Zapowiedzi wiodących tytułów Wydawnictwa Albatros [rok 2017]

Koniec roku to zawsze czas wszelkiego rodzaju podsumowań. Początek zaś to czas zmian, określania planów na najbliższą przyszłość i składania obietnic. W przypadku rynku wydawniczego to również czas zapowiedzi, czyli stopniowego odkrywania kart i dzielenia się z czytelnikami tym, co poszczególne wydawnictwa dla nich przygotowały. Zapowiedziami tegorocznych tytułów podzieliło się również Wydawnictwo Albatros, które w 2017 roku znów będzie rozpieszczać swoich wiernych czytelników. Lista wiodących tytułów jest długa i niezwykle intrygująca, nie sposób wymienić wszystkich znajdujących się na niej tytułów. Już na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że wiele z Albatrosowych propozycji to absolutne hity, które zadowolą nawet najbardziej wymagających miłośników literatury. Kontynuacje znanych serii i zupełnie nowe cykle. Głośne nazwiska i dopiero debiutujący autorzy. Trzymające w napięciu, mrożące krew w żyłach kryminały oraz zmuszające do refleksji opowieści o miłości, stracie i poszukiwaniu własnej tożsamości. Nagrodzone na rynku międzynarodowym książki, o których warto dyskutować i które warto poznać. Coben, Hill, Hurwitz, Martel, Riley, Carrisi, Sparks, Musso, French, Marwood, Follett i wielu, wielu innych! Bez wątpienia szykuje się wspaniały, obfitujący w świetne lektury rok. Szkoda byłoby to przegapić! Jestem przekonana, że każdy z nas znajdzie w repertuarze tego wydawnictwa coś dla siebie. Trzeba jednak pamiętać, że przedstawione przez Wydawnictwo Albatros tytuły to nie wszystkie znakomite i długo wyczekiwane książki, które ukażą się w tym roku. Pamiętamy przecież o powieści I Have A Secret autorstwa Tess Gerritsen, czyli zapowiadanym przez autorkę na czerwcowym spotkaniu w Warszawie 12. tomie cyklu Rizzoli & Isles. Kontynuacji doczekają się pewnie również fani Grahama Mastertona i jego serii o irlandzkiej policjantce, Katie Maguire. 6. część przygód tej bohaterki (tytuł oryginalny: Buried) powinna wkrótce trafić w ręce polskich czytelników. Premiery nowych książek to jednak nie wszystko! Nie możemy zapominać, że w ciągu roku czeka nas wiele wydarzeń literackich, a zatem należy się spodziewać, że nasz kraj odwiedzi jakiś znany pisarz. W przygotowanym przez wydawnictwo materiale możemy przeczytać, że Polskę odwiedzi m.in. Alex Marwood.

albatros_2017Warto również zwrócić uwagę na wznowienia wybranych książek w nowym layoucie. Na stronie internetowej wydawnictwa możemy przeczytać o Lustrzanym odbiciu Tany French z okładką pasującą do serii, w której ukazały się poprzednie powieści królowej irlandzkiego kryminału, czyli Ściana sekretów oraz Zdążyć przed zmrokiem, a także thrillery Alex Marwood i debiut B. A. Paris (premiera 15.02.2017). Nowej okładki doczeka się również Klub Julietty autorstwa Sashy Grey.

Każdy z nas pewnie czeka na coś innego, ja ze swojej strony wybrałam kilka tytułów, które zwróciły moją uwagę.

harris

Paris

dugoni

Te thrillery to trzej moi faworyci. Już nie mogę się doczekać ich lektury! :) A na co jeszcze zwrócić uwagę? Kolejne propozycje poniżej:

marwood

coben

McEwan carrisi

RZENIKDwie ostatnie pozycje, czyli Carrisi i Parsons, bardzo mnie kuszą. Z opisów wynika, że będą to świetne thrillery. Obawiam się jednak, że najpierw powinnam zacząć od książek je poprzedzających i wcale niewykluczone, że tak właśnie zrobię.

A Wy, na co najbardziej czekacie? Który tytuł przykuł Waszą uwagę?

„Szum”, Magdalena Tulli [recenzja]

302047-352x50

Autor: Magdalena Tulli

Tytuł: Szum

Wydawnictwo: Znak Literanova

Liczba stron: 192

——————————————————————————————————————————–

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni z własnej woli czytałam książkę jednego z naszych rodzimych autorów. Polskich książek z reguły nie czytam, choć filologia polska to ten kierunek studiów, któremu poświęciłam pięć lat swojego życia i który z dumą skończyłam. Nie czytam, bo wolę literaturę zagraniczną. Nie wynika to jednak z uprzedzeń i jakiejś naiwnej wiary, że to, co obce jest lepsze. Nie tu należy szukać przyczyny moich lekturowych wyborów. Skąd więc pomysł, by przeczytać Szum? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Po powieść Magdaleny Tulli, książkę powstałą w 2014 roku, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze: dostałam ją w prezencie od dobrej koleżanki, a po drugie: wciąż mam w pamięci czytane przeze mnie w 2016 roku doskonałe Włoskie szpilki, książkę, która absolutnie skradła moje serce, choć nie była lekturą wyłącznie przyjemną, lecz także niosącą w sobie gorzką i szalenie bolesną prawdę. Stanowiące zbiór 7 krótkich opowiadań Włoskie szpilki to ujmująca historia opowiedziana w sposób, który zachwyca. Tulli swą opowieścią wciąga, momentami wzbudza śmiech, choć to raczej śmiech przez łzy. Autorka skupiła się w swojej książce na problemie wyobcowania, niedopasowania, odstawania od ogółu, osamotnienia i totalnej bezradności dorastającego dziecka w starciu z nieprzychylnym mu światem. Doświadczenia narratorki to coś na kształt walki Dawida z Goliatem, w której z góry wiadomo, kto w tym starciu skazany jest na porażkę. Upokorzenia, pokorne kajania, próby wytłumaczenia się z niedostosowania się do ogólnie przyjętych reguł i obowiązujących standardów. To również sprawozdanie z trudnych relacji łączących matkę i córkę, niekochającą kobietę i niekochaną dziewczynkę, które nie potrafią znaleźć płaszczyzny porozumienia, bo i znaleźć jej nie mogą, nie szukając. Gdyby narratorka, dziś dorosła kobieta, a niegdyś wiecznie spóźniająca się uczennica, znała termin monachopsis, to pewnie właśnie tym słowem określiłaby nieprzerwanie towarzyszący jej stan. Poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu i że wszystko jest nie tak, jak być powinno. Strzał w dziesiątkę. Nic dodać, nic ująć. I chociaż może się Wam wydawać, że opisuję Włoskie szpilki, to w rzeczywistości to podsumowanie doskonale oddaje również atmosferę i problematykę wydanego trzy lata po Włoskich szpilkach Szumu. W najnowszej powieści Tulli powracają tematy poruszane w jej wcześniejszych utworach. Szum w moim odczuciu to niejako kontynuacja opowieści podjętej przed laty. To jej przypomnienie i uzupełnienie o nowych bohaterów, nowe fakty i nowe szczegóły. Ta powieść to – jak informuje wydawca – najodważniejsza, najbardziej osobista książka Magdaleny Tulli, w której pisarka odkrywa uniwersalną prawdę o kondycji ludzkiej i o tym, co jest w nią wpisane, a zatem o pierwiastku obcości, niedostosowania, a także dojmującej potrzebie wzajemnego zrozumienia i wybaczenia.

