„Wielbiciel”, Charlotte Link [recenzja]

136902-352x500Autor: Charlotte Link

Tytuł: Wielbiciel

Tytuł oryginalny: Der Verehrer

Wydawnictwo: Sonia Draga

Liczba stron: 424

——————————————————————————————————————————–

Klasyczny przykład zabawy w kotka i myszkę

Wielbiciel to moje pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością Charlotte Link. Jeśli ta książka jest jedną ze słabszych w dorobku Link, jak twierdzą niektórzy czytelnicy, to zastanawiam się, jak świetne muszą być jej pozostałe powieści. Trzeba przyznać, że to bardzo wciągająca lektura, o której można powiedzieć wiele dobrego.

Powieść pt. Wielbiciel to przykład literatury, po którą stosunkowo rzadko sięgam. Czytuję mnóstwo thrillerów i kryminałów, ale wyłącznie takich, w których do samego końca nie wiadomo, kto jest mordercą. Bohaterami takich książek są zazwyczaj detektywi, agenci FBI, policjanci lub prawnicy, którzy próbują rozwiązać zagadkę serii brutalnych zbrodni i tym samym zapobiec kolejnym morderstwom. W powieści Charlotte Link mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją, gdyż niemal od początku wiemy, kto jest winny i kogo szukamy. Znajomość nazwiska zabójcy czy raczej prześladowcy, co ważne, wcale nie zmniejsza przyjemności płynącej z lektury, która trzyma w napięciu właściwie do samego końca.

Trudno o fabule Wielbiciela napisać coś więcej ponad to, co znajdujemy na ostatniej stronie okładki i to nie dlatego, że w powieści nic się nie dzieje, lecz ze względu na obawę, by nieopatrznie nie zdradzić zbyt wiele.

Wieś w okolicach Augsburga. W pobliskim lesie małżeństwo podczas spaceru odnajduje zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Nie ma wątpliwości, że kobieta padła ofiarą psychopaty, który zgotował jej prawdziwe piekło. Mimo licznych obrażeń udaje się rozpoznać zamordowaną, którą okazuje się córka jednego z mieszkańców wioski. Kilka lat temu kobieta w poszukiwaniu szczęścia wyjechała z kraju i ślad po niej zaginął. Od tamtej pory nie kontaktowała się z rodziną. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowała się powrócić do wsi, w której się wychowywała. Po co? Nie wiadomo, wiadomo jednak, że brutalny morderca dopadł ją, zanim zdążyła dotrzeć do domu. Policja jest bezradna, ponieważ nie ma żadnego punktu zaczepienia. Dopiero rozmowa ze znajomą ofiary dostarcza informacji, które mogą pomóc w rozwiązaniu tej mrożącej krew w żyłach zagadki.

Mniej więcej w tym samym czasie we Frankfurcie Leona Dorn, pozostająca w szczęśliwym związku i spełniona zawodowo redaktorka, staje się przypadkowym świadkiem tragedii, która będzie miała ogromny wpływ na całe jej życie. Pech chciał, że znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Na jej oczach wyskakuje z okna młoda kobieta, która, zdoławszy wydusić z siebie jedno zdanie, wydaje ostatnie tchnienie. Leona nie może się otrząsnąć ze złych wspomnień, w nocy dręczą ją koszmary, a w ciągu dnia towarzyszą jej ponure myśli i jedno powtarzane do znudzenia pytanie: dlaczego? Dlaczego młoda, atrakcyjna kobieta zdecydowała się zabić? Jakby tego było mało, Wolfgang, mąż Leony, oświadcza jej, że ich wieloletni związek właśnie dobiegł końca. Zrozpaczona i wściekła zarazem Leona nie może uwierzyć, że człowiek, z którym spędziła przeszło 25 lat, w tym 13 lat małżeństwa, zamienił ją na lepszy model. Tego się nie spodziewała. W jej życiu następuje istny efekt domina: bolący ząb, od którego wszystko się zaczęło, samobójstwo nieznajomej kobiety, zdrada męża i rozstanie, a to zaledwie początek całego szeregu następujących po sobie dramatów, które wstrząsną życiem bohaterki i sprawią, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Wkrótce jednak szczęście się do Leony uśmiechnie i pozna kogoś, u czyjego boku będzie chciała zapomnieć o wszystkim, co złe. Uwierzy, że jest dla niej jeszcze jakaś szansa i spróbuje o nią zawalczyć. Szybko dojdzie jednak do wniosku, że w zasadzie to wpadła z deszczu pod rynnę.

Wielbiciel to świetny, trzymający w napięciu thriller, od którego po prostu nie sposób się oderwać, choć muszę przyznać, że pod koniec moje zainteresowanie nieco osłabło. W czerpaniu przyjemności z lektury nie przeszkadzają ani nieco irytujący bohaterowie (a kilku można by tu wymienić), ani znajomość tożsamości prześladowcy. Powieść Link to książka pełna brutalnych zbrodni i mrocznych tajemnic, w której każda odpowiedź zamiast dawać wyjaśnienie mnoży kolejne pytania. Wielbiciela polecam przede wszystkim wielbicielom gatunku!

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.soniadraga.pl

„Sprawa niebezpiecznej wdówki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

eb2db16678126c662e29d0ad71a700ecAutor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa niebezpiecznej wdówki

Tytuł oryginalny: The Case of the Dangerous Dowager

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 200

——————————————————————————————————————————–

Aha, wykombinowałeś rewelacyjny plan. Już to widzę – otrzemy się o więzienie stanowe, jeśli szczęście nam dopisze, a jeśli nie, skończymy w charakterze trupów albo skazańców (s. 13).

Mając za sobą lekturę co najmniej kilkunastu powieści z cyklu o Perrym Masonie, muszę przyznać, że Sprawa niebezpiecznej wdówki nie jest najwybitniejszym dziełem Erle’a Stanleya Gardnera. Autor wodzi wprawdzie czytelników za nos, rzucając informacje, które sprawiają, że czytający zmienia kilkakrotnie swój typ, brakuje tu jednak tempa, rosnącego napięcia i tego czegoś, co sprawia, że opowiedziana historia jest tak interesująca, że nie sposób się od niej oderwać. Szczerze mówiąc, niewiele się tutaj dzieje, a uknuta przez Gardnera intryga nie jest chyba aż tak wciągająca, jak miało to miejsce w przypadku kilku innych jego powieści. Z drugiej jednak strony każde kolejne spotkanie z tak wybitnym umysłem i sprytnym adwokatem jak Perry Mason, który dodatkowo odznacza się zamiłowaniem do pracy detektywistycznej, jest dla sympatyków tego bohatera niezwykłą przyjemnością, co sprawia, że na pewne niedociągnięcia i usterki można przymknąć oko.

