„Paryski ekspres”, Georges Simenon [recenzja]

paryski-ekspresAutor: Georges Simenon

Tytuł: Paryski ekspres

Tytuł oryginalny: L’Homme qui regardait passer les trains

Wydawnictwo: W.A.B.

Liczba stron: 232

——————————————————————————————————————————–

Proszę pozwolić, że się przedstawię: Kees Popinga, zboczeniec z Amsterdamu! (s. 114)

Georges Simenon zawsze kojarzył mi się z powieściami kryminalnymi i komisarzem paryskiej policji Jules’em Maigretem w roli głównej. Szczerze mówiąc, do momentu dość przypadkowego zetknięcia się z Paryskim ekspresem nie miałam pojęcia, że słynny belgijski autor pisał również powieści psychologiczno-obyczajowe. Przedstawiał w nich dramatyczne historie zwykłych ludzi, których do przestępstwa popchnęło nieprzychylne otoczenie, problemy lub nuda. Na przykładzie Paryskiego ekspresu widać, że w tekstach tego typu Simenon nie oddalał się za bardzo od poetyki powieści kryminalnej, której zawdzięczał swą międzynarodową sławę. Mamy zatem morderstwo i jego usiłowanie, prowadzącego śledztwo komisarza, przesłuchania świadków i, co najważniejsze, mamy mordercę. Warto jednak zauważyć, że podczas lektury „Paryskiego ekspresu” nie towarzyszy nam pytanie: kto zabił?, lecz raczej: dlaczego zabił? Skąd w typowym mieszczaninie, wzorowym pracowniku, mężu i ojcu takie pokłady agresji, skąd perwersyjne pragnienie, by zabawić się z policją w kotka i myszkę, by udowodnić światu swój spryt? Te pytania to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Kees Popinga to niczym niewyróżniający się wzorowy obywatel Groningen, który mógłby stać się przykładem dla wielu młodych ludzi. Dość zamożny (stać go na willę i spełnianie zachcianek dzieci), dobrze wykształcony (biegle włada czterema językami) ojciec dwojga dzieci żonaty z „mamusią”, jak pieszczotliwie mówi o swej małżonce. Sumienny pracownik w firmie Juliusa de Costera, który stopniowo pogrąża się w codziennej rutynie. W jego życiu nie ma miejsca na żadne szaleństwa: zdrady, alkohol czy inne używki to atrakcje, o których poczciwy Kees nawet nie marzy. Jeśli już ma zaszaleć, to wyłącznie z kolegami z klubu szachowego. Nic bowiem nie sprawia mu większej przyjemności od partyjki szachów w doborowym towarzystwie i pudełka cygar. Wszystko to jednak się kończy w momencie, gdy Popinga dowiaduje się, że firma de Costera znajduje się na skraju bankructwa. Utrata pracy wbrew temu, co można by podejrzewać, wcale go nie załamuje. Jest wstrząśnięty, to prawda, ale spostrzega, że oto właśnie nadarzyła się znakomita okazja do porzucenia dotychczasowego, nudnego życia, by stać się kimś zupełnie innym. Z dnia na dzień opuszcza więc rodzinę i wsiada do pociągu do Amsterdamu, gdzie chce się spotkać z kochanką de Costera. Piękna Pamela wyśmiewa go jednak, czym doprowadza mężczyznę do szału. W przypływie złości dusi ją ręcznikiem, choć po fakcie zarzeka się, że nie zrobił tego specjalnie. Widać użył za dużo siły. Po wszystkim jak gdyby nigdy nic wsiada do pociągu do Paryża. W stolicy Francji podejmuje grę z tajemniczym komisarzem Lucasem, który ma za zadanie doprowadzić Popingę przed oblicze sprawiedliwości. Przekonany o swym sprycie Kees nie dopuszcza do siebie myśli, że policja mogłaby wpaść na jego trop. Fanatycznie kupuje gazety z artykułami na temat „zboczeńca z Amsterdamu” (taki przydomek nadała Popindze prasa), pytając o drogę, zawsze wybiera policjantów, pisze do gazet listy, w których kpi z pracy organów ścigania, niekompetencji dziennikarzy i hipokryzji środowiska mieszczańskiego. Czuje się niezwyciężony i bezkarny. I nic dziwnego, bo graczem jest wybornym. Jak długo jednak uda mu się wodzić policję za nos? Czy uzna swój przestępczy czyn za błąd i poniesie za niego karę, czy też wpadnie w spiralę zbrodni i kłamstwa, z której nie będzie w stanie się wydostać?

O fabule powieści Simenona nie powiem nic więcej. Jeśli historia Keesa Was zaciekawiła, sięgnijcie po Paryski ekspres. Chciałabym natomiast zwrócić uwagę na kilka elementów, które uważam za niekwestionowane zalety tej książki. Na uznanie bez wątpienia zasługuje nastrój powieści. Akcja przeważnie rozgrywa się w Paryżu, nocą lub późnym wieczorem. Uciekający przed policją Popinga krąży po dzielnicach miasta, szukając bezpiecznego schronienia, w którym mógłby przenocować. Nie zawsze stać go na luksus pięciogwiazdkowego hotelu, częściej musi się decydować na podrzędne hoteliki lub ponure mieszkania. Nie potrafi zasnąć w samotności, więc zazwyczaj zaprasza do siebie jakąś prostytutkę. Z konieczności zdarza mu się również przebywać w towarzystwie złodziei i krętaczy. Trzeba przyznać, że Simenonowi doskonale udaje się uchwycić i zaprezentować mroczne zakamarki Paryża dziś uznawanego za miasto miłości.

Drugim atutem, w moim odczuciu, jest narracja Paryskiego ekspresu. Przywykłam do prozy psychologicznej, w której narracja prowadzona jest z punktu widzenia głównego bohatera. Dlatego właśnie byłam nieco zaskoczona i chyba rozczarowana, kiedy zobaczyłam, że Simenon zdecydował się na narrację trzecioosobową zamiast pierwszoosobowej. Szybko się jednak okazało, że Paryski ekspres nie jest klasyczną powieścią psychologiczną, a wybrana przez Simenona narracja to strzał w dziesiątkę. Nie dość, że trzecioosobowy, zdystansowany i nieco ironiczny narrator dopuszcza nas do myśli Keesa Popingi, zaspokajając naszą ciekawość, to jeszcze prowadzi opowieść w tak niezwykły sposób, że czyta się ją z największą przyjemnością. Sporo sympatii wzbudza również główny bohater, który swoim irracjonalnym zachowaniem, przemyśleniami lub zapiskami w notesie niejednokrotnie powoduje u czytelnika śmiech.