15875607_682328921940804_6235628Mimo swych podobieństw do opowiadań z 2011 roku Szum nie spodobał mi się tak bardzo jak Włoskie szpilki. Ładunek emocjonalny tej opowieści przytłoczył mnie o wiele bardziej, a pojawiające się co i rusz postaci ludzkie i zwierzęce sprawiały, że momentami się gubiłam. On, jego matka, moja matka, lis, esesman z dziurą na skroni, nauczycielka, łyżwiarz i wielu, wielu innych… Żywi i umarli, wszyscy obok siebie. Ci, którzy są i ci, których nigdy nie było. Te postaci odgrywają ważną rolę w życiu narratorki, ale powodują też niemały mętlik w głowie czytelnika. Moje skołowanie wynikało może z niewystarczająco uważnego śledzenia opowiadanej historii, nie będę się spierać. A może ta historia nie wciągnęła i nie zainteresowała mnie aż tak bardzo, bo wydawała mi się wtórna w stosunku do nie tak dawno czytanych przeze mnie Włoskich szpilek? Nie można jednak zaprzeczyć, że autorka porusza w swojej prozie bardzo ważną problematykę, której warto poświęcić dłuższą chwilę. Warto się z nią zmierzyć, warto ją spróbować zrozumieć, na spokojnie przetrawić. Nie wiem tylko, czy wspomniany tu Szum jest dobrą pozycją na pierwsze spotkanie z książkami Magdaleny Tulli.

Moja ocena: 5/10

Źródło fotografii:
http://www.znak.com.pl

„Zagadki kryminalne panny Fisher. Morderstwo w pociągu”, Kerry Greenwood [recenzja]

220547-352x500Autor: Kerry Greenwood

Tytuł: Zagadki kryminalne panny Fisher. Morderstwo w pociągu

Tytuł oryginalny: Murder on the Ballarat Train: A Phryne Fisher Mystery #3

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 224

——————————————————————————————————————————–

Morderstwo w pociągu, wchodzące w skład serii Kryminalne zagadki panny Fisher, to moje pierwsze spotkanie zarówno z nieustraszoną i niezwykle bystrą Phryne, jak i z twórczością australijskiej pisarki, Kerry Greenwood. Sięgnęłam po tę powieść, ponieważ skojarzyła mi się ona z jednym z najsłynniejszych kryminałów Agathy Christie, a więc z Morderstwem w Orient Expressie, w którym w czasie podróży pociągiem jeden z pasażerów zostaje zamordowany. Śledztwo prowadzi oczywiście pedantyczny Belg, czyli Herkules Poirot. To jednak nie jedyne skojarzenie z twórczością Christie. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się również, że bohaterka serii Greenwood, detektyw-amator panna Phryne Fisher, uzbrojona w niezawodną berettę, przypominać będzie pannę Jane Marple, znaną z książek królowej kryminału. Po skończonej lekturze muszę przyznać, że książka Greenwood nie spełniła moich oczekiwań. Dlaczego tak się stało? O tym poniżej.

Panna Phryne Fisher podróżuje pociągiem do Ballarat. Towarzyszy jej Dot, lojalna pokojówka i powiernica. Podróż koleją w latach 20. XX w. nie należy do  przyjemności. Można się nieźle poobijać, zmęczyć i nadenerwować. Trzeba być ponadto przygotowanym na całkiem nieeleganckie  zachowania i nudne rozmowy ze współpasażerami. Ta podróż obfituje jednak w nieprzewidziane wydarzenia, które sprawią, że Phryne będzie musiała wkroczyć do akcji. Jedna z jadących pociągiem osób nie jest tym, za kogo się podaje. Ten tajemniczy pasażer postanawia uśpić chloroformem cały wagon, by spokojnie móc zabić jedną z podróżujących kobiet. Pech chciał, że użyta ilość chloroformu okazała się niewystarczająca, by uśpić czujną Phryne. Panna Fisher zrobi wszystko, by zabójca poniósł zasłużoną karę.

20161218_14125

Morderstwo w pociągu nie porwało mnie, choć pod pewnymi względami rzeczywiście przypomina ono powieści Christie. Christie jednak dawno nie czytałam i może dlatego tak trudno było mi się wczuć w klimat książki. Kiedyś uwielbiałam kryminały Christie, później jednak przerzuciłam się na powieści, których akcja rozgrywa się współcześnie. Na mój odbiór wpłynęła też pewnie postać głównej bohaterki. Phryne, kiedy się ją bliżej pozna, nie przypomina już panny Marple i, choć jest dobrą i inteligentną kobietą, nie wzbudza mojej sympatii. Nie oznacza to, że książka jest słaba i nie warto po nią sięgnąć. Nic z tych rzeczy. To niezły kryminał, który czyta się szybko i dość przyjemnie. Mój niedosyt wynika pewnie ze zbyt wygórowanych oczekiwań i tego, że odzwyczaiłam się od książek, których akcja rozgrywa się na początku XX stulecia. Sądzę ponadto, że fabuła mogłaby być zdecydowanie bardziej rozbudowana, a tak intryga wydaje się dość banalna i – co istotne – przewidywalna. Fankom (tak, fankom, bo to raczej seria dla kobiet) serialu i nieustraszonej panny Fisher powieść polecam. Reszcie niekoniecznie.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Podsumowanie roku :)