W kancelarii Perry’ego Masona zjawia się zamożna wdowa, która zleca prawnikowi wykupienie od właścicieli pływającego kasyna skryptów dłużnych wystawionych przez jej wnuczkę, Sylvię Oxman. Kobieta jest przekonana, że mąż Sylvii będzie chciał je wykorzystać w sprawie rozwodowej jako dowód, że jego żona to nałogowa hazardzistka, która nie potrafi rozsądnie gospodarować własnymi pieniędzmi. Klientka Masona, Matilda Benson, obawia się, że z racji swojej słabości jej wnuczka utraci prawo do opieki nad dzieckiem i przysługującą jej córce częścią funduszu powierniczego. Po namowach ze strony Benson Mason ostatecznie zgadza się podjąć tego zadania. W tym celu udaje się do zlokalizowanego poza strefą dwunastu mil Rogu obfitości, gdzie za sprawą pewnego fortelu spotyka się z jego właścicielami. Wkrótce jednak sprawy się komplikują i to na pozór banalne zadanie okazuje się prawdziwym wyzwaniem. Mason odkrywa, że Sam Grieb, jeden z właścicieli, nie żyje, a Sylvia Oxman była na miejscu zbrodni. Prawnik robi, co może, by chronić swoją klientkę, ale w ten sposób ściąga na siebie kłopoty. Grozi mu proces o morderstwo, współudział w morderstwie lub – w najlepszym przypadku – o poplecznictwo. Policja tymczasem staje na głowie, by doprowadzić słynnego adwokata przed federalną ławę przysięgłych. Ukrywając się przed funkcjonariuszami wymiaru sprawiedliwości, Mason na własną rękę musi odkryć tożsamość zabójcy lub zabójczyni. Czy za śmierć Grieba odpowiedzialna jest Sylvia, czy może po prostu znalazła się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu? Czy motywem zabójstwa były wspomniane weksle czy też coś zupełnie innego? I co najważniejsze: czy to w ogóle było zabójstwo?

Na wszystkie te pytania odpowiedzi będzie szukał Perry Mason, w którego interesie własnym leży rozwiązanie zagadki. W poszukiwaniach będą mu oczywiście pomagać jego stali współpracownicy, czyli niezastąpiona sekretarka, Della Street, oraz właściciel agencji detektywistycznej, Paul Drake.

Jak wspomniałam na początku, nie jest to najlepsza z powieści w dorobku E. S. Gardnera. Nie jest to również typowa powieść sądowa, jak często zwykło się określać kryminały z realiami prawniczymi w tle. Tym razem dla odmiany akcja w ogóle nie rozgrywa się na sali sądowej, co może być pewnym zaskoczeniem. Powieść, jak przystało na książki Gardnera, czyta się szybko, mimo iż niewiele się dzieje. Ogółem można po Sprawę niebezpiecznej wdówki sięgnąć, choć osobiście poleciłabym raczej kilka innych powieści z cyklu o Masonie. Gardner ma w swoim dorobku lepsze pozycje i to od nich warto zacząć znajomość ze słynnym adwokatem i jego przygodami.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://dedalus.pl

„W pułapce”, A. J. Cross [recenzja]

9311_99905129311Autor: A. J. Cross

Tytuł: W pułapce

Tytuł oryginalny: Gone in Seconds

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 496

——————————————————————————————————————————–

„Zawsze gdzieś czyha drapieżca, gotowy uczynić z kogoś ofiarę” (s. 8)

Birmingham, Wielka Brytania. W zlokalizowanym w pobliżu autostrady lesie zostają odnalezione szczątki młodej kobiety. Po wstępnym dochodzeniu udaje się ustalić, że to zaginiona pięć lat wcześniej Molly James. Śledztwem w sprawie śmierci panny James ma się zająć zespół ds. niewyjaśnionych, z którym współpracuje niezależna psycholog sądowa, dr Kate Hanson. Jej zadanie polega na opracowaniu profilu psychologicznego sprawcy, który – jak przypuszcza – ma na swoim koncie szereg niezwykle brutalnych zbrodni. Wkrótce policja odkopuje kolejne ciało, a pracujący na miejscu znaleziska patolog nie ma wątpliwości, że obie zaginione kilka lat wcześniej kobiety padły ofiarą tego samego zabójcy. Oddelegowany do tej sprawy zespół na czele z Kate ponownie musi przejrzeć akta spraw sprzed lat, by znaleźć jakiś punkt zaczepienia, czyli coś, co łączy ofiary i co popchnie śledztwo do przodu. Bystra psycholog dochodzi do wniosku, że morderca musiał ewoluować, a więc w przeszłości dopuszczał się zapewne innych przestępstw na kobietach. Aby utwierdzić się w przekonaniu, że ma rację, szuka dokumentów w policyjnym archiwum. W magazynie panuje jednak chaos i, co ciekawe, dotyczy on tylko spraw, które ją interesują, a brakujące dowody budzą podejrzliwość bohaterki. Czy to zwykłe przeoczenie, efekt nieporządku czy też ktoś próbował manipulować dowodami lub – o zgrozo! – zacierać ślady? Kate swoje teorie musi skonfrontować z obecnie prowadzonym śledztwem i wspólnie z kolegami ustalić, kto skrzywdził te młode kobiety. Stawka jest wysoka, a na błędy nie ma czasu – morderca nie przestanie zabijać dopóty, dopóki nie zostanie schwytany.

Powieść A. J. Cross pt. W pułapce to jeden ze słabszych thrillerów, które zdarzyło mi się przeczytać i to nie tylko ostatnio, lecz w ogóle. Akcja jest nużąca i toczy się bardzo powoli, przez większość powieści w zasadzie nic się nie dzieje, bohaterowie natomiast są męczący, a co poniektórzy nawet denerwujący. Jedyną zaletą może być zakończenie, które na tle przeciętnej całości prezentuje się chyba całkiem nieźle.

