„Niemy krzyk”, Angela Marsons [recenzja]

niemy-krzyk-b-iext39529634Autor: Angela Marsons

Tytuł: Niemy krzyk

Tytuł oryginalny: Silent Scream

Wydawnictwo: Burda Publishing Polska

Liczba stron: 416

——————————————————————————————————————————–

Niemy krzyk Angeli Marsons nie jest wprawdzie książką słabą, ale wiele jej brakuje do miana świetnego kryminału. Debiut Marsons nazwałabym raczej solidnym średniakiem, powieścią, którą czyta się szybko, bezboleśnie i w miarę przyjemnie. Niestety, szybko się również o niej zapomina.

Wspomniana książka otwiera cykl osnuty wokół losów detektyw inspektor Kim Stone. Na polskim rynku dostępna jest już druga część serii pt. Diabelska gra. Główną bohaterką jest nieustraszona policjantka, która dowodzi zespołem dochodzeniowym. Kim to kobieta niezależna i nieprzystępna, którą trudne dzieciństwo nauczyło, że w życiu trzeba być twardą i samodzielną. Policjantka Stone ma bez wątpienia detektywistycznego nosa, który w połączeniu z kobiecą intuicją i solidną policyjną robotą okazuje się bardzo pomocny przy rozwiązywaniu mrocznych zagadek. Kim ma jedna również wady – jest opryskliwa, nie stosuje się do poleceń przełożonych i czasem trudno się z nią współpracuje. Ale jest skuteczna i to wystarcza.

Black Country, Anglia. We własnym mieszkaniu zostaje zamordowana Teresa Wyatt, dyrektorka szkoły dla chłopców. Wezwana na miejsce zbrodni policja, na czele z detektyw Kim Stone, nie potrafi znaleźć sensownej odpowiedzi na pytanie o to, komu naraziła się szanowana dyrektorka. Gdy wkrótce ginie kolejna osoba, coraz bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że w mieście grasuje seryjny morderca. Czym się kieruje, wybierając swoje ofiary? Po dwóch morderstwach trudno znaleźć jakieś punkty wspólne, a tym bardziej przewidzieć, kto będzie kolejną ofiarą.

Równolegle z serią morderstw na jaw wychodzą zbrodnie, których ktoś dopuścił się lata temu. Na terenie wokół dawnego domu dziecka zostają odnalezione szczątki. Patolog nie potrafi określić płci denata, ale wie na pewno, że ta osoba nie zmarła z przyczyn naturalnych. To jednak nie koniec zaskakujących odkryć. Do kogo należały znalezione kości? Kim byli ludzie pogrzebani na terenie Crestwood? Kto odpowiada za ich śmierć? Takie i podobne pytania można by mnożyć. Kim i dowodzony przez nią zespół muszą zrobić wszystko, by odkryć prawdę. Zanim do tego dojdzie, detektyw Stone będzie zmuszona stawić czoła mrocznej, pełnej bolesnych wspomnień przeszłości. Dla niej ta sprawa ma wymiar osobisty. Czy nieustępliwa, uparta policjantka podoła presji i zdoła doprowadzić zwyrodnialca przed sąd, czy też niezagojone rany związane z wydarzeniami sprzed lat nie pozwolą jej prowadzić śledztwa? Wszystkie tropy prowadzą do Crestwood, sierocińca, w którym z pewnością musiało się wydarzyć coś złego. Tylko co? Jakie tajemnice skrywają mury opuszczonego przed laty domu dziecka?

Na okładce możemy przeczytać, że Niemy krzyk to znakomity debiut Angeli Marsons, a przy tym totalnie wciągająca powieść, którą się pochłania w mgnieniu oka. Czyta się ją szybko, to prawda, ale nie należy przesadzać z zachwytami pod adresem brytyjskiej pisarki i jej debiutanckiego kryminału. Zaletą powieści Marsons jest zaskakujące zakończenie – kiedy nam się wydaje, że wszystko już wiemy i nic nas nie zaskoczy, pojawiają się nowe fakty i zabawa zaczyna się od nowa. To jednak zbyt mało, by wystawić też książce wysoką notę. Przez większość czasu akcja toczy się dość ślamazarnym tempem, a bohaterka nie potrafi zyskać naszej sympatii. W przypadku wszelkiego rodzaju serii niezwykle ważne jest, by główny bohater wzbudzał naszą sympatię, bo wtedy jesteśmy w stanie czerpać przyjemność z lektury nawet wtedy, gdy powieść jest rozczarowująca. Czy sięgnę po kolejne części cyklu o Kim Stone? Jeszcze nie wiem, ale na razie kończę przygodę z Angelą Marsons i jej bohaterką. A Wy sami zdecydujcie, czy warto temu kryminałowi poświęcić czas i uwagę.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com

„Sprawa samotnej dziedziczki”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawasamotnejAutor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa samotnej dziedziczki

Tytuł oryginalny: The Case of the Lonely Heiress

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 222

——————————————————————————————————————————–

Każde morderstwo jest jak układanka (…) Wystarczy tylko ułożyć wszystkie elementy. Jeśli znajdziesz rozwiązanie, wszystko układa się w logiczną całość. Jeśli któryś z elementów nie pasuje, to znaczy, że nie znalazłeś właściwego rozwiązania (s. 215)

   Spokojnie można by się pokusić o stwierdzenie, że wszystkie powieści Erle’a Stanleya Gardnera, twórcy jednego z najsłynniejszych adwokatów, są takie same albo przynajmniej do złudzenia podobne. Kolejne lektury z cyklu o Masonie tę tezę potwierdzają. Kryminały Gardnera zawsze podporządkowane są temu samemu schematowi: autor, niczym dramaturg, już na początku przedstawia nam listę osób biorących udział w przedstawieniu. Prócz Perry’ego Masona znajdziemy tu oczywiście również Dellę Street, jego zaufaną sekretarkę, oraz Paula Drake’a, szefa współpracującej z kancelarią Masona agencji detektywistycznej. Do tych trzech głównych postaci dochodzą jeszcze inne, dobrze nam znane z pozostałych książek Gardnera, jak np. porucznik Tragg, sierżant Holcomb lub Gertie, recepcjonistka Masona. Nieco później poznajemy bohaterkę, oskarżoną o morderstwo pierwszego stopnia przyszłą klientkę Perry’ego, i niezależnie od okoliczności na końcu i tak lądujemy na sali rozpraw, gdzie Mason czuje się jak ryba w wodzie.