Ostatni dzień roku wydaje się idealnym momentem na wszelkiego rodzaju podsumowania. Zastanawiamy się, co w mijającym roku osiągnęliśmy, czego nie udało nam się zrealizować, co dobrego nam się przytrafiło i o czym chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. To również czas postanowień, nowych planów na przyszłość i obietnic. Nie inaczej będzie w moim przypadku. Jak niemal każdy książkowy bloger podsumuję oczywiście swoje lekturowe dokonania, choć mam pewne wątpliwości, czy wyraz „dokonania” jest stosowny do sytuacji. Zanim jednak zdradzę liczbę przeczytanych w tym roku książek (niezbyt imponującą, niestety), to może tytułem wstępu i pewnego usprawiedliwienia wspomnę, że pierwsza połowa roku 2016 w moim przypadku stała pod znakiem studiów polonistycznych i wymaganych przez ich program lektur. Tak więc prócz książek reprezentujących naszą rodzimą literaturę najnowszą miałam również okazję czytać publikacje na temat Gabrieli Zapolskiej i jej twórczości, a zatem pisarki, której dziełom poświęcona była moja praca magisterska. Lipiec przyniósł jednak upragnione ukończenie studiów wyższych i więcej czasu na czytanie dowolnych lektur bez konieczności radzenia sobie z wyrzutami sumienia. Od teraz mogłam czytać wyłącznie to, na co mam ochotę, a więc przede wszystkim kryminały i thrillery, które od lat są moją wielką miłością.

Książek ogółem, nie licząc tych związanych ze studiami, przeczytałam 35. O wielu z nich pisałam na swoim blogu, a zatem albo ich recenzje już czytaliście, albo możecie do nich zajrzeć w przyszłości. Do czego oczywiście bardzo serdecznie zachęcam! Nie zamierzam wypisywać tytułów wszystkich przeczytanych w tym roku przeze mnie książek (choć ich zestawienie znajdziecie na dołączonych do postu kolażach), ale pragnę zwrócić uwagę na kilka z nich. Dla ułatwienia i większej przejrzystości określę pewne kategorie. A zatem:

  1. książka, która okazała się dla mnie najbardziej inspirującą lekturą: Droga, którą jadę;
  2. książka, której lektura sprawiła mi największą przyjemność: Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn oraz Wioska morderców;
  3. książka, która okazała się największym zawodem: Śnieżny wędrowiec;
  4. książka wyjątkowa ze względu na okoliczności (mam na myśli lekturę egzemplarza podpisanego przez autora): Igrając z ogniem oraz Upadłe anioły.

podsumowanie_1

podsumowanie_2

Na nadchodzący rok spoglądam z entuzjazmem. Oznacza on bowiem kolejne fantastyczne lektury i okazje do podzielenia się z Wami swoimi wrażeniami. Jestem pewna, że wydawcy przygotują dla nas mnóstwo niesamowitych i godnych uwagi książek. Dlatego też zarówno Wam, jak i sobie samej w 2017 roku życzę dużo czasu na czytanie. Wszystkiego najlepszego i zaczytanego roku! Pozdrawiam :)

kieliszki_szampan

„Smak śmierci”, Michael Tsokos [recenzja]

505781-352x500Autor: Michael Tsokos

Tytuł: Smak śmierci

Tytuł oryginalny: Zerschunden

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

W określonych okolicznościach prawie każdy człowiek może stać się mordercą (s. 98)

Smak śmierci to książka, która wyszła spod pióra wybitnego eksperta medycyny sądowej. Michael Tsokos, od lat kierujący Instytutem Medycyny Sądowej w berlińskiej klinice Charité i Krajowym Instytutem Medycyny Sądowej i Społecznej w Berlinie, jest najbardziej renomowanym, i to nie tylko w Niemczech, badaczem nadzwyczajnych przypadków kryminalnych. Gdy prowadzący śledztwo funkcjonariusze są bezsilni wobec najbardziej niepojętych zbrodni, bez wahania proszą o pomoc profesora Tsokosa.

Doktor Fred Abel doskonale zna smak śmierci… Były żołnierz, wybitny ekspert medycyny sądowej, nie zliczyłby ofiar i scen zbrodni, jakie widział w swoim życiu. Nawet najbardziej zmasakrowane, rozczłonkowane, nieistniejące już prawie ciała zmarłych prowadzą go do nieuchwytnych morderców. Niewiele da się skryć przed jego genialną intuicją. Niewiele może go zaszokować. Ale teraz jest inaczej.

Berlinem wstrząsa brutalne morderstwo Iriny Pietrowej. Na jej ciele morderca zostawił niezrozumiałe przesłanie: Respectez Asia – błędnie zapisane drżącą ręką słowa wzywają do szacunku wobec Azji. Czy to oznacza, że morderca jest Azjatą, który wypowiada walkę rasistom dyskryminującym azjatycką ludność? Dlaczego więc morduje bezbronne starsze kobiety, które nie mają szans, by stawić mu czoła? Policja jest bezradna, nie wiedząc, gdzie szukać szaleńca. Aż wreszcie następuje przełom. Dzięki specjalistycznej analizie DNA przeprowadzonej przez doktora Abla podejrzewany o popełnienie tej bestialskiej zbrodni mężczyzna zostaje ujęty. Fred doznaje szoku, gdy okazuje się, że policja zgarnęła Larsa Moewiga, jego dawnego kolegę, z którym służył w wojsku. Lars zawsze sprawiał problemy i dopuszczał się rzeczy, których nie powinien robić. Nigdy jednak nie zabiłby człowieka, Abel jest o tym przekonany. Ale DNA mówi coś innego. Położenie Moewiga pogarsza dodatkowo fakt, że nie ma on alibi. Fred jest rozdarty pomiędzy wiarą w niewinność dawnego kolegi a przekonaniem, że DNA nigdy nie kłamie. To jednak nie koniec komplikacji.