„Mądrale nie cieszą się specjalną popularnością” (s. 268)

Maggie O’Dell, Taylor Jackson, Stacy Killian, Jane Rizzoli, Maura Isles, nie mówiąc już o innych mniej znanych, nieseryjnych bohaterkach thrillerów Spindler czy Gerritsen – wszystkie te postaci potrafiły zyskać sympatię czytelnika i sprawić, że nie mógł się oderwać od lektury, nie poznawszy ich dalszych losów. Ich doskonałe kreacje miały pozytywny wpływ na ogólną ocenę książki i sprawiały, że nawet jeśli opowiedziana historia nie była w stanie wciągnąć, to główna bohaterka wraz ze swoimi przemyśleniami, życiem prywatnym czy zawodowym ratowała powieść. Doktor Kate Hanson z wielu powodów jest protagonistką niezwykle irytującą: po pierwsze dlatego, że wydaje jej się, iż zjadła wszystkie rozumy, a po drugie dlatego, że jej paranoja, skłonność do węszenia przestępstwa i podstępu w każdym zdarzeniu oraz autorytarna postawa, zwłaszcza w stosunku do dwunastoletniej córki i kolegów z zespołu, po części zapewne będące swego rodzaju skrzywieniem zawodowym raczej nie przysparzają jej sympatyków. Jeden z bohaterów stwierdza, że dr Hanson ma problem z mężczyznami. Szczerze mówiąc, należałoby tę myśl nieco rozwinąć. Kate ma problem i z mężczyznami (w tym z byłym mężem), i z dorastającą córką, i z przełożonymi, i ze współpracownikami, a przede wszystkim ma chyba problem ze sobą samą. Konstatacja dr Hanson: „Jesteś zbyt samowolna; nie nadajesz się do pracy zespołowej” (s. 445), jest chyba najsłuszniejszym sądem, jaki w tej powieści wygłosiła.

Styl A. J. Cross zupełnie nie przypadł mi do gustu. Wprawdzie książkę czyta się dosyć szybko, co jednak nie jest zasługą wartkiej akcji, lecz dużej czcionki i krótkich rozdziałów, ale nie uznałabym tego thrillera za świetny, a co najwyżej za dobry, choć i tu nie byłabym pewna, czy ta ocena nie jest nieco na wyrost. Opis na okładce zachęcał do sięgnięcia po tę dosyć obszerną powieść, której głównym walorem zdawało się to, że jej autorka jest z wykształcenia psycholog sądową. Dostaliśmy tymczasem raczej nudną książkę, w której pierwsza naprawdę interesująca rzecz, sprawiająca, że akcja nabiera tempa i nareszcie jest jakieś napięcie (a więc coś, bez czego chyba nie wyobrażamy sobie dobrego thrillera), pojawia się na ok. 70 stron przed końcem. Irytować może również pewna maniera autorki, która prawdopodobnie nie chcąc epatować brutalnością albo próbując pobudzić wyobraźnię czytelnika, unika podawania informacji wprost, nie dając jednak wystarczających wskazówek, by czytający mógł się domyślić, o co chodzi. Dlatego właśnie trudno uchwycić tok rozumowania bohaterów oraz zrozumieć, co w danej sytuacji ich tak przeraziło. Reakcja: „O Boże!” w odpowiedzi na polecenie: „Spójrzcie na jej twarz” albo stwierdzenie w stylu: „Kate spojrzała na leżące przedmioty i już wiedziała” powinny powodować robić na nas wrażenie, wzbudzając ciekawość. My tymczasem nie mając wyjaśniającego, szczegółowego opisu, nie jesteśmy w stanie odpowiednio wczuć się w sytuację, na czym z pewnością traci sama powieść.

W pułapce bez wątpienia jest pozycją dla nowicjuszy. Miłośnikom gatunku zdecydowanie odradzam jej lekturę, ponieważ jest wiele zdecydowanie ciekawszych i zwyczajnie lepszych thrillerów, które potrafią sprawić, że czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi rozwój wypadków, nie mogąc się oderwać od lektury. Tę książkę spokojnie można sobie odpuścić. Nie warto tracić czasu.

Moja ocena: 4/10

Źródło fotografii:
http://wydawnictwoswiatksiazki.pl

„Linkin Park. Wszystko jest hybrydą”, Brad Whitaker [recenzja]

290982-352x500Autor: Brad Whitaker

Tytuł: Linkin Park. Wszystko jest hybrydą

Tytuł oryginalny: Linkin Park. All Is Hybrid

Wydawnictwo: In Rock

Liczba stron: 224

——————————————————————————————————————————–

„Idea naszego zespołu polega na łączeniu cięższych stylów z rzeczami pełnymi delikatności i piękna” (s. 53) – to zdanie to clou twórczości Linkin Park i coś, za co od blisko 12 lat każdego dnia słucham piosenek tej niezwykłej kapeli.

Na oficjalnym fanpage’u zespołu na Facebooku możemy przeczytać następującą informację: Hybrid Theory isn’t just the title of Linkin Park’s first chart-topping debut album, but a career mission statement”. Nie ma zatem wątpliwości, że zawarte w tytule biografii zespołu zdanie: „Wszystko jest hybrydą”, nie znalazło się tu przez przypadek, a łącząca pochodzące z różnych porządków elementy twórczość zespołu tylko to potwierdza.

Nie mam zamiaru zanudzać Was swoją historią, ale na wstępie muszę wspomnieć, że Linkin Park towarzyszy mi nieustannie od 2004 roku, kiedy to – nie bez wpływu otoczenia – wybłagałam u mamy, by kupiła mi Meteorę. Kolejny album, chronologicznie wcześniejszy, Hybrid Theory kupiłam już za własne pieniądze, a konkretnie za pierwsze w życiu stypendium. Po latach wiem, że były to najlepiej wydane pieniądze, ponieważ te dwa krążki sprawiły, że zakochałam się w muzyce zespołu. Do dziś Linkin Park pozostaje jedynym wykonawcą, którego mogę słuchać bez przerwy, niemal 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, ponieważ repertuar zespołu jest tak rozległy, że pozwala dobrać playlistę idealnie pasującą do mojego nastroju. I tak, gdy tryskam energią i dobrym humorem sięgam po mocniejsze, bardziej zdecydowane brzmienie w stylu: Don’t Stay, One Step Closer, Faint czy Lying From You, a gdy nastrój mam zły albo po prostu przytłacza mnie jesienna aura wolę spokojniejsze piosenki jak np.: Powerless, The Messenger, Shadow Of The Day, Chance Of Rain lub Valentine’s Day, które działają na mnie kojąco i pozwalają, wsłuchując się w głos Chestera, zapomnieć o całym świecie. W tej sytuacji nie muszę chyba wspominać, jak ogromną radość dała mi możliwość uczestnictwa w koncercie Linkin Park. Coś, czego nie sposób opisać. Bajka, która nigdy się nie kończy.