Zalety Paryskiego ekspresu można by pewnie mnożyć. Na koniec mogę Was tylko zachęcić do zainteresowania się tą książką. Ja sama po pierwszym spotkaniu z Simenonem zapewne przyjrzę się bliżej jego twórczości. Można w niej znaleźć istne perełki. Serdecznie polecam.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.grupawydawniczafoksal.pl

„Wioska morderców”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

459215-352x500Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Wioska morderców

Tytuł oryginalny: Das Dorf der Mörder

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 548

——————————————————————————————————————————–

Analiza moich ostatnich lekturowych wyborów wyraźnie potwierdza, że literatura niemiecka coraz częściej zaczyna gościć w kręgu moich zainteresowań. Po bardzo rozczarowującej lekturze Kołyski Judasza Bena Berkeleya w 2014 roku zrobiłam sobie przerwę od niemieckiej literatury kryminalnej, by po dwóch latach znów do niej powrócić, do czego m.in. przyczyniła się twórczość Charlotte Link i znakomity thriller pt. Wielbiciel. W międzyczasie przeczytałam też powieść Hanny Winter pt. Giń. Nie była to pozycja wybitna w swoim gatunku, jednak jej lekturę wspominam z przyjemnością. Teraz natomiast przyszła kolej na Elisabeth Herrmann i jej Wioskę morderców.

Akcja powieści z początku rozgrywa się w berlińskim ogrodzie zoologicznym, gdzie dochodzi do mrożącego krew w żyłach zdarzenia. Na wybiegu dla pekari dwie sześcioletnie dziewczynki dostrzegają ludzką rękę. Na miejscu szybko zjawia się radiowóz, a policjantka Sanela Beara wbrew woli przedszkolanki opiekującej się grupą dzieci próbuje uzyskać od sześciolatek potrzebne informacje. Pracująca w niemieckiej policji Chorwatka nie jest przekonana, czy śmierć nieznanego mężczyzny to nieszczęśliwy wypadek spowodowany lekkomyślnością zwiedzającego czy zaplanowana z zimną krwią brutalna zbrodnia. Funkcjonariusze Wydziału Zabójstw zakładają tę drugą możliwość i pod naciskiem mediów szybko znajdują podejrzaną, którą jest Charlie Rubin, pracownica zoo, zajmująca się hodowlą zwierząt przeznaczonych na pokarm dla osobników innych gatunków. Kobieta przyznaje się co prawda do popełnienia morderstwa, ale nie chce wyjaśnić okoliczności zbrodni, w tym wyboru ofiary i motywu. Sprawa wydaje się prosta: Rubin czeka proces, który musi się skończyć wyrokiem skazującym. Kobietę czeka więzienie lub szpital psychiatryczny, jeśli okaże się, że jest niepoczytalna i nie może odpowiadać za swoje czyny. Opinię na jej temat mają wydać dwaj psycholodzy: profesor Gabriel Brock oraz jego pomocnik, Jeremy Saaler, którzy przyczyn niepokojącego zachowania pacjentki zamierzają poszukać w jej przeszłości. Nie będzie to jednak łatwe, ponieważ przebywająca w areszcie śledczym Rubin nie chce ich dopuścić do swoich wspomnień z okresu dzieciństwa spędzonego w brandenburskiej wiosce Wendisch Bruch. Kobieta zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret, który popchnął ją na drogę zbrodni. W winę Charlie nie chce wierzyć policjantka Beara, która na wszelkie sposoby stara się nakłonić przełożonego, by jeszcze raz przyjrzał się niektórym faktom. Gdy Lutz Gehring po raz kolejny zbywa ją, Sanela postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę. W tym celu udaje się do rodzinnej wioski podejrzanej, gdzie nie ma już ani jednego mężczyzny. Czy ta podróż pomoże jej w odkryciu prawdy, czy też złamie jej karierę? Czy nieustraszona, zawzięta policjantka rozwikła zagadkę znikających mieszkańców Wendisch Bruch oraz wyjącej niczym stado wilków sfory psów? I co najważniejsze: czy Charlie rzeczywiście jest winna zbrodni w berlińskim zoo?

Powieść Elisabeth Herrmann to naprawdę solidny thriller, który potrafi wciągnąć czytelnika do tego stopnia, że bezskutecznie będzie on sobie obiecywał: Jeszcze tylko jeden rozdział i na dziś koniec. Wioskę morderców mimo sporej objętości czyta się bardzo szybko i z niekłamaną przyjemnością, choć niemal od samego początku wiemy, że chodzi o jakąś mroczną, rodzinną tajemnicę z przeszłości. Patrząc na fabułę, można stwierdzić, że w powieści Herrmann mamy do czynienia z dwiema parami bohaterów: Sanelą i Gehringiem oraz Jeremym i Brockiem. Mniej więcej na przemian towarzyszymy prowadzącej śledztwo Saneli, jej irytującemu przełożonemu lub dwóm psychologom. Gdy akcja przenosi się do zabitej deskami podupadłej wsi zaczynamy odczuwać nieustanne napięcie połączone z przeczuciem, że za chwilę wydarzy się coś złego, a szczegółowe opisy przestrzeni sugestywnie działają na naszą wyobraźnię, co czyni lekturę tej książki jeszcze przyjemniejszą. Z całej powieści jedynie rozdziały końcowe trochę mnie męczyły oraz rozchwiana emocjonalnie Cara Spornitz, którą jako bohaterkę chyba trudno polubić.

Na końcu Wioski morderców możemy znaleźć zapowiedź kolejnej książki Elisabeth Herrmann, która już we wrześniu ma trafić do księgarń. Ciekawa jestem, czy Śnieżny wędrowiec będzie równie udaną powieścią co Wioska morderców. Z przyjemnością po niego sięgnę, by zobaczyć, co tym razem przygotowała dla nas autorka, a tymczasem zachęcam Was do zapoznania się z pierwszą książką Herrmann o policjantce Bearze. Może i Wam przypadnie ona do gustu. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.proszynski.pl

„Zanim się pojawiłeś”, Jojo Moyes [recenzja]

473611-352x500Autor: Jojo Moyes

Tytuł: Zanim się pojawiłeś

Tytuł oryginalny: Me Before You

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 382

——————————————————————————————————————————–

Nie będę ukrywać, że po powieść Zanim się pojawiłeś sięgnęłam pod wpływem filmu. Urzeczona ekranizacją zdecydowałam się skonfrontować własną lekturę książki z niedawno obejrzanym filmem i uczuciami, które towarzyszyły mi podczas blisko dwugodzinnego seansu. Nie było zaskoczenia zakończeniem, bo i być nie mogło, ale wrażenie po lekturze jest porównywalne do wrażenia, jakie zrobił na mnie film (swoją drogą – z małymi wyjątkami – bardzo wierny literackiemu pierwowzorowi).