Doktor Abel wkrótce dowiaduje się, że chorującej na białaczkę córce Larsa zostało zaledwie kilka dni życia. Była żona Moewiga błaga Freda, by udowodnił niewinność Larsa, zanim Lilly umrze. Wbrew przełożonym Fred podejmuje wyścig z czasem, nie wiedząc, czy jego kolega rzeczywiście jest niewinny. Tymczasem kolejne zbrodnie paraliżują strachem Europę: Berlin, Londyn, Bari, Orly. Wydaje się, że psychopatyczny seryjny morderca wybiera miasta i ofiary na chybił trafił. Gdzie teraz uderzy? Doktor Abel musi ująć mordercę, nawet jeśli miałby przyznać, że nieomylna nauka może się mylić…

Smak śmierci Michaela Tsokosa stał się ponoć międzynarodowym bestsellerem, tygodniami utrzymującym się na „topce”. Autor dysponował w zasadzie wszystkimi potrzebnymi elementami, by stworzyć świetną powieść kryminalną: oparta na faktach historia, doświadczenie związane z wykonywanym zawodem, warsztat pisarski. Mnie jednak mimo to nie porwał. Dlaczego? Z kilku powodów.

Muszę przyznać, że ucieszyłam się, gdy okazało się, że w powieści występuje pierwszej klasy profiler z Federalnego Urzędu Kryminalnego, niejaki Timo Jankowski. Profilerzy, czyli ludzie zajmujący się opracowywaniem profili psychologicznych niebezpiecznych przestępców, to ci bohaterowie, którzy najbardziej interesują mnie w powieściach kryminalnych. Ich praca oparta na uważnej obserwacji, dedukcji i odrobinie spekulacji wydaje się nieraz nieocenioną pomocą w chwytaniu seryjnych morderców. I choć Jankowski kilkakrotnie służy Ablowi swoimi radami, to jednak nie jestem do końca usatysfakcjonowana jego udziałem w śledztwie. Być może, gdyby to on był głównym bohaterem, moje odczucia byłyby zupełnie inne, bo autor inaczej rozłożyłby akcenty. Pewne zastrzeżenia mam również do postaci Freda Abla. Otóż, zdecydowanie brakuje mi scen w sali sekcyjnej. Abel to lekarz medycyny sądowej, który tu bawi się raczej w prywatnego detektywa albo detektywa-amatora na własną rękę prowadzącego toczące się w zawrotnym tempie poszukiwania szalenie niebezpiecznego człowieka.

Niekwestionowaną zaletą tego thrillera i tym, co czyni go tak przerażającym, jest to, że opowiedziana przez Michaela Tsokosa historia nie jest zmyślona. To mrożąca krew w żyłach historia, która naprawdę się wydarzyła. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wiele autor zaczerpnął z prawdziwego życia, z doświadczeń własnych i kolegów po fachu.

6978937_20161226_000705Podsumowując, muszę przyznać, że książkę dzięki krótkim rozdziałom i wartkiej akcji czyta się bardzo szybko. Nie jest to jednak pozycja, od której nie sposób się oderwać. Wiele razy odkładałam ją na bardzo długo (co zdarza mi się niezwykle rzadko) i wcale nie ciągnęło mnie, by do niej wrócić i dowiedzieć się, czy Lars w końcu jest winny czy też po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Na mój brak entuzjazmu wpływa również to, że trudno któregokolwiek z bohaterów naprawdę polubić. W podziękowaniach autora możemy się dowiedzieć, że Smak śmierci to pierwsza część trylogii. Ja jednak już wiem, że po kolejne tomy serii nie sięgnę, bo książka wydała mi się tak samo szara jak jej okładka. Decyzję, czy dać jej szansę, pozostawiam Wam.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoamber.pl

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber

logo

„Calm”, Michael Acton Smith [recenzja]

 464037-352x500Autor: Michael Acton Smith

Tytuł: Calm

Tytuł oryginalny: Calm

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 224

——————————————————————————————————————————–

Nastaw się na spokój. Wycisz umysł. Zmień świat.

Dom, praca, zakupy, dom… A wszystko wykonywane w biegu, automatycznie i bezrefleksyjnie. Każdego dnia ten scenariusz się powtarza, a rutyna i nuda niepostrzeżenie wkradają się w nasze życie, czyniąc je przewidywalnym i nieciekawym. Obowiązki nas przytłaczają, stres spędza sen z powiek, a to, co powinno być przyjemnością, traci swój urok i wydaje się niewarte uwagi. Brakuje nam urozmaicenia, spontaniczności i elementu zaskoczenia. Nasze zniechęcenie i złe nastawienie udzielają się nie tylko naszym bliskim: rodzinie, przyjaciołom, znajomym, lecz także obcym ludziom, których spotykamy na swojej drodze. Nie mając odwagi nic zmienić, niezadowoleni i przemęczeni kroczymy do przodu, godząc się na to, co mamy. W natłoku rzeczy do zrobienia na już, niekończących się maili i telefonów marzenia i cele odkładamy na później, zapominając o tym, co dla nas naprawdę ważne, tracąc chęć do walki o szczęście. Wybieramy to, co łatwe zamiast tego, co dobre. Czy naprawdę tak musi być? Czy tylko tak może wyglądać nasze życie?

Odpowiedzią na nasze pytania i potrzeby jest Calm.

Calm to napisana przez Michaela Actona Smitha książka, którą z całą odpowiedzialnością możemy nazwać poradnikiem pokazującym, że może być inaczej, że nie zawsze musimy podążać z punktu A do punktu B po utartej ścieżce. Calm przedstawia nam szereg możliwości i pomysłów na to, jak odmienić swoje życie, otwierając nam oczy na drobne przyjemności codziennego dnia, które zwykły nam umykać. Bogactwo zdjęć, cytatów znanych ludzi, ćwiczeń, porad oraz prostych, choć nierzadko nieuświadamianych sobie prawd to największa zaleta tej pozycji. Zgodnie z opisem na okładce możemy otworzyć tę książkę na dowolnej stronie i czerpać z jej mądrości, nie obawiając się, że coś nam umknęło. Calm składa się z ośmiu części, z których każda poświęcona jest innej tematyce: Natura, Sen, Podróże, Relacje z innymi, Praca, Dzieci, Kreatywność i Jedzenie. Sam pomysł książki bardzo pochwalam, warto czasem zwolnić, rozejrzeć się wokół i kontemplować otaczający nas świat. Dzięki tej książki mamy szansę zwrócić uwagę na drobnostki, spojrzeć na swoje życie z dystansu, a nawet ujarzmić stres i nękające nas demony, których powstawaniu sprzyja życie w biegu. Sądzę jednak, że proponowane przez autora metody nie wszystkim przypadną do gustu. Medytacja, uważność, joga to słowa-klucze, wokół których zbudowana jest filozofia CALM. Żeby osiągnąć obiecany nam przez Michaela Actona Smitha spokój, należałoby podporządkować się jego zaleceniom. Medytacja, o której często mówi się w książce, nawet jeśli jest skuteczna, to jednak nie do końca mnie przekonuje. Proponowane przez autora sposoby na zwiększenie swojej kreatywności, takie jak projektowanie własnej wyspy lub tatuażu, również spotkały się z moim sceptycyzmem. Nie znaczy to jednak, że innym czytelnikom się nie spodobają.