   Do kancelarii Masona przychodzi Robert Caddo, wydawca magazynu dla samotnych serc. Oskarżany o fałszowanie ogłoszeń matrymonialnych mężczyzna prosi adwokata, by znalazł dowody na to, że anons niejakiej Marilyn Marlow, samotnej dziedziczki, która rzekomo poszukuje bratniej duszy, jest autentyczny. Mason wykonuje zlecenie klienta, jednak to nie koniec jego związku ze sprawą panny Marlow. Okazuje się, że kobieta odziedziczyła niedawno ogromny majątek, należący wcześniej do jej tragicznie zmarłej matki, która to otrzymała spadek po swym pracodawcy, George’u Endicotcie. Krewni testatora upierają się, że ostatnia wola Endicotta została sfałszowana, i gotowi są zrobić wszystko, by to udowodnić. Jedyną ich nadzieją jest Rose Keeling, kobieta, która rzekomo była świadkiem podpisania testamentu przez umierającego mężczyznę. Rose zeznała wprawdzie, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, ale ze słów Marilyn Marlow wynika, że teraz zamierza zmienić swoje zeznania. Gdy Rose zostaje zamordowana, podejrzenie automatycznie pada na pannę Marlow. Oczywiste jest, że na śmierci Keeling to ona skorzystałaby najbardziej… Perry Mason choć nie wie, czy może Marilyn zaufać, podejmuje się jej obrony. Nie po raz pierwszy dla dobra swego klienta będzie musiał sporo zaryzykować. Ma świadomość, że w najlepszym wypadku może zostać oskarżony o fałszowanie dowodów, w najgorszym – o współudział. Ale czy gra rzeczywiście warta jest świeczki? Czy Marilyn Marlow naprawdę jest niewinna? I co z testamentem Endicotta?

   Sprawa samotnej dziedziczki jest niezłą książką, choć daleko jej do najlepszych powieści z liczącego przeszło 80 książek cyklu, którego głównym bohaterem jest prawnik Perry Mason. Zakończenie powieści może być dla nas oczywiście sporym zaskoczeniem, ponieważ Gardner co i raz umiejętnie podsuwa nam fałszywe tropy. Do ostatnich rozdziałów książki usilnie zastanawiamy się, czy oskarżona o morderstwo klientka Masona rzeczywiście jest niewinna, a jeśli tak, to kto zabił Rose Keeling. W tej powieści Gardner wprawdzie po raz kolejny udowadnia, że Mason jest prawnikiem wybitnym, gotowym w pełni zaangażować się w prowadzoną sprawę, ale jednocześnie pokazuje, że jak wszyscy inni jest on tylko człowiekiem – nie zawsze nieomylnym i nie zawsze tak sprytnym, jak mu się wydaje. Przyjemna lektura, choć fajerwerków proszę się nie spodziewać. Fani Masona mogą być nieco rozczarowani, co jednak nie znaczy, że nie można tej książce poświęcić kilku godzin lektury.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
archiwum własne (skan okładki)

„Igrając z ogniem”, Tess Gerritsen [recenzja]

466930-352x500Autor: Tess Gerritsen

Tytuł: Igrając z ogniem

Tytuł oryginalny: Playing with Fire

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 320

——————————————————————————————————————————–

Igrając z ogniem to książka unikatowa w dorobku Tess Gerritsen, trudno ją bowiem porównać do jakiejkolwiek innej powieści autorki Chirurga. Pewnym – w miarę uzasadnionym – skojarzeniem może być Ogród kości, gdzie również mogliśmy śledzić dwie historie: jedną z przeszłości i jedną współczesną. Co ciekawe, bohaterka Igrając z ogniem ma na imię tak samo jak protagonistka Ogrodu kości. To jednak, jak sądzę, zwykły zbieg okoliczności, Julia Ansdell poza imieniem i uporem, by rozwiązać zagadkę z przeszłości, ma bowiem niewiele wspólnego z Julią Hamill.

ztessgerritsenChociaż książkę Igrając z ogniem zakupiłam 3 czerwca 2016 roku podczas zorganizowanego przez Wydawnictwo Albatros i Empik spotkania z Tess Gerritsen, to jednak dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na jej lekturę. Fakt, że na pierwszej stronie widnieje dedykacja wpisana przez autorkę, nie tylko napawał mnie dumą i zadowoleniem, lecz także sprawił, że z jeszcze większą chęcią sięgnęłam po tę powieść, znając już z wypowiedzi samej Gerritsen genezę Incendio i historii opowiedzianej w Igrając z ogniem.

Julia Ansdell, amerykańska skrzypaczka, podczas pobytu w Rzymie w jednym z antykwariatów kupuje sobie na pamiątkę książkę z cygańskimi melodiami. Wewnątrz zbioru kobieta odnajduje zapis nutowy utworu pt. Incendio, którego kompozytorem był tajemniczy mieszkaniec Wenecji, L. Todesco. Zafascynowana niezwykłym znaleziskiem Julia po powrocie do domu nie może się doczekać momentu, w którym zagra ten bardzo trudny utwór. Gdy to wreszcie następuje, z jej trzyletnią córką zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dziewczynka wpada w szał i morduje kota. Po tym mrożącym krew w żyłach zdarzeniu następują jednak kolejne tak samo niepokojące. Czy to możliwe, by Incendio, zwykły utwór muzyczny, był w stanie wywołać w trzylatce aż tak wielką agresję? Przerażona zachowaniem Lily Julia szuka pomocy u lekarzy, którzy twierdzą, że z jej córką wszystko jest w porządku. Kobieta nie tylko coraz bardziej boi się trzylatki, lecz także sądzi, że dziwne zachowanie Lily ma związek z tajemniczym utworem, czym zaczyna przerażać męża i bliskich, którzy sugerują, by poddała się leczeniu psychiatrycznemu. Julia nie chcąc trafić do domu wariatów, postanawia wybrać się do Wenecji, gdzie przed laty mieszkał Lorenzo Todesco. Kobieta wierzy, że tylko poznając historię Incendio, zdoła przekonać bliskich, że nie zwariowała. Co takiego ma w sobie ta melodia, że wyzwala w ludziach ogień? Kim był jej kompozytor i co się z nim stało? Odpowiedzi na te pytania szukajcie na kartach powieści.

Muszę przyznać, że podczas lektury marzyło mi się, by usłyszeć ogniste dźwięki Incendio. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę żałowałam, że nie znam się na muzyce, nie rozumiem fachowej terminologii i nie potrafię sobie wyobrazić diabelskiej mocy tego walca. Na szczęście możemy wysłuchać skomponowanego przez Gerritsen na potrzeby książki Incendio w wersji fortepianowej: tu utwór gra sama autorka

lub skrzypcowej:

Dzięki temu bez znajomości nut, tonacji i wszystkiego, co z muzyką związane, jesteśmy w stanie zachwycić się tym utworem.

Ogromnym atutem Igrając z ogniem są informacje, które dzięki lekturze książki możemy nabyć na temat mającego miejsce w okresie II wojny światowej Holokaustu. Na przykładzie Włoch Gerritsen ukazała mechanizm przymusowych deportacji Żydów przez władze faszystowskie do niemieckich obozów zagłady zlokalizowanych m.in. w naszym kraju, w których miliony niewinnych ludzi czekała śmierć. Prześladowania europejskich Żydów to temat trudny, choć nieraz powracający w twórczości różnych pisarzy. Zamieszczona na końcu książki nota historyczna porządkuje fakty i dopowiada to, czego czytelnicy mogli nie wychwycić podczas lektury powieści. Dzięki temu książka, podobnie jak wspomniany na początku Ogród kości, w którym Gerritsen dostarczyła nam wielu ciekawych informacji z dziedziny medycyny i praktyk stosowanych w 1. połowie XIX wieku, pełni funkcję nie tylko ludyczną, lecz także poznawczą.