Przechodząc jednak do książki, która jest przedmiotem mojej recenzji, chciałabym potwierdzić, że każdy fan Linkin Park zdecydowanie powinien zapoznać się z tą publikacją. Zawarte w książce Whitakera fakty biograficzne z życia członków zespołu dla wielu fanów pewnie nie będą wielkim zaskoczeniem. Interesujące natomiast wydają się fragmenty dotyczące przebiegu procesu twórczego przy kolejnych płytach, a także krótkie interpretacje poszczególnych utworów oraz wyjaśnienia dotyczące znaczenia tytułów płyt. Dzięki temu możemy się dowiedzieć, jakie historie muzycy LP, w szczególności zaś dwaj wokaliści, a więc Chester i Mike, chcieli opowiedzieć nam w swoich piosenkach, możemy ponadto poznać proweniencję dziwnego dźwięku na początku i na końcu Part Of Me czy przeczytać, nad powstaniem których piosenek muzycy męczyli się najdłużej, a które powstały zupełnie spontanicznie.

Linkin Park. Wszystko jest hybrydą to – jak można przeczytać na okładce – obowiązkowa pozycja dla każdego fana, poza tym to po prostu wartościowa i całkiem interesująca biografia, która w telegraficznym skrócie przybliża nam historię jednego z najpopularniejszych zespołów, zaczynając od samego początku, czyli od okoliczności powstania oraz perturbacji związanych z wyborem wokalisty i nazwy, poprzez wszystkie kolejne płyty i starania członków LP, by pozbyć się łatki zespołu numetalowego, aż po projekty Mike’a czy Chestera już poza Linkin Park. To również miejsce, gdzie znajdziecie dyskografię LP oraz szereg fantastycznych zdjęć.

Szczerze mówiąc aż się prosi, by podczas zgłębiania przybliżonej przez Brada Whitakera historii zespołu sięgnąć po słuchawki i umilić sobie lekturę dobrze znanym i lubianym brzmieniem.

Książkę czyta się szybko po pierwsze dlatego, że temat jest interesujący, a po drugie ze względu na krótkie rozdziały i liczne fotografie. Pojawiające się co krok terminy z zakresu muzyki mogą nieco utrudniać odbiór w przypadku kogoś, kto nie zna się na muzyce tak dobrze, jak ci, którzy ją tworzą. Dla mnie sporo rzeczy było niejasnych. Irytować mogą również błędy interpunkcyjne, ale to już kwestia polskiego wydania. Ogółem polecam tę książkę przede wszystkim fanom zespołu, nie powinniście się rozczarować. Miłej lektury!

10866279_1000729469946286_8071145360061823195_o

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.inrock.pl

„Z polecenia prezydenta?”, Phillip M. Margolin [recenzja]

352x500563Autor: Phillip M. Margolin

Tytuł: Z polecenia prezydenta?

Tytuł oryginalny: Executive Privilege

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

Prywatna detektyw Dana Cutler dostaje nowe zadanie. Klient oferuje jej nieprzyzwoicie wysokie honorarium za śledzenie dziewiętnastoletniej studentki. Znajdująca się w finansowym dołku Dana nie może sobie pozwolić na odrzucenie tak intratnej propozycji. W trakcie obserwacji Charlotte Walsh Cutler fotografuje potajemne spotkanie dziewczyny z urzędującym prezydentem Stanów Zjednoczonych, Christopherem Farringtonem. Na miejscu tajemniczej schadzki Dana zostaje zaatakowana przez agentów Secret Service, na szczęście udaje jej się uciec. Nazajutrz okazuje się, że Walsh została zamordowana. Sposób działania zabójcy zdaje się wskazywać, że studentka padła ofiarą grasującego w mieście Waszyngtońskiego Rozpruwacza. Śledztwo w sprawie szaleńca wzorującego się na słynnym londyńskim zbrodniarzu prowadzi agent FBI Keith Evans. Wkrótce w mieszkaniu Dany zjawiają się rzekomi agenci FBI, którzy grożą kobiecie, że zapłaci życiem, jeśli nie odda zrobionych przez siebie zdjęć. Cutler po raz kolejny udaje się uniknąć śmierci. Od teraz jednak nie będzie miała ani chwili wytchnienia, gdziekolwiek się nie ruszy, ktoś będzie próbował ją zabić. Dana wie, że jedyną szansą na przetrwanie jest plik zdjęć – to jej karta przetargowa.

W tym samym czasie w Portlandzie prawnik kancelarii Reeda, Briggsa Brad Miller zostaje oddelegowany do złożenia apelacji w imieniu Clarence’a Little, czekającego w celi śmierci na wykonanie wyroku. Mężczyzna zarzeka się, że nie zamordował Laurie Erickson, osiemnastolatki uprowadzonej z domu Farringtona, gdy ten pełnił funkcję gubernatora stanu. Little twierdzi, że ma na tamtą noc mocne alibi. Chociaż Millera przerażają spotkania z seryjnym mordercą, chce sprawdzić, czy jego klient mówi prawdę. W tym celu rozpoczyna prywatne śledztwo, które pozwoli mu odkryć mroczne tajemnice najważniejszych ludzi w państwie, a jednocześnie sprawi, że kariera zawodowa Millera zawiśnie na włosku.

Co łączy trzy na pozór niezwiązane ze sobą sprawy? Jaki jest związek między prezydentem USA a seryjnym mordercą? Prowadzący śledztwo ws. Waszyngtońskiego Rozpruwacza agent FBI Keith Evans, prywatna detektyw Dana Cutler i prawnik Brad Miller będą musieli połączyć siły, by sprawiedliwości stało się zadość.