1481313

Na koniec wspomnę o książce od strony technicznej. Calm jest bardzo ładnie wydaną pozycją, która zachęca szatą graficzną. Książka jest kolorowa, pełna fotografii i przyciągających wzrok rysunków. Ciekawym zabiegiem jest również zamieszczenie stron, na których czytelnik – stosując się do sugestii autora – może coś zanotować lub narysować, w ten sposób Calm staje się swego rodzaju pamiętnikiem, który pomaga zrozumieć nam nasze potrzeby i pragnienia.

calm1

Jeśli czujecie, że współczesny świat swoim pędem i wymaganiami zaczyna Was przytłaczać, to powinniście rozważyć zapoznanie się z tą książką. Być może pozwoli Wam ona dostrzec to, co Wam umyka, a nawet trwale odmieni Wasze życie. Jeśli jednak jej lektura nie sprawi, że wprowadzicie w życie rady twórców filozofii CALM, to chociaż nacieszycie oczy pięknymi fotografiami i trochę się odprężycie. A to na pewno Wam nie zaszkodzi :)

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

Recenzje książek Wydawnictwa [ze słownikiem], czyli o dobrym pomyśle, który kłóci się z wykonaniem

Tym razem zaserwuję Wam recenzję o nieco zmienionej formie, a mianowicie będzie to recenzja zbiorcza, w której w kilku zdaniach podzielę się z Wami swoimi wrażeniami po lekturze dwóch książek: Drakuli Brama Stokera oraz Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla. Nie były to jednak tradycyjne, przetłumaczone na język polski wydania, lecz wydania w wersji anglojęzycznej z podręcznym słownikiem angielsko-polskim. Takie połączenie to pomysł powstałego niedawno Wydawnictwa [ze słownikiem], które kusi polskich czytelników klasyką angielskiej literatury. Dzięki temu wydawnictwu książkę możemy przeczytać w oryginale, ale w przystępnym wydaniu z aż trzema słownikami, które mają za zadanie ułatwić zrozumienie treści powieści czytelnikom mniej biegłym w znajomości języka angielskiego. Inicjatywa bardzo szlachetna i bez wątpienia wypełniająca lukę na polskim rynku wydawniczym. Pytanie tylko, czy pomysł idzie w parze z wykonaniem. Otóż nie do końca.

Na początek kilka słów o samym czytaniu książek w oryginale. Czytanie w języku obcym ma bez wątpienia wiele korzyści. Poszerza zasób słownictwa, pozwala przyjrzeć się strukturom gramatycznym, składni zdań. Wybierając książki obcojęzyczne, unikamy sytuacji, w których tłumaczenie na język polski odbiera przyjemność z czytania, a tak się niestety czasami zdarza. Ja sama chętnie sięgam po książki po angielsku, choć robię to zdecydowanie za rzadko. Lektura opowiadań Tess Gerritsen, powieści Kate Briana o Reed Brennan i liceum Easton Academy, a także książki z serii o Harrym Potterze przekonały mnie, że czytanie w oryginale jest naprawdę fantastyczne. Dlaczego więc tak rzadko wybieram książki po angielsku? Na przeszkodzie zawsze staje znajomość języka angielskiego i obawa, że jest ona niewystarczająca, by swobodnie czuć się z tekstem anglojęzycznym. Wydawnictwo [ze słownikiem] wspaniałomyślnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom czytelników, proponując im książki wizualnie przypominające podręczniki do nauki angielskiego. U blogerów widać entuzjazm, ja na początku reagowałam podobnie. Po zapoznaniu się z zawartością mam jednak mieszane uczucia.

zesownikiem3W otrzymanej od Wydawnictwa [ze słownikiem] paczce znalazłam 4 książki: wspomniane już dwutomowe wydanie Drakuli oraz Alicję w Krainie Czarów, a także dwie inne pozycje, czyli W 80 dni dookoła świata oraz dwutomowe wydanie Wojny światów H. G. Wellsa. Na razie zapoznałam się tylko z połową z nich, ale już nasunęły mi się pewne wnioski. Dodam jeszcze dla porządku, że z wymienionych powieści wszystkie z wyjątkiem historii o Alicji przeznaczone są dla osób ze znajomością języka angielskiego na poziomie zaawansowanym. Na początku każdej publikacji znajdujemy słownik najczęściej pojawiających się w tekście słów. Jeśli rzetelnie się z nim zapoznamy, to mamy o wiele większe szanse na to, że właściwie zrozumiemy tekst. Na końcu zaś znajduje się słownik zawierający wszystkie pojawiające się w tekście słowa. Trzeba również wspomnieć o trzecim słowniku, tym najbardziej podręcznym, który jest zamieszczony na marginesie każdej strony. Tłumaczenie pogrubionych słów, uważanych przez wydawcę za trudne, znajdziecie tuż obok tekstu. I to właśnie do tego słownika mam największe zastrzeżenia. Nie potrafię, niestety, zrozumieć, dlaczego znajdujemy tam wszystkie tłumaczenia danego wyrazu, skoro z kontekstu jasno wynika, które z nich powinno się tam znaleźć. Na potwierdzenie podam kilka przykładów (fotografie poniżej): jardrażnić, szarpać, słoik; Turkeyindyk, Turcja; diligencedyliżans, gorliwość, pracowitość. Kontekst nie pozostawia nam wielkiego wyboru: Alicja mogła sięgnąć tylko po słoik po pomarańczowej marmoladzie, a Jonathan Harker mógł przejechać się wyłącznie dyliżansem. Nie wiem, skąd pomysł, by zamieszczać pozostałe tłumaczenia tych wyrazów i to jeszcze na pierwszym miejscu, jak w przypadku tej nieszczęsnej Turcji (tak, Turcji, nie indyka!). Jeśli te książki mają być ułatwieniem dla osób uczących się języka angielskiego, to takie błędy (bo tak to należy nazwać) w ogóle nie powinny się pojawiać. Od przybytku głowa czasem jednak boli, a co za dużo, to niezdrowo. Po co więc wprowadzać niepotrzebny chaos? Ja potrafię sobie wybrać, które tłumaczenie jest właściwe, ale czy ktoś z gorszą znajomością angielskiego również nie popełni błędu? Nie jestem pewna.