Podsumowując, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że najnowsza powieść Tess Gerritsen to książka znacznie różniąca się od poprzednich dzieł autorki. Igrając z ogniem trudno nazwać thrillerem w ścisłym tego słowa znaczeniu, to raczej mieszanka romansu, powieści historycznej i thrillera (mamy wszak tajemnicę, napięcie i niepewność). Intryga przedstawiona na początku powieści rozbudziła moje zainteresowanie i nadzieje na jakiś spektakularny koniec. I choć zakończenie jest zaskakujące, to jednak czuję pewien niedosyt, ponieważ jest bardziej racjonalne, niż się spodziewałam. Niemniej jednak warto tej książce poświęcić trochę uwagi, chociażby po to, by przekonać się, jak wszechstronną pisarką jest Tess Gerritsen, potrafiąca również tworzyć historie inne niż te, które znamy z jej thrillerów medycznych. Jeśli jednak wolicie coś bardziej w stylu cyklu Rizzoli & Isles, tę powieść raczej sobie odpuśćcie, by niepotrzebnie nie uprzedzić się do twórczości Gerritsen.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoalbatros.com

„Stokrotka w kajdanach”, Sharon Bolton [recenzja]

stokrotka-w-kajdanachAutor: Sharon Bolton

Tytuł: Stokrotka w kajdanach

Tytuł oryginalny: Daisy In Chains

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 368

——————————————————————————————————————————–

Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha, kocha, nie kocha, zabił, nie zabił, zabił, nie zabił…

Stokrotka w kajdanach to najnowsza powieść Sharon Bolton, niebędąca jednak kontynuacją losów policjantki Lacey Flint. Książka Bolton to solidny thriller z niezwykle zaskakującym zakończeniem. Autorka Karuzeli samobójczyń wprowadza do swej twórczości nową bohaterkę, w której przypadku nic nie jest pewne.

Współczesna Anglia. Z Maggie Rose, prawniczką i pisarką, kontaktuje się Sandra Wolfe, matka seryjnego mordercy, który właśnie odsiaduje dożywocie. Kobieta jest przekonana, że jej syn, znany chirurg onkolog, skazany za cztery morderstwa, w rzeczywistości jest niewinny. Zrozpaczona i zdeterminowana matka zrobi wszystko, by wyciągnąć ukochane dziecko z kłopotów. Z prośbą o pomoc zwraca się więc do Maggie, która w przeszłości nie raz wygrywała apelacje morderców, by po odniesionym sukcesie dany przypadek opisać w książce, dowodząc niekompetencji śledczych, prokuratorów i sędziów. Mimo nalegań ze strony pani Wolfe oraz zwolenników Hamisha, przekonanych o jego niewinności, prawniczka nie chce się podjąć obrony Wolfe’a. Jak sama tłumaczy, nie zwykła brać spraw z góry skazanych na porażkę. Przegrana zdecydowanie zaszkodziłaby jej reputacji. I choć wszystkich wokół zapewnia, że wierzy w winę Hamisha, sprawa mordercy otyłych kobiet, coraz bardziej zaczyna ją interesować. Co ciekawe, wkrótce zmienia zdanie i ostatecznie przyjmuje propozycję Wolfe’a. Dlaczego? Czy uwierzyła w jego niewinność, zapragnęła wstąpić do klubu szalonych wilczych fanek czy może chce w ten sposób zyskać rozgłos? Hamish, co oczywiste, nie przyznaje się do winy, nie wie jednak, jak udowodnić, że mówi prawdę. Maggie, nie mając zbyt wielu punktów zaczepienia, postanawia przyjrzeć się teorii Wolfe’a, uważającego, że ktoś go celowo wrobił w poczwórne morderstwo. Im bardziej jej klient otwiera się przed nią, tym bardziej ona zaczyna się angażować. Prowadząc własne śledztwo, zadaje niewygodne pytania, a nawet wywleka na powierzchnię mroczne sekrety sprzed lat. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że swoją nieustępliwością ściąga na siebie niebezpieczeństwo. Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba przyznać, że kluczowe wydaje się pytanie o to, czy Hamish Wolfe jest winny, czy też padł ofiarą źle funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości. A jeśli to nie on zabił, to kto jest mordercą? Mnóstwo pytań i zero odpowiedzi.

Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha, kocha, nie kocha, zabił, nie zabił, zabił, nie zabił… Sharon Bolton w Stokrotce w kajdanach w mistrzowski sposób prowadzi akcję, nieustannie mieszając w głowach swoim czytelnikom, którzy przez całą książkę usilnie zastanawiają się, czy Hamish Wolfe z zimną krwią zamordował cztery naiwne dziewczyny, których największą winą było to, że miały o kilkanaście kilogramów za dużo, został wrobiony czy też o jego oskarżeniu zdecydował nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

Niekwestionowanym atutem powieści Bolton jest bogactwo skomplikowanych, nieco tajemniczych, a czasem wręcz niepokojących postaci. Czytelnicy znający wcześniejszą twórczość Sharon Bolton mogą w tym miejscu pomyśleć o Lacey Flint, londyńskiej policjantce skrywającej mroczną przeszłość. Takich bohaterów jest jednak więcej. Maggie Rose to kolejna kobieta, która intryguje i to zarówno swoim wyglądem (wszak nie każda prawniczka zdecydowałaby się przefarbować włosy na niebiesko), jak i swoją osobowością. Dlaczego przyjmuje tylko głośne sprawy, skoro nie udziela się w mediach? Czy chodzi o sławę, czy pociąg do brutalnych morderców? Z kim rozmawia, gdy wydaje się, że jest sama? Podobne pytania można by mnożyć. Pozostałe postaci, takie jak np. Sirocco czy Wolfe, w którego przypadku trudno stwierdzić, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę, też są dość niepokojące, a przez to interesujące.

Zaskakującym zabiegiem ze strony autorki wydaje się wprowadzenie na karty powieści fragmentów tekstów użytkowych, czyli korespondencji bohaterów, w tym m.in. Hamisha z Maggie, artykułów z prasy oraz rozdziałów książek pisanych przez Maggie. Materiały te są niezwykle istotne z punktu widzenia fabuły, ponieważ przybliżają ważne dla śledztwa informacje, w tym okoliczności zaginięcia domniemanych ofiar Wolfe’a. Dzięki temu urozmaiceniu Stokrotkę w kajdanach czyta się niezwykle szybko (mają na to wpływ również krótkie rozdziały, skutecznie dynamizujące akcję), choć z drugiej strony możemy mówić o pewnym rozbijaniu ciągłości narracji, co nie każdemu może przypaść do gustu.