Zachwycająca okładka filmowa oraz informacja o tym, że powieść Jojo Moyes to najpiękniejsza historia miłosna ostatnich lat, mogą wywołać w głowie czytelnika nieznającego szczegółów fabuły skojarzenia z płytką, do bólu przewidywalną opowieścią o fascynacji księcia z bajki kopciuszkiem. Nic bardziej mylnego, mimo że w Zanim się pojawiłeś mamy i księcia, i kopciuszka. Książka nie jest bowiem tak banalnym romansem, na jaki z zewnątrz wygląda; to melodramat niosący w sobie potężny ładunek emocjonalny, który nie tylko bawi, ale i wzrusza.

Na początku warto zacząć od przedstawienia głównych postaci.

On. Trzydziestopięcioletni, przystojny, inteligentny i przedsiębiorczy mężczyzna, dla którego jeszcze do niedawna nie było rzeczy niemożliwych. Pewny siebie, kochliwy i stworzony do tego, by wycisnąć z życia możliwie jak najwięcej, w myśl zasady „Carpe diem” szalał, wiedząc, że życie ma się jedno, więc trzeba z niego korzystać. I pewnie nadal by tak żył, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek, który sprawił, że głodny przygód, od nikogo niezależny Will musiał na zawsze porzucić swoje fantastyczne życie, tracąc wszystko, co się dla niego liczyło: pracę, dziewczynę, przyjaciół i, co chyba najważniejsze, samodzielność. Porażenie czterokończynowe z człowieka niezależnego przemieniło Willa w kogoś, kto bez pomocy nie jest w stanie wykonać nawet najprostszych czynności. Przykuty do wózka zamiast żyć pełną piersią, jak miał w swoim zwyczaju, egzystuje, licząc, że ten upokarzający koszmar wreszcie się skończy. Najgorsza w tym wszystkim jest jednak dojmująca świadomość, że, dopóki naukowcy nie dokonają jakichś przełomowych odkryć w dziedzinie medycyny, lepiej nie będzie.

Ona. Dwudziestosześcioletnia, ekscentryczna, gadatliwa dziewczyna, bez wykształcenia, większych ambicji i marzeń, zawsze pozostająca w cieniu młodszej, bystrzejszej siostry. Od sześciu lat związana z zapalonym maratończykiem, dla którego liczą się tylko przebiegnięte kilometry. Po utracie pracy w kawiarni o wdzięcznej nazwie Bułka z Masłem rozpaczliwie poszukuje nowego źródła dochodów. Gdy już traci nadzieję na znalezienie pracy, jej doradca zawodowy znajduje ofertę nie do odrzucenia. Dla zatrudnionej w roli opiekunki niepełnosprawnego Willa Lou praca w Granta House jest ostatnią deską ratunku. Dla Camilli i Stevena Traynorów, rodziców Willa, ostatnią deską ratunku jest Lou. Czarująca, nieco nieokrzesana dziewczyna ma za zadanie dotrzymywać Willowi towarzystwa, poprawiać mu nastrój lub zachęcać do wyjścia z domu. Czy Lou uda się sprawić, że Will choć na chwilę zapomni o swoim kalectwie i będzie w stanie cieszyć się życiem? Jak ta osobliwa znajomość wpłynie na ich przyszłość? Co z niej wyniknie?

Powieść Zanim się pojawiłeś ma wiele zalet. Prócz przyciągających uwagę czytelnika kreacji głównych bohaterów oraz niełatwego tematu niepełnosprawności, jej cieniów i blasków, na uznanie z pewnością zasługuje narracja powieści: pierwszoosobowa, prowadzona z perspektywy Lou, silnie zsubiektyzowana. Szczerze mówiąc, nie przepadam za książkami, niebędącymi dziennikami, pamiętnikami lub autobiografiami, w których pojawia się narracja w pierwszej osobie. Zdecydowanie wolę wszystkowiedzącego, obiektywnego narratora, który przedstawia nam wydarzenia nieskażone punktem widzenia któregoś z bohaterów. Takie opowieści wydają mi się wartościowsze. Powieść Moyes można jednak uznać za swego rodzaju pamiętnik Louisy Clark, która opowiada nam słodko-gorzką historię znajomości, przyjaźni, a wreszcie i miłości dwojga młodych ludzi, którzy w normalnych okolicznościach nigdy by na siebie nie zwrócili uwagi. Wprowadzenie na karty Zanim się pojawiłeś dodatkowych narratorów (rodzice Willa, Nathan, Katrina) jest chyba swego rodzaju próbą zobiektyzowania opowieści Lou, poprzez spojrzenie na jej relację z Willem przez osoby z zewnątrz. Znów jednak wikłamy się w subiektywizm. Wydaje mi się, że skoro autorka zdecydowała się na tego rodzaju zabieg, to interesującym rozwiązaniem byłoby napisanie rozdziału również z punktu widzenia Willa, będącego przecież obok Lou głównym bohaterem powieści. Tego jednak w tej powieści nie ma.