jar(1)sownikiDodatkowo muszę przyznać, że polskie opisy książek znajdujące się z tyłu okładki aż proszą się o interpunkcję i właściwą odmianę nazwisk autorów. Dla absolwentki polonistyki to prawdziwy zawał serca. Na okładce Alicji… czytamy: „Alicja w krainie czarów to klasyczna powieść z pogranicza snu i jawy. Wydana w 1865 roku przez Lewis Carroll jest jedną z najpoczytniejszych dzieł literatury dziecięcej na świecie, które zostało przetłumaczone na ponad 25 języków”. Chyba nie trzeba palcem wskazywać błędów, które czają się w tych dwóch zdaniach. Na pocieszenie powiem, że Wydawnictwo [ze słownikiem] postawiło na świetny repertuar książek i autorów. Prawdziwa klasyka, z którą koniecznie trzeba się zapoznać. Czy w tej wersji, zdecydujcie sami.

Moja ocena: 5/10

Książki przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa [ze słownikiem]

zesłownikiem

„Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn”, John McShane [recenzja]

366463-352x500Autor: John McShane

Tytuł: Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn

Tytuł oryginalny: Didier Drogba. Portrait of a Hero, John McShane

Wydawnictwo: Buchmann

Liczba stron: 319

——————————————————————————————————————————–

Didier jest wojownikiem. Jestem z niego zadowolony, my wszyscy cieszymy się, że mamy takiego zawodowca. Piłkarz musi być nie tylko doskonały i grać na wysokim poziomie. Bardzo ważne, żeby walczył dla zespołu, pracował dla zespołu, atakował i bronił. On jest zawodnikiem, któremu powiedziałbym: „Z tobą to mógłbym porwać się na wszystko. To dla nas bardzo ważny gracz. José Mourinho (s. 236)

Didier Drogba. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej. Piłkarz Chelsea w latach 2004-2012, 2014-2015. Dwukrotny król strzelców Premier League, czterokrotny mistrz Anglii, zdobywca Ligi Mistrzów, czterech Pucharów Anglii oraz trzech Pucharów Ligi. W barwach The Blues strzelił 164 gole w 381 występach, co daje mu 4. miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych strzelców londyńskiego klubu. Jeden z najlepszych i – jak twierdzi Mourinho – najwszechstronniejszych napastników świata. Znakomity piłkarz, fantastyczny człowiek. Barwna postać światowego futbolu, wyszydzana i wychwalana. Legenda Stamford Bridge. Ktoś, kogo nie trzeba lubić, żeby go podziwiać.

Już dosyć dawno temu wpadła w moje ręce napisana przez brytyjskiego dziennikarza, Johna McShane’a, biografia Didiera Drogby. Biorąc pod uwagę, że znany afrykański piłkarz to jeden z moich ulubionych zawodników, ani chwili się nie wahałam, by ją kupić. Kibicuję Chelsea od 2006 roku i pamiętam wiele meczów, w których Drogba zachwycał i zawodził. Przez lata pokochałam tego zawodnika, jego pasję, umiejętności i waleczność. Nic więc dziwnego, że musiałam po tę książkę sięgnąć. Prędzej czy później i tak by do tego doszło. Czy jestem zadowolona z lektury? Bardzo! A dlaczego? Opowiem Wam w kilku zdaniach, co o tym przesądziło.

drogba

Dość nietypowo zacznę może od przedstawienia minusów tej pozycji. Jest ich bardzo mało, ale trzeba o nich powiedzieć. Otóż największą wadą tej książki jest to, że kończy się ona wspomnieniem wydarzeń na moskiewskich Łużnikach, kiedy to w finale Champions League Chelsea poległa w rzutach karnych w starciu z Manchesterem United. Polskie tłumaczenie książki McShane’a pochodzi z 2015 roku, a zatem zostało wzbogacone o swego rodzaju epilog, w którym Marcin Chromik opisał po krótce losy Drogby po 2008 roku. Możemy zatem poczytać o kolejnych menadżerach Chelsea, z którymi były reprezentant WKS miał okazję współpracować, zdobyciu przez The Blues mistrzostwa Anglii w 2010 roku, do którego Drogba walnie się przyczynił, wygraniu po raz pierwszy w historii Ligi Mistrzów w 2012 roku po emocjonującym meczu na Allianz Arenie z miejscowym Bayernem, o przygodzie Drogby w Chinach, Turcji oraz o jego powrocie do zachodniego Londynu, gdzie znów wywalczył z Chelsea mistrzostwo. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że przedstawiona przez Johna McShane’a historia żywej legendy Chelsea jest po prostu niekompletna. Czytałam kiedyś autobiografię dwudziestoletniego Rooneya, nawiasem mówiąc książkę bardzo słabą, która miała jednak w angielskim tytule kluczowy dopisek „so far”. W przypadku biografii Drogby też można by się pokusić o taką informację, bo choć losy Tito od najmłodszych lat do 2008 roku opisane są dość szczegółowo, to jednak trzeba pamiętać, że Drogba w samej Chelsea grał jeszcze przez 4 lata i w ciągu tych kilku sezonów zrobił dla londyńczyków bardzo dużo dobrego, o czym wypadałoby wspomnieć. Tego tu niestety brakuje, co wcale nie znaczy, że książka Didier Drogba. Legenda Chelsea Londyn nie zasługuje na uwagę.