Podsumowując, trzeba przyznać, że najnowsza powieść Sharon Bolton to książka, która wciąga aurą tajemniczości i niedomówień. Przez przeszło trzysta stron czytelnik głowi się, jakie jest rozwiązanie zagadki, a na końcu pewnie i tak będzie się czuł zaskoczony, a może i oszukany, ponieważ brytyjska pisarska bardzo umiejętnie zwodzi swoich czytelników. Konia z rzędem temu, kto przed finałem domyśli się rozwiązania. Miłośnikom thrillerów i kryminałów polecam. Nie powinniście być zawiedzeni.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoamber.pl

„Droga, którą jadę”, Juliana Buhring [recenzja]

droga-ktora-jadeAutor: Juliana Buhring

Tytuł: Droga, którą jadę

Tytuł oryginalny: This Road I Ride

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 256

——————————————————————————————————————————–

Wielu ludzi odkłada realizację swoich marzeń i czeka na doskonałą okazję. Nie ma czegoś takiego. Doskonała okazja jest właśnie teraz (s. 244-245)

Droga, którą jadę to książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Jej autorka, Juliana Buhring, zabiera nas w samotną podróż dookoła świata, udowadniając, że każde marzenie jesteśmy w stanie spełnić.

Życie i okrutny świat nigdy Juliany Buhring nie rozpieszczały. Oddzielona od należących do sekty Dzieci Boga rodziców wychowywała się pod opieką obcych ludzi. W ciągu zaledwie dwudziestu trzech lat mieszkała w trzydziestu krajach. Poniżana, bita i gwałcona wreszcie zdecydowała się zawalczyć o swoje szczęście i uciekła z sekty. Kiedy poznała miłość swojego życia, wydawało jej się, że jest jeszcze dla niej jakaś szansa. Po tragicznej śmierci ukochanego, nie mogąc otrząsnąć się z żałoby, postanowiła znaleźć cel, który pozwoli jej utrzymać się przy życiu. Wymyśliła, że objedzie świat na rowerze, robiąc coś, czego nie dokonała przed nią żadna kobieta, uzyska wpis do Księgi rekordów Guinnessa i… w końcu odnajdzie siebie.

Zniechęcana przez ludzi wyśmiewających jej szalony pomysł i twierdzących że porywa się z motyką na słońce, znalazła oparcie w przyjacielu i wbrew opiniom, że nie da rady, ponieważ brakuje jej kolarskiego przygotowania i pieniędzy, postanowiła spróbować. Po raz kolejny odezwała się w niej buntownicza natura, by robić na przekór wszystkim i wszystkiemu. Nie na darmo zresztą w sekcie nazywano ją rebeliantką. Rzadko spotykany upór sprawił, że zdecydowała się zaryzykować i po miesiącach ciężkiej pracy osiągnęła swój cel. Po opadnięciu emocji związanych z powrotem do domu napisała książkę, która niejednej osobie może pomóc uwierzyć w siebie.

Podczas lektury Drogi, którą jadę uderzające jest, że jej autorka, a zarazem główna bohaterka, mimo iż dokonała czegoś wielkiego, ani przez chwilę nie kreuje siebie na superbohaterkę. Juliana Buhring od samego początku tej opowieści aż do jej końca pozostaje zwyczajną, nieszczególnie wyróżniającą się z tłumu, boleśnie doświadczoną przez życie dziewczyną znikąd i zewsząd, dla której podróż dookoła świata miała być przede wszystkim podróżą w głąb siebie.

Ta niezwykła książka to nie tylko relacja z kolarskiego wyzwania podjętego przez Buhring czy fascynujący przewodnik po czterech kontynentach, lecz także świadectwo morderczych zmagań Juliany z trudnymi warunkami atmosferycznymi, brakiem pieniędzy potrzebnych do realizacji przedsięwzięcia, napotykanymi po drodze niebezpieczeństwami, ograniczeniami ludzkiego organizmu i doskwierającą samotnością. Działające na wyobraźnię opisy przestrzeni oraz dopełniające je informacje na temat spotykanych ludzi czy zwierząt czynią lekturę dziennika Juliany jeszcze przyjemniejszą, gdyż pozwalają czytelnikowi poczuć się tak, jakby to on pokonywał tysiące kilometrów. Niesamowite wyznania autorki, opis wzlotów i upadków, chwil zwątpienia, walki z czasem i psującym się rowerem sprawiają, że nie sposób oderwać się od lektury. Ciekawość czytelnika, co jeszcze czeka Julianę i jak sobie poradzi przy okazji kolejnych problemów, za każdym razem zwycięża.

Po dotarciu do Podziękowań zamykających opowieść Juliany Buhring możemy czuć się nieco rozczarowani. Pozostaje bowiem niedosyt, że to już koniec. Chciałoby się dłużej posłuchać kobiety, zadziwiającej swoją odwagą, uporem i wiarą w siebie. Droga, którą jadę to niezwykle inspirująca książka, której autorka uczy nas, że wszystko jest możliwe. Jak sama przyznaje, wyruszyła, żeby udowodnić, że my ludzie jesteśmy zdolni do rzeczy znacznie nas przerastających. Wystarczy tylko uwierzyć: w siebie, w swoje możliwości, w swój cel i w to, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Warto po książkę Buhring sięgnąć, by uświadomić sobie tę prostą, choć często nieoczywistą dla nas prawdę. Bardzo polecam!

 Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber

Źródło fotografii:
http://www.wydawnictwoamber.pl

„Paryski ekspres”, Georges Simenon [recenzja]

paryski-ekspresAutor: Georges Simenon

Tytuł: Paryski ekspres

Tytuł oryginalny: L’Homme qui regardait passer les trains

Wydawnictwo: W.A.B.

Liczba stron: 232

——————————————————————————————————————————–

Proszę pozwolić, że się przedstawię: Kees Popinga, zboczeniec z Amsterdamu! (s. 114)