Po skończonej lekturze niektórzy czytelnicy mogą czuć się nieco rozczarowani, a może i oszukani przez autorkę, która łudzi nas pięknymi wizjami, by ostatecznie dać nam pstryczka w nos. Niektórzy recenzenci podawali w wątpliwość wybór Moyes, twierdząc, że – kształtując losy bohaterów swojej powieści – podjęła złą decyzję. I pewnie przynajmniej po części mają oni rację. Po obejrzeniu filmu też odczuwałam mały niedosyt i psychiczny dyskomfort. Kolejne spotkanie z historią Lou i Willa dało mi jednak do myślenia i choć wciąż mam pewne obiekcje co do rozwiązania, to wydaje mi się, że potrafię zaakceptować i zrozumieć taki wybór. Jest on dość przekonujący i logicznie uzasadniony, jeśli rozważyć na chłodno wszystkie za i przeciw. Chcąc wyrobić sobie własne zdanie w tej sprawie i opowiedzieć się po którejś ze stron, koniecznie musicie sięgnąć po powieść Jojo Moyes lub obejrzeć jej ekranizację. Ta książka nie tylko Was zachwyci swoim humorem, nie tylko Was wzruszy, lecz także skłoni do refleksji nad życiem, jego wartością i prawem do decydowania o jego kształcie. Zanim się pojawiłeś to jedna z tych powieści, którym warto poświęcić czas i uwagę. Polecam.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.swiatksiazki.pl

„Sprawa mądrych małp”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawa-madrych-malp-b-iext3718091Autor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa mądrych małp

Tytuł oryginalny: The Case of the Mythical Monkeys

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 202

——————————————————————————————————————————–

Nie wiem, co jeszcze mógłby pan zeznać, ale mam nadzieję, że to pomoże mojej klientce, ponieważ w przeciwnym wypadku zrobię z pana mordercę (s. 165)

Ze stworzonym przez Erle’a Stanleya Gardnera Perrym Masonem spotykam się od dawna, podobnie zresztą jak z Dellą Street i Paulem Drakiem. Sprawa mądrych małp to kolejna okazja, by jeszcze lepiej poznać bohaterów i przeżyć fascynującą przygodę.

Gladys Doyle jest sekretarką Mauvis Niles Meade, ekscentrycznej pisarki, której sławę przyniosło napisanie powieści erotycznej. Panna Doyle na polecenie swej pracodawczyni wybiera się do kurortu narciarskiego, gdzie ma się spotkać z człowiekiem z branży filmowej, by omówić szczegóły kontraktu. Wracając z wyjazdu Gladys, w celu ominięcia gigantycznych, niedzielnych korków, ma posłużyć się skrótem, o którym opowiedziała jej szefowa. Pech jednak chce, że samochód dziewczyny grzęźnie w błocie. Na szczęście zmarzniętej i przemoczonej do suchej nitki Gladys udaje się trafić do górskiej chatki, w której przebywa burkliwy młody mężczyzna. John, bo tak się podobno nazywa, z niechęcią zgadza się, by turystka wzięła prysznic i odpoczęła po wrażeniach minionego dnia. Po przebudzeniu sekretarka odkrywa, że niemiły gospodarz zniknął, a w pokoju obok pojawiły się zwłoki, tyle że nie Johna, a jakiegoś nieznajomego mężczyzny. Gladys wpada w panikę i w popłochu ucieka z chaty. Wcześniej jednak dotyka broni, na której – rzecz jasna – pozostawia odciski palców. Nie wiedząc, co robić, zgłasza się do najlepszego adwokata, jakiego zna. W ten sposób Mason zyskuje klientkę i ściąga na siebie kłopoty, ponieważ zebrane przez policję dowody zdają się przesądzać, że to właśnie Gladys zabiła tajemniczego mężczyznę. Ona jednak wszystkiego się wypiera. Perry wie, że aby wyjaśnić zagadkę znalezionego na miejscu zbrodni szala z przysłowiowymi trzema małpkami, które nie widzą, nie słyszą i nie głoszą zła, będzie musiał balansować na granicy prawa i bezprawia. Wszystko wyjaśni się na sali sądowej w czasie rozprawy wstępnej. Kto zwycięży: agresywny i kąśliwy niczym pitbull prokurator okręgowy czy cwany adwokat, który dla klienta gotów jest zrobić wszystko? Kto wyłoży na stół asa i zgarnie wygraną?

Powieść pt. Sprawa mądrych małp nie odbiega schematem od pozostałych kryminałów E. S. Gardnera. Autor, niczym dramaturg, już na początku przedstawia nam listę osób biorących udział w przedstawieniu. Potem poznajemy bohaterkę, oskarżoną o morderstwo pierwszego stopnia przyszłą klientkę Masona, i niezależnie od okoliczności na końcu i tak lądujemy na sali rozpraw. Nie nazwałabym tej książki wybitną, ale z pewnością jest to lekka, niewymagająca lektura, po którą warto sięgnąć, gdy szuka się czegoś niezobowiązującego. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubi się Masona i jego oddanych współpracowników. Perry znów zniewala swoim sprytem i umiejętnością wykorzystywania luk w prawie. Wadą powieści jest jednak to, że zbyt wcześnie można się domyślić rozwiązania zagadki, co psuje nieco efekt końcowy i osłabia wrażenie, jakie ta książka wywarłaby na czytelniku, gdyby zakończenie było zaskakujące. Niemniej na powieści Gardnera zawsze warto znaleźć czas, tylko nie miejcie zbyt wygórowanych oczekiwań, bo się rozczarujecie. Polecam!

monkeys1

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com

„Giń”, Hanna Winter [recenzja]

352x500kkhAutor: Hanna Winter

Tytuł: Giń

Tytuł oryginalny: Stirb

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 400

——————————————————————————————————————————–

Kuba Rozpruwacz zmartwychwstał i przeprowadził się do stolicy Niemiec. To właśnie tu poluje na swoje ofiary, których życie najpierw zamienia w piekło, by ostatecznie jednym pchnięciem noża na zawsze je zakończyć.

Berlinem wstrząsa fala brutalnych morderstw. Giną kolejne kobiety, a policja jest bezradna. Na swoje ofiary grasujący po mieście szaleniec wybiera drobne kobiety o długich, sięgających ramion włosach. Oprócz podobnego wyglądu nic ich właściwie nie łączy, co znacznie zmniejsza szanse policji na schwytanie mordercy. Schemat postępowania Wypruwacza, bo taki przydomek nadała mordercy policja, zawsze jest taki sam: mężczyzna zbliża się do kobiety, którą planuje zabić, śledzi ją, poznaje plan jej dnia, po czym niespodziewanie uderza. Spędzający policji sen z powiek Wypruwacz odznacza się niesamowitą precyzją, ponieważ wie, że pomyłka nie wchodzi w grę. Do tej pory zawsze mu się udawało, wreszcie jednak trafiła kosa na kamień…

Lara Simons właśnie rozpoczyna nowy etap swojego życia. Wychowująca samotnie sześcioletnią córkę kobieta po nieudanym małżeństwie postanawia w końcu zawalczyć o szczęście. Gdy ją poznajemy, otwiera właśnie swoją nową kawiarnię. Po uroczystości otwarcia lokalu podekscytowana swym sukcesem Lara wraca do domu. Szybko się jednak okazuje, że tego wieczoru czeka ją jeszcze sporo atrakcji… Na pustej drodze kobieta łapie gumę i zupełnie nie wie, co robić. Kiedy widzi nadjeżdżającą taksówkę, myśli, że właśnie szczęście się do niej uśmiechnęło. Po chwili już wie, że wsiadając do samochodu nieznajomego, popełniła największy błąd w swoim życiu. Mężczyzna rzuca się na Larę, próbując ją zabić, a ona tylko dzięki przezorności przyjaciela jest w stanie powstrzymać napastnika i uciec. I zostawić wspomnienie tej koszmarnej nocy za sobą. Już nigdy do niego nie wracać.