Z polecenia prezydenta? to bardzo dobra, wciągająca powieść, której jedynym mankamentem jest to, że przedwcześnie można się domyślić rozwiązania. Od kryminałów i thrillerów oczekujemy, by trzymały w napięciu do samego końca. Tym razem jednak nie udało się Margolinowi zwieść czujnego czytelnika (a może po prostu typując winnego, trafiłam w dziesiątkę?). Niemniej ta książka, podobnie zresztą jak cała trylogia (Z polecenia prezydenta?, Sędzia, Morderstwo na Kapitolu), jest pozycją godną uwagi. Ciekawi bohaterowie, wartka akcja, masa interesujących informacji z zakresu polityki Stanów Zjednoczonych – wszystko to sprawia, że powieść Phillipa Margolina pochłania się w mgnieniu oka. Polecam fanom gatunku.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Morderstwo na Kapitolu”, Phillip M. Margolin [recenzja]

390671-352x500Autor: Phillip M. Margolin

Tytuł: Morderstwo na Kapitolu

Tytuł oryginalny: Capitol Murder

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 384

——————————————————————————————————————————–

Morderstwo na Kapitolu to powieść zamykająca trylogię Phillipa Margolina. Nie powinny zatem dziwić liczne odwołania do poprzedzających ją części, a więc thrillerów o tytułach: Z polecenia prezydenta? oraz Sędzia. Oczywiste więc jest, że przed lekturą tej książki należałoby się zapoznać z częściami ją poprzedzającymi – po pierwsze: po to, by uniknąć spojlerów, i po drugie: po to, by właściwie zrozumieć, co łączy bohaterów i jak wiele razem przeszli.

Muszę przyznać, że Morderstwo na Kapitolu jest w moim odczuciu chyba najsłabszym ogniwem trylogii Margolina, choć czyta się tę książkę błyskawicznie. Po raz kolejny spotykamy się z trojgiem głównych bohaterów, czyli prywatną detektyw Daną Cutler, prawnikiem Bradem Millerem oraz agentem FBI Keithem Evansem. Każde z nich na pozór ma do wykonania inne zadania, ale w decydującym momencie prowadzone przez nich sprawy zaczynają się układać we wspólną całość.

Spokojne życie u boku kochającej żony to wszystko, o czym marzy Brad Miller, prawnik z Oregonu, który po poślubieniu Ginny Striker wraz z ukochaną przenosi się do Waszyngtonu. Nowa praca w biurze senatora Jacka Carsona ma być dla Brada wielką szansą. Wszystko zdaje się mówić, że czeka małżonków długie i spokojne życie, gdy nagle mediami wstrząsa sensacyjna wiadomość. Z oregońskiego więzienia zbiegł szalenie niebezpieczny seryjny morderca, Clarence Little, z którym Brad miał okazję się spotkać kilka lat temu, gdy został mu przydzielony jako obrońca z urzędu. Ginny sugeruje mężowi, że powinien mieć się na baczności, ale on upiera się, że nic im nie grozi, bo Little’a szukają tysiące policjantów. Wkrótce zaczynają ginąć kolejne kobiety, a modus operandi sprawcy do złudzenia przypomina sposób działania Little’a. Brad nie zamierza martwić się swoim „starym znajomym”, gdyż podczas posiedzenia senackiej Komisji ds. Wywiadu dowiaduje się o planowanym przez islamską komórkę ataku terrorystycznym. Wszyscy obawiają się powtórki z 11 września. Pytanie tylko, co będzie celem terrorystów, gdzie spróbują uderzyć, by unicestwić jak najwięcej niewiernych Amerykanów. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy okazuje się, że jedna z zamordowanych miała powiązania z terrorystami. Czy jej śmierć jest przypadkiem, czy też starannie zaplanowanym działaniem? Czy Clarence Little po latach posuchy znów rozpoczął swe łowy, czy i tym razem ktoś próbuje go wrobić?

Brad i Ginny wprawdzie nie chcą się pakować w kłopoty i wolą wieść spokojne, wolne od nadmiaru adrenaliny życie, jednak stanie z boku nie leży w ich naturze. Już wkrótce okaże się, że zarówno ich, jak i nieustraszoną Danę Cutler czeka sporo atrakcji, a walka z wysoko postawionymi urzędnikami jest niczym walka z wiatrakami. Czy FBI zdoła na czas pokrzyżować plany terrorystów? Jaki udział w tym przedsięwzięciu będą mieli Brad, Ginny i Dana? Jeśli jesteście ciekawi, co tym razem przydarzy się bohaterom Margolina, musicie sięgnąć po tę powieść.

Morderstwo na Kapitolu pod względem kompozycji przypomina poprzedzające je książki; całość jest podzielona na kilka części. Znów mamy sporo polityki, przepisów prawnych, cwaniactwa polityków i wybiegów stosowanych przez funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. Wszystko to układa się w interesującą powieść, choć nie tak dobrą jak dwa poprzednie tomy. Fanów autora chyba nie muszę zachęcać do lektury, pozostałym miłośnikom thrillera prawniczego również tę powieść polecam, ale zacznijcie czytać trylogię od początku. W przeciwnym razie sporo stracicie.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Gra w zabijanie”, J. T. Ellison [recenzja]

127112-gra-w-zabijanie-j-t-ellison-1Autor: J. T. Ellison

Tytuł: Gra w zabijanie

Tytuł oryginalny: So Close the Hand of Death

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Format: e-book

Liczba stron: 338

——————————————————————————————————————————–

„Jest mój i tylko mój” (s. 312)

Porucznik Taylor Jackson z Wydziału Zabójstw w Nashville zostaje wciągnięta w wir zbrodni przez ściganego przez nią Naśladowcę.

Niemal w tym samym momencie w trzech różnych miastach Stanów Zjednoczonych atakują naśladowcy znanych seryjnych morderców: Zodiaka, Syna Sama i Dusiciela z Bostonu. Czy to zbieg okoliczności, czy też zaplanowana z najmniejszymi szczegółami akcja, która ma wywołać panikę wśród zwykłych obywateli oraz chaos w szeregach policji?