Georges Simenon zawsze kojarzył mi się z powieściami kryminalnymi i komisarzem paryskiej policji Jules’em Maigretem w roli głównej. Szczerze mówiąc, do momentu dość przypadkowego zetknięcia się z Paryskim ekspresem nie miałam pojęcia, że słynny belgijski autor pisał również powieści psychologiczno-obyczajowe. Przedstawiał w nich dramatyczne historie zwykłych ludzi, których do przestępstwa popchnęło nieprzychylne otoczenie, problemy lub nuda. Na przykładzie Paryskiego ekspresu widać, że w tekstach tego typu Simenon nie oddalał się za bardzo od poetyki powieści kryminalnej, której zawdzięczał swą międzynarodową sławę. Mamy zatem morderstwo i jego usiłowanie, prowadzącego śledztwo komisarza, przesłuchania świadków i, co najważniejsze, mamy mordercę. Warto jednak zauważyć, że podczas lektury „Paryskiego ekspresu” nie towarzyszy nam pytanie: kto zabił?, lecz raczej: dlaczego zabił? Skąd w typowym mieszczaninie, wzorowym pracowniku, mężu i ojcu takie pokłady agresji, skąd perwersyjne pragnienie, by zabawić się z policją w kotka i myszkę, by udowodnić światu swój spryt? Te pytania to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Kees Popinga to niczym niewyróżniający się wzorowy obywatel Groningen, który mógłby stać się przykładem dla wielu młodych ludzi. Dość zamożny (stać go na willę i spełnianie zachcianek dzieci), dobrze wykształcony (biegle włada czterema językami) ojciec dwojga dzieci żonaty z „mamusią”, jak pieszczotliwie mówi o swej małżonce. Sumienny pracownik w firmie Juliusa de Costera, który stopniowo pogrąża się w codziennej rutynie. W jego życiu nie ma miejsca na żadne szaleństwa: zdrady, alkohol czy inne używki to atrakcje, o których poczciwy Kees nawet nie marzy. Jeśli już ma zaszaleć, to wyłącznie z kolegami z klubu szachowego. Nic bowiem nie sprawia mu większej przyjemności od partyjki szachów w doborowym towarzystwie i pudełka cygar. Wszystko to jednak się kończy w momencie, gdy Popinga dowiaduje się, że firma de Costera znajduje się na skraju bankructwa. Utrata pracy wbrew temu, co można by podejrzewać, wcale go nie załamuje. Jest wstrząśnięty, to prawda, ale spostrzega, że oto właśnie nadarzyła się znakomita okazja do porzucenia dotychczasowego, nudnego życia, by stać się kimś zupełnie innym. Z dnia na dzień opuszcza więc rodzinę i wsiada do pociągu do Amsterdamu, gdzie chce się spotkać z kochanką de Costera. Piękna Pamela wyśmiewa go jednak, czym doprowadza mężczyznę do szału. W przypływie złości dusi ją ręcznikiem, choć po fakcie zarzeka się, że nie zrobił tego specjalnie. Widać użył za dużo siły. Po wszystkim jak gdyby nigdy nic wsiada do pociągu do Paryża. W stolicy Francji podejmuje grę z tajemniczym komisarzem Lucasem, który ma za zadanie doprowadzić Popingę przed oblicze sprawiedliwości. Przekonany o swym sprycie Kees nie dopuszcza do siebie myśli, że policja mogłaby wpaść na jego trop. Fanatycznie kupuje gazety z artykułami na temat „zboczeńca z Amsterdamu” (taki przydomek nadała Popindze prasa), pytając o drogę, zawsze wybiera policjantów, pisze do gazet listy, w których kpi z pracy organów ścigania, niekompetencji dziennikarzy i hipokryzji środowiska mieszczańskiego. Czuje się niezwyciężony i bezkarny. I nic dziwnego, bo graczem jest wybornym. Jak długo jednak uda mu się wodzić policję za nos? Czy uzna swój przestępczy czyn za błąd i poniesie za niego karę, czy też wpadnie w spiralę zbrodni i kłamstwa, z której nie będzie w stanie się wydostać?

O fabule powieści Simenona nie powiem nic więcej. Jeśli historia Keesa Was zaciekawiła, sięgnijcie po Paryski ekspres. Chciałabym natomiast zwrócić uwagę na kilka elementów, które uważam za niekwestionowane zalety tej książki. Na uznanie bez wątpienia zasługuje nastrój powieści. Akcja przeważnie rozgrywa się w Paryżu, nocą lub późnym wieczorem. Uciekający przed policją Popinga krąży po dzielnicach miasta, szukając bezpiecznego schronienia, w którym mógłby przenocować. Nie zawsze stać go na luksus pięciogwiazdkowego hotelu, częściej musi się decydować na podrzędne hoteliki lub ponure mieszkania. Nie potrafi zasnąć w samotności, więc zazwyczaj zaprasza do siebie jakąś prostytutkę. Z konieczności zdarza mu się również przebywać w towarzystwie złodziei i krętaczy. Trzeba przyznać, że Simenonowi doskonale udaje się uchwycić i zaprezentować mroczne zakamarki Paryża dziś uznawanego za miasto miłości.

Drugim atutem, w moim odczuciu, jest narracja Paryskiego ekspresu. Przywykłam do prozy psychologicznej, w której narracja prowadzona jest z punktu widzenia głównego bohatera. Dlatego właśnie byłam nieco zaskoczona i chyba rozczarowana, kiedy zobaczyłam, że Simenon zdecydował się na narrację trzecioosobową zamiast pierwszoosobowej. Szybko się jednak okazało, że Paryski ekspres nie jest klasyczną powieścią psychologiczną, a wybrana przez Simenona narracja to strzał w dziesiątkę. Nie dość, że trzecioosobowy, zdystansowany i nieco ironiczny narrator dopuszcza nas do myśli Keesa Popingi, zaspokajając naszą ciekawość, to jeszcze prowadzi opowieść w tak niezwykły sposób, że czyta się ją z największą przyjemnością. Sporo sympatii wzbudza również główny bohater, który swoim irracjonalnym zachowaniem, przemyśleniami lub zapiskami w notesie niejednokrotnie powoduje u czytelnika śmiech.

Zalety Paryskiego ekspresu można by pewnie mnożyć. Na koniec mogę Was tylko zachęcić do zainteresowania się tą książką. Ja sama po pierwszym spotkaniu z Simenonem zapewne przyjrzę się bliżej jego twórczości. Można w niej znaleźć istne perełki. Serdecznie polecam.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.grupawydawniczafoksal.pl

„Wioska morderców”, Elisabeth Herrmann [recenzja]

459215-352x500Autor: Elisabeth Herrmann

Tytuł: Wioska morderców

Tytuł oryginalny: Das Dorf der Mörder

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 548

——————————————————————————————————————————–

Analiza moich ostatnich lekturowych wyborów wyraźnie potwierdza, że literatura niemiecka coraz częściej zaczyna gościć w kręgu moich zainteresowań. Po bardzo rozczarowującej lekturze Kołyski Judasza Bena Berkeleya w 2014 roku zrobiłam sobie przerwę od niemieckiej literatury kryminalnej, by po dwóch latach znów do niej powrócić, do czego m.in. przyczyniła się twórczość Charlotte Link i znakomity thriller pt. Wielbiciel. W międzyczasie przeczytałam też powieść Hanny Winter pt. Giń. Nie była to pozycja wybitna w swoim gatunku, jednak jej lekturę wspominam z przyjemnością. Teraz natomiast przyszła kolej na Elisabeth Herrmann i jej Wioskę morderców.