To jednak nie koniec koszmaru. Wkrótce ktoś demoluje kawiarnię Simons. Pogróżki na ścianach nie pozostawiają wątpliwości, że to sprawka spotkanego szaleńca, który odgraża się, że dopadnie Larę. Gdy policja stwierdza, że kobieta jest niedoszłą ofiarą Wypruwacza, proponuje jej przystąpienie do programu ochrony świadków. Nie mając innego wyjścia, Lara decyduje się pożegnać z dawnym życiem – zamyka kawiarnię, zmienia tożsamość i przenosi się na Rugię. Ma nadzieję, że w ten sposób uwolni się od przeszłości i zapewni Emmie bezpieczeństwo.

Po sześciu latach koszmar powraca, bo Larze wydaje się, że Wypruwacz ją odnalazł i znów poluje na jej życie. Czy to możliwe, by rzeczywiście znalazł jej kryjówkę? A może Lara zwyczajnie popada w paranoję? Co kieruje mordercą? Czy chodzi tylko o to, że kobieta mu umknęła, czy może o coś więcej?

Powieść Hanny Winter to całkiem niezły kryminał, choć nie jest tak przerażający, jak przedstawiono go na okładce. Osobiście jestem nieco zawiedziona, ponieważ lubię książki, od których nie sposób się oderwać. Opowieść jest prowadzona dwutorowo, dzięki czemu możemy poznać uczucia mordercy oraz motywy jego działania. Książkę czyta się dość szybko (to również zasługa dużej czcionki), a zakończenie może stanowić pewne zaskoczenie. Autorka dość umiejętnie zwodzi czytelnika, podsuwając mu fałszywe tropy i sugestie. Plusem Giń jest bardzo ładne wydanie ze sznureczkiem pełniącym funkcję zakładki (bardzo praktyczne rozwiązanie).

Podsumowując, powiedziałabym, że Giń Hanny Winter to książka przyzwoita, choć nie należy od niej wymagać zbyt wiele. Opis na okładce nie do końca odpowiada jej rzeczywistej wartości – książka jest słabsza niż wynika to z opisu. Można się z nią zapoznać, ale jeśli tego nie zrobicie, nie stracicie zbyt wiele. Decyzja należy do Was.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
https://merlin.pl/

„Bliźnięta z lodu”, S. K. Tremayne [recenzja]

S. K. Tremayne_Bli?ni?ta z lodu FRONT.inddAutor: S. K. Tremayne

Tytuł: Bliźnięta z lodu

Tytuł oryginalny: The Ice Twins

Wydawnictwo: Czarna Owca

Liczba stron: 336

——————————————————————————————————————————–

Prawda może się okazać nie do zniesienia

Sarah i Angus Moorcroftowie byli najszczęśliwszymi rodzicami na świecie, gdy urodziły im się bliźnięta jednojajowe – dwie identyczne dziewczynki, Kirstie i Lydia; Lydia i Kirstie. Z powodu tak wyjątkowych narodzin w najbliższym otoczeniu Moorcroftów zapanowała prawdziwa euforia. Podobne jak dwie krople wody siostry od samego początku łączyła niespotykana, niezwykle silna, niemal nierozerwalna więź – wybuchały śmiechem w tym samym momencie, porozumiewały się bliźniaczym dialektem, rozumiały się dosłownie bez słów. Były dumne ze swojej wyjątkowości. Gdy trzynaście miesięcy temu jedna z sześcioletnich bliźniaczek, Lydia, zginęła w wypadku, świat zawalił się całej rodzinie Moorcroftów. Angus zaczął przesadzać z alkoholem, stał się agresywny i stracił pracę, a Sarah popadła w depresję. Ze śmiercią siostry nie pogodziła się również Kirstie, której wszystko przypominało zmarłą Lydię.

To jakiś upiorny żart, efekt przejęcia tożsamości zmarłej siostry czy bolesna prawda?

Nie mogąc otrząsnąć się z żałoby, Moorcroftowie decydują się na przeprowadzkę – deszczowy Londyn chcą zamienić na szkocką wysepkę, Eilean Torran, którą Angus odziedziczył w spadku po babce. Pomysł graniczy z szaleństwem, bo w domku przy latarni morskiej po prostu nie da się mieszkać. Zaniedbany przez lata budynek wymaga gruntownego remontu, na który małżeństwa Moorcroftów zwyczajnie nie stać. Czeka ich więc mieszkanie w domu bez ogrzewania, bieżącej wody, sieci telefonicznej i bez łodzi, którą mogliby się przeprawiać w czasie przypływu na stały ląd. Mimo to wierzą, że wszystko się jakoś ułoży i wyjdą na prostą. I nawet zaczyna się układać. Jednak gdy pewnego dnia Kirstie zadaje matce niepokojące pytanie, koszmar minionych miesięcy powraca. Dlaczego ciągle nazywasz mnie Kirstie, mamusiu? Kirstie nie żyje. To Kirstie umarła. Ja jestem Lydia – tymi słowami siedmioletnia Kirstie, a może jednak Lydia, zwraca się do matki, burząc jej spokój. Czy to możliwe, by niewłaściwe zidentyfikowali zmarłą córkę? Czyje prochy rozsypali na plaży: Lydii czy Kirstie? Jak złymi muszą być rodzicami, by nie wiedzieć, które dziecko stracili? Mnożące się przerażające pytania doprowadzają Sarę do szaleństwa. W tajemnicy przed mężem kobieta zamierza dowiedzieć się, czy Kirstie to rzeczywiście Kirstie, czy przed rokiem nie popełnili pomyłki. To jednak nie będzie łatwe. Sarah, by dotrzeć do prawdy, będzie musiała przedrzeć się przez stos z trudnością pogrzebanych złych wspomnień. Wydawało jej się, że raz na zawsze przepracowała żałobę, a teraz znów będzie musiała ją przeżyć.