Sierżant Fitzgerald, przyjaciel i współpracownik Taylor, przekazuje porucznik Jackson wiadomość od mordercy: „Zagrajmy” – jedno na pozór niewinne słowo, które sprawi, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Nieustraszona Taylor w obawie o bezpieczeństwo najbliższych decyduje się wejść do gry, w której główną nagrodą jest głowa pani porucznik. Nie zamierza jednak bezczynnie czekać, aż morderca zapuka do jej drzwi i z zimną krwią ją zaatakuje. Zrobi wszystko, by go uprzedzić, zanim ten zdąży pociągnąć za spust. Przy pomocy kolegów z wydziału oraz agenta FBI, Johna Baldwina, Taylor planuje odkryć tożsamość swego prześladowcy i sprawić, by cierpiał tak jak każda z jego ofiar. To zadanie będzie jednak trudniejsze i o wiele niebezpieczniejsze od wszystkich, z jakimi Taylor miała do czynienia, o czym żądna krwi Naśladowcy Jackson już wkrótce się przekona. Jak daleko jest gotów posunąć się morderca, by pokazać Taylor, gdzie jest jej miejsce? A czy Taylor ma w sobie dość siły, by zabić, by odpłacić złem za zło?

Powieść Gra w zabijanie J. T. Ellison to 6. część cyklu osnutego wokół losów porucznik policji w Nashville, Taylor Jackson. Książka ta w wersji polskojęzycznej jest dostępna wyłącznie w formie e-booka. Do wydania Gry w zabijanie na polskim rynku dostępne były tylko trzy książki z cyklu: część 1 (Złodziej dłoni), część 3 (Pocałunek śmierci) oraz część 7 (Umarli nie kłamią). Trudno powiedzieć, dlaczego Wydawnictwo HarperCollins nie wydaje wszystkich powieści Ellison po kolei, jak przystało na cykl. Teraz natomiast zdecydowało się na publikację części 6, a więc powieści bezpośrednio poprzedzającej świetny thriller Umarli nie kłamią. Chyba nie muszę pisać, jak czuje się czytelnik, który nie tylko nie orientuje się w niektórych wydarzeniach, będących kontynuacją wydarzeń z części 5 (tytuł oryg.: The Immortals, brak polskiego wydania), lecz także częściowo wie, jak się skończy Gra w zabijanie, ponieważ czytał część, która po niej następuje. Nikt nie lubi spojlerów, zwłaszcza w przypadku kryminałów, od których oczekujemy, że będą trzymać w napięciu do samego końca. Nowym czytelnikom, planującym zapoznanie się z twórczością J. T. Ellison, polecam zatem czytać powieści o przygodach Taylor Jackson w kolejności, w której ich lekturę przewidziała autorka.

Książkę polecam sympatykom porucznik Jackson, a także fanom twórczości w stylu pisarstwa Alex Kavy lub Eriki Spindler. Grę w zabijanie czyta się szybko i przyjemnie, choć nie jest to thriller wybitny. Duża liczba bohaterów i wiele nakładających się na siebie informacji mogą nieco utrudniać lekturę, choć nie powinny stanowić większego problemu. Idealna książka na nudę.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://lubimyczytac.pl

„Stalkerzy”, Paul Finch [recenzja]

d_2605Autor: Paul Finch

Tytuł: Stalkerzy

Tytuł oryginalny: Stalkers

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 448

Spełniając swoje chore zachcianki, możesz zniszczyć komuś życie

Klub Miłych Facetów – organizacja, której hasło reklamowe brzmi: „Możemy ci załatwić, że zgwałcisz dowolną kobietę w dowolnym miejscu i czasie” (s. 204), nie ponosząc za to żadnych konsekwencji. Swoim klientom organizatorzy klubu za pewną sumę pieniędzy gwarantują przyjemność i dyskrecję. Wystarczy, by zakupujący usługę mężczyzna wskazał kobietę, której pragnie, i poinformował ich, gdzie można ją znaleźć. Mili Faceci odwalą całą czarną robotę i wezmą na siebie ryzyko. Nic prostszego.

Sierżant Mark „Heck” Heckenburg z działającej w ramach Krajowego Zespołu ds. Przestępczości Jednostki ds. Seryjnych Przestępstw od dwóch lat stara się znaleźć winnych zdarzających się w całej Anglii zniknięć kobiet i dziewcząt. Blisko 40 zaginionych, a wśród nich wyłącznie kobiety sukcesu, szczęśliwe córki, żony i matki, po których słuch zaginął. Jak co dzień rano wyszły z domu do pracy lub szkoły, by już nigdy do niego nie wrócić. Mimo zaangażowania ze strony Hecka, który za wszelką cenę dąży do odkrycia prawdy, sprawa utknęła w martwym punkcie. Nawet przełożeni Heckenburga stracili już do niej cierpliwość i zdecydowali się ją zamknąć, wysyłając Hecka na przymusowy urlop, by po miesiącach bezowocnych starań zdołał dojść do siebie. Policjant nie może się pogodzić z niezrozumiałą decyzją komendanta i w tajemnicy przed przełożonymi zamierza kontynuować śledztwo na własną rękę. Chce sprawdzić kilka niedających mu spokoju tropów, które mogą się okazać strzałem w dziesiątkę. W prowadzone przez niego śledztwo niespodziewanie angażuje się Lauren Wraxford, siostra jednej z zaginionych kobiet, która nie spocznie, póki nie dowie się, co spotkało Genene. Z punktu widzenia Hecka Lauren od początku jest kulą u nogi, jednak wraz z rozwojem akcji okazuje się, że nieproszony partner w postaci zdeterminowanej kobiety to dla osamotnionego w swych działaniach Heckenburga ogromne wsparcie. Przeszkody, jakie wkrótce na swojej drodze spotkają Heck i Lauren, uświadomią im, że zadarli z ludźmi, którzy wcale nie są tak mili, jak mogłoby się wydawać…

Stalkerzy to całkiem niezłe połączenie kryminału, thrillera i powieści sensacyjnej, z naciskiem na tę ostatnią odmianę, ponieważ to ona zdaje się dominować. Szaleńcze pościgi i ucieczki, bójki na śmierć i życie oraz walka o przetrwanie – tego w powieści Paula Fincha mamy najwięcej. Tytuł powieści mylnie sugeruje, że tematem książki jest stalking. To nieprawda, gdyż w Stalkerach stalkingu nie ma w ogóle. Właściwym tematem jest prowadzone przez Hecka śledztwo, którego nieprzewidywalność i dynamika sprawiają, że książkę czyta się szybko i przyjemnie.