Akcja powieści z początku rozgrywa się w berlińskim ogrodzie zoologicznym, gdzie dochodzi do mrożącego krew w żyłach zdarzenia. Na wybiegu dla pekari dwie sześcioletnie dziewczynki dostrzegają ludzką rękę. Na miejscu szybko zjawia się radiowóz, a policjantka Sanela Beara wbrew woli przedszkolanki opiekującej się grupą dzieci próbuje uzyskać od sześciolatek potrzebne informacje. Pracująca w niemieckiej policji Chorwatka nie jest przekonana, czy śmierć nieznanego mężczyzny to nieszczęśliwy wypadek spowodowany lekkomyślnością zwiedzającego czy zaplanowana z zimną krwią brutalna zbrodnia. Funkcjonariusze Wydziału Zabójstw zakładają tę drugą możliwość i pod naciskiem mediów szybko znajdują podejrzaną, którą jest Charlie Rubin, pracownica zoo, zajmująca się hodowlą zwierząt przeznaczonych na pokarm dla osobników innych gatunków. Kobieta przyznaje się co prawda do popełnienia morderstwa, ale nie chce wyjaśnić okoliczności zbrodni, w tym wyboru ofiary i motywu. Sprawa wydaje się prosta: Rubin czeka proces, który musi się skończyć wyrokiem skazującym. Kobietę czeka więzienie lub szpital psychiatryczny, jeśli okaże się, że jest niepoczytalna i nie może odpowiadać za swoje czyny. Opinię na jej temat mają wydać dwaj psycholodzy: profesor Gabriel Brock oraz jego pomocnik, Jeremy Saaler, którzy przyczyn niepokojącego zachowania pacjentki zamierzają poszukać w jej przeszłości. Nie będzie to jednak łatwe, ponieważ przebywająca w areszcie śledczym Rubin nie chce ich dopuścić do swoich wspomnień z okresu dzieciństwa spędzonego w brandenburskiej wiosce Wendisch Bruch. Kobieta zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret, który popchnął ją na drogę zbrodni. W winę Charlie nie chce wierzyć policjantka Beara, która na wszelkie sposoby stara się nakłonić przełożonego, by jeszcze raz przyjrzał się niektórym faktom. Gdy Lutz Gehring po raz kolejny zbywa ją, Sanela postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę. W tym celu udaje się do rodzinnej wioski podejrzanej, gdzie nie ma już ani jednego mężczyzny. Czy ta podróż pomoże jej w odkryciu prawdy, czy też złamie jej karierę? Czy nieustraszona, zawzięta policjantka rozwikła zagadkę znikających mieszkańców Wendisch Bruch oraz wyjącej niczym stado wilków sfory psów? I co najważniejsze: czy Charlie rzeczywiście jest winna zbrodni w berlińskim zoo?

Powieść Elisabeth Herrmann to naprawdę solidny thriller, który potrafi wciągnąć czytelnika do tego stopnia, że bezskutecznie będzie on sobie obiecywał: Jeszcze tylko jeden rozdział i na dziś koniec. Wioskę morderców mimo sporej objętości czyta się bardzo szybko i z niekłamaną przyjemnością, choć niemal od samego początku wiemy, że chodzi o jakąś mroczną, rodzinną tajemnicę z przeszłości. Patrząc na fabułę, można stwierdzić, że w powieści Herrmann mamy do czynienia z dwiema parami bohaterów: Sanelą i Gehringiem oraz Jeremym i Brockiem. Mniej więcej na przemian towarzyszymy prowadzącej śledztwo Saneli, jej irytującemu przełożonemu lub dwóm psychologom. Gdy akcja przenosi się do zabitej deskami podupadłej wsi zaczynamy odczuwać nieustanne napięcie połączone z przeczuciem, że za chwilę wydarzy się coś złego, a szczegółowe opisy przestrzeni sugestywnie działają na naszą wyobraźnię, co czyni lekturę tej książki jeszcze przyjemniejszą. Z całej powieści jedynie rozdziały końcowe trochę mnie męczyły oraz rozchwiana emocjonalnie Cara Spornitz, którą jako bohaterkę chyba trudno polubić.

Na końcu Wioski morderców możemy znaleźć zapowiedź kolejnej książki Elisabeth Herrmann, która już we wrześniu ma trafić do księgarń. Ciekawa jestem, czy Śnieżny wędrowiec będzie równie udaną powieścią co Wioska morderców. Z przyjemnością po niego sięgnę, by zobaczyć, co tym razem przygotowała dla nas autorka, a tymczasem zachęcam Was do zapoznania się z pierwszą książką Herrmann o policjantce Bearze. Może i Wam przypadnie ona do gustu. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.proszynski.pl

„Zanim się pojawiłeś”, Jojo Moyes [recenzja]

473611-352x500Autor: Jojo Moyes

Tytuł: Zanim się pojawiłeś

Tytuł oryginalny: Me Before You

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 382

——————————————————————————————————————————–

Nie będę ukrywać, że po powieść Zanim się pojawiłeś sięgnęłam pod wpływem filmu. Urzeczona ekranizacją zdecydowałam się skonfrontować własną lekturę książki z niedawno obejrzanym filmem i uczuciami, które towarzyszyły mi podczas blisko dwugodzinnego seansu. Nie było zaskoczenia zakończeniem, bo i być nie mogło, ale wrażenie po lekturze jest porównywalne do wrażenia, jakie zrobił na mnie film (swoją drogą – z małymi wyjątkami – bardzo wierny literackiemu pierwowzorowi).

Zachwycająca okładka filmowa oraz informacja o tym, że powieść Jojo Moyes to najpiękniejsza historia miłosna ostatnich lat, mogą wywołać w głowie czytelnika nieznającego szczegółów fabuły skojarzenia z płytką, do bólu przewidywalną opowieścią o fascynacji księcia z bajki kopciuszkiem. Nic bardziej mylnego, mimo że w Zanim się pojawiłeś mamy i księcia, i kopciuszka. Książka nie jest bowiem tak banalnym romansem, na jaki z zewnątrz wygląda; to melodramat niosący w sobie potężny ładunek emocjonalny, który nie tylko bawi, ale i wzrusza.

Na początku warto zacząć od przedstawienia głównych postaci.

On. Trzydziestopięcioletni, przystojny, inteligentny i przedsiębiorczy mężczyzna, dla którego jeszcze do niedawna nie było rzeczy niemożliwych. Pewny siebie, kochliwy i stworzony do tego, by wycisnąć z życia możliwie jak najwięcej, w myśl zasady „Carpe diem” szalał, wiedząc, że życie ma się jedno, więc trzeba z niego korzystać. I pewnie nadal by tak żył, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek, który sprawił, że głodny przygód, od nikogo niezależny Will musiał na zawsze porzucić swoje fantastyczne życie, tracąc wszystko, co się dla niego liczyło: pracę, dziewczynę, przyjaciół i, co chyba najważniejsze, samodzielność. Porażenie czterokończynowe z człowieka niezależnego przemieniło Willa w kogoś, kto bez pomocy nie jest w stanie wykonać nawet najprostszych czynności. Przykuty do wózka zamiast żyć pełną piersią, jak miał w swoim zwyczaju, egzystuje, licząc, że ten upokarzający koszmar wreszcie się skończy. Najgorsza w tym wszystkim jest jednak dojmująca świadomość, że, dopóki naukowcy nie dokonają jakichś przełomowych odkryć w dziedzinie medycyny, lepiej nie będzie.