Ogólnie mówiąc, książkę bardzo polecam. Ta świetna lektura jest w stanie zachwycić niemal każdego, kto interesuje się futbolem. Jak powiedziałam na początku, czytałam ją z perspektywy kibica Chelsea i to kibica, który na żywo miał okazję kilkakrotnie oglądać Drogbę w akcji. Tak się fantastycznie złożyło, że z wysokości trybun Stamford Bridge mogłam podziwiać pięć goli Didiera, w tym jednego hat-tricka, o którym w książce jest nawet mowa. Poza tym to po prostu bardzo dobrze napisana biografia. Płynna narracja poprzeplatana wypowiedziami zawodników i trenerów oraz cytatami z mediów, a także operowanie przez autora bogatą metaforyką i wyraźna znajomość piłkarskiego życiorysu niedawnej gwiazdy Premier League czynią tę książkę pozycją zdecydowanie wartą uwagi. Chylę czoła również przed tłumaczką, dla której piłka nożna z pewnością nie jest czarną magią. Znajomość terminologii piłkarskiej i umiejętność właściwego oddania boiskowych akcji wysuwają się tu na pierwszy plan i są ogromną zaletą książki.

PC300821_aBiografię Drogby polecam wszystkim kibicom piłki nożnej. Niemniej oczywistym jest, że największą przyjemność z jej lektury czerpać będą fani Chelsea. W końcu to dla nich Drogba przez lata stał się prawdziwym bohaterem, o którym długo nie zapomną.

 Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.grupawydawniczafoksal.pl

„Spotkajmy się w Prowansji”, Carole Mortimer, Catherine Spencer [recenzja]

124629-spotkajmy-sie-w-prowansji-carole-mortimer-1(2)Autor: Carole Mortimer, Catherine Spencer

Tytuł: Spotkajmy się w Prowansji

Tytuł oryginalny: Bedded for the Spaniard’s Pleasure. The French Count’s Pregnant Bride

Wydawnictwo: HarperCollins Polska

Liczba stron: 304

——————————————————————————————————————————–

Przeszłość nigdy nie jest zamknięta, póki się z nią człowiek nie rozliczy (s. 291)

Po deszczowym, pełnym trupów wykastrowanych księży Cork, które dostałam w Upadłych aniołach od Grahama Mastertona, bardzo potrzebowałam czegoś takiego jak podróż do pachnącej lawendą Prowansji; czegoś, co ukoiłoby moje zszargane lekturą wspomnianego thrillera nerwy i czegoś, co wniosłoby trochę słońca do szarej codzienności, którą oferuje nam tegoroczna jesień. Książka Spotkajmy się w Prowansji spełnia obie te funkcje, a wchodzące w jej skład dwie minipowieści, bo tak chyba należałoby nazwać te niezbyt długie opowieści, pozwalają się odprężyć i przyjemnie spędzić czas.

Pierwszą opowieścią, z którą się stykamy, jest Spotkanie autorstwa Carole Mortimer. Główna bohaterka, dwudziestoośmioletnia aktorka, Cairo Vaughn, po raz pierwszy od dawna wyrwała się na wakacje z dala od błysku fleszy i goniących za sensacją dziennikarzy brukowców. Kobieta boleśnie przekonała się, że Londyn to wielokulturowy tygiel, w którym trudno zaznać trochę spokoju. Cairo po miesiącach ciężkiej pracy na planie i wyczerpujących próbach ratowania nieudanego małżeństwa wreszcie postanowiła odpocząć, ukryć się przed światem, odnaleźć ciszę i znów zacząć cieszyć się życiem. W tym właśnie celu razem z córką siostry przyjechała do kojarzącej się ze słońcem, winem, lawendą i perfumami francuskiej Prowansji. Tu jednak nie dane jej będzie odpocząć, bo pewnego dnia przed drzwiami domu, w którym kobieta mieszka, zjawia się słynny aktor i reżyser, jeden z najbardziej rozchwytywanych ludzi w branży filmowej i jeden z najprzystojniejszych mężczyzn i to nie tylko w Hollywood, ale i na całym świecie. Tym mężczyzną jest Rafe Montero… były kochanek Cairo, z którym początkująca aktorka przed laty niespodziewanie się rozstała. Obojgu wydaje się, że los nie mógł przygotować dla nich nic gorszego. Pobyt w luksusowej willi pozwoli bohaterom sprawdzić, czy stara miłość rzeczywiście nie rdzewieje.

provence1

Druga opowieść, zatytułowana przez polskiego wydawcę Wizyta, to nieco bardziej tajemnicza i skomplikowana historia autorstwa Catherine Spencer. Diana Reeves właśnie dołączyła do grona zdradzonych i porzuconych kobiet. Jej mąż, Harvey, z okazji jej urodzin zaprosił ją do restauracji, wręczył prezent i oświadczył, że to koniec… ich małżeństwa, po czym u boku nowej wybranki ostentacyjnie opuścił restaurację. To oczywiste, że kobiecie w jednej chwili zawalił się świat. Kiedy jednak otrząśnie się z szoku, zrozumie, że oto ma szansę zrobić to, na co od dawna miała ochotę. Za radą przyjaciółki na listę spraw do załatwienia Diana wpisuje podróż do Francji i odnalezienie biologicznej matki. Nie tracąc czasu na wątpliwości, przyjeżdża do położonego w Prowansji Bellevue-sur-Lac, gdzie czeka ją początek nowego życia lub… kolejne rozczarowanie. Już pierwszego wieczoru poznaje tu pewnego mężczyznę z arystokratycznym rodowodem, który szybko odkrywa, że ta tajemnicza Amerykanka na pewno nie przyjechała do Francji na wakacje. Nie znając prawdziwych intencji Diany, od razu podejrzewa ją o najgorsze. Jaką tajemnicę skrywa hrabia de Valois i dlaczego tak bardzo obawia się węszącej wokół Diany?