Pewnym nieporozumieniem jest również dobór postaci. Heck i Lauren to moim zdaniem nie do końca dopasowany tandem. Sierżant Heckenburg, choć tak odważny i tak nieustraszony, że aż nieprawdopodobny, to jednak zyskał moją sympatię, w przeciwieństwie do innego londyńskiego bohatera, a mianowicie Cormorana Strike’a z powieści Galbraitha, którego nijak nie potrafiłam polubić. W przypadku doboru partnerki dla Hecka autora chyba poniosła fantazja. Drobna, szczupła i seksowna eksżołnierka, bijąca się lepiej niż niejeden facet i nieobawiająca się stanięcia do walki ze zgrają bestialskich, psychopatycznych morderców, którzy nie cofną się przed niczym. Tak w kilku słowach można by opisać Lauren. Jest zdesperowana, to prawda, ale mimo wszystko, coś tu chyba nie do końca zagrało.

Na koniec mogę powiedzieć, że ta i tak dosyć wciągająca powieść byłaby zapewne ciekawsza, gdyby nie koncentrowała się wyłącznie na dochodzeniu Hecka. O porwaniach wiemy w zasadzie tylko ze słyszenia i z informacji zgromadzonych przez sierżanta Heckenburga. Taka jednak była decyzja autora. Mimo to można tę powieść przeczytać i nie żałować czasu poświęconego na jej lekturę. Nie należy się jednak łudzić, że to arcydzieło, ponieważ na tle innych książek sensacyjno-kryminalnych powieść Fincha z pewnością się nie wyróżnia.

Stalkerzy to kolejna powieść, w której ze Stanów Zjednoczonych przenoszę się wprost do swojego ukochanego Londynu. Kilka miesięcy temu czytałam Jedwabnika, którego akcja również rozgrywała się w stolicy Anglii, a przede mną jeszcze lektura Mrocznych przypływów Tamizy i poprzedzających ją powieści Sharon Bolton. Wkrótce podzielę się z Wami swoimi wrażeniami, a tymczasem czekam na Wasze opinie dotyczące powieści Fincha. Podobała się Wam, czy może jesteście nią rozczarowani? A może dopiero zamierzacie po nią sięgnąć, by u boku Hecka dążyć do odkrycia mrocznej prawdy? Zapraszam do komentowania!

——————————————————————————————————————————-

 Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Ściśle tajne”, Alex Kava [recenzja]

Scisle-tajneAutor: Alex Kava

Tytuł: Ściśle tajne

Tytuł oryginalny: Silent Creed

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 336

Nie dziwię się czytelnikom, dla których Ściśle tajne było pierwszym zetknięciem się z powieściami Alex Kavy, że nie mają przekonania do twórczości tej autorki. Też bym nie miała, gdybym nie czytała w przeszłości tak świetnych, trzymających w napięciu do ostatniej strony thrillerów jak: Dotyk zła, W ułamku sekundy czy Zabójczy wirus. Niestety, ostatnie powieści z cyklu o agentce FBI Maggie O’Dell (Śmiertelne napięcie, Płomienie śmierci), a także pierwsza książka z cyklu o Ryderze Creedzie (Mroczny trop) oraz poprzedzający ją Ostateczny cel – będący swego rodzaju pomostem między obiema seriami – uświadamiają nam, że nazwisko Alex Kavy na okładce nie jest już gwarancją mrożącej krew w żyłach, wciągającej opowieści. Pisarka niewątpliwie ewoluuje, tyle że nie w tym kierunku, którego spodziewaliby się jej wierni czytelnicy. Jej książki nadal zaskakują, ale już nie błyskotliwością, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, a swego rodzaju niedopracowaniem, by nie rzec słabością.

Tym razem akcja rozgrywa się w Karolinie Północnej, gdzie w wyniku ulewnych opadów deszczu dochodzi do licznych osuwisk i lawin błotnych. Na miejsce katastrofy jedzie Ryder Creed, który przy pomocy swojego psa ma przeszukać teren, na którym jeszcze niedawno znajdował się należący do DARPA ośrodek badawczy, gromadzący w swych murach śmiercionośne substancje. Za zatrudnieniem Creeda stoi Departament Obrony, który zrobi wszystko, by pewne fakty nigdy nie wyszły na jaw. Wkrótce udaje się Creedowi odnaleźć ciało jednego z naukowców. Okazuje się jednak, że mężczyzna nie zginął w wyniku obsunięcia terenu, lecz został zastrzelony. Szef DARPA wiedząc, że śledztwem zajmie się FBI, prosi swego przyjaciela, Benjamina Platta, by wysłał do Karoliny Północnej kogoś zaufanego. Wybór Bena jest oczywisty. Agentka O’Dell nie może Plattowi odmówić, ponieważ jest mu winna przysługę – gdyby ktoś zapomniał, to właśnie Benowi Maggie zawdzięcza życie. To na pozór nudne zadanie wydaje się idealną okazją do spłaty długu. Na miejscu okazuje się, że O’Dell czeka wiele atrakcji, a komuś bardzo zależy na tym, by pewne tajemnice pozostały w ukryciu. Buntowniczy charakter Maggie sprawi, że O’Dell będzie gotowa własnymi rękami przekopać całe błoto, byleby dotrzeć do skrywanej pod nim prawdy. Co z tego wyniknie? Kto stoi za śmiercią naukowców, skoro głównym winowajcą z pewnością nie jest obsunięcie terenu? Jakie grzechy ma na swoim sumieniu Departament Obrony i co zrobi, by nie ujrzały one światła dziennego?

Tak w wielkim skrócie można powiedzieć o fabule powieści Ściśle tajne. Napięcia, o którym pisali niektórzy czytelnicy, nie ma w tej książce prawie w ogóle, a w każdym razie jego ilość mnie osobiście nie zadowala. Jest kilka lepszych momentów, w których akcja przyspiesza, ale dzieje się to w wyniku żywiołu, a nie działań mordercy. Krótkie rozdziały i brak zbędnych opisów pozytywnie wpływają na lekturę, czyniąc ją szybką, przyjemną i niezbyt wymagającą. Aby książka – jak na thriller przystało – nieustannie trzymała w napięciu, wypadałoby rozwinąć niektóre elementy. Największą wadą tej pozycji jest jednak jej zakończenie – urwane niemal w pół słowa, jakby niedokończone. Dziwny zabieg ze strony autorki, a w mojej opinii kompletna pomyłka.