Ona. Dwudziestosześcioletnia, ekscentryczna, gadatliwa dziewczyna, bez wykształcenia, większych ambicji i marzeń, zawsze pozostająca w cieniu młodszej, bystrzejszej siostry. Od sześciu lat związana z zapalonym maratończykiem, dla którego liczą się tylko przebiegnięte kilometry. Po utracie pracy w kawiarni o wdzięcznej nazwie Bułka z Masłem rozpaczliwie poszukuje nowego źródła dochodów. Gdy już traci nadzieję na znalezienie pracy, jej doradca zawodowy znajduje ofertę nie do odrzucenia. Dla zatrudnionej w roli opiekunki niepełnosprawnego Willa Lou praca w Granta House jest ostatnią deską ratunku. Dla Camilli i Stevena Traynorów, rodziców Willa, ostatnią deską ratunku jest Lou. Czarująca, nieco nieokrzesana dziewczyna ma za zadanie dotrzymywać Willowi towarzystwa, poprawiać mu nastrój lub zachęcać do wyjścia z domu. Czy Lou uda się sprawić, że Will choć na chwilę zapomni o swoim kalectwie i będzie w stanie cieszyć się życiem? Jak ta osobliwa znajomość wpłynie na ich przyszłość? Co z niej wyniknie?

Powieść Zanim się pojawiłeś ma wiele zalet. Prócz przyciągających uwagę czytelnika kreacji głównych bohaterów oraz niełatwego tematu niepełnosprawności, jej cieniów i blasków, na uznanie z pewnością zasługuje narracja powieści: pierwszoosobowa, prowadzona z perspektywy Lou, silnie zsubiektyzowana. Szczerze mówiąc, nie przepadam za książkami, niebędącymi dziennikami, pamiętnikami lub autobiografiami, w których pojawia się narracja w pierwszej osobie. Zdecydowanie wolę wszystkowiedzącego, obiektywnego narratora, który przedstawia nam wydarzenia nieskażone punktem widzenia któregoś z bohaterów. Takie opowieści wydają mi się wartościowsze. Powieść Moyes można jednak uznać za swego rodzaju pamiętnik Louisy Clark, która opowiada nam słodko-gorzką historię znajomości, przyjaźni, a wreszcie i miłości dwojga młodych ludzi, którzy w normalnych okolicznościach nigdy by na siebie nie zwrócili uwagi. Wprowadzenie na karty Zanim się pojawiłeś dodatkowych narratorów (rodzice Willa, Nathan, Katrina) jest chyba swego rodzaju próbą zobiektyzowania opowieści Lou, poprzez spojrzenie na jej relację z Willem przez osoby z zewnątrz. Znów jednak wikłamy się w subiektywizm. Wydaje mi się, że skoro autorka zdecydowała się na tego rodzaju zabieg, to interesującym rozwiązaniem byłoby napisanie rozdziału również z punktu widzenia Willa, będącego przecież obok Lou głównym bohaterem powieści. Tego jednak w tej powieści nie ma.

Po skończonej lekturze niektórzy czytelnicy mogą czuć się nieco rozczarowani, a może i oszukani przez autorkę, która łudzi nas pięknymi wizjami, by ostatecznie dać nam pstryczka w nos. Niektórzy recenzenci podawali w wątpliwość wybór Moyes, twierdząc, że – kształtując losy bohaterów swojej powieści – podjęła złą decyzję. I pewnie przynajmniej po części mają oni rację. Po obejrzeniu filmu też odczuwałam mały niedosyt i psychiczny dyskomfort. Kolejne spotkanie z historią Lou i Willa dało mi jednak do myślenia i choć wciąż mam pewne obiekcje co do rozwiązania, to wydaje mi się, że potrafię zaakceptować i zrozumieć taki wybór. Jest on dość przekonujący i logicznie uzasadniony, jeśli rozważyć na chłodno wszystkie za i przeciw. Chcąc wyrobić sobie własne zdanie w tej sprawie i opowiedzieć się po którejś ze stron, koniecznie musicie sięgnąć po powieść Jojo Moyes lub obejrzeć jej ekranizację. Ta książka nie tylko Was zachwyci swoim humorem, nie tylko Was wzruszy, lecz także skłoni do refleksji nad życiem, jego wartością i prawem do decydowania o jego kształcie. Zanim się pojawiłeś to jedna z tych powieści, którym warto poświęcić czas i uwagę. Polecam.

Moja ocena: 7/10

Źródło fotografii:
http://www.swiatksiazki.pl

„Sprawa mądrych małp”, Erle Stanley Gardner [recenzja]

sprawa-madrych-malp-b-iext3718091Autor: Erle Stanley Gardner

Tytuł: Sprawa mądrych małp

Tytuł oryginalny: The Case of the Mythical Monkeys

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 202

——————————————————————————————————————————–

Nie wiem, co jeszcze mógłby pan zeznać, ale mam nadzieję, że to pomoże mojej klientce, ponieważ w przeciwnym wypadku zrobię z pana mordercę (s. 165)

Ze stworzonym przez Erle’a Stanleya Gardnera Perrym Masonem spotykam się od dawna, podobnie zresztą jak z Dellą Street i Paulem Drakiem. Sprawa mądrych małp to kolejna okazja, by jeszcze lepiej poznać bohaterów i przeżyć fascynującą przygodę.

Gladys Doyle jest sekretarką Mauvis Niles Meade, ekscentrycznej pisarki, której sławę przyniosło napisanie powieści erotycznej. Panna Doyle na polecenie swej pracodawczyni wybiera się do kurortu narciarskiego, gdzie ma się spotkać z człowiekiem z branży filmowej, by omówić szczegóły kontraktu. Wracając z wyjazdu Gladys, w celu ominięcia gigantycznych, niedzielnych korków, ma posłużyć się skrótem, o którym opowiedziała jej szefowa. Pech jednak chce, że samochód dziewczyny grzęźnie w błocie. Na szczęście zmarzniętej i przemoczonej do suchej nitki Gladys udaje się trafić do górskiej chatki, w której przebywa burkliwy młody mężczyzna. John, bo tak się podobno nazywa, z niechęcią zgadza się, by turystka wzięła prysznic i odpoczęła po wrażeniach minionego dnia. Po przebudzeniu sekretarka odkrywa, że niemiły gospodarz zniknął, a w pokoju obok pojawiły się zwłoki, tyle że nie Johna, a jakiegoś nieznajomego mężczyzny. Gladys wpada w panikę i w popłochu ucieka z chaty. Wcześniej jednak dotyka broni, na której – rzecz jasna – pozostawia odciski palców. Nie wiedząc, co robić, zgłasza się do najlepszego adwokata, jakiego zna. W ten sposób Mason zyskuje klientkę i ściąga na siebie kłopoty, ponieważ zebrane przez policję dowody zdają się przesądzać, że to właśnie Gladys zabiła tajemniczego mężczyznę. Ona jednak wszystkiego się wypiera. Perry wie, że aby wyjaśnić zagadkę znalezionego na miejscu zbrodni szala z przysłowiowymi trzema małpkami, które nie widzą, nie słyszą i nie głoszą zła, będzie musiał balansować na granicy prawa i bezprawia. Wszystko wyjaśni się na sali sądowej w czasie rozprawy wstępnej. Kto zwycięży: agresywny i kąśliwy niczym pitbull prokurator okręgowy czy cwany adwokat, który dla klienta gotów jest zrobić wszystko? Kto wyłoży na stół asa i zgarnie wygraną?