Chociaż powieść kryminalna to mój zdecydowanie ulubiony gatunek, to jednak czasem potrzebuję pewnej odmiany i odskoczni od książek, w których trup ściele się gęsto, zabryzgując wszystko wokół krwią. Lekka i niezobowiązująca lektura romansu, historii banalnej i, przyznajmy to szczerze, do bólu przewidywalnej może zdziałać cuda. Książka Spotkajmy się w Prowansji, w której znajdziemy opowieści autorstwa Carole Mortimer i Catherine Spencer, to doskonała pozycja na deszczowe, jesienne wieczory. Akcja pierwszej opowieści rozgrywa się w słynącym z przemysłu perfumeryjnego Grasse. To właśnie w tej miejscowości rozgrywała się akcja pierwszych odcinków tureckiego serialu Królowa jednej nocy, który niedawno miałam okazję oglądać. Zapadające w pamięć piękne sceny z serialu pobudziły moją wyobraźnię do działania, dzięki czemu, czytając, niemal czułam się, jakbym spacerowała po wąskich, brukowanych uliczkach Grasse. Zachęcająca okładka książki, barwne opisy prowansalskiego krajobrazu, miłość pokonująca wszelkie przeciwności i happy end to największe atuty tej książki i coś, co sprawi, że z pewnością udzieli Wam się dobry nastrój bohaterów obu historii. Od razu Was jednak ostrzegam: nie oczekujcie od tych opowieści zbyt wiele, bo srogo się zawiedziecie. Pozycja przeznaczona wyłącznie dla miłośniczek lekkich romansów, po których nie pozostaje w naszej pamięci nawet mgliste wspomnienie. I nic dziwnego, w końcu romans zazwyczaj jest przelotny.

20161106_211041(1)

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.publio.pl

„Upadłe anioły”, Graham Masterton [recenzja]

d_3686Autor: Graham Masterton

Tytuł: Upadłe anioły

Tytuł oryginalny: Voice of an Angel

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 400

——————————————————————————————————————————–

Upadłe anioły to druga część przygód komisarz irlandzkiej policji, Katie Maguire. Graham Masterton nie porzucił stworzonej przez siebie bohaterki już po pierwszej powieści, lecz stworzył cykl, swoją drogą bardzo obiecujący, który prawdopodobnie będzie liczył 10 powieści (dla ścisłości dodam, że w tłumaczeniu na język polski mamy na razie pięć części, Masterton obecnie pracuje nad ósmym tomem, a umowę z wydawcą podpisał na dziesięć książek z udziałem komisarz Maguire). Powieści ściśle wiążą się ze sobą, warto więc czytać je po kolei, zwłaszcza jeśli interesuje nas coś więcej niż tylko brutalne, niewyobrażalnie nieludzkie, ociekające krwią morderstwa, które serwuje nam mistrz grozy. A Katie z pewnością należy do tych bohaterek, które warto bliżej poznać. W moim odczuciu to taka druga Maggie O’Dell, przedstawicielka wymiaru sprawiedliwości, która wciąż musi coś innym udowadniać, jednocześnie zmagając się z rozterkami w życiu prywatnym.

Dwóch rybaków znajduje w rzece zwłoki uduszonego, a wcześniej torturowanego i wykastrowanego księdza. Gdy w podobnych okolicznościach giną kolejni duchowni prowadząca śledztwo policja zaczyna przypuszczać, że to nie może być przypadek. Do sprawy oczywiście zostaje oddelegowana najlepsza w swoim fachu komisarz Katie Maguire, która za wszelką cenę zamierza znaleźć tego, kto stoi za tymi nieludzkimi zbrodniami. W toku śledztwa wychodzą na jaw historie z przeszłości, w których centrum znajdują się księża oskarżani o molestowanie seksualne podopiecznych. Winy im jednak nigdy nie udowodniono. Czy to możliwe, by po latach któryś z pokrzywdzonych chłopców chciał zabawić się w Boga udzielającego grzesznikom pokuty? Katie wie, że nie ma ani chwili do stracenia. Musi działać, zanim z Cork znikną wszyscy księża. A może niepotwierdzone zarzuty o molestowanie nie mają nic wspólnego z rzeczywistym motywem zabójstw, a prawda tkwi głębiej? Komisarz Maguire po raz kolejny będzie musiała dać z siebie wszystko, by powstrzymać niepotrzebny rozlew krwi.

20161024_221203(1)Temat molestowania dzieci przez duchownych to jeden z tych odważniejszych i zdecydowanie bardziej kontrowersyjnych. Problem pedofilii w kościele co i raz powraca do nas niczym bumerang. I nic dziwnego – bo choć Kościół powinien być duchowym wsparciem dla szukających w nim pociechy, to jednak częstokroć dochodzi w nim do zdarzeń, które nigdy nie powinny mieć miejsca; zdarzeń, które zbyt często uchodzą winnym na sucho. Powieść Mastertona pokazuje, że sprawiedliwość prędzej czy później dosięga winnych, a piekło może istnieć również na ziemi.

Upadłe anioły są naprawdę dobrym thrillerem, który bardzo realistycznymi, a momentami wręcz turpistycznymi opisami brutalnych zbrodni oraz fizycznego znęcania się nad drugim człowiekiem wbija czytelnika w fotel. To książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Jednych zachwyci pomysłowością, okrucieństwem, żądzą zemsty; innych zniechęci, zniesmaczy, wywołując uczucie odrazy. Mianem dobrej literatury określam książki działające na wyobraźnię czytelnika; thriller Mastertona działa na nią chyba nawet za bardzo. Powiedziałabym, że książka jest niezwykle mroczna, ponura i pełna negatywnych emocji. Można by nawet uznać ją za dość męczącą, co bez wątpienia wynika z przytłaczającej tematyki, wokół której Masterton osnuł fabułę Upadłych aniołów. Nie znam niestety zbyt dobrze twórczości brytyjskiego pisarza, który na swoim koncie ma przeszło 100 tytułów. Dotychczas przeczytałam jego autorstwa tylko pierwszy tom cyklu o Katie, a więc Białe kości, które wywarły na mnie nieco lepsze wrażenie niż opisywana tu powieść. Nie były bowiem aż tak przewidywalne jak „Upadłe anioły”. Niemniej sądzę, że pisarz, który niedawno po raz kolejny odwiedził Polskę i z którym miałam okazję wypić kawę w jednej z warszawskich kawiarń, jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Mimo małego rozczarowania nie zamierzam więc rezygnować ze zgłębiania kolejnych przygód komisarz Maguire. Teraz jednak muszę zrobić sobie krótką przerwą, by ukoić zszargane nerwy. Ta książka psychicznie mnie wykończyła. Jaki z tego wniosek? Otóż polecam ją tylko zagorzałym fanom Mastertona i czytelnikom o naprawdę mocnych nerwach, których fascynują mrożące krew w żyłach historie. Nie zawiedziecie się!

masterton_podpisMoja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com