Po pojawiające się na rynku nowe powieści Kavy sięgam bez wahania, ale i bez entuzjazmu. Wciąż wierzę, że jedna z mistrzyń gatunku i zarazem jedna z moich ulubionych autorek jeszcze mnie czymś pozytywnie zaskoczy. Poza tym mam sentyment do Maggie, która – choć bywa momentami irytująca – od pierwszej powieści cieszy się moją sympatią i szczerze mówiąc, wątpię by to się kiedyś zmieniło, ponieważ ta kobieta jest naprawdę niesamowita. Rozumiem oczywiście, że praca w FBI nie polega wyłącznie na szaleńczych pościgach za seryjnymi mordercami, a jednak muszę przyznać, że wolałam tę Kavę sprzed lat, której historie wstrząsały czytelnikiem, pochłaniając go bez reszty.

Reasumując, książkę można przeczytać, ponieważ jest to lektura szybka, łatwa i przyjemna. Nie należy jednak spodziewać się cudów, bo ta pozycja to jedna z gorszych w dorobku Alex Kavy. Gdyby ktoś poprosił mnie o polecenie dobrego thrillera – powieści Ściśle tajne z pewnością bym mu nie zarekomendowała.

——————————————————————————————————————————

 Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.harpercollins.pl

„Sprawa nerwowej żałobniczki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawa-nerwowej-zalobniczki

Autor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa nerwowej żałobniczki

Tytuł oryginalny: The Case of the Angry Mourner

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 158

„Poszlaki to najmocniejsze dowody. Zadziwiające, jakie błędy można popełnić przy ich interpretacji”

——————————————————————————————————————————

Tak jak Sprawa podwójnej tożsamości była w moim odczuciu jedną z bardziej wciągających powieści w dorobku E. S. Gardnera, tak chyba Sprawa nerwowej żałobniczki jest jedną ze słabszych książek twórcy Perry’ego Masona. Nie twierdzę, że powieść jest nudna czy przewidywalna, bo nie jest, brakuje jej jednak charakterystycznych dla Gardnera zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że nie sposób oderwać się od lektury.

Tym razem autor zaserwował nam przede wszystkim słowne utarczki Masona z prokuratorem okręgowym, Darwinem Hale’em, którego najsilniejszą bronią na sali sądowej są: zgłoszenie sprzeciwu i wzięcie świadka w krzyżowy ogień pytań. Gardner przyzwyczaił swoich czytelników, że rozprawa sądowa stanowi oś konstrukcyjną właściwie wszystkich powieści z cyklu o najlepszym w swoich fachu adwokacie kryminalnym. Tu jednak jest ona elementem dominującym. Mniej więcej w okolicach 80. strony wstępujemy na salę sądową i już do końca powieści jej nie opuszczamy. W stosunku do innych książek nieco ograniczona jest również rola Delli Street i Paula Drake’a, którzy wprawdzie nieustannie towarzyszą Masonowi, jednak ich udział w rozwiązaniu zagadki jest mniejszy niż zazwyczaj.

Na pierwszy rzut oka fabuła Sprawy nerwowej żałobniczki sprawia wrażenie typowej. Lubiący otaczać się pięknymi kobietami Arthur B. Cushing zostaje zamordowany we własnej rezydencji. Dzięki zeznaniom służącej wiemy, że ostatni wieczór swojego życia spędził w towarzystwie Carlotty Adrian, mieszkającej nieopodal 21-letniej przyjaciółki, z którą po zjedzonej kolacji miał oglądać filmy. Matka Carlotty nie pochwalała znajomości córki z Cushingiem, którego zawsze uważała za zwykłego bawidamka. Córka jednak tłumaczyła jej, że jest nadopiekuńcza, a z Arthurem spotyka się tylko po to, by uniknąć nudy. Obawiająca się złości ze strony Carlotty Belle obiecała sobie, że tym razem nie będzie się wtrącać.

Kiedy jednak nocną ciszę przeszywa przeraźliwy krzyk kobiety, pani Adrian decyduje się sprawdzić, czy wszystko w porządku. Po dotarciu do willi Cushinga niemal od razu orientuje się, że musiało się tu wydarzyć coś strasznego. Rozbite okno, stłuczone lustro, leżąca na ziemi puderniczka jej córki i siedzący na swoim wózku inwalidzkim… martwy Arthur Cushing. Kobieta ani chwili nie zwlekając, bierze się do sprzątania, po czym jak gdyby nigdy nic wraca do domu, gdzie ku zaskoczeniu zastaje córkę, która zdaje się nie wiedzieć o śmierci Arthura. Choć żadna z kobiet otwarcie się do tego nie przyznaje, wszystko wskazuje na to, że o zabójstwo Cushinga podejrzewają siebie nawzajem. Matka jest gotowa kryć córkę, a córka chce chronić matkę. Aby uniknąć kłopotów, na wszelki wypadek planują ustalić wspólną wersję wydarzeń. Rankiem zrozpaczona Belle pod wpływem wizyty sąsiada decyduje się odwiedzić wypoczywającego w okolicy Perry’ego Masona. Ma nadzieję, że słynny adwokat wybroni jej córkę, jeśli ta zostanie oskarżona o morderstwo. Okazuje się jednak, że to pani Adrian bardziej będzie potrzebować pomocy prawnika, bo to ona, a nie córka trafia przed oblicze sądu. Oznacza to, że Mason znów będzie miał okazję popisać się swoimi umiejętnościami. Kto i dlaczego zabił bogatego flirciarza? Zebrane przez policję dowody jednoznacznie wskazują na matkę Carlotty. Czy Masonowi uda się wybronić klientkę, zanim ława przysięgłych wyda wyrok skazujący?

Jak wspomniałam na początku, w tej powieści niewiele się dzieje. Czyta się ją lekko, szybko i przyjemnie, ale brakuje jej suspensu. Szczególnie interesujący wydaje się sposób prowadzenia przez Masona przesłuchań w trakcie rozprawy wstępnej. Nieoczekiwane i na pozór absurdalne decyzje Perry’ego wprawiają oskarżyciela w osłupienie albo doprowadzają go do szału. My jednak, jako postronni obserwatorzy, możemy czerpać prawdziwą przyjemność z przyglądania się temu niezwykłemu widowisku. A zakończenie? Zaskakujące, jak zwykle.

Podsumowując: można po tę książkę sięgnąć, choć nie jest to pozycja obowiązkowa. Są lepsze. Jeśli jednak do tej pory nie zapoznaliście się jeszcze z Masonem, to najwyższy czas to zmienić!

Moja ocena: 6/10