napięciu do samego końca. Tym razem jednak nie udało się Margolinowi zwieść czujnego czytelnika (a może po prostu typując winnego, trafiłam w dziesiątkę?). Niemniej ta książka, podobnie zresztą jak cała trylogia (Z polecenia prezydenta?, Sędzia, Morderstwo na Kapitolu), jest pozycją godną uwagi. Ciekawi bohaterowie, wartka akcja, masa interesujących informacji z zakresu polityki Stanów Zjednoczonych – wszystko to sprawia, że powieść Phillipa Margolina pochłania się w mgnieniu oka. Polecam fanom gatunku.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Morderstwo na Kapitolu”, Phillip M. Margolin [recenzja]

390671-352x500Autor: Phillip M. Margolin

Tytuł: Morderstwo na Kapitolu

Tytuł oryginalny: Capitol Murder

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 384

——————————————————————————————————————————–

Morderstwo na Kapitolu to powieść zamykająca trylogię Phillipa Margolina. Nie powinny zatem dziwić liczne odwołania do poprzedzających ją części, a więc thrillerów o tytułach: Z polecenia prezydenta? oraz Sędzia. Oczywiste więc jest, że przed lekturą tej książki należałoby się zapoznać z częściami ją poprzedzającymi – po pierwsze: po to, by uniknąć spojlerów, i po drugie: po to, by właściwie zrozumieć, co łączy bohaterów i jak wiele razem przeszli.

Muszę przyznać, że Morderstwo na Kapitolu jest w moim odczuciu chyba najsłabszym ogniwem trylogii Margolina, choć czyta się tę książkę błyskawicznie. Po raz kolejny spotykamy się z trojgiem głównych bohaterów, czyli prywatną detektyw Daną Cutler, prawnikiem Bradem Millerem oraz agentem FBI Keithem Evansem. Każde z nich na pozór ma do wykonania inne zadania, ale w decydującym momencie prowadzone przez nich sprawy zaczynają się układać we wspólną całość.

Spokojne życie u boku kochającej żony to wszystko, o czym marzy Brad Miller, prawnik z Oregonu, który po poślubieniu Ginny Striker wraz z ukochaną przenosi się do Waszyngtonu. Nowa praca w biurze senatora Jacka Carsona ma być dla Brada wielką szansą. Wszystko zdaje się mówić, że czeka małżonków długie i spokojne życie, gdy nagle mediami wstrząsa sensacyjna wiadomość. Z oregońskiego więzienia zbiegł szalenie niebezpieczny seryjny morderca, Clarence Little, z którym Brad miał okazję się spotkać kilka lat temu, gdy został mu przydzielony jako obrońca z urzędu. Ginny sugeruje mężowi, że powinien mieć się na baczności, ale on upiera się, że nic im nie grozi, bo Little’a szukają tysiące policjantów. Wkrótce zaczynają ginąć kolejne kobiety, a modus operandi sprawcy do złudzenia przypomina sposób działania Little’a. Brad nie zamierza martwić się swoim „starym znajomym”, gdyż podczas posiedzenia senackiej Komisji ds. Wywiadu dowiaduje się o planowanym przez islamską komórkę ataku terrorystycznym. Wszyscy obawiają się powtórki z 11 września. Pytanie tylko, co będzie celem terrorystów, gdzie spróbują uderzyć, by unicestwić jak najwięcej niewiernych Amerykanów. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy okazuje się, że jedna z zamordowanych miała powiązania z terrorystami. Czy jej śmierć jest przypadkiem, czy też starannie zaplanowanym działaniem? Czy Clarence Little po latach posuchy znów rozpoczął swe łowy, czy i tym razem ktoś próbuje go wrobić?

Brad i Ginny wprawdzie nie chcą się pakować w kłopoty i wolą wieść spokojne, wolne od nadmiaru adrenaliny życie, jednak stanie z boku nie leży w ich naturze. Już wkrótce okaże się, że zarówno ich, jak i nieustraszoną Danę Cutler czeka sporo atrakcji, a walka z wysoko postawionymi urzędnikami jest niczym walka z wiatrakami. Czy FBI zdoła na czas pokrzyżować plany terrorystów? Jaki udział w tym przedsięwzięciu będą mieli Brad, Ginny i Dana? Jeśli jesteście ciekawi, co tym razem przydarzy się bohaterom Margolina, musicie sięgnąć po tę powieść.

Morderstwo na Kapitolu pod względem kompozycji przypomina poprzedzające je książki; całość jest podzielona na kilka części. Znów mamy sporo polityki, przepisów prawnych, cwaniactwa polityków i wybiegów stosowanych przez funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. Wszystko to układa się w interesującą powieść, choć nie tak dobrą jak dwa poprzednie tomy. Fanów autora chyba nie muszę zachęcać do lektury, pozostałym miłośnikom thrillera prawniczego również tę powieść polecam, ale zacznijcie czytać trylogię od początku. W przeciwnym razie sporo stracicie.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com