Mrożący krew w żyłach, wciągający thriller. Akcja rozgrywa się na klaustrofobicznej, zimnej i przerażającej wysepce, napięcie nieustannie narasta, aż do przyprawiającego o dreszcze zakończenia – taki cytat z „The Sunday Mirror” zachęca nas do sięgnięcia po powieść S. K. Tremayne’a. Skusiłam się i cóż? Żałuję, ponieważ książka nie spełniła moich oczekiwań. Nie można wprawdzie odmówić autorowi, że potrafił sprawić, by czytelnik nieustannie się zastanawiał, która z dziewczynek rzeczywiście zginęła, a która przeżyła. Sprzeczne informacje ze strony rodziców oraz niepokojące zachowanie Kirstie-Lydii skutecznie zaciemniają obraz sytuacji, w jakiej znaleźli się Moorcroftowie. Nie bez znaczenia jest również kwestia pamięci i tego, co się z nią dzieje pod wpływem bólu i upływającego czasu. Za swego rodzaju zaskoczenie można uznać zakończenie, choć nie określiłabym go mianem arcydzieła, nawet sceneria, czyli szalejący sztorm, nie potrafiła mnie zainteresować. Dzieje się tu po prostu za mało, by nie móc oderwać się od lektury, a sama książka nie jest, niestety, tak przerażająca, jak możemy przeczytać na okładce. Z kolei pierwszoosobowa narracja, prowadzona z perspektywy matki dziewczynek przytłacza nieco postać Angusa, ukazując go jako bezwzględnego potwora.

Ogółem powieść Bliźnięta z lodu uważam za dość przeciętną. Czyta się ją wprawdzie szybko, ale nie wydaje mi się, by była to książka, którą koniecznie trzeba znać. Bohaterowie nie potrafili zyskać mojej sympatii, a sama opowieść (jak to zwykle bywa) wydaje się ciekawsza w streszczeniu na okładce niż w rzeczywistości. Nie polecam i nie zniechęcam, ponieważ to, że mnie się nie spodobała, nie oznacza przecież, że i Wam ma się nie podobać. Jeśli ktoś lubi tego typu literaturę, to może warto po tę książkę sięgnąć, ja jednak wrócę do seryjnych morderców, bo mroczne, rodzinne tajemnice chyba nieszczególnie odpowiadają moim lekturowym zainteresowaniom.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.czarnaowca.pl

„Wielbiciel”, Charlotte Link [recenzja]

136902-352x500Autor: Charlotte Link

Tytuł: Wielbiciel

Tytuł oryginalny: Der Verehrer

Wydawnictwo: Sonia Draga

Liczba stron: 424

——————————————————————————————————————————–

Klasyczny przykład zabawy w kotka i myszkę

Wielbiciel to moje pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością Charlotte Link. Jeśli ta książka jest jedną ze słabszych w dorobku Link, jak twierdzą niektórzy czytelnicy, to zastanawiam się, jak świetne muszą być jej pozostałe powieści. Trzeba przyznać, że to bardzo wciągająca lektura, o której można powiedzieć wiele dobrego.

Powieść pt. Wielbiciel to przykład literatury, po którą stosunkowo rzadko sięgam. Czytuję mnóstwo thrillerów i kryminałów, ale wyłącznie takich, w których do samego końca nie wiadomo, kto jest mordercą. Bohaterami takich książek są zazwyczaj detektywi, agenci FBI, policjanci lub prawnicy, którzy próbują rozwiązać zagadkę serii brutalnych zbrodni i tym samym zapobiec kolejnym morderstwom. W powieści Charlotte Link mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją, gdyż niemal od początku wiemy, kto jest winny i kogo szukamy. Znajomość nazwiska zabójcy czy raczej prześladowcy, co ważne, wcale nie zmniejsza przyjemności płynącej z lektury, która trzyma w napięciu właściwie do samego końca.

Trudno o fabule Wielbiciela napisać coś więcej ponad to, co znajdujemy na ostatniej stronie okładki i to nie dlatego, że w powieści nic się nie dzieje, lecz ze względu na obawę, by nieopatrznie nie zdradzić zbyt wiele.

Wieś w okolicach Augsburga. W pobliskim lesie małżeństwo podczas spaceru odnajduje zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Nie ma wątpliwości, że kobieta padła ofiarą psychopaty, który zgotował jej prawdziwe piekło. Mimo licznych obrażeń udaje się rozpoznać zamordowaną, którą okazuje się córka jednego z mieszkańców wioski. Kilka lat temu kobieta w poszukiwaniu szczęścia wyjechała z kraju i ślad po niej zaginął. Od tamtej pory nie kontaktowała się z rodziną. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowała się powrócić do wsi, w której się wychowywała. Po co? Nie wiadomo, wiadomo jednak, że brutalny morderca dopadł ją, zanim zdążyła dotrzeć do domu. Policja jest bezradna, ponieważ nie ma żadnego punktu zaczepienia. Dopiero rozmowa ze znajomą ofiary dostarcza informacji, które mogą pomóc w rozwiązaniu tej mrożącej krew w żyłach zagadki.

Mniej więcej w tym samym czasie we Frankfurcie Leona Dorn, pozostająca w szczęśliwym związku i spełniona zawodowo redaktorka, staje się przypadkowym świadkiem tragedii, która będzie miała ogromny wpływ na całe jej życie. Pech chciał, że znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Na jej oczach wyskakuje z okna młoda kobieta, która, zdoławszy wydusić z siebie jedno zdanie, wydaje ostatnie tchnienie. Leona nie może się otrząsnąć ze złych wspomnień, w nocy dręczą ją koszmary, a w ciągu dnia towarzyszą jej ponure myśli i jedno powtarzane do znudzenia pytanie: dlaczego? Dlaczego młoda, atrakcyjna kobieta zdecydowała się zabić? Jakby tego było mało, Wolfgang, mąż Leony, oświadcza jej, że ich wieloletni związek właśnie dobiegł końca. Zrozpaczona i wściekła zarazem Leona nie może uwierzyć, że człowiek, z którym spędziła przeszło 25 lat, w tym 13 lat małżeństwa, zamienił ją na lepszy model. Tego się nie spodziewała. W jej życiu następuje istny efekt domina: bolący ząb, od którego wszystko się zaczęło, samobójstwo nieznajomej kobiety, zdrada męża i rozstanie, a to zaledwie początek całego szeregu następujących po sobie dramatów, które wstrząsną życiem bohaterki i sprawią, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Wkrótce jednak szczęście się do Leony uśmiechnie i pozna kogoś, u czyjego boku będzie chciała zapomnieć o wszystkim, co złe. Uwierzy, że jest dla niej jeszcze jakaś szansa i spróbuje o nią zawalczyć. Szybko dojdzie jednak do wniosku, że w zasadzie to wpadła z deszczu pod rynnę.