Powieść pt. Sprawa mądrych małp nie odbiega schematem od pozostałych kryminałów E. S. Gardnera. Autor, niczym dramaturg, już na początku przedstawia nam listę osób biorących udział w przedstawieniu. Potem poznajemy bohaterkę, oskarżoną o morderstwo pierwszego stopnia przyszłą klientkę Masona, i niezależnie od okoliczności na końcu i tak lądujemy na sali rozpraw. Nie nazwałabym tej książki wybitną, ale z pewnością jest to lekka, niewymagająca lektura, po którą warto sięgnąć, gdy szuka się czegoś niezobowiązującego. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubi się Masona i jego oddanych współpracowników. Perry znów zniewala swoim sprytem i umiejętnością wykorzystywania luk w prawie. Wadą powieści jest jednak to, że zbyt wcześnie można się domyślić rozwiązania zagadki, co psuje nieco efekt końcowy i osłabia wrażenie, jakie ta książka wywarłaby na czytelniku, gdyby zakończenie było zaskakujące. Niemniej na powieści Gardnera zawsze warto znaleźć czas, tylko nie miejcie zbyt wygórowanych oczekiwań, bo się rozczarujecie. Polecam!

monkeys1

Moja ocena: 8/10

Źródło fotografii:
http://www.empik.com

„Giń”, Hanna Winter [recenzja]

352x500kkhAutor: Hanna Winter

Tytuł: Giń

Tytuł oryginalny: Stirb

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 400

——————————————————————————————————————————–

Kuba Rozpruwacz zmartwychwstał i przeprowadził się do stolicy Niemiec. To właśnie tu poluje na swoje ofiary, których życie najpierw zamienia w piekło, by ostatecznie jednym pchnięciem noża na zawsze je zakończyć.

Berlinem wstrząsa fala brutalnych morderstw. Giną kolejne kobiety, a policja jest bezradna. Na swoje ofiary grasujący po mieście szaleniec wybiera drobne kobiety o długich, sięgających ramion włosach. Oprócz podobnego wyglądu nic ich właściwie nie łączy, co znacznie zmniejsza szanse policji na schwytanie mordercy. Schemat postępowania Wypruwacza, bo taki przydomek nadała mordercy policja, zawsze jest taki sam: mężczyzna zbliża się do kobiety, którą planuje zabić, śledzi ją, poznaje plan jej dnia, po czym niespodziewanie uderza. Spędzający policji sen z powiek Wypruwacz odznacza się niesamowitą precyzją, ponieważ wie, że pomyłka nie wchodzi w grę. Do tej pory zawsze mu się udawało, wreszcie jednak trafiła kosa na kamień…

Lara Simons właśnie rozpoczyna nowy etap swojego życia. Wychowująca samotnie sześcioletnią córkę kobieta po nieudanym małżeństwie postanawia w końcu zawalczyć o szczęście. Gdy ją poznajemy, otwiera właśnie swoją nową kawiarnię. Po uroczystości otwarcia lokalu podekscytowana swym sukcesem Lara wraca do domu. Szybko się jednak okazuje, że tego wieczoru czeka ją jeszcze sporo atrakcji… Na pustej drodze kobieta łapie gumę i zupełnie nie wie, co robić. Kiedy widzi nadjeżdżającą taksówkę, myśli, że właśnie szczęście się do niej uśmiechnęło. Po chwili już wie, że wsiadając do samochodu nieznajomego, popełniła największy błąd w swoim życiu. Mężczyzna rzuca się na Larę, próbując ją zabić, a ona tylko dzięki przezorności przyjaciela jest w stanie powstrzymać napastnika i uciec. I zostawić wspomnienie tej koszmarnej nocy za sobą. Już nigdy do niego nie wracać.

To jednak nie koniec koszmaru. Wkrótce ktoś demoluje kawiarnię Simons. Pogróżki na ścianach nie pozostawiają wątpliwości, że to sprawka spotkanego szaleńca, który odgraża się, że dopadnie Larę. Gdy policja stwierdza, że kobieta jest niedoszłą ofiarą Wypruwacza, proponuje jej przystąpienie do programu ochrony świadków. Nie mając innego wyjścia, Lara decyduje się pożegnać z dawnym życiem – zamyka kawiarnię, zmienia tożsamość i przenosi się na Rugię. Ma nadzieję, że w ten sposób uwolni się od przeszłości i zapewni Emmie bezpieczeństwo.

Po sześciu latach koszmar powraca, bo Larze wydaje się, że Wypruwacz ją odnalazł i znów poluje na jej życie. Czy to możliwe, by rzeczywiście znalazł jej kryjówkę? A może Lara zwyczajnie popada w paranoję? Co kieruje mordercą? Czy chodzi tylko o to, że kobieta mu umknęła, czy może o coś więcej?

Powieść Hanny Winter to całkiem niezły kryminał, choć nie jest tak przerażający, jak przedstawiono go na okładce. Osobiście jestem nieco zawiedziona, ponieważ lubię książki, od których nie sposób się oderwać. Opowieść jest prowadzona dwutorowo, dzięki czemu możemy poznać uczucia mordercy oraz motywy jego działania. Książkę czyta się dość szybko (to również zasługa dużej czcionki), a zakończenie może stanowić pewne zaskoczenie. Autorka dość umiejętnie zwodzi czytelnika, podsuwając mu fałszywe tropy i sugestie. Plusem Giń jest bardzo ładne wydanie ze sznureczkiem pełniącym funkcję zakładki (bardzo praktyczne rozwiązanie).

Podsumowując, powiedziałabym, że Giń Hanny Winter to książka przyzwoita, choć nie należy od niej wymagać zbyt wiele. Opis na okładce nie do końca odpowiada jej rzeczywistej wartości – książka jest słabsza niż wynika to z opisu. Można się z nią zapoznać, ale jeśli tego nie zrobicie, nie stracicie zbyt wiele. Decyzja należy do Was.

Moja ocena: 6/10

Źródło fotografii:
https://merlin.pl/