Wielbiciel to świetny, trzymający w napięciu thriller, od którego po prostu nie sposób się oderwać, choć muszę przyznać, że pod koniec moje zainteresowanie nieco osłabło. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzają ani nieco irytujący bohaterowie (a kilku można by tu wymienić), ani znajomość tożsamości prześladowcy. Powieść Link to książka pełna brutalnych zbrodni i mrocznych tajemnic, w której każda odpowiedź zamiast dawać wyjaśnienie mnoży kolejne pytania. Wielbiciela polecam przede wszystkim wielbicielom gatunku!

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.soniadraga.pl

„Sprawa niebezpiecznej wdówki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

eb2db16678126c662e29d0ad71a700ecAutor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa niebezpiecznej wdówki

Tytuł oryginalny: The Case of the Dangerous Dowager

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 200

——————————————————————————————————————————–

Aha, wykombinowałeś rewelacyjny plan. Już to widzę – otrzemy się o więzienie stanowe, jeśli szczęście nam dopisze, a jeśli nie, skończymy w charakterze trupów albo skazańców (s. 13).

Mając za sobą lekturę co najmniej kilkunastu powieści z cyklu o Perrym Masonie, muszę przyznać, że Sprawa niebezpiecznej wdówki nie jest najwybitniejszym dziełem Erle’a Stanleya Gardnera. Autor wodzi wprawdzie czytelników za nos, rzucając informacje, które sprawiają, że czytający zmienia kilkakrotnie swój typ, brakuje tu jednak tempa, rosnącego napięcia i tego czegoś, co sprawia, że opowiedziana historia jest tak interesująca, że nie sposób się od niej oderwać. Szczerze mówiąc, niewiele się tutaj dzieje, a uknuta przez Gardnera intryga nie jest chyba aż tak wciągająca, jak miało to miejsce w przypadku kilku innych jego powieści. Z drugiej jednak strony każde kolejne spotkanie z tak wybitnym umysłem i sprytnym adwokatem jak Perry Mason, który dodatkowo odznacza się zamiłowaniem do pracy detektywistycznej, jest dla sympatyków tego bohatera niezwykłą przyjemnością, co sprawia, że na pewne niedociągnięcia i usterki można przymknąć oko.

W kancelarii Perry’ego Masona zjawia się zamożna wdowa, która zleca prawnikowi wykupienie od właścicieli pływającego kasyna skryptów dłużnych wystawionych przez jej wnuczkę, Sylvię Oxman. Kobieta jest przekonana, że mąż Sylvii będzie chciał je wykorzystać w sprawie rozwodowej jako dowód, że jego żona to nałogowa hazardzistka, która nie potrafi rozsądnie gospodarować własnymi pieniędzmi. Klientka Masona, Matilda Benson, obawia się, że z racji swojej słabości jej wnuczka utraci prawo do opieki nad dzieckiem i przysługującą jej córce częścią funduszu powierniczego. Po namowach ze strony Benson Mason ostatecznie zgadza się podjąć tego zadania. W tym celu udaje się do zlokalizowanego poza strefą dwunastu mil Rogu obfitości, gdzie za sprawą pewnego fortelu spotyka się z jego właścicielami. Wkrótce jednak sprawy się komplikują i to na pozór banalne zadanie okazuje się prawdziwym wyzwaniem. Mason odkrywa, że Sam Grieb, jeden z właścicieli, nie żyje, a Sylvia Oxman była na miejscu zbrodni. Prawnik robi, co może, by chronić swoją klientkę, ale w ten sposób ściąga na siebie kłopoty. Grozi mu proces o morderstwo, współudział w morderstwie lub – w najlepszym przypadku – o poplecznictwo. Policja tymczasem staje na głowie, by doprowadzić słynnego adwokata przed federalną ławę przysięgłych. Ukrywając się przed funkcjonariuszami wymiaru sprawiedliwości, Mason na własną rękę musi odkryć tożsamość zabójcy lub zabójczyni. Czy za śmierć Grieba odpowiedzialna jest Sylvia, czy może po prostu znalazła się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu? Czy motywem zabójstwa były wspomniane weksle czy też coś zupełnie innego? I co najważniejsze: czy to w ogóle było zabójstwo?

Na wszystkie te pytania odpowiedzi będzie szukał Perry Mason, w którego interesie własnym leży rozwiązanie zagadki. W poszukiwaniach będą mu oczywiście pomagać jego stali współpracownicy, czyli niezastąpiona sekretarka, Della Street, oraz właściciel agencji detektywistycznej, Paul Drake.

Jak wspomniałam na początku, nie jest to najlepsza z powieści w dorobku E. S. Gardnera. Nie jest to również typowa powieść sądowa, jak często zwykło się określać kryminały z realiami prawniczymi w tle. Tym razem dla odmiany akcja w ogóle nie rozgrywa się na sali sądowej, co może być pewnym zaskoczeniem. Powieść, jak przystało na książki Gardnera, czyta się szybko, mimo iż niewiele się dzieje. Ogółem można po Sprawę niebezpiecznej wdówki sięgnąć, choć osobiście poleciłabym raczej kilka innych powieści z cyklu o Masonie. Gardner ma w swoim dorobku lepsze pozycje i to od nich warto zacząć znajomość ze słynnym adwokatem i jego przygodami.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://dedalus.pl

„W pułapce”, A. J. Cross [recenzja]

9311_99905129311Autor: A. J. Cross

Tytuł: W pułapce

Tytuł oryginalny: Gone in Seconds

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 496

——————————————————————————————————————————–

„Zawsze gdzieś czyha drapieżca, gotowy uczynić z kogoś ofiarę” (s. 8)

Birmingham, Wielka Brytania. W zlokalizowanym w pobliżu autostrady lesie zostają odnalezione szczątki młodej kobiety. Po wstępnym dochodzeniu udaje się ustalić, że to zaginiona pięć lat wcześniej Molly James. Śledztwem w sprawie śmierci panny James ma się zająć zespół ds. niewyjaśnionych, z którym współpracuje niezależna psycholog sądowa, dr Kate Hanson. Jej zadanie polega na opracowaniu profilu psychologicznego sprawcy, który – jak przypuszcza – ma na swoim koncie szereg niezwykle brutalnych zbrodni. Wkrótce policja odkopuje kolejne ciało, a pracujący na miejscu znaleziska patolog nie ma wątpliwości, że obie zaginione kilka lat wcześniej kobiety padły ofiarą tego samego zabójcy. Oddelegowany do tej sprawy zespół na czele z Kate ponownie musi przejrzeć akta spraw sprzed lat, by znaleźć jakiś punkt zaczepienia, czyli coś, co łączy ofiary i co popchnie śledztwo do przodu. Bystra psycholog dochodzi do wniosku, że morderca musiał ewoluować, a więc w przeszłości dopuszczał się zapewne innych przestępstw na kobietach. Aby utwierdzić się w przekonaniu, że ma rację, szuka dokumentów w policyjnym archiwum. W magazynie panuje jednak chaos i, co ciekawe, dotyczy on tylko spraw, które ją interesują, a brakujące dowody budzą podejrzliwość bohaterki. Czy to zwykłe przeoczenie, efekt nieporządku czy też ktoś próbował manipulować dowodami lub – o zgrozo! – zacierać ślady? Kate swoje teorie musi skonfrontować z obecnie prowadzonym śledztwem i wspólnie z kolegami ustalić, kto skrzywdził te młode kobiety. Stawka jest wysoka, a na błędy nie ma czasu – morderca nie przestanie zabijać dopóty, dopóki nie zostanie schwytany.

Powieść A. J. Cross pt. W pułapce to jeden ze słabszych thrillerów, które zdarzyło mi się przeczytać i to nie tylko ostatnio, lecz w ogóle. Akcja jest nużąca i toczy się bardzo powoli, przez większość powieści w zasadzie nic się nie dzieje, bohaterowie natomiast są męczący, a co poniektórzy nawet denerwujący. Jedyną zaletą może być zakończenie, które na tle przeciętnej całości prezentuje się chyba całkiem nieźle.

„Mądrale nie cieszą się specjalną popularnością” (s. 268)

Maggie O’Dell, Taylor Jackson, Stacy Killian, Jane Rizzoli, Maura Isles, nie mówiąc już o innych mniej znanych, nieseryjnych bohaterkach thrillerów Spindler czy Gerritsen – wszystkie te postaci potrafiły zyskać sympatię czytelnika i sprawić, że nie mógł się oderwać od lektury, nie poznawszy ich dalszych losów. Ich doskonałe kreacje miały pozytywny wpływ na ogólną ocenę książki i sprawiały, że nawet jeśli opowiedziana historia nie była w stanie wciągnąć, to główna bohaterka wraz ze swoimi przemyśleniami, życiem prywatnym czy zawodowym ratowała powieść. Doktor Kate Hanson z wielu powodów jest protagonistką niezwykle irytującą: po pierwsze dlatego, że wydaje jej się, iż zjadła wszystkie rozumy, a po drugie dlatego, że jej paranoja, skłonność do węszenia przestępstwa i podstępu w każdym zdarzeniu oraz autorytarna postawa, zwłaszcza w stosunku do dwunastoletniej córki i kolegów z zespołu, po części zapewne będące swego rodzaju skrzywieniem zawodowym raczej nie przysparzają jej sympatyków. Jeden z bohaterów stwierdza, że dr Hanson ma problem z mężczyznami. Szczerze mówiąc, należałoby tę myśl nieco rozwinąć. Kate ma problem i z mężczyznami (w tym z byłym mężem), i z dorastającą córką, i z przełożonymi, i ze współpracownikami, a przede wszystkim ma chyba problem ze sobą samą. Konstatacja dr Hanson: „Jesteś zbyt samowolna; nie nadajesz się do pracy zespołowej” (s. 445), jest chyba najsłuszniejszym sądem, jaki w tej powieści wygłosiła.

Styl A. J. Cross zupełnie nie przypadł mi do gustu. Wprawdzie książkę czyta się dosyć szybko, co jednak nie jest zasługą wartkiej akcji, lecz dużej czcionki i krótkich rozdziałów, ale nie uznałabym tego thrillera za świetny, a co najwyżej za dobry, choć i tu nie byłabym pewna, czy ta ocena nie jest nieco na wyrost. Opis na okładce zachęcał do sięgnięcia po tę dosyć obszerną powieść, której głównym walorem zdawało się to, że jej autorka jest z wykształcenia psycholog sądową. Dostaliśmy tymczasem raczej nudną książkę, w której pierwsza naprawdę interesująca rzecz, sprawiająca, że akcja nabiera tempa i nareszcie jest jakieś napięcie (a więc coś, bez czego chyba nie wyobrażamy sobie dobrego thrillera), pojawia się na ok. 70 stron przed końcem. Irytować może również pewna maniera autorki, która prawdopodobnie nie chcąc epatować brutalnością albo próbując pobudzić wyobraźnię czytelnika, unika podawania informacji wprost, nie dając jednak wystarczających wskazówek, by czytający mógł się domyślić, o co chodzi. Dlatego właśnie trudno uchwycić tok rozumowania bohaterów oraz zrozumieć, co w danej sytuacji ich tak przeraziło. Reakcja: „O Boże!” w odpowiedzi na polecenie: „Spójrzcie na jej twarz” albo stwierdzenie w stylu: „Kate spojrzała na leżące przedmioty i już wiedziała” powinny powodować robić na nas wrażenie, wzbudzając ciekawość. My tymczasem nie mając wyjaśniającego, szczegółowego opisu, nie jesteśmy w stanie odpowiednio wczuć się w sytuację, na czym z pewnością traci sama powieść.

W pułapce bez wątpienia jest pozycją dla nowicjuszy. Miłośnikom gatunku zdecydowanie odradzam jej lekturę, ponieważ jest wiele zdecydowanie ciekawszych i zwyczajnie lepszych thrillerów, które potrafią sprawić, że czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi rozwój wypadków, nie mogąc się oderwać od lektury. Tę książkę spokojnie można sobie odpuścić. Nie warto tracić czasu.

Moja ocena: 4/10

Źródło fotografii:
http://wydawnictwoswiatksiazki